autor: Bartosz Musiałowicz
Armenia, Górny Karabach, Iran, Turcja - 2003
Pomysł i przygotowania pomysł całej wyprawy zrodził się w związku ze stażem jaki miałem odbyć w Armenii. Miałem tam przebywać cały lipiec, w Erewaniu. A skoro miałem być w regionie, postanowiłem wykorzystać okazję na maxa. Problemów było kilka. Podstawowy polegał na tym, że miałem jechać sam – potem ten fakt okazał się zdecydowanie elementem pozytywnym. Przygotowania zacząłem od lektury przewodników, książek historycznych no i oczywiście internetu. Trwało to w sumie kilka miesięcy. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza osobom podróżującym solo, rzetelne poznanie historii, tradycji i kulutry krajów, do których się jedzie. Daje to ogromny plus w kontaktach z tubylcami, wzbudzając szacunek. W czasie przygotwań nawiązałem internetowy kontakt z kilkoma osobami, które potem okazały się bardzo przydatne w czasie podróży. Ponieważ jechałem sam – uznałem konieczność nawiązania takich znajomości za niezbędną.
Podróżowanie samemu, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się uciążliwe (no i co tu dużo gadać, często takie bywa) daje całą masę możliwości, których nie ma się w grupie. Chodzi przede wszystkim o kontakt z tzw. tubylcami. Pojedynczy trampingowiec zawsze może liczyć na pomoc, przychylność i ciekawość miejscowych (w praktyce przekłada się to zwykle na darmowe wyrko i wyżerkę). Między innymi dlatego w Iranie okazało się, że wcześniej nawiązane internetowo kontakty są zupełnie niepotrzebne – równie dobre i użyteczne znajomości zawierałem "na gorąco".
Z uwagi na konieczność dostania się na Kaukaz w trybie dosyć szybkim odpadła mi możliwość jazdy do Armenii przez Europę (tę trasę zrobiłem wracając z Iranu). Musiałem się rozejrzeć za czymś szybszym, a jednocześnie nie za drogim. Padło na wariant przez Moskwę.
Moskwa Dojazd do Moskwy możliwy jest na kilka sposobów. Oczywiście ostatnim (najdroższym) rozwiązaniem jest przejazd bezpośredni (pociągiem Polonez).
Przed wprowadzeniem wiz, najbardziej opłacalna była wycieczka na kilka tygodni przed wyjazdem do Brześcia lub Kaliningradu - tam można kupić bilety kolejowe wg. cenników białoruskiego i rosyjskiego (ceny DUŻO niższe). Tak też zrobiłem - spacerując po biurach podróży na kilka tygodni przed wyjazdem spotkałem niejakiego Tomka, który właśnie wyjeżdżał do Moskwy. Ów Tomek kupił mi za Bugiem bilet wg. tamtejszej taryfy.
Z uwagi na nietypowy i trochę cenny dla mnie bagaż (np. wiozłem ze sobą np. garnitur), zdecydowałem się na przejazd sypialnym. Bilet kosztował 30 USD.
Tak więc 24 czerwca ruszyłem o 6.10 z Warszawy pociągiem pośpiesznym do Terespola. W Terespolu zakup przejściówki na przejazd do Brześcia (1 EURO), przesiadka w wagon graniczny i jazda. Celnicy po obu stronach granicy nieco zdziwieni celem mojej podróży. Imperium Łukaszenki robi całkiem miłe wrażenie, dworzec w Brześciu pierwsza klasa.
Pociąg do Moskwy podstawiono dużo wcześniej. Dopłata za pościel 29 rubli. Skład wyrusza punktualnie o 16.25. Również punktualnie o 6.54 rano następnego dnia dojeżdżamy do Moskwy (dworzec białoruski). Podróż mija bez większych przygód.
Prosto z pociągu kieruję się do polskiego kościoła przy ulicy Małej Gruzińskiej 27. Parę dni wcześniej dogadałem się z siostrami, że przechowam tutaj bagaż - samolot de Erewania mam dopiero o 23.30. Po kilku próbach udaje mi się dodzwonić do Polski - potrzebna jest w tym celu specjalna karta (100 rubli) i specjalna budka (jest taka na dw. białoruskim obok peronów).
Ruszam do metra (tuż obok dworca). Na stacji "Teatralnaja" mam się spotkać z Iriną, koleżanką z internetu. Spotkanie ma się odbyć w hallu głównym ... tylko, który to hall główny ... w ruskim metrze każdy hall wygląda jak główny ... No nic czekam. Irina zjawia się punktualnie. Razem zwiedzamy miasto, o ile 1-dniowy pobyt w Moskwie można nazwać zwiedzaniem ...
Na początek Kreml (wjazd kosztuje 125 rubli na kartę ISIC). W środku na każdym kroku jakiś milicjant daje Ci znać, że przekraczasz jakąś zakazaną linię. Przed Kremlem – "show" czyli tzw. Wypustniki – impreza organizowana na zakończenie roku akademickiego. Potem Uniwersytet MGU oraz podziwianie panoramy miasta. Potem ze stacji metra Uniwersitetskaja wracamy do centrum. Piwko, krótka rozmowa i czas się zbierać. Wracam na stację "Białoruskaja", odbieram plecak z kościoła. Dalej metrem na "Rechnoj Vokzal" stamtąd marszrutka na Sheremetevo 1 (25 rubli). Sącząc miejscowy browar (Boczkar – 65 rubli) czekam na samolot.
Odprawa celna dłuży się niemiłosiernie. Bagaż kontrolują mi 3 razy. Do tego masa Ormian lecących tym samy rejsem ma jakieś problemy, kilka osób zostaje cofniętych. Samolot (Airbus A320) opóźnił się sporo. Na lotnisku w Erewaniu z godzinę czekania na bagaż. Wreszcie około 4.30 rano jest po wszystkim (półtorej godziny opóźnienia).
Tekst ten został umieszczony w portalu za zgodą jego autora i stanowi jego własność. Wszelkie formy dalszego przetwarzania tekstu bez zgody autora są zabronione

|