lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Teheran  
Zdobienia ściań wewnątrz Sheikh Lotfollah MosqueEsfahan, Iranfoto: Krzysztof Stępieńźródło: transazja.pl
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
4000 km po kraju przesyconym zapachem kadzidła, gdzie wyobrażenia z bajek Tysiąca i Jednej Nocy stają się rzeczywistością!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

Xi Jinping 'most powerful Chinese leader since Mao Zedong'

Kim Jong-nam murder: Women revisit Malaysia airport

Thai king funeral: The royal pyre built over a year

Anger over 100-year-old tattooist at trade show

Dreamworld tragedy 'shattered' lives, victims' mother says

Singapore to freeze car numbers

Australian accused of sending money to IS fighter

Myanmar Rohingya crisis: Bangladesh plea over 'untenable' exodus

Japan PM Shinzo Abe promises to handle North Korea threat

AC/DC producer George Young dies at 70

Iraq rebuffs Tillerson call to disband Iran-backed militias

Syria war: 'Dozens killed' in IS reprisals in Qaryatain

Astrolabe: Shipwreck find 'earliest navigation tool'

Gaza conjoined twins 'need life-saving treatment abroad'

British IS fighters 'must be killed', minister says

Charges dropped against Scot accused of public indecency in Dubai

Under fire in Iraq: A camera crew's view of a warzone

Inside Raqqa after IS pushed out

No, Islamic State group has not been defeated

Iraqi forces seize territory outside Kirkuk from Kurds

Miasta Azji

 Hua Shan

warto zobaczyć: 8
transport z Hua Shan: 3
dobre rady: 18

wybierz
[opinieCount] => 0

 Jerozolima

warto zobaczyć: 9
transport z Jerozolima: 3
dobre rady: 12

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pekin

warto zobaczyć: 27
transport z Pekin: 4
dobre rady: 60

wybierz
[opinieCount] => 0

 New Delhi

warto zobaczyć: 23
transport z New Delhi: 2
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 Stambuł

warto zobaczyć: 38
transport z Stambuł: 2
dobre rady: 40

wybierz
[opinieCount] => 0

 Xi'an

warto zobaczyć: 10
transport z Xi'an: 2
dobre rady: 19

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pokhara

warto zobaczyć: 9
transport z Pokhara: 1
dobre rady: 9

wybierz
[opinieCount] => 0

 Katmandu

warto zobaczyć: 14
transport z Katmandu: 3
dobre rady: 21

wybierz
[opinieCount] => 0

 Tajpej

warto zobaczyć: 22
transport z Tajpej: 11
dobre rady: 39

wybierz
[opinieCount] => 0

 Szanghaj

warto zobaczyć: 18
transport z Szanghaj: 1
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,627,801,84
IndieINR65,1676,7118,12
IzraelILS3,514,130,98
MalezjaMYR4,234,971,17
RosjaRUB57,3967,5615,96
Sri LankaLKR155,79183,3943,31
SyriaSYP214,85252,9359,74
TajlandiaTHB33,1739,059,22
TurcjaTRY3,514,130,97
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan - TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Iran
     kursy walut
     IRR
     PLN
     USD
     EUR
  •  Iran
     wiza i ambasada
    Iran
    ambasada w Polscetak
    wymagana wizatak
    wiza turystyczna jednokrotna na 30 dni pobytu kosztuje 50 euro
    Najmniejsza
    prowizja w Polsce!
    117 PLN wiza tranzytowa - około 14 dni roboczych sprawdź szczegóły

Iran 2009

wtorek, 28 sie 2012
Iran, Teheran, mury b. ambasaby USA fot. Michał Tranda

Pomysł

Wyjazd do Iranu planowaliśmy z żoną od dawna, ale ze względu na różne okoliczności musieliśmy go odkładać o kolejne lata. Na szczęście w tym roku wszystko się udało – wreszcie jechaliśmy do Iranu. Jeszcze wcześniej planowałem przejazd przez Iran tranzytem, z niewielkim zwiedzaniem, jako przystanek w drodze do Indii. Tak się jednak nie stało, gdyż ostatecznie do Indii dostaliśmy się samolotem latem 2006 roku (http://picasaweb.google.com/trandus/Indie2006).

Ponieważ pomysł wyjazdu nie powstał nagle, ogólnie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać na miejscu, gdyż przez wiele lat czytaliśmy różne informacje i opowiadania dotyczące Iranu. Prócz źródeł dotyczących Iranu znajdujących się w Internecie polecam oczywiście przewodnik Lonely Planet "Iran", który moim zdaniem jest jednym z lepszych tego wydawnictwa, z których miałem okazję korzystać.

15.08.2009. – Polska, Istambuł

Podróż zaczęła się tak jak zaplanowaliśmy. Z przyjaciółmi jadącymi na koncert Madonny dotarliśmy do Warszawy na lotnisko trzy godziny przed odlotem. Odprawa nastąpiła już w nowym terminalu, gdzie wprowadzono lepszy sposób odpraw rozpoczynający się od rana i w wielu bramkach jednocześnie, dzięki czemu nie trzeba stać w kolejkach. Niestety po raz kolejny, mimo, że były wolne rękawy, do samolotu dojeżdżamy autobusem, czyli "normalnie".

W Istambule standard na lotnisku o niebo lepszy, choć trzeba swoje odstać w kolejce po wizy (niestety zdrożały, kosztują 20$ lub 15€ od osoby).

Na lotnisku wsiedliśmy do metra /1,5 LT/ (swoją drogą mają niezły rozmach, droga do metra prowadzi korytarzem, a raczej wielką podziemną halą) i udaliśmy się na dworzec autobusowy (otogar). Jest to miejsce rozległe; znajduje się tu kilkaset firm transportowych oferujących przejazdy we wszystkich kierunkach, jednak mimo swego ogromu nie możemy oprzeć się wrażeniu, że i tak jest dwa razy za małe jak na ruch jaki musi obsłużyć.

Szybko odnaleźliśmy firmę, której szukaliśmy (jej autokarem wracałem z Dogubayazit do Istambułu w 2002 r., ona też jest wymieniana w opisach podróży do Iranu): Igdir li turism (zielony napis) i zadowoleni spytaliśmy o bilety do Tabriz. Tu niestety nastąpiło rozczarowanie - nie posiadali w swojej ofercie przejazdów do Iranu, albo z jakichś powodów nie chcieli nam ich sprzedać. Dodatkowo nikt nie mówił po angielsku, za to nieźle po rosyjsku, z którym ja niestety mam problem, a Marta nie zna wcale. Nie mniej zaoferowali nam pomoc, pokazali na telefon i że zaraz coś załatwią. Rzeczywiście, po pewnym czasie otrzymałem słuchawkę i po angielsku dogadałem się na kwotę 40$ od osoby do Tabriz. Okazało się jednak, że firma, która zaoferowała przejazd, ma siedzibę w innym miejscu, gdzie trzeba dojechać małym busikiem za 30€ - zareagowaliśmy więc silnym sprzeciwem, wróciliśmy do biura i zażądaliśmy zwrotu pieniędzy. Z początku otrzymaliśmy 70$, biuro wzięło sobie 10$ prowizji, ale na szczęście i to udało się nam odzyskać bez problemów.

Byliśmy tym wszystkim już nieco zdenerwowani. Pracownicy zaoferowali nam wtedy przejazd ich autobusem do Dogubayazit za 50$ od osoby. Po chwili zastanowienia skorzystaliśmy z tej oferty. Przekonało nas to, ze autobus już stał i dostaliśmy oficjalne bilety z czasem wyjazdu na dzień następny o godzinie 8:30 rano.

W miarę zadowoleni pojechaliśmy metrem /1.5 LT/  i tramwajem /1.5 LT/ do centrum starego Istambułu (Sultanahmed). W parku pomiędzy Haga Safia, a Błękitnym Meczetem była wręcz niewyobrażalna liczba turystów i kupców - mięliśmy nadzieję, ze za miesiąc, we wrześniu będzie tu znacznie luźniej. Okazało się, ze hotel, w którym mieszkałem w 2002 r. zmienił się nie do poznania (został odnowiony) i przede wszystkim nie było w nim miejsc. Po chwili trafiliśmy do Best Island Hostel, gdzie za nocleg na dachu trzeba zapłacić 10€ (w cenie śniadanie, niestety o 9;00). Iść spać można tam dopiero po północy gdy zamkną bar na górze i sprzątną krzesła oraz stoły.

Wybraliśmy się cos zjeść, spróbowaliśmy donera z kurczakiem /2.5 LT/, słodkich precelków /0,5 LT/, bułki ze smażoną na grillu makrelą /3 LT/ oraz gotowanej kukurydzy /1 LT/.

Turcja, Istambul, widok na Hagia Sofia z tarasu Best Island Guesthouse Turcja, Istambul, widok na Hagia Sofia z tarasu Best Island Guesthouse fot. Michał Tranda
W hostelu była ciepła woda i nawet czysto, choć remont by nie zaszkodził. Przed pójściem spać skorzystałem z dostępnego WiFi, podłączyłem się telefonem i przy pomocy VoIP zadzwoniłem do Polski w cenie lokalnego połączenia w Polsce - w końcu udało mi się tę możliwość przetestować za granica i stwierdzam, że to jest to bardzo fajna usługa.

Rozłożyliśmy się na dachu z widokiem na oświetloną Haga Sophie, z prawej widoczny był Błękitny Meczet, a z drugiej strony Cieśnina Bosfor, wszystko jak na dłoni. Jedynie czego obawiała się Marta to latających nad nami mew, a właściwie tego, co robiły podczas lotu... na szczęście na obawach się skończyło :)

16.08.2009

Zebraliśmy się o świcie i pojechaliśmy na otogar. Autokar był nowym Mercedesem i wyglądał bardzo OK, wyjechaliśmy prawie o czasie. Na drodze z dworca jechaliśmy wzdłuż ponadkilometrowej, podwójnej kolejki autokarów, zmierzających w przeciwnym kierunku.

Jazda autokarem była naprawdę przyjemna, można było wyprostować nogi, na pokładzie był stuart, który rozdawał schłodzoną wodę, Coca-Colę, herbatę, nawilżane chusteczki, sprzątał śmieci, wycierał stoliki. :) Zatrzymywaliśmy się co kilka godzin na toaletę /0,5-1 LT/ i jedzenie (za spory obiadek ok. 10-12 LT).

Krajobraz za oknem to właściwie cały czas górzysty, różnokolorowy step. Jechaliśmy głównie autostradą, a później drogą z 4 pasami i ze skrzyżowaniami bezkolizyjnymi. Droga w wielu miejscach jest remontowana lub poszerzana.

Jeśli chodzi o budownictwo to panuje tu bałagan, w mniejszym stopniu dotyczy to stolicy, a w zdecydowanie większym prowincji. Większość budynków wydaje się być nie dokończona, co nie robi dobrego wrażenia. Ciekawostką jest to, że na bardzo wielu domach znajdują się kolektory grzewcze oraz, połączone z nimi, zbiorniki ze stali nierdzewnej. , Wydaje się także, że jeżdżą tu lepsze auta niż w Polsce.

W autokarze była telewizja, na początku myśleliśmy, ze odtwarzają nagrane wcześniej programy, ale gdy wjechaliśmy w góry zaczęły się pojawiać cyfrowe zakłócenia i przerwy w transmisji. W pewnym momencie przekonaliśmy się, że TV jest na pewno na żywo: zostały pokazane protesty polskich ortodoksyjnych katolików przeciwko koncertowi Madonny w Warszawie sprzed kilku godzin - najedliśmy się trochę wstydu.

Przed świtem termometr w autokarze pokazał 10° C na zewnątrz i zostało włączone ogrzewanie.

17.08.2009

Turcja, na granicy z Iranem, Ararat Turcja, na granicy z Iranem, Ararat fot. Michał Tranda
Jak się okazało podroż autobusem nie skończyła się w Dogubayazit, ale w mieście oddalonym o 50 km na północ, Igdir. Z tego miejsca pojechaliśmy busem do Dogubayazit, na szczęście nie musieliśmy płacić.

Po dojechaniu do Dogubayazit udaliśmy się na stację benzynową, na której skorzystaliśmy z toalety, a następnie miły sprzedawca pokazał nam skąd odjeżdżają busy do granicy irańskiej. W ten sposób znów byliśmy w drodze. Doskonale było z niej widać dwa przepiękne wierzchołki Araratu (na szczycie wyższego byłem w 2002 r., więc z górą tą jestem dodatkowo związany silnymi emocjami górskimi).

Turcja, na granicy z Iranem Turcja, na granicy z Iranem fot. Michał Tranda
Na granicy była spora kolejka TIRów, ale przejście dla ludzi nie było bardzo zatłoczone. Czekaliśmy w kolejce wraz z dwoma Irańczykami, którzy zaproponowali nam przejazd do Tabriz ich samochodem czekającym po drugiej stronie granicy. Po niecałej godzinie stanęliśmy przed dwoma rozsuwanymi bramami i po chwili byliśmy już w Iranie :) Jeszcze przed budynkiem odpraw niezwykle grzecznie przywitał nas (po angielsku) irański urzędnik, a po wejściu do budynku zaprosił do oddzielnego pokoju w, którym przedstawił się jako pracownik Irańskiej Agencji Turystycznej. Otrzymaliśmy mapy oraz trochę rożnych informacji, np. jak się dostać do Tabriz. Przy okazji spytał nas co chcemy zobaczyć i poprosił o napisanie kilku zwrotów po polsku. My się np. dowiedzieliśmy, że jesteśmy jedynymi Polakami w tym miesiącu, natomiast wcześniej była polska rodzina, która podróżowała swoim busem. Mieliśmy po tej rozmowie sprzeczne wrażenia; z jednej strony wszystko odbyło się bardzo kulturalnie i miło; otrzymaliśmy sporo informacji wstępnych, a także mogliśmy się podzielić naszą wiedzą; z drugiej jednak strony nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że spotkanie to było delikatnym przesłuchaniem na zlecenie irańskiego reżimu.

Gdy wreszcie wyszliśmy z budynku niestety już nie było znajomych Irańczyków, ale trudno się dziwić, musnęliby czekać na nas z 20 min. W tej sytuacji postanowiliśmy wymienić 200$ w banku na granicy, w którym był o niebo lepszy kurs niż u cinkciarzy. Otrzymaliśmy „kupę” kasy, prawie 2 mln. IRL, ok. 200 banknotów.

Marta musiała skorzystać z toalety, ale znaleźliśmy jedynie męską. Nie mając wyboru oboje do niej weszliśmy i przy okazji trochę się umyliśmy po długiej podróży.

Wzięliśmy taksówkę /1,5 $/ i pojechaliśmy do Moku gdzie kupiliśmy bilet do Tabriz /2 $/. Na dworcu zaopatrzyliśmy się jeszcze w 1,5 l tutejszej coli /0,8 $/ oraz jedną kanapkę /1,5 $/.

Autokar ruszył punktualnie o 14:00. Kierowcą był miły Irańczyk mówiący po angielsku, który prawie na każdym postoju do nas podchodził i pytał czy czegoś nie potrzebujemy. W pewnym momencie Martę na tyle mocno przycisnęło, że musiała natychmiast odwiedzić toaletę ze względu na zemstę sułtana. Gdy powiadomiliśmy o tym kierowcę zatrzymał się na najbliższym parkingu i osobiście zaprowadził Martę do przydrożnej knajpy, w której mogła skorzystać z toalety.

Iran, droga z Maku do Tabriz, traba powitrzna Iran, droga z Maku do Tabriz, traba powitrzna fot. Michał Tranda
Jadąc autokarem podziwialiśmy pustynne i półpustynne widoki, w pewnym momencie Marta wypatrzyła dwie trąby piach na wysokość przynajmniej kilkudziesięciu metrów. W połowie drogi klimatyzacja została wyłączona, ale po otwarciu luków w dachu nie było to wielkim problemem (prócz momentów, w których staliśmy).

Do Tabriz dojechaliśmy koło godziny 18. Na dworcu otoczyła nas chmara taksówkowych naganiaczy, ale byli tam także osoby, które rzeczywiście chciały nam pomóc, dzięki czemu do centrum, w okolice bazaru dojechaliśmy o wiele tańszym „share taxi /0,35 $/. Tutaj podczas zakładania plecaków doszedł do nas starszy pan i spytał czy może nam pomoc. Był bardzo miły i rzeczywiście okazał się pomocny - zaprowadzi nas do kilku hoteli, ostatecznie wybraliśmy Hotel Delgosha Salmas /6 $/. Cena w miarę przystępna i pokój był też OK, węzeł sanitarny tez był zadowalający, a w kranach była ciepła woda, niestety prysznic był też dodatkowo płatny /1,3 $/. Miły pan, który nas oprowadzali zostawił do siebie adres i zaprosił do siebie do sklepu z dywanami na następny dzień na godzinie 10.

Po rozłożeniu się w pokoju wyszliśmy pochodzić po okolicy, zjedliśmy hamburgera (tylko ja, gdyż Martę nadal męczyła zemsta sułtana) /1 $/ z piwem Efez (bezalkoholowym) /0,8 $/ - na początku budziliśmy w barze zainteresowanie, ale po chwili zrobiło się normalnie i mogliśmy spokojnie zjeść.

Tabriz leży dość wysoko nad powierzchnią morza, ok. 1400 m dzięki temu temperatura jest bardzo przyjemna, a silny wiatr powodował, że chwilami nawet było lekko chłodno.

18.08.2009. Tabriz, Kandovan

Iran, Tabriz, serce bazaru Iran, Tabriz, serce bazaru fot. Michał Tranda
Zebraliśmy się kolo godziny 10 rano i poszliśmy szukać naszego wczorajszego przewodnika Mamesha. Niestety zadanie nie było łatwe, na szczęście każdy, kogo spytaliśmy chciał nam pomoc i to nie tylko pokazując kierunek, ale nas prowadząc. W końcu dotarliśmy do pasażu ze sklepami z dywanami, weszliśmy do pierwszego i na nasze pytanie o drogę panowie ze sklepu zaproponowali, że nas zaprowadzą na miejsce, ale najpierw ugoszczą herbatą. Podczas tej miłej wizyty pokazano nam jak się projektuje i ręcznie wyrabia perskie dywany. Nasi gospodarze w większość wysyłali je do Niemiec, które też odwiedzili. Po wypiciu herbaty panowie spełnili obietnicę i zaprowadzili nas do poszukiwanego sklepu. Był on wypełniony na prawdę ładnymi dywanami z wełny i jedwabiu, jednak ceny były wysokie, np. spory dywan z jedwabiu który się nam spodobał kosztował 100 $ - cena w Europie byłaby pewnie kilka razy większa - ale mimo wszystko się nie zdecydowaliśmy.

Po dłuższej chwili spędzonej w sklepie przyszedł przewodnik, z którym się umówiliśmy i poszliśmy pozwiedzać bazar. Mamesh pokaz nam również starą, nie używaną już od 60 lat łaźnię w podziemiach oraz . Później zaczęliśmy rozmawiać co jeszcze można zobaczyć w Tabriz. Mamesh zaproponował nam wycieczkę do Kanvodan, wioski górskiej podobnej do Kapadocji w Turcji. Cena za przejazd w obie strony za 2 osoby samochodem jego kolegi wynosiła 20 $. Po chwili namysłu się zdecydowaliśmy, choć wcześniej planowaliśmy zwiedzić to miejsce dopiero podczas powrotu.

Droga była stosunkowo długa, ok. 50 km w jedna stronę. Po drodze zatankowaliśmy paliwo w cenie 1 $ za 10 litrow. Trzeba przyznać, że irańscy kierowcy jeżdżą naprawdę z fantazją, a nasi motocykliści to uczniaki w porównaniu do tutejszych, jeśli chodzi o robienie slalomów między samochodami i przeciskanie się na minimetry. Czasami też można spotkać rowerzystę na drogim rowerze górskim znanej firmy, którego jazda w ruchu miejskim także może budzić zainteresowanie.

Wioska okazała się miejscem godnym polecenia do zwiedzenia. Po jednej stronie rzeki stoją domy, z których większość mieści się w skalach, a po drugiej znajduje się mini kurort irański z miejscami do jedzenia i piknikowania w cieniu drzew i specjalnie zbudowanych w celu osłon oraz dachów, pod którymi siedzą i leżą na kocach cale irańskie rodziny.

Gdy poszliśmy rozejrzeć się po okolicy, na każdym kroku budziliśmy zainteresowanie i całe rodziny prosiły nas o zrobienie z nami zdjęcia, a popularność nasza najprawdopodobniej wynikała z tego, ze Marta ma blond włosy, które nie do końca zakrywała. Spotkaliśmy także chłopaków z Tabriz, którzy powiedzieli nam gdzie w tym mieście można zakupić autobusowe bilety do Istambułu i że kosztuje to 40 $ - informacja ta okazała się bardzo przydatna w drodze powrotnej.

Iran, Kandovan Iran, Kandovan fot. Michał Tranda
Do domów w skalach wchodzi się po stromych schodach, a życie w nich na pewno nie należy do łatwych, szczególnie, że zimą pada tam śnieg. Wracając, w jeden ze sklepików w jaskini zakupiliśmy komplet dwunastu nieźle wydanych pocztówek za 1 $.

Po długim powrocie do Tabriz wybraliśmy się do miasta. Gdy szliśmy do Błękitnego Meczetu dobiegła do nas dziewczyna, która okazała się być miłą Nowozelandką, Kaylie, z którą spędziliśmy resztę wieczoru. W okolicach meczetu rozmawialiśmy i robiliśmy sobie zdjęcia z wieloma Irańczykami, ale po godzinie stało się to bardzo męczące i postanowiliśmy wracać do hotelu, tym bardziej, że już się ściemniło. Wracając wypiliśmy drinki owocowe /1 $/.

Kaylie  była właśnie w czwartym miesiącu podróży z Londynu do swojego domu w Nowej Zelandii. Po siedmiu latach pracy w stolicy Wielkiej Brytanii rzuciła pracę i wracała do ojczyzny na rowerze (!), ale także korzystała z transportu lądowego i morskiego. Właśnie przymierzała się do najtrudniejszej części podróży czyli przejazdu przez Pakistan, choć w Iranie, jako samotna kobieta, też miała niezbyt miłe chwile.

19.08.2009. Tabriz, Ardabil

Rano się spakowaliśmy i poszliśmy kupić coś do jedzenia na podróż. Nasz wybór padł na pobliską piekarnię. Kupiliśmy cztery "paszteciki" nadziewane zmielonymi figami, daktylami i imbirem oraz dwie małe pizze z ketchupem w saszetkach /1 $/.

Po zabraniu bagaży z hotelu poszliśmy złapać taksówkę. Pod wpływem informacji od spotkanego właściciela sklepu z kranami, poszliśmy na przystanek autobusowy, ale ponieważ dłuższy czas nic nie jechało ostatecznie zdecydowaliśmy się na małego busa na terminal. Kierowca niestety nas trochę oszukał, ale ostatecznie zapłaciliśmy 1 $ za przejazd.

Na terminalu autobusowym doszło do nas dwoje chłopaków i zaproponowali nam pomoc, przy okazji wręczyli nam w prezencie (a właściwie mnie, ale to w krajach islamskich normalne, że kobiety z reguły są ignorowane) puszkę pysznego nektaru z brzoskwiń zawierającego owoce. Irańczycy to bez wątpienia najbardziej gościnny naród jaki odwiedziłem, o czym mieliśmy się jeszcze wiele razy przekonać. Po pobycie w Indiach Byliśmy przygotowani, że każda oferta pomocy będzie się wiązała z wyłudzeniem pieniędzy, ale szybko się od tego musieliśmy odzwyczaić.

Autobusem do Ardabil /1,6 $/ okazał się być przynajmniej 25-cioletni mercedes, który wydawał z siebie bardzo dziwne dźwięki, mocno kontrastował ze stojącymi obok nowymi Scaniami :). Droga do Ardeabil zajęła 4 h, w tym czasie wspięliśmy się na ponad 2000 m n.p.m.

Iran, Ardabil Iran, Ardabil fot. Michał Tranda
Podczas przejazdu przez Ardabil stwierdziliśmy, że jedziemy dalej, do Rasht - miasto wygląda okropnie, jak gdyby było po wojnie lub trzęsieniu ziemi. Trudno jest opisać ten wygląd, w każdym razie było na tyle odpychające, że chcieliśmy je jak najszybciej opuścić, mimo, że w przewodniku było opisane jako godne odwiedzenia z kilkoma interesującymi zabytkami. Na naszą decyzję z pewnością miał także wpływ fakt, że tego dnia byliśmy nieco zdołowani, co się czasami zdarza w tego typu podróżach - na szczęście nastrój ten szybko nam m :).

Po dojechaniu do terminala autobusowego szybko odnaleźliśmy autobus do Rasht. Podczas zakupu biletów popełniliśmy niestety przykry nietakt: kierowca nam zaproponował cenę 5 $ od osoby, nam jednak ta cena wydawała się zbyt duża, była kilka razy większa niż ta opisywana w przewodniku. Korzystając z pomocy kobiety, która trochę mówiła po angielsku stargowaliśmy cenę do 4 $. Jednak po chwili się rozmyśliliśmy gdyż zobaczyliśmy, ze ludzie kupują bilety w kasie. Tu się jednak okazało, ze bilet kosztuje 4,5 $. Wyniknęła z tego bardzo niemiła sytuacja, kierowca się na nas obraził i nawet nie chciał nas zabrać, ale ostatecznie wsiedliśmy do środka. Po chwili zdarzył się kolejny niemiły moment, na szczęście nas nie dotyczył, miedzy pasażerami doszło do jakieś kłótni, a nawet przepychanek przed autobusem.

Podroż trwała zdecydowanie dłużej niż było podane w przewodniku: ponad 6 h zamiast 4 h. Droga natomiast prowadziła przez przepiękne tereny, rozpoczęła się właściwie na pustyni, następnie wjechaliśmy w suche góry przykryte chmurami, a później przy zjeżdżaniu serpentynami w dolinę zrobiło się znów coraz ładniej i z każdą chwilą było więcej roślinności, tak, że gdy w końcu ujrzeliśmy w oddali Morze Kaspijskie przyroda przypominała już wilgotne tropiki.

Okazało się niestety, że autokar nie jedzie do Rasht tylko do Teheranu i na jednym z parkingów musieliśmy wyjść i złapać okazję do Rasht. Na szczęście był z nami mówiący po angielsku student Hamit, który był dla nas niezwykle uczynny, nie dość, ze pomógł nam dostać się do miasta, chodził z nami po hotelach (zaczęliśmy od za 100 $ za dwójkę), to jeszcze oferował, ze nam zapłaci za nocleg gdy mówiliśmy, że dla nas kilkadziesiąt dolarów za nocleg to za drogo.

W końcu znaleźliśmy guesthouse (Karvan) za akceptowalną kwotę 18 $ za pokój z umywalką i prysznicem w cenie. Po kąpieli wyszliśmy na chwilkę coś zjeść i znów spotkaliśmy się z ogromną gościnnością najpierw w małej knajpce, a później w sklepie z bakaliami.

20.08.2009. Rasht, Masuleh

Tego dnia chcieliśmy znaleźć tańszy hotel, ale się to nie udało. Postanowiliśmy spróbować dostać się do górskiej wioski Masuleh, a następnie pojechać nad Morze Kaspijskie. Podróż do Musaleh okazała się dość tania, dostaliśmy się tam dwoma taksówkami, w sumie za ok. 5$. Chłopak był właścicielem ostatniej Peugeot 406, postanowił nas bardzo szybko dowieźć na miejsce, wyprzedzał wszystkich i w każdym możliwym miejscu, łącznie z zakrętami górskiej drogi.

Iran, Masuleh Iran, Masuleh fot. Michał Tranda
Sama wioska jest malowniczo położona w gęsto zarośniętej dolinie, nie mniej jest tu wyjątkowo tłoczno, porównywalnie do Krupówek w sezonie. Mieliśmy w planach pochodzić po okolicy przez godzinę, a następnie zrealizować dalszą część planu czyli dostać się nad Morze Kaspijskie; nasze plany uległy jednak zmianie.

Przy wodospadzie na końcu wioski zostaliśmy zaproszeni przez jedną z będących tam rodzin do wspólnego spędzenia czasu. Jak wiele innych rodzin mieli rozłożony w cieniu koc, na którym siedzieli, rozmawiali i jedli owoce, słowem piknikowali. Średnio mówili po angielsku, ale jakoś się dogadywaliśmy. Zaproszenie to było momentem, w którym rozpoczęliśmy jak dotąd najciekawszy czas w Iranie, poznaliśmy co znaczy irańska gościnność, zostaliśmy zaproszenie do domu w Rasht, byliśmy częstowani wszystkim co mieli. Ahmad, gospodarz, opłacił nam cały przejazd z powrotem.

Iran, Masuleh, Irańska rodzina Iran, Masuleh, Irańska rodzina fot. Michał Tranda
Mieszkanie okazało się całkiem spore (85 m²) i znajdowało się w nowym apartamentowcu, było urządzone nowocześnie, ale we wschodnim stylu. Posiadali zakazaną tutaj telewizję satelitarną, którą Ahmad kupił od swoich uczniów :) (Ahmad był nauczycielem chemii). Nie mogło się obejść bez obiadu, który zaczął się pysznymi przystawkami, po których nastąpiły dania główne, a na końcu pojawiła się góra owoców. W międzyczasie pokazałem na komputerze w Internecie (połączenie modemowe) kilka zdjęć z Polski i przede wszystkim Google maps, o które mnie poprosił Ahmad. Gospodarze bardzo nalegali abyśmy zostali na noc, ale udało nam się ich przekonać, że mamy już opłacony hotel i musimy wracać, jednak zostaliśmy "wypuszczeni" dopiero około północy. Pożegnać nas wyszła cala rodzina, a gospodarz z góry zapłacił taksówkarzowi za nasz przejazd do hotelu. Byliśmy z Martą pod takim wrażeniem, że w drodze powrotnej prawie nic nie mówiliśmy, to były niesamowite i niepowtarzalne doznania związane z kulturą Iranu i Irańczykami.

Podczas rozmów dowiedzieliśmy się także, że rodzina jest zdecydowanie przeciwna swojemu prezydentowi, nazywali go „prezydentem kłamcą”. W przeciwieństwie do swojej żony Ahmad był niewierzący, ich chrześnica (ok 18 lat) w rozmowie z Martą wspomniała, że powinna się trzy razy dziennie modlić ale to jest bez sensu, wiec robi to najwyżej raz w tygodniu.  Wszyscy natomiast pragnęli aby była u nich prawdziwa demokracja i kapitalizm jak w Europie. Niewątpliwie była to bardzo postępowa rodzina, przy czym zdecydowanie niezbyt zamożna, podobnie jak rodziny nauczycieli w Polsce.

21.08.2009. Rasht, Teheran

Ponieważ nie mogliśmy wieczorem wysłać SMSa ani się połączyć z rodziną która nas gościła i powiadomić, że bezpiecznie dotarliśmy do hotelu, o co zostaliśmy poproszeni, postanowiliśmy przed pojechaniem do terminala autobusowego, pojechać do nich, by jeszcze raz podziękować i pożegnać się osobiście, co bardzo ucieszyło Ahmada.

Terminal w Rasht okazał się być przyzwoity, bilety w kasie sprzedała nam bardzo ładna Iranka dobrze mówiąca po angielsku, a autokar był stosunkowo nowym Volvo (lecz dużo mniej wygodnym od Mercedesa, którym jechaliśmy do Iranu), oczywiście z klimatyzacją, choć nieco za mocno działającą - w środku było 17 st. Cieszyliśmy się, że jednak w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się zabrać z Polski polary.

Podróż minęła bardzo szybko (4 h). Na miejscu „rzucili się” na nas taksówkarze, pierwsza propozycja do hotelu, który pokazaliśmy wyniosła 10 $, jedna z kolejnych już 6 $, ale zdecydowaliśmy się na metro. Nie udało się nam jednak uniknąć przepłacenia - przejazd 500 m wyniósł 2 $ (w sumie). Gdybyśmy wiedzieli gdzie jest stacja to przeszlibyśmy się piechotą. Zeszliśmy do nowoczesnego i cichego metra i bez problemu dojechaliśmy do naszej stacji /0,2 $/ - jest ono na prawdę świetnie oznakowane i nie można się tu zgubić.

Doszliśmy do ukrytego w bocznej uliczce hotelu Khazar Sea z przyzwoitymi pokojami z klimatyzacją i umywalką /6 $/.

Iran, Teheran, mury b. ambasaby USA Iran, Teheran, mury b. ambasaby USA fot. Michał Tranda
Po krótkim odpoczynku pojechaliśmy zobaczyć byłą ambasadę USA. W przewodniku LP z 2004 r. jest ona nieco źle umiejscowiona, ale w końcu odnaleźliśmy znane graffiti. Podczas gdy robiliśmy zdjęcia podszedł do nas Irańczyk w wieki około 30 lat i powiedział przekonywująco "we like America". Zdjęć zrobiliśmy na prawdę sporo, a później się dowiedzieliśmy, że gdyby widziała to policja to kazałaby je skasować lub nawet skonfiskowała aparat - nie wiem czy rzeczywiście istniało takie zagrożenie, ale cieszyłem się, że zostaliśmy o tym poinformowani po fakcie, gdyż wtedy nie robilibyśmy tych fotek tak swobodnie.

Niedaleko ambasady znajduje się niewielki park, do którego poszliśmy chwile posiedzieć i odpocząć po podróży, a także od temperatury, która była w nim odczuwalnie niższa niż na wybetonowanych ulicach. Znajdowało się w nim dużo rodzin, które grały w różne gry, jak badminton, tenis czy piłka nożna. Prócz tego na trawnikach były rozłożone koce, na których towarzystwo jadło i rozmawiało. Siedząc na ławce i przypatrując się im, stwierdziliśmy, że ludzie ci wyglądają na szczęśliwych. Po raz kolejny zobaczyliśmy, że wszyscy odnoszą się do innych z szacunkiem, a dzieci obdarowywane są wielką miłością, zarówno przez matki jaki i ojców.

Gdy zrobiło się ciemno wróciliśmy do hotelu i bardzo się cieszyliśmy, że działała w nim klimatyzacja :)

22.08.2009. Tehran

Dziś rozpoczął się ramadan (ramazan), co oficjalnie oznaczało, że od świtu do 20:00 nie powinniśmy jeść ani pic. Jednak wiele osób nam mówiło, że raczej nikt nam, jako zagranicznym turystom, nie będzie robił problemów gdy coś zjemy w ciągu dnia. Nie mniej odradzano nam się z tym obnosić, gdyż możemy się wtedy spotkać z niechęcią.

Obudziliśmy się przed dziewiątą, chwilę później została wyłączona klimatyzacja, co przyspieszyło nasze wyjście. Pierwsze co zrobiliśmy, to wybraliśmy się do banku Melli, który znajdował się tuż przy stacji metra Mellat aby wymienić 300 $. Kurs mieli bardzo dobry (1 $ = 9995 IRL), z transakcję musieliśmy jednak zapłacić 1 $ prowizji, co jest w Iranie powszechne. Ten bank jest najlepszym miejscem do wymiany pieniędzy. Pomimo dużych kolejek w placówce zostaliśmy obsłużenie poza kolejnością.

Iran, Teheran, Iranki Iran, Teheran, Iranki fot. Michał Tranda
Gdy już załatwiliśmy sprawy związane z pieniędzmi wybraliśmy się do Narodowego Muzeum Iranu /ulgowy 0,5 $/ - miejsce nie zachwyca, ale jest blisko metra i można mu chwilę poświęcić.

Kolejne muzeum na liście to na prawdę warte zobaczenia National Jewels Museum /3 $/, w cenie zawarty jest przewodnik mówiący po angielsku. Bogactwa tu zgromadzone są na prawdę imponujące i bardzo ładnie wystawione. Muzeum jest czynne tylko kilka dni w tygodniu przez 3 h.

Wieczorem, po krótkim odpoczynku w hotelu i napełnieniu żołądków arbuzem oraz kilkoma tutejszymi słodyczami, wybraliśmy się na dworzec kolejowy aby zakupić bilety na kolejny dzień do Esfahan. Dworzec znajduje się ok. 1,5 km od stacji metra i drogę tę pokonaliśmy pieszo. Na wyjeździe staraliśmy się dużo chodzić, gdyż podróżowanie z plecakiem tak na prawdę łączy się w dużej części z siedzeniem w rożnych środkach transportu, co niestety nie służy kondycji i dobremu samopoczuciu. Przemieszczanie się po Teheranie wcale nie jest takie tragiczne jak czytaliśmy w wielu miejscach, ruch rzeczywiście jest duży, ale nie odbiega znacząco od innych miast w Iranie. Do tego dochodzi możliwość korzystania z metra, które jest śmiesznie tanie i powala bez problemu dostać się do wielu miejsc.

Idąc na stację obserwowaliśmy szczury, które żerowały w rynsztoku miedzy chodnikiem a jezdnią, wcześniej widzieliśmy w okolicach rynsztoków koty, które pewnie na nie właśnie polują oraz kilka małych kaczek :).

Dworzec kolejowy jest nowoczesny (niektóre kabiny w WC są wyposażone w europejskie muszle!), w informacji była bardzo miła pani, która wyjaśniła nam wszystkie wątpliwości i wskazała miejsce gdzie możemy zakupić bilety - dziwne, ale jest to w odległej o jakieś 1 km agencji, w której panowie nie za bardzo mówią po angielsku, ale oczywiście są bardzo mili. Na miejsce zaprowadził nas policjant, którego prosiliśmy o wskazanie drogi. Po krótkiej chwili mieliśmy już bilety w kuszetkach 1 kl. na następny dzień na godzinie 22:45 (pociąg jedzie 7 h, przekazano nam, że trzeba być 1 h przed odjazdem) /6 $/.

Iran, Teheran, deptak Iran, Teheran, deptak fot. Michał Tranda
Tego dnia postanowiliśmy jeszcze pojechać na górę Darband - nawet udało nam się częściowo wprowadzić plan w życie, ale ponieważ było już późno ostateczne zrezygnowaliśmy. Za nieudany wyjazd zapłaciliśmy ok. 3,2 $ na osobę, a w zamian mieliśmy chyba najgorsza jazdę - z jakimś wariatem za kierownicą - po ulicach Teheranu.

Aby dostać się na Darband trzeba przejechać przez północny Teheran dzięki czemu mogliśmy się mu nieco przyjrzeć i trzeba przyznać, że wygląda inaczej niż pozostały Iran. W sklepach są drogie towary, jest tu dużo nowych apartamentowców (najwyższy na 56 pięter), a ulicami jeżdżą zachodnie auta z najwyższej półki.

23.08.2009. Teheran

Poranek był całkiem chłodny i obudziliśmy się dopiero około godziny 10:00. W południe  zostawiliśmy plecaki w recepcji i poszliśmy szukać biura wcześniej spotkanego w metrze inżyniera, który poprzedniego wieczora podwiózł nas swoim samochodem kawałek drogi w kierunku Darband. Biura szukaliśmy dość długo, na miejscu przywitała nas ubrana w czador sekretarka, była bardzo moją obecnością zawstydzona i właściwie się nie odzywała, ale gdy tylko wychodziłem np. do toalety to natychmiast zaczynała rozmawiać z Martą. Zostaliśmy poczęstowani zimną Fantą Lemon, co wydało nam się dziwne ze względu na ramadan. Miejsce, w którym znajdowało się biuro było mieszkaniem w nowym budynku, salon służył jako magazyn części zamiennych do ciężarówek Mercedesa.

Po pewnym czasie przyszedł Hossein. Długo rozmawialiśmy na wiele tematów, sporo się dowiedzieliśmy o Iranie i zwyczajach, spytaliśmy także gdzie można kupić ubrania dla Marty żeby się tak bardzo nie wyróżniała. Po pewnym czasie gospodarz musiał wyjść w interesach, a my zostaliśmy poczęstowani kawą z herbatnikami.

Ja niestety zacząłem się czuć coraz gorzej, a po kolejnej wizycie w toalecie (oczywiście był to narciarz) byłem pewny, ze dopadła mnie zemsta sułtana, najprawdopodobniej po wczorajszym shake'u owocowym.
Hossein wrócił po około godzinie z mnóstwem jedzenia i z kupionym dla Marty bardzo fajnym wdzianku, które otrzymała w prezencie :). Po chwili usiedliśmy do obiadu, wtedy okazało się, że gospodarz nie jest wierzący. Z dalszych rozmów dowiedzieliśmy się, że posiadał żonę i trójkę dzieci, które także nie identyfikowały się z oficjalną religią Iranu.

Wdzięczni za gościnę wyszliśmy dopiero koło godziny 16:00 i poszliśmy zwiedzić kompleks Golestan Palace. Nie mięliśmy jednak szczęścia gdyż pałace były zamknięte, jednak udało nam się bardzo przyjemnie spędzić czas w pobliskim niewielkim parku z fontannami, gdzie trochę odpoczęliśmy leżąc i chłodząc nogi w basenie. Tego dnia po raz pierwszy na niebie pojawiły się chmury i momentami przysłaniały słonce dając trochę ulgi.

Po godzinie poszliśmy do najstarszego parku w Teheranie (Park-e Shahr). W drodze do parku miałem nieco podwinięte nogawki, na co zwrócił mi uwagę jakiś przechodzień. Przekonałem się, że na ulicach jednak trzeba przestrzegać tutejszych zasad.

W parku spotkaliśmy bardzo gadatliwego i jednocześnie dziwnego człowieka, z którym po godzinie rozmowy wybraliśmy się do polecanej przez niego knajpy na irańską zupę i inne przysmaki. Wyjście jednak okazało się mocno chybione  przez co nie mięliśmy już czasu na zjedzenie porządnego obiadu przed wejściem do pociągu. Podczas drogi z hotelu na stację momentami delikatnie kropiło z rozbudowanych chmur, ale niestety zbyt mało żeby przynieść ulgę i schłodzić za dnia rozgrzane słońcem mury i jezdnie.

Pociąg, do którego wsiedliśmy, nas bardzo zawiódł. Stare, sypialne przedziały okazały się dużo węższe niż znane nam z pociągów spoza Iranu, a po ruszeniu okazało się, że nie działa klimatyzacja. Na początku, zanim ruszyliśmy, byliśmy sami w przedziale, później dosiadł się mocno otyły, dyszący jak parowóz mężczyzna, a na końcu dosiadła się rodzina z dorosłą córką. Córka i matka ubrane były w czadory i odnieśliśmy wrażenie, że nie bardzo im się podobała nasza obecność, nie chciały siedzieć nawet koło Marty. Gdy już pociąg ruszył, przyszedł kierownik pociągu i najpierw poprosił otyłego mężczyznę aby się przesiadł (wychodząc wyglądał na zadowolonego), a po chwili poprosił o to także nas. Z nieufnością się zapakowaliśmy i wyszliśmy - okazało się jednak, że otrzymaliśmy do dyspozycji pusty przedział (niestety także bez klimatyzacji). Gdy już się wszystko uspokoiło zacząłem patrzeć przez okno i w oddali, na zachodzie, obserwowałem pojawiające się co jakiś czas błyskawice.

24.08.2009. Esfahan

W drodze niewiele spaliśmy, gdyż dopiero nad ranem zrobiło się w miarę chłodno. Wcześniej, mimo że leżeliśmy w samej bieliźnie, nie udało nam się zasnąć z powodu upiornego gorąca. Ubraliśmy się i umyliśmy gdy zaczęło rozbić się jasno, za oknami przywitały nas niesamowite góry wyrastające co jakiś czas z wielkiej równiny w okolicach Esfahan.

Iran, Esfahan, Imam Squere Iran, Esfahan, Imam Squere fot. Michał Tranda
Przejazd taksówką z dworca do centrum kosztuje 6 $, my jednak wybraliśmy autobus komunikacji miejskiej, co nas kosztowało 0,2 $ za dwie osoby.
Zdecydowaliśmy się zamieszkać w Persja Hotel gdyż były w nim wolne pokoje i sterowana ręcznie klimatyzacja /12.5 $/. Dodatkowo w pokoju mieliśmy lodówkę i łazienkę z prysznicem. Wszystko było nieco zdezelowane, ale jednak działające :).

Przespaliśmy się trochę i poszliśmy zobaczyć Immam Sqere. Miejsce to na prawdę robi duże wrażenie. Ze względu na upał skupiliśmy się przede wszystkim na krytym bazarze, który otacza plac. Można tu kupić ręcznie wyrabiane rzeczy, a także mnóstwo kiczowatych wyrobów z Chin. Nie ma też problemy z zakupem fajek wodnych, ale trzeba dobrze poszukać, żeby znaleźć coś w dobrej cenie.

Iran, Esfahan, bazar przy Imam Squere Iran, Esfahan, bazar przy Imam Squere fot. Michał Tranda
Wracając weszliśmy do Muzeum Historii Naturalnej, po którym widać, że jest mocno niedofinansowane. Budynek podparty jest stalowymi stemplami, gdyż bez nich najpewniej by się zawalił - z uwagi na duże pęknięcia i odchylenia ścian od pionu. W środku jest sporo eksponatów, choć panuje w nich bałagan. Duże wrażenie robi ekspozycja rożnego rodzaju mutacji zwierząt i ludzkich embrionów.

Gdy wracaliśmy do hotelu, podobnie jak dzień wcześniej nad Teheranem, zachmurzyło się i chwilę pokropiło.

Wieczorem przyjechał po nas Irańczyk, który pomagał nam dzień wcześniej znaleźć hotel i zabrał nas do swoich znajomych na wsi, około 25 km za Esfahan. W drodze wstąpiliśmy do sklepu z owocami innego znajomego i otrzymaliśmy nieco winogron oraz pól kilo brzoskwiń za ćwierć ceny. Na miejscu było bardzo miło, zostaliśmy poczęstowani mnóstwem rzeczy, w tym świeżymi figami. Cała wycieczka została dla nas przygotowana bezinteresownie, łącznie z przewiezieniem autem na miejsce i z powrotem.

25.08.2009. Esfahan

Iran, Esfahan, Fire Temple Iran, Esfahan, Fire Temple fot. Michał Tranda
Znów wstaliśmy bardzo wcześnie, tzn. przed szóstą. Na 6:30 umówiliśmy się z Mustafą, by zawiózł nas do Fire Temple - ruin bardzo starej świątyni, jeszcze sprzed czasów islamu na tych terenach. Świątynia jest położona na szczycie skalnego wzgórza, wykonana została z cegieł składających się z mieszaniny żwiru, gliny i słomy, co do tej pory doskonale widać.

Wracając mieliśmy jeszcze wejść do Meczetu z drgającymi minaretami (Shaking Minarets Temple), ale niestety był zamknięty.

Tego dnia pochodziliśmy jeszcze po mieście, obejrzeliśmy mosty nad wyschniętym korytem rzeki i odwiedziliśmy kilka parków. Spotkaliśmy także Irańczyka, który pokazał nam jak się ręcznie wyrabia dywany i oprowadził po kilku ciekawych miejscach na bazarze wokół Immam Squere. Wkrótce okazało się, że jego celem - mimo, że na początku twierdził inaczej - było sprzedanie nam dywanu, na który się jednak nie zdecydowaliśmy.

Iran, Esfahan, Imam Squere Iran, Esfahan, Imam Squere fot. Michał Tranda
Po zmroku odwiedziliśmy także Immam Squere, który o tej porze jest naprawdę piękny, oświetlony mnóstwem świateł. Wieczorem toczy się tu miejskie życie, wszędzie bawią się dzieci, które także biegają w basenach z fontannami a na trawnikach siedzą całe rodziny i spożywają kolację. Jedyny minus tego miejsca to jeżdżące motocykle,; wszędzie, łącznie z wąskimi chodnikami między trawnikami i fontannami :(. Widzieliśmy także scenkę, w której do kranu podszedł pan, i zaczął coś pod nim myć, po chwili okazało się, że to jego sztuczna szczęka.

Wracając przeszliśmy jeszcze przez bazar i kupiliśmy wcześniej upatrzoną niedużą fajkę wodną za 17,5 $ (podobno przepłaciliśmy, mimo, że był to chyba najtańszy egzemplarz tego typu na bazarze).

26.08.2009. Esfahan

Dziś kolejny dzień zwiedzania Esfahanu, rano zjedliśmy całkiem przyzwoite śniadanie w naszym hotelu (w cenie). Odwiedziliśmy Immam Mosqe – robi na prawdę duże wrażenie. Na środku, pod kopułą, w podłodze znajduje się specjalny kamień. Gdy się na nim stanie i tupnie powstaje interesujący efekt akustyczny.

Dziś sporo jeździliśmy autobusami komunikacji miejskiej. W większości są one podzielone na część męską (z przodu) i żeńską (z tyłu), jednak na szczęście mieszkańcy nie trzymają się tych podziałów bardzo sztywno, więc siadaliśmy razem tam gdzie było nam wygodniej i nikomu to nie przeszkadzało.

Iran, Esfahan, Si-o-Seh Bridge Iran, Esfahan, Si-o-Seh Bridge fot. Michał Tranda
Dużo  do myślenia dają stroje tutejszych kobiet. W zdecydowanej większości chodzą ubrane na całkowicie czarno (tył autobusu gdzie siedzą w większości kobiety wygląda przez to jakby był zajęty przez wycieczkę zakonnic), mimo, że w sklepach jest cale mnóstwo czadorów we wszystkich kolorach. (Tutejsze czadory nie wyglądają jak te z Afganistanu, nie maja kratki, ani nawet części do zasłaniania twarzy, są po prostu bardzo dużymi chustami zakładanymi na głowę, która można się owinąć i przy okazji zasłonić twarz, co Iranki często robią przez jej przygryzienie.) W sklepach z damskimi ubiorami jest także całe mnóstwo spódniczek, bluzek na ramiączkach, ubrań sportowych a nawet sukien wieczorowych. Byliśmy bardzo ciekawi gdzie one to wszystko noszą, gdyż przeznaczeniem większości tych ciuchów są imprezy, a nie dom.

Przed wieczorem pojechaliśmy na terminal autobusowy i kupiliśmy bilety do Yazd /3,9 $/ na następny dzień. Po powrocie wzięliśmy ręczniki, jedzenie, picie i poszliśmy zjeść kolacje na trawniku Immam Sqere. Mają tu naprawdę przyjemny zwyczaj wieczornych, rodzinnych wyjść do parków, gdzie jedzą, rozmawiają i się bawią – ciężko nam było wyobrazić sobie wieczorne wyjście mamy z dziećmi do polskiego parku...

27.08.2009. Esfahan, Yazd

Ponownie musieliśmy wstać z kurami, tzn. o 6:30. Ponieważ przed szóstą nie jeżdżą autobusy komunikacji miejskiej, byliśmy zmuszeni wziąć taksówkę, a właściwie skorzystaliśmy z propozycji kogoś, kto się zatrzymał przy nas swoim autem /0,5 $/.

Autobus Volvo Runiran, których chyba jest najwięcej w Iranie, niestety bardzo wygodny nie jest, ale drogę trwającą 5h pokonuje się bez problemów. Gdy wyszliśmy z poczekalni stanął obok nas inny autokar tego samego przewoźnika, był to nowiutki MAN, który posiadał zamiast czterech, tylko trzy siedzenia w każdym rzędzie, przy czym można było je obrócić, tak żeby siedzieć naprzeciwko siebie, wyglądał na bardzo luksusowy i jechał do Tehranu.

Iran, Yazd, widok z Amir Chakhmag Iran, Yazd, widok z Amir Chakhmag fot. Michał Tranda
Do Yazd dotarliśmy przed godziną 11 i korzystając z usługi natrętnego staruszka pojechaliśmy jego dwudziestoletnim autem /1 $/ do Hotelu Amir Chakhmagh, w którym wykupiliśmy jeden nocleg /6 $/. Hotel jest czysty, jest ciepła woda we wspólnym prysznicu, ale przede wszystkim ucieszył nas widok z okna na jedną z słynniejszych budowli w Iranie: Amir Chakhmagh Complex.

Po odpoczynku poszliśmy zwiedzić Amir Chakhmagh /0,15 $, a następnie Muzeum Wody /0,5 $/, które w atrakcyjny sposób pokazuje jak przez ostatnie 2000 lat była dostarczona z gór woda do miasta. Następnym obiektem jakim obejrzeliśmy był Jameh Mosque oraz otaczająca go plątanina wąskich uliczek, którymi dotarliśmy do Aleksander's Prison /0,2 $/, gdzie w podziemiach posiedzieliśmy dłużej aby odpocząć od potwornego upału jaki by na górze. Trzeba dodać, ze ulice prawie całkowicie w tym czasie opustoszały, choć prócz upału powodem pewnie był także początek weekendu dla muzułmanów (trwa od czwartku po południu do piątku włącznie).

Iran, Yazd, Amir Chakhmag Iran, Yazd, Amir Chakhmag fot. Michał Tranda
Wieczorem, gdy zrobiło się ciemno, wyszliśmy na trawnik przed Amir Chakhmagh zjeść kolację. Gdy Marta ją przygotowywała, ja poszedłem robić zdjęcia. Po chwili zostałem zagadnięty przez dwie młode Iranki, chwilę porozmawialiśmy, choć niestety nie za bardzo potrafiły mówić po angielsku. Sytuacja, w której dziewczyny lub kobiety rozpoczynają rozmowę z nieznajomymi nie jest już czymś nadzwyczajnym w Iranie (z opisów, które czytałem przed wyjazdem w większości wynikało coś innego) – aktualnie można już bez problemów rozmawiać z kobietami nie narażając się na problemy, czy niechęć.

Kobiety w Iranie są w dużej części ładne (w przeciwieństwie do kobiet z wielu innych krajów południa) i przede wszystkim w większości szczupłe i zgrabne, nawet gdy posiadają już dzieci. Te, które nie noszą czadorów zakładają płaszczyki (niestety w większości czarne), bardzo podobne do dobrze nam znanych w Polsce płaszczy wiosenno-jesiennych.

28.08.2009. Yazd

Nie śpieszyliśmy się dziś ze wstawaniem, gdyż dzień wcześniej zobaczyliśmy już w Yazd prawie wszystko to, na czym nam zależało. Był zresztą piątek, czyli w Iranie dzień wolny od pracy i prawie wszystko było nieczynne.

Iran, Yazd, Alexander Prison Iran, Yazd, Alexander Prison fot. Michał Tranda
Dziś zdecydowaliśmy o wcześniejszym powrocie do Polski. Persja to piękny kraj, ale jednak nieco monotonny i przede wszystkim latem mało przyjazny ze względu na temperaturę.

Gdy szliśmy uroczymi, choć potwornie gorącymi uliczkami starego miasta i popijaliśmy wodę zatrzymał, się przy nas samochód i kierowca (śmiejąc się) powiedział, że jest ramadan i do zmierzchu nie można pić ani jeść. Następnie zaprosił nas do auta i przy włączonej klimatyzacji obwiózł nas po starym mieście. Między innymi pokazał miejsce, skąd kiedyś mieszkańcy czerpali wodę; prowadziły do niego schody pod ziemię na głębokość piętnastu metrów. Uliczki były tak wąskie, że w wielu miejscach kierowca musiał skręcać na dwa razy, a samochód mieścił się na styk miedzy ścianami. Duża cześć uliczek jest szerokości niecałego metra.

Po południu poszliśmy do kafejki internetowej i znaleźliśmy kolejowe połączenia drogą lądową ze Stambułu do Polski. Wzorowaliśmy się na trasie, którą już raz pokonałem w 2002 roku. Od dlatego czasu ceny niestety drastycznie wzrosły.

W drodze powrotnej szliśmy chodnikiem, przy którym w szerokim na pół metra rynsztoku wartkim strumieniem płynęła klarowna woda głębokości około dwudziestu centymetrów – zastanawialiśmy się jak miasto na pustyni, które kiedyś musiało walczyć o każdą kroplę wody, teraz może sobie pozwolić na takie marnotrawstwo. Strumień ten widzieliśmy w tym miejscu także dzień wcześniej, więc raczej nie był to tu przypadek. Podobne strumienie w rynsztokach Teheranu są czymś zwyczajnym, jak się już wcześniej przekonaliśmy.

W terminalu autobusowym Byliśmy trzy godziny przed naszym odjazdem, ale dzięki temu mogliśmy ten czas spędzić w klimatyzowanym pomieszczeniu firmy, u której kupiliśmy bilet, podczas gdy na zewnątrz było 38 st.C.

29.08.2009. Shiraz

Podróż z Yazd trwała zdecydowanie krócej niż nam powiedziano i zamiast o 5:00 rano byliśmy na miejscu o 3:00 w nocy. Nie bardzo wiedzieliśmy co robić, gdyż chcieliśmy od razu kupić bilety powrotne do Tabriz, firmy sprzedające bilety były jeszcze zamknięte. Postanowiliśmy przeczekać do rana śpiąc na pięknie przystrzyżonej trawce między drzewami na skraju terminala. Jak się okazało sposób taki wybrało jeszcze kilkadziesiąt innych osób.

Próbując zasnąć przekonaliśmy się, że na tej pustyni też są komary - po raz pierwszy byliśmy zmuszeni do użycia OFFa (z 30% DEET), którego przywieźliśmy ze sobą w dużych ilościach. Rano, około 6:30 przyszedł policjant i wszystkich po kolei grzecznie obudził.

Bilet do Tabriz kupiliśmy z pewnymi kłopotami, przede wszystkim na początku nie mogliśmy znaleźć żadnej osoby, która mówiłaby po angielsku, a jak się znalazła, to był to naganiacz i najwyraźniej dogadał się z panami sprzedającymi bilety co do prowizji. W związku z tym byliśmy prawie pewni, że przepłaciliśmy za te bilety /15 $/.

Gdy wychodziliśmy z terminala oczywiście otoczyła nas grupa facetów krzycząca "Taxi Mister, hotel?". Spotkaliśmy jednak mówiącego po angielsku, bardzo miłego Irańczyka, który pokazał nam autobus jadący do centrum, co więcej, zapłacił za nas i pomógł znaleźć hotel :).

Hotel okazał się być całkiem przyzwoity i w rozsądnej cenie /7 $/. Do tego recepcjonista zamówił nam taksówkę na 8:00 godzinę do Persepolis za 20 $, co nas bardzo ucieszyło, bo spodziewaliśmy się ceny nawet dwa razy wyższej.

Iran, Persepolis Iran, Persepolis fot. Michał Tranda
Do Persepolis dotarliśmy o 9:00. Mieliśmy dwie godziny na zwiedzanie, co jest wystarczającym czasem. Wejście kosztuje 0,5 $ od osoby i tyle samo niewielkie muzeum w środku. Na pewno jest to miejsce, które w Iranie powinno się obejrzeć - robi ono duże wrażenie. Przez chwilę obejrzeliśmy także fragment filmu, w którym pokazywane były komputerowe rekonstrukcje miasta. Ponieważ miejsce jest spalone słońcem, bardzo się cieszyliśmy, że byliśmy tu rano (czynne jest od 8:00) gdyż było jeszcze w miarę znośnie jeśli chodzi o temperaturę. Na początku byliśmy jednymi z niewielu zwiedzających.

Do hotelu wróciliśmy okolo 12 i zjedliśmy całego dużego arbuza aby się nawodnić; kupiliśmy go w drodze powrotnej za 0,9 $. Po odpoczynku poszliśmy zwiedzać miasto, w którym też jest kilka ciekawych rzeczy do zobaczenia, m. in. Regent's Mosque, w którym prócz pięknych mozajek z motywami kwiatów, są czternastostopniowe schody wykute z jednego kamienia przywiezionego z terenu Azerbejdżanu (tylko nie wiem czy państwa, czy wschodniego stanu Iranu o tej samej nazwie).

Zwiedziliśmy także bazar, na którym można kupić całe stosy, w większości niepotrzebnych rzeczy. Był on pod jednym względem bardzo przyjemny i wyróżniał się na tle innych, które zwiedzaliśmy w innych miastach - nikt nas nie nagabywał do kupowania dywanów, czy innych suwenirów. Sam bazar jest opisany w LP jako architektonicznie najładniejszy w Iranie i rzeczywiście jest ładny, ale niewiele się różni od pozostałych.

Wieczorem okazało się, że nasz hotel niestety nie jest taki fajny na jaki wyglądał na początku. Najpierw w pod prysznicem spotkałem dużego karaczana, ale najgorsze było to, że co jakiś czas z klimatyzacji do pokoju wpadał okropny odór szamba.

30.08.2009. Shiraz

Iran, Shiraz, Vakil (Regent's) Mosque Iran, Shiraz, Vakil (Regent's) Mosque fot. Michał Tranda
Rano zostawiliśmy plecaki w recepcji i poszliśmy zwiedzić jeszcze jeden Shahi Cherag Mausoleum. Jest on od wewnątrz cały wyłożony kolorowymi lusterkami, wygląda to piorunująco. Jest to może nieco kiczowate ale w swym ogromie staje się piękne i godne obejrzenia. Sama budowla nie wygląda na starą, jest też bardzo oblegana. Żeby do niego wejść trzeba zostawić torby i aparaty, a kobiety muszą zakładać czador (dostępny do wypożyczenia przy wejściu).

Przed 15:00 dotarliśmy do terminala autobusowego. Gdy wsiadaliśmy do autokaru okazało się, że musimy dopłacić 3 $ za rzekomo duży bagaż, spotkany nauczyciel angielskiego wytłumaczył nam, że ponoć to normalne na długich trasach. Dodatkowo nasz autokar okazał się być dość starym Mercedesem, który blado wyglądał na tle innych nowych Scani i MANow - oznaczało to niestety mało miejsca na nogi i brak możliwości ich wyprostowania.

Wyjazd opóźnił się o 20 minut, czyli normalnie jak na Iran. Droga prowadziła w kierunku Persepolis i dalej Esfahan. Tutaj tereny są jeszcze bardziej suche niż na północy, ale, co wydaje się nieprawdopodobne, dolinami płyną spore rzeki, dzięki którym nawadniane są pobliskie pola, na których rośnie ryż, pomidory, sady owocowe, melony i inne. Soczysta zieleń tych pól pięknie kontrastuje z poszarzałą żółcią otaczających gór.

Iran, Shiraz, bazar Iran, Shiraz, bazar fot. Michał Tranda
Większość terenów, którymi jechaliśmy, to szerokie płaskowyże o wysokości 1600 - 2200 mnpm rozdzielone wąskimi pasmami suchych gór.

Autostrada miała po dwa lub trzy pasy w jedna stronę i często dwie nitki były od siebie oddalone nawet o kilkaset metrów, co nie jest tu problemem ze względu na ogromne puste przestrzenie.

Dość zaskakujące dla Europejczyków są zlokalizowane przed miastami posterunki policji, na których musi się zatrzymać każdy autobus, a kierowca przedstawić jakieś dokumenty do weryfikacji. Często na tych posterunkach tworzony jest oddzielny pas tylko dla autobusów. Samochody osobowe i ciężarowe kontrolowane są na wyrywki.

Zauważyłem jeszcze jedną ciekawa rzecz związaną z motoryzacją: wiele aut, a nawet autobusów komunikacji miejskiej jest napędzanych gazem CNG. W jednym z produkowanych tu samochodów będącym kopią Kia Pride, CNG było założone firmowo na co wskazywały wskaźniki umieszczone między zegarami. Litr benzyny kosztuje 30 gr (0,1 $) i wg Irańczyków jest teraz bardzo drogo, natomiast koszt CNG to podobno 0,02 $ za litr.

31.08.2009. Tabriz

Podróż do Tabriz, tak jak się spodziewaliśmy, była w Mercedesie niezbyt wygodna. Kolo godziny 11 dotarliśmy do centrum i od razu zakupiliśmy bilety do Stambułu /40 $/, dowiedzieliśmy się także, że będziemy jechać autobusem Scania, co nas bardzo ucieszyło.

Iran, Tabriz, Naser Iran, Tabriz, Naser fot. Michał Tranda
Będąc w okolicach bazaru spotkaliśmy w sklepie Nasera z informacji turystycznej. Rzeczywiście, okazał się niezwykle miłym człowiekiem, który bardzo lubi Polaków oraz Włochów. Świetnie też mówi po polsku, przywitał nas tekstem "Jak się masz" i "Mordo ty moja", zna także kilka nie do końca parlamentarnych słów, których potrafi użyć w odpowiednich momentach. Oczywiście jest też bardzo pomocny i wszystko wytłumaczy. Bardzo żałował, że nie trafiliśmy do niego podczas swojego pierwszego pobytu w Tabriz dwa tygodnie wcześniej.

Podczas rozmów pokazał nam swoją księgę gości z bardzo wieloma wpisami Polaków, przeczytał nam także mały wycinek z Irańskiej gazety o naszym byłym premierze Jarosławie Kaczyńskim, było tam napisanie m.in. o tym ze nie posiada konta, mieszka z matką, nie ma prawa jazdy itp.... Trochę się pośmialiśmy.

Iran, Tabriz, Elgoli Park Iran, Tabriz, Elgoli Park fot. Michał Tranda
Późnym popołudniem pojechaliśmy do Elgoli Park (dzięki Naserowi wiedzieliśmy, że z centrum jeździ do parku autobus komunikacji miejskiej nr 106 /0,05 $/, o czym nie ma mowy w LP). Park rzeczywiście jest ciekawy, posiada basen po środku, po którym można popływać rowerem wodnym lub małym statkiem, choć to ostatnie przypomina pływanie modelem po kałuży.

O 20:30 Byliśmy umówieni z agentem biura podróży. Niestety spóźnił się 35 minut, co było mocno stresujące, na szczęście mieliśmy z nim kontakt telefoniczny. Okazało się, ze autokar, którym mamy jechać, jedzie z Teheranu i musieliśmy do niego wsiąść gdzieś przy trasie wylotowej z Tabriz, dokąd zabrał nas swoim samochodem agent. W autokarze otrzymaliśmy miejsca w przedostatnim rzędzie, gdzie było bardzo głośno od silnika, który momentami wpadał w nienaturalne wibracje.

1.09.2009. Droga do Istambułu

Na przejściu granicznym za Bazagran byliśmy około trzeciej w nocy. Musieliśmy zabrać nasze rzeczy, także te z luków bagażowych i każdy indywidualnie przeszedł odprawę irańską. Marta i ja zostaliśmy jako pierwsi odprawieni w minutę przez uśmiechniętego pogranicznika, Irańczykom zajęło to znacznie dłużej. Wszyscy czekaliśmy na autobus tuż przed dużą przesuwana podwójną bramą, która co jakiś czas była uchylana przez obie strony aby przepuścić kilka aut. Gdy autokar już podjechał, zapakowaliśmy nasze rzeczy i weszliśmy do środka. Na otwarcie bramy czekaliśmy prawie dwie godziny. Gdy już to nastąpiło przejechaliśmy 30 metrów i już po tureckiej stronie wysiedliśmy do kontroli paszportowej, tym razem już bez bagaży. Gdy staliśmy w kolejce, obaj kierowcy zaczęli dosłownie wyrzucać wszystkie bagaże z luków na asfalt kolo autokaru, a następnie je otwierali aby przyspieszyć kontrolę zawartości. Naszych plecaków niestety tez to nie ominęło. Po chwili zastanowienia stwierdziliśmy, że nie pozwolimy tak leżeć naszym rzeczom i przy sprzeciwach kierowców zabraliśmy je ze sobą do kontroli paszportowej, którą oczywiście, mimo bagażu, przeszliśmy bez problemów w kilka minut. Na szczęście nie musieliśmy ponownie płacić za wizy tureckie, gdyż są one wielokrotnego wjazdu.

Po kontroli, podczas której mocno zmarzliśmy, gdyż odbywa się na zewnątrz, poszliśmy do poczekalni, podczas gdy w tym czasie „trzepane” były bagaże leżące przy autokarze. Bardzo się cieszyliśmy, że swoje mamy ze sobą. Gdy ponownie ruszyliśmy w drogę (po jeszcze dwóch kontrolach paszportów w autokarze) od momentu, gdy przyjechaliśmy na przejście minęło pięć długich godzin.

Turcja, droga do Stambulu, zabawa z Irańczykami w autokarze Turcja, droga do Stambulu, zabawa z Irańczykami w autokarze fot. Michał Tranda
Okazało się, że tył autobusu, gdzie siedzieliśmy, zajmowała duża rodzina, która była bardzo wesoła, przy akompaniamencie irańskiego disco-polo dorośli gwizdali i klaskali, a dzieci tańczyły między siedzeniami. Wieczorem rozpoczęła się zabawa na całego, po kolei wszyscy tańczyli w wąskim korytarzu, a skończyło się na tym, że my również przyłączyliśmy się do potańcówki :) czym wzbudziliśmy ogromną radość. Było to na prawdę niepowtarzalne doświadczenie i bardzo się cieszyliśmy, ze mieliśmy okazję uczestniczyć w takiej zabawie.

Nasi towarzysze częstowali nas wieloma swoimi produktami spożywczymi a my staraliśmy się nie pozostawać dłużnymi. Dostarczali też takich rozrywek jak np. powrót po zapomnianą osobę, której braku w autokarze nikt nie zauważył przez ponad 10 minut od ruszenia.

Sama obsługa autokaru była natomiast dość nieprzyjemna, dwóch gburowatych kierowców, którzy często krzyczeli i odnosili się do innych w sposób arogancki, w szczególności do mnie. Do tego na pokładzie nie było żadnego serwisu - pod tym względem zatęskniliśmy do tureckiej linii Igdir, którą jechaliśmy w przeciwna stronę.

2.09.2009. Stambuł

Turcja, Stambul, Hagia Sophia Turcja, Stambul, Hagia Sophia fot. Michał Tranda

Na miejsce docelowe dotarliśmy okolo 7:30. Wjazd do Istambułu może zrobić wrażenie, bowiem ostatnie sto kilometrów prowadzi przez tereny, które pokryte są niezliczona ilością nowych fabryk i magazynów. Praktycznie do samego centrum prowadzi autostrada, co dla naszej stolicy jest niespełnionym marzeniem. Uwagę zwraca także budownictwo mieszkaniowe, stoi już na całkiem niezłym poziomie; są także wysokie nowoczesne apartamentowce. Jednak nieco szokujące jest to, że budynki, także te nowo budowane, często stoją w odległości kilku metrów od siebie, okno w okno...

Autokar stanął praktycznie w samym centrum starego Istambułu, wiec byliśmy prawie na miejscu i pierwsze co zrobiliśmy to pojechaliśmy na stację kolejową Sirkeci, by kupić bilety do Budapesztu /208 TL/. Za bilety zapłaciliśmy kartą kredytową. Później wybraliśmy się do hotelu, w którym spaliśmy prawie trzy tygodnie wcześniej i poprosiliśmy o przechowanie bagażu i możliwość wzięcia prysznica. Obsługa, która nas pamiętała, zaproponowała nam także śniadanie, którego nie mogliśmy zjeść ostatnim razem ze względu na wczesne wyjście; za wszystkie te rzeczy zapłaciliśmy w sumie 12 TL, przy okazji mogliśmy skorzystać z Internetu.

Praktycznie cały dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Istambułu, a wieczór na próbowanie różnego rodzaju jedzenia.

POWRÓT DROGĄ LĄDOWĄ ZE STAMBUŁU DO POLSKI

Informaje dotyczące powrotu ze Stambułu do Polski można przeczytać w oddzielnym tekście.

Podsumowanie

Bardzo się cieszymy, że udało nam się zrealizować nasz pomysł na wakacje – Iran to piękny kraj z bardzo miłymi i pomocnymi mieszkańcami, który nie został jeszcze zniszczony przez turystyczną komercję i jeżeli ktoś myśli o odwiedzeniu tamtych okolic, to myślę, że teraz jest najlepszy na to moment, mimo, że sytuacja polityczna nie jest całkowicie stabilna.

Wszystkie ceny z opowiadania podane są na jedną osobę (/cena/), chyba, że zostało napisane inaczej.

Pobyt na miejscu w Iranie jest naprawdę tani. To co nas zaskoczyło, to były ceny w Turcji przez którą musieliśmy przejechać, np. litr benzyny kosztował przeliczeniu ok. 7 zł! Podobnie zaskoczeni byliśmy cenami obiadów w przydrożnych knajpach. Jedzenie w sklepach w Stambule było zauważalnie droższe niż w Polsce.

Michał Tranda
trandus@gmail.com
Zdjęcia z wyjazdu:
http://picasaweb.google.com/trandus/Iran2009

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 5 / 5 (2)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 4.5 / 5 (2)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 24482 od 28.08.2012

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *



Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2017 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy