lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Hanoi  
Ruch ulicznyHanoi, Wietnamfoto: Krzysztof Stępieńźródło: transazja.pl
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

Tsunami warning after Solomons quake

Korean president Park Geun-hye faces impeachment vote

Japan tracks dementia patients with QR codes attached to fingernails

Pakistan crash pilot made mayday call after engine problem

Norway man guilty of Philippines child abuse

India social media marks the first month of rupee ban

Sydney home destroyed in error after letterbox 'boo-boo'

Indonesia quake: Search for survivors continues

Michael Jordan wins trademark case in China's top court

Fire ants could become Australia's worst pest, experts warn

Syria conflict: Army 'suspends Aleppo fighting'

Boris Johnson's Saudi 'proxy wars' comment 'not UK's view'

Iraq conflict: Air strikes on IS-held border town 'kill dozens'

Aleppo battle: ‘Forgotten’ civilians moved from Syria frontline

India doctor to operate on '500kg' Egyptian woman

Yemen ship sinking: 35 rescued off coast

Aleppo: Families flee city through hole in the wall

Hospitals struggling to cope with Mosul casualties

Yemen's war leaves children on the brink of famine

The journalists risking their lives to film in Aleppo

Miasta Azji

 Pekin

warto zobaczyć: 27
transport z Pekin: 4
dobre rady: 61

wybierz
[opinieCount] => 0

 Xi'an

warto zobaczyć: 10
transport z Xi'an: 2
dobre rady: 19

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pokhara

warto zobaczyć: 9
transport z Pokhara: 1
dobre rady: 9

wybierz
[opinieCount] => 0

 Jerozolima

warto zobaczyć: 9
transport z Jerozolima: 3
dobre rady: 12

wybierz
[opinieCount] => 0

 Tajpej

warto zobaczyć: 22
transport z Tajpej: 11
dobre rady: 39

wybierz
[opinieCount] => 0

 Katmandu

warto zobaczyć: 14
transport z Katmandu: 3
dobre rady: 21

wybierz
[opinieCount] => 0

 Stambuł

warto zobaczyć: 38
transport z Stambuł: 2
dobre rady: 40

wybierz
[opinieCount] => 0

 Szanghaj

warto zobaczyć: 18
transport z Szanghaj: 1
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 Hua Shan

warto zobaczyć: 8
transport z Hua Shan: 3
dobre rady: 18

wybierz
[opinieCount] => 0

 New Delhi

warto zobaczyć: 23
transport z New Delhi: 2
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,897,341,64
IndieINR68,0672,5616,16
IzraelILS3,824,070,91
MalezjaMYR4,464,761,06
RosjaRUB63,8968,1115,17
Sri LankaLKR151,70161,7436,03
SyriaSYP214,85229,0651,03
TajlandiaTHB35,7738,148,50
TurcjaTRY3,533,770,84
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Chiny
     kursy walut
     CNY
     PLN
     USD
     EUR
  •  Chiny
     wiza i ambasada
    Chiny
    ambasada w Polscetak
    wymagana wizatak
    indywidualna wiza wjazdowa każdego typu: 260 zł, czas oczekiwania tydzień
    Najmniejsza
    prowizja w Polsce!
    97 PLN ekonomicznie - 7-10 dni roboczych
    127 PLN ekspresowo - 4-6 dni roboczych sprawdź szczegóły

Lądem do Singapuru

sobota, 5 sie 2006

Właściwie to trzeba byłoby powtórzyć wstęp z poprzedniej relacji - różnica polega tylko na tym, że teraz towarzyszką podróży jest moja lepsza połowa - Kamila, dlatego w trosce o naszą prywatność musiałem nieco ocenzurować wątki osobiste i obyczajowe. Wypadałoby jednak przedstawić Kamilę - mnie można poznać nieco z lektury tekstu. Kamila (lat 26) jest malarką, plastykiem - olej, akryl, ołówek, kredki - obrazy, szkice, własne lub kopie znanych obrazów, do wyboru do koloru. Zamówienia można kierować na maila. Jest to kobieta anioł (no, na szczęście nie całkiem) o usposobieniu bardzo łagodnym - jak na wrażliwą duszę artystki przystało, czyli moje kompletne przeciwieństwo, aczkolwiek w sytuacjach podbramkowych potrafiłaby zawstydzić niejednego "twardziela".

Przy okazji chciałbym poruszyć temat dosyć często spędzający sen z oczu wszystkim planującym tego typu eskapady - jechać samotnie, w parze lub grupie. Z punktu widzenia indywidualisty polecałbym raczej samotność. Wymaga to może większego wysiłku (załatwianie wszystkiego z plecakiem na ramionach, ograniczenie snu w pociągach i autobusach), oraz zwiększa ryzyko (choroba, obrona). W zamian za to otrzymujemy pełną wolność (co oglądamy, gdzie i kiedy jedziemy) umożliwiającą podejmowanie suwerennych decyzji w ułamku sekundy. Poza tym, podczas podróży tak naprawdę nigdy nie jesteśmy sami, zawsze poznamy ludzi, którzy dotrzymają nam towarzystwa na czas wystarczający do zaspokojenia potrzeby wymiany myśli lub podzielenia się wrażeniami.

Szczególną ostrożność trzeba zachować dobierając kompletnie obcego kompana z sieci - na początku, podczas omawiania "ogółów" i szczegółów zawsze wygląda to "spoko" - potem, już na trasie, różnice się jednak ujawniają (nie gniewaj się Magda) i obie strony zaczynają czuć się oszukiwane i wykorzystywane. Grupa skrzykniętych w naprędce osób - to już granat bez zawleczki. Tylko samotność, no chyba, że ktoś tak jak ja będzie miał szczęście podróżować z przyszłą towarzyszką życia, choć nawet wtedy nie da się uniknąć kłótni i nieporozumień. Dużo łatwiej jest je wtedy rozładowywać - jeżeli się nie uda, to rozwód - dosłownie i w przenośni. Dla par planujących założenie tzw. podstawowej komórki społecznej, taka podróż to lepszy sprawdzian, niż rok mieszkania pod jednym dachem. Jeżeli jeszcze kogoś takiego nie znalazłeś, lub nie masz naprawdę sprawdzonego przyjaciela z którym potrafisz porozumiewać się bez słów - jedź SAM.

Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że ci którzy byli już w tych rejonach lub tych samych konkretnych miejscach znajdą mimo wszystko coś, co ich zainteresuje lub pozwoli przypomnieć sobie własne doświadczenia, zaś ci, którzy dopiero taką przygodę planują znajdą tu "natchnienie" do zaplanowania własnej trasy i praktyczne informacje. Przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć - pojemność konta jest ograniczona, a kompresja ma swoje prawa - tym razem wolałem postawić na ilość. 

Moskwa – jak przeżyć dzień w jednym z najdroższych miast świata

Niedzielny poranek 22.05 – zatrzaskują się drzwi pociągu osobowego z Warszawy Śródmieście do Terespola – zaczyna się nowy, długo oczekiwany wyjazd do Azji. Kamila spodziewała się tabunu wschodnich handlarzy i kilku godzin siedzenia na plecakach, ale pociąg był prawie pusty, typowa „leniwa niedziela”. Podróż zaczyna się banalnie, jak jazda z wizytą do cioci, jeszcze nie „czujemy bluesa”, dopiero pół godziny później dostajemy pierwsze ostrzeżenie – wchodzi kanar i sprawdza bilety, odruchowo przeglądamy dokumenty i okazuje się, że Kamila zapomniała druczków „arrival” i „departure” załączonych do tranzytowej wizy rosyjskiej. Szybka narada, czy druki są „niezbędnie potrzebne”, czy nie. Pamiętając o iście bizantyjskich i uczących pokory obrządkach konsularnych towarzyszących uzyskaniu wizy uznajemy, że karty są niezbędne i liczenie na pobłażliwość służb granicznych może kosztować nas więcej czasu i kasy, niż obecny falstart.

Kamila wyskakuje w Sulejówku i wraca do Warszawy, ja z jej plecakiem jadę do Siedlec. Coś mi to przypomina – 4 lata temu podczas podróży do Indii, moja ówczesna towarzyszka zgubiła paszport w tureckim autokarze, co skończyło się żenującym cyrkiem. Teraz mamy pierwszego kopniaka od szczęścia jeszcze przed przekroczeniem granicy. Tak trzymać i nie forsować. Wpływ drobnych przypadków na wydarzenia większe – gdyby trzymała bilet kolejowy w portfelu, a nie w paszporcie, to jechalibyśmy dalej, a brak tych papierków wydałby się dopiero po stronie białoruskiej w Brześciu i gdyby trzeba było wracać aż stamtąd, to chyba bym się okocił ze złości. Praca domowa – sprawdzić autora teorii chaosu - (Henry Poincaré).

W Siedlcach, na dworcu zostawiam plecaki w toalecie – innej przechowalni nie ma i trzy godziny czekania na powrót Kamili. Krótko po 17-tej wreszcie jesteśmy w Terespolu i jednym z ostatnich pociągów „celnych” (4.22 PLN) dojeżdżamy do Brześcia. W pociągu miła zabawa białoruskimi formularzami celnymi – wszystko w cyrylicy, w pewnym momencie znudziło mi się już wertowanie kieszonkowego słowniczka rosyjskiego i miałem ochotę narysować tam samolot. Szczególnie podobają mi się te pytania, ile mamy pieniędzy i innych dóbr doczesnych w bagażu, zawsze wtedy korci mnie by odpowiedzieć - a g... cię to obchodzi, idź do uczciwej pracy i zarób, a nie niuchaj mi tu po kieszeniach. Na szczęście obyło się bez wymiany poglądów na tematy polityczno – gospodarcze, jakiś uprzejmy białoruski młodzieniec wypełnił te upokarzające papierki za nas i uporaliśmy się z tym w miarę szybko.

Na dworcu w Brześciu nie ma już zmiłuj i kalecząc potwornie zmuszam się do mozolnego składania zdań ze swojego niezbyt pojemnego leksykonu języka rosyjskiego. W kasie dowiadujemy się, że dziś jest już tylko jeden pociąg do Moskwy – „kupiejny” za 90 000 rubli białoruskich, co przy kursie 1$ = 2.170, daje jakieś 40$. Pociąg odjeżdża o 21.09 i do Moskwy przyjeżdża juro o 8-mej rano. Do odjazdu jeszcze sporo czasu i mamy ochotę pokręcić się trochę wokół dworca, ale chmary niewyobrażalnie natrętnych muszek wypędzają nas z powrotem do poczekalni. Znów szczęśliwy przypadek – nie wczytując się w cyrylicę na bilecie pytamy przechodzących kolejarzy o numer peronu z którego odjeżdża nasz pociąg – pokazują nam peron i swoje zegarki, wskazujące czas późniejszy o godzinę, niż na naszych. Co za amatorstwo, wstyd, zapomnieliśmy o zmianie czasu. W ostatniej chwili wskakujemy do pociągu i „prowadnica” instaluje nas w pustej czwórce.

23.05 PONIEDZIAŁEK

Rankiem przyjeżdżamy do Moskwy na Dworzec Białoruski – imponujący budynek w stylu eklektycznym? Wokół dworca krajobraz przypominający trochę centrum Warszawy z początku lat ’90 – kilka tandetnych żarówkowych "neonów" – reklamy licznych kasyn – kto by przypuszczał, że Rosjanie tak lubią hazard. Zaraz przy dworcu jest wejście do stacji metra o tej samej nazwie. Kupujemy bilet „jednopojezdkowy” za 13 rubli i jedziemy 3 przystanki, na stację Komsomolskaja, przy Dworcu Jarosławskim. Bilety na transsyberię (międzynarodowy pociąg bezpośredni) do Pekinu kupuje się nie na samym dworcu, ale w biurze po drugiej stronie placu, na lewo od wyjścia z peronów. Bilety (kupiejny, II klasa) na jutrzejszy (wtorkowy) pociąg dostajemy bez trudu, jest jeszcze mnóstwo wolnych miejsc – 5.400 rubli, czyli 196$, po obowiązującym kursie 28 rubli.

Kupując bilety poznajemy grupkę Finów i pytamy ich o hotel. Tani hotel w Moskwie? Patrzą na nas lekko zdziwionymi oczami – udało im się znaleźć jeden, kawał od centrum, pod koniec linii metra. Jakieś 20$ za dwójkę, hotel Szerston. Nie potrafią podać nazwy ulicy i dokładnego adresu, pokazują nam w przybliżeniu na mapie. Ponownie wskakujemy do metra i jedziemy szukać tego „Szerstona”. Po kilku przesiadkach (moskiewskie metro to cudo – pomijam już architekturę – płacąc za jedną „pojezdkę” i przesiadając się na kilkudziesięciu stacjach węzłowych, można w niecałe pół godziny przemierzyć całe to olbrzymie miasto dojeżdżając do dowolnego miejsca), docieramy do stacji Władykino, gdzie nieopodal ma się znajdować nasz hotel. Wokół stacji metra same bloki mieszkalne i linia kolejowa zamykająca drogę.

Widzimy z daleka napis „hotel” na wysokim bloku za torowiskiem, pewnie to nie ten, ale spróbować trzeba. Kręcimy się wokół torowiska próbując znaleźć przejście, upał daje się powoli we znaki, zaczynamy czuć ciężar plecaków. Przeprawiliśmy się w końcu przez te tory i szliśmy uliczką przy jakichś garażach, gdy nagle podbiegł do nas pies, nieduży kundel - nie warczał, ani nic takiego - i błyskawicznie capnął Kamilę w nogę. Cudownie, właśnie tego potrzebowaliśmy. Kundel nie czekając na naszą reakcję oddalił się bez szczeknięcia, a Kamila mocowała się z nogawką swoich sztruksów, żeby ocenić skutki. Krwi nie widać, ale kto to wie? Cholera, tylko tego nam brakowało. Trzeba było go złapać i zabić, teraz już za późno. Kamila uspokaja, że nic się nie stało, drasnął ją zębami, ale skóra raczej nie jest przecięta. Staram się przypomnieć sobie, co wiem o wściekliźnie – tylko tyle, że nie leczona zawsze prowadzi do śmierci, a szczepionkę trzeba przyjąć przed wystąpieniem pierwszych objawów, ale jaki jest okres inkubacji choroby? Kamila upiera się, że skóra nie została przecięta i nie ma się czym przejmować. Mam nadzieję, bo chyba bym się wściekł...

Dochodzimy do hotelu w wieżowcu i guzik – tylko na rezerwacje i to kilkumiesięczne. Powrót do stacji metra – pytamy przechodniów o hotel „Szerston” – mają miny jakbyśmy ćwierć wieku temu pytali ich, co myślą o I sekretarzu. W końcu trafiamy na jakiś skromnie wyglądający hotel, ale pokoje dopiero od 60$ i do tego nie ma wody (awaria). Z książki telefonicznej spisujemy nazwy i adresy hoteli – z tą cyrylicą to prawdziwa udręka – trafiamy na adres „Szerstona”. Znów pytamy przechodniów, teraz już podsuwając im pod nosy kartkę z nazwą ulicy, ale reakcje jak wyżej. Cholera, jak można nie znać nazw ulic we własnej dzielnicy?

Wróciliśmy do napotkanego poprzednio hotelu (plecaki ważą już po 50 kilo, a nasze ubrania są cięższe o kilka litrów potu), na szczęście recepcjonista pokazał nam kierunek i po 15 minutach marszu trafiamy wreszcie do tego „Szerstona”. Okazuje się, że tu też nie ma wody (ciepłej), a cena za pokój jest tylko niewiele niższa, niż w tym poprzednim hotelu. Na mój żartobliwy komentarz na temat wysokości cen pokoi pozbawionych wody, pani recepcjonistka się obraża i ignoruje moje pojednawcze pytania pomocnicze – o możliwość wzięcia ciepłego prysznica. Uwielbiam nastoletnie dziewczęta popisujące się posadą recepcjonistki, zawszeć to okazja do konstruktywnej wymiany poglądów, ale tym razem szkoda czasu.

Kilka godzin na ostrym słońcu z odkrytą głową robi swoje i proponuję Kamili dalszą włóczęgę za hotelami. Znów do metra i kilka godzin latania z plecakami po całej Moskwie – po 16-tej, zmachani niemożliwie kapitulujemy. Co tu mówić o znalezieniu w Moskwie hotelu, kiedy ponad godzinę szukaliśmy w centrum kafejki internetowej – to też ciekawostka, pytaliśmy o nią w sklepach muzycznych (bardzo głośnych) obsługiwanych przez młodych ludzi i obwieszonych reklamami nowości techno wszelakiego w formacie MP3, a o internet cafe nigdy nie słyszeli – wszyscy tu mają sieć domu, czy jak? Wreszcie znaleźliśmy, ale w po wpisaniu w wyszukiwarkę serwisu hotelowego hasła „Moskwa”, komputer się zawiesił i to by było na tyle. Zresztą wcale mu się nie dziwię.

Wróciliśmy do „Szerstona”, epopeja hotelowa zajęła nam cały dzień, ostatnie kilkaset metrów, od metra do hotelu to była już prawdziwa mordęga. W recepcji jest już inna pani i informuje nas, że wolnych pokoi w hotelu już nie ma, ale na drugim piętrze jest jeszcze schronisko „Szerston” i żeby tam pytać. Tam pytamy i pokoje są – płacimy „tylko” 46 euro za dormitorium, które okazuje się dwójką. Moskwa. Cholera, dziwne to wszystko – bogactwo na ulicach aż bije w oczy – ludzie mają tu pieniądze i chyba kumają na czym polega robienie pieniędzy w warunkach rynkowych, zwłaszcza przy panującym tu dosyć przyjaznym systemie podatkowym, a nikt jeszcze nie wpadł na pomysł urządzenia kilku hoteli o standardzie turystycznym za w miarę rozsądną cenę? A może one tu jednak są, tylko my jesteśmy fujary i nie potrafimy ich znaleźć? Szczerze mówiąc, nie przygotowywaliśmy się za bardzo przed startem rzucając wszystko na żywioł i licząc na łut szczęścia. Może gdyby się lepiej przyłożyć do nauki rosyjskiego, bo po angielsku nie załatwisz tu absolutnie nic, nawet młodzi ludzie zagadywani w tym języku mają miny emerytowanych komsomolców. Zresztą nie są zbyt uprzejmi, zadowoleni z siebie, zajęci swoimi komórkami i odtwarzaczami cyfrowymi zbywają nas obojętnymi minami, nie odczuwając potrzeby najkrótszej nawet rozmowy z „innostrańcami”.

24.05 WTOREK

Rankiem bardzo szybki prysznic w zimnej wodzie (mimo iście tropikalnego upału woda jest naprawdę zimna) i w Moskwę. Najpierw cerkiew Chrystusa Zbawiciela prezentująca się naprawdę wspaniale, niestety jestem w krótkich spodenkach i ochroniarz w drzwiach pokazuje, że mogę sobie popatrzeć z daleka. Po drugiej stronie cerkwi przerzucony jest „spacerowy” most przez rzekę Moskwę, z którego roztacza się ładna panorama na Kreml.

Trochę przed południem jesteśmy pod Placem Czerwonym i niespodzianka – wejścia strzegą tabuny „policyjskich” i wojskowych, a wstęp jak udało nam się dowiedzieć, tylko w większej grupie, oczywiście za opłatą – 300 rubli od łebka. Obeszliśmy wszystko dookoła, nie ma co liczyć na „psi swąd”, nie tylko sprawdzają bilety u każdego osobno, ale nawet zainstalowali przenośne bramki „antyterrorystyczne”. Łatwiej byłoby chyba wejść w turbanie na audiencję u Busha. Naradzamy się, czy warto płacić 10$ za wejście na plac – no cóż, skoro już tu jesteśmy. Miejscowa przewodniczka inkasuje kasę i dopisuje nas do grupy – myślałem, że to już koniec, ale kolejna niespodzianka – każą oddać do depozytu cały podręczny bagaż, aparaty i kamery. Co tu się dzieje, powariowali, czy jak? Przy wejściu na plac jest przechowalnia i trzeba jeszcze za nią zapłacić kilka rubli. Na dodatek ostrzegają, żeby poruszać się tylko w grupie i nie odchodzić na boki samopas.

Po oddaniu torby z aparatem i przejściu przez bramkę wchodzimy na plac – pusty, poodgradzany barierkami, wszędzie pełno mundurowych i dwie grupy turystów drepczących za swoimi przewodnikami. Mijamy pomniki pod murami Kremla, groby sekretarzy partyjnych i innych utrwalaczy „władzy ludowej” wszelkiego autoramentu. Miałem ochotę poczytać sobie dokładnie tę galerię, kogo tu nie ma: od kolejnych I sekretarzy, przez kosmonautów, aż po słynnych szpionów – niestety, nie wolno się zatrzymywać i przewodniczka wespół z „policyjskimi” popędza nas wzrokiem i nie tylko. Podchodzimy do mauzoleum Lenina. Już w wejściu mundurowi ostrzegają – zachować ciszę i powagę, żadnych uśmieszków i rozmów, a ich groźne miny świadczą o tym, że nie żartują. Wszystko mają „obcykane” profesjonalnie – pilnują żeby przechodzić tylko parami, szybko i z zachowaniem ponad metrowych odstępów, aby móc każdego mieć na oku. Co się tak boją o tego swojego dobrodzieja? Toć jak taki był miłośnik ludu, to chyba lud go nie skrzywdzi? Cóż, jak mawiał tow. Szmaciak w poemacie Janusza Szpotańskiego – „bo na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość przezorności”. Obawy o możliwość profanacji są chyba trochę przesadzone, bo wydaje mi się, że w szklanym sarkofagu spoczywa woskowa kukła.

Pewności 100% mieć nie mogę, bo nie jestem specem od patologii, ani od sztuki woskowej (Kamila twierdzi, że to na pewno kukła), ale widziałem dziesiątki zdjęć Lenina z ostatniego okresu choroby – zaawansowany syfilis, połączony ze skutkami postrzału – paraliż całego ciała objawiał się również utratą kontroli nad mięśniami powykrzywianej straszliwie twarzy. Tymczasem tu leży ślicznie odpicowana figura przypominająca popiersie do ustawienia na biurku. Rysy tak regularne (mina zadumana i poważna, prawie „natchniona”), a cera tak zdrowo różowa, że wydaje się niemożliwe, aby nawet najlepsi lekarze i „mejkaperzy” mogli doprowadzić do takiego stanu wychudłą i powykręcaną paraliżem twarz Lenina. Swoją drogą ciekawy jestem, jak długo obecne władze Rosji mają zamiar trzymać tu tego zbrodniarza? Z jednej strony sami Rosjanie coraz śmielej kwestionują prawo tej kreatury do takich honorów i pewnie większość polityków gotowa byłaby się tym głosom przychylić – choćby z powodów ekonomicznych – nawet zakładając, że wymiana ciała na woskową kukłę pozwala zaoszczędzić sporo na kosztach obsługi konserwacji (dr Li Zhisui, osobisty lekarz Mao, w swojej biografii wodza chińskiej rewolucji pisze, że zwłoki Lenina były w bardzo kiepskim stanie już podczas jego pobytu w Moskwie w latach ’50), z drugiej strony usunięcie stąd zarówno Lenina, jak i Stalina wiązałoby się z podważeniem „chwalebnej” historii Partii Komunistycznej i jej późniejszych poczwarek, tym samym powstałby problem legitymizacji moralnej i historycznej obecnej władzy, a nikt nie lubi przyznawać się, że słoma i nawóz z lakierek mu się sypie.

Wybiła 13-ta, kiedy wychodziliśmy z placu po szybkim obejściu go dookoła i znów niespodzianka. Funkcjonariusze zaczęli usuwać blokujące wejścia barierki i po pięciu minutach plac zapełnił się turystami. Widocznie zamykają plac tylko na kilka godzin, na czas otwarcia mauzoleum – a więc to za to zapłaciliśmy te 10$. Ciekawe, co Lenin powiedziałby na iście kapitalistyczny pomysł pobierania pieniędzy za możliwość oglądania jego pośmiertnej facjaty (obojętne już, czy prawdziwej, czy woskowej)? No cóż, jak każdy „miłośnik ludu” lubił pieniądze, więc pewnie via Parvus zażądałby swojej działki na konto w Szwajcarii...

Moskwa to ładne miasto, miejscami przypomina Pragę, ten architektoniczny melanż, od socrealistycznych „pałacowokulturowych” monstrów, aż po secesyjne kamienice ma swój urok. No i ten przepych i bogactwo, ulice czyste, ludzie kłębiący się w tysiącach luksusowych sklepów i centrów handlowych, obwieszeni najnowszymi modelami komórek, doskonale ubrani, zarówno kobiety jak i mężczyźni, jakoś wcale nie widać tych „milionów bezdomnych dzieci” żebrzących na ulicach, o których trąbią nasze „me(r)dia” – (od merdania, chyba że ktoś woli wytłumaczenie francuskojęzyczne).

Po 18-tej wracamy do hotelu po plecaki – pani w biurze pozwala nam się umyć w swojej służbowej łazience – za 46 euro dobre i to. Ostatnie zakupy przy Dworcu Jarosławskim i pakujemy się od pociągu. Jak na razie mamy szczęście, jesteśmy sami w naszym „kupieje” (przedziale) – większość pasażerów to Mongołowie, choć jest i jeden Angol. Chińska obsługa rozdaje regulaminowe uśmiechy („chiński uśmiech”, taki dosłownie od ucha do ucha, prawie jak z kreskówki) – jest ich sporo, chyba z sześciu na każdy wagon. Zawsze marzyłem, aby mieć takiego osobistego kamerdynera...

25.05 ŚRODA

Pierwsza noc w pociągu obiecująca – nie ma to jak wsłuchiwanie się w rytmiczny stukot kół zasypiając na wygodnym materacu. Środowy poranek ciepły, nawet aż za, skład jest stary, okna w drewnianych ramach z trudem dają się uchylić i zapowiada się sauna przez cały dzień.

26.05 CZWARTEK

Czwartek, minęliśmy Nowosybirsk, teraz dla odmiany jest zimno, pogoda zmienia się częściej, niż monotonny krajobraz za oknami.

27.05 PIĄTEK

Piątek – noc niezbyt przyjemna, było cholernie zimno, nawet w ubraniach przykryci kocami dostarczonymi przez „prowadników” trzęśliśmy się z zimna – chyba mam gorączkę, już wyjeżdżając z Warszawy czułem się niespecjalnie, potem ta potwornie zimna woda w moskiewskim hotelu i teraz ta noc – nie lubię antybiotyków, ale jeżeli kolejna noc będzie podobna, to czarno widzę...

Na szczęście rankiem zaczęli grzać, swoją drogą ranek to pojęcie bardzo względne – na naszych zegarkach ciągle mamy czas moskiewski, co skutkuje wschodem słońca o drugiej nad ranem (teraz na zegarku mam 7.30, a słońce jest już w połowie drogi, z kolei kolejarze posługują się czasem pekińskim, też nieadekwatnym do naszej obecnej pozycji) – kompletny groch z kapustą. Mijamy Krasnojarsk, za oknami ciągle chmury i deszcz, całe szczęście obsługa traktuje swoje obowiązki sumienie – kipiatok wrzący całą dobę, mimo lekkiego ocieplenia ogrzewanie ciągle pracuje utrzymując stałą temperaturę, toalety sprzątane dwa razy dziennie, papier regularnie uzupełniany. Powoli zaczynamy mieć dosyć zaparzanych zupek, jak na złość Chińczycy stale coś pichcą w swojej służbówce, mijając otwarte drzwi trzeba torturować się widokiem krojonych, świeżych warzyw rzucanych potem na patelnię i zaciskając zęby wdychać aromat smażonego mięsa. Podobno podczas postojów na peronach miało roić się od babuszek sprzedających pierożki i „kartoszki”, tymczasem jak na lekarstwo – jeżeli już jakieś stoją na peronie, to mają co najwyżej suchy prowiant z okolicznych sklepów – chleb, słodycze, napoje. Nie ma to jak właściwy poziom „pe-cha”...

28.05 SOBOTA

Sobota, nad ranem mijamy Irkuck, oczekiwanie na Bajkał. Dojeżdżamy doń o świcie, najpiękniejsza pora, stalowo – szara tafla jeziora odbija promienie pomarańczowego słońca. Dzień wstaje szybko, Bajkał znika chwilowo, nasi towarzysze podróży uspakajają, że niedługo pojawi się ponownie. Jedziemy wzdłuż jeziora jakieś pół godziny i wreszcie Bajkał znika za pasmem Sajanów. O 14.10 (czas moskiewski) jesteśmy w Nauszkach. Korzystając z okazji podczas postoju pytałem w kasie o ceny biletów „plackartnych”: Nauszki – Irkuck – 374 ruble i Irkuck – Moskwa – 2 000 rubli, razem ok. 85$.

O 16.45 wyjeżdżamy z Rosji na stronę Mongolską – Suche Bator. Zanosi się na dłuższy postój, znów te debilne formularze celne. Mongolska pogranicznica (młoda i bardzo ładna) celebruje kontrolę dokumentów, widać że jest od niedawna w tej pracy i nie czuje się jeszcze zbyt pewnie, posiadając przewagę munduru nie potrafi wytrzymać „wojny wzrokowej” i nadrabia to przesadną pedanterią.

Krótko po 22-ej wreszcie wjeżdżamy do Mongolii – całe szczęście, powinienem wziąć ostatni antybiotyk godzinę temu, a przez tych celników kręcących się po korytarzu nie dało się dojść do kipiatoka.

29.05 NIEDZIELA

Niedziela, 29.05. Przez cały dzień mongolskie stepy, czasem zielone jak majowe łąki, czasem łyse jak pustynia. Pagórki porośnięte lasami i idealnie gładkie równiny po horyzont. Raz na godzinę kolonia jurt – prawie przed każdą luksusowa limuzyna lub jeep. Postój w Ułan Bator dosyć krótki (następuje wymiana mongolskich pasażerów) – niecałe 20 min, mamy spóźnienie. Po 20-ej jesteśmy w Zamin Uud pod chińską granicą, znów te debilne papierki...

Na szczęście mamy małą rozrywkę, przetaczają pociąg do hangaru na wymianę podwozia. Kiedyś widziałem tę scenę na filmie – mroczna hala z powybijanymi oknami, wagony podwieszane na dźwigach linowych i umorusani robotnicy brzękający kluczami i młotkami, teraz nic z tego. Nowoczesny hangar niemal sterylnie czysty, wszyscy technicy w mundurkach – garniturach, białe koszule, krawaty. Żadnych topornych linowych dźwigów, tylko niewielkie podnośniki hydrauliczne, cała operacja przetoczenia kół zajmuje może pół godziny.

O północy opuściliśmy granicę, chińscy celnicy umiarkowanie irytujący, przynajmniej zadbali o muzyczną oprawę swoich guseł serwując z głośników na peronie klasyczno – rockowy repertuar. 

Witamy w Państwie Środka

30.05 PONIEDZIAŁEK

Poniedziałek – ostatnie pół dnia w pociągu – nareszcie, bo z powrotem zrobiło się gorąco i przydałby się prysznic – trochę już mi się znudziło mycie „na trupa” (wycieranie ręcznikiem zmoczonym wrzątkiem z kipiatoka). Zegarki już od Zamin Uud przestawiliśmy na czas pekiński – o 14.30 mamy dobić do Pekinu. Wszyscy pasażerowie z niecierpliwością przyklejają nosy do szyb. Na zewnątrz panuje mgła – dziwne, bo słońce świeci ostro, ale w powietrzu unosi się mleko ograniczając widoczność do kilkuset metrów. Pola ryżowe i nie tylko, skromne, ale schludne domki rolników – wszystko elegancko wykończone murkami z kamieni. Przelatując przez kolejne stacje widzimy ten sam rytuał – zawiadowca uderza w alarmowy dzwonek (ręczny) i wszyscy schludnie ubrani kolejarze w mundurach stają w szeregu na baczność. No, no...

Godzinę przed Pekinem mijamy mur chiński, niestety mgła nie pozwala przyjrzeć się dokładniej, ani zrobić zdjęć, ale nareszcie czujemy, że jesteśmy w Chinach.

Punktualnie o 14.30 wysiadamy z pociągu i welcome to total chaos. Pierwsza rzecz, jaką staramy się zrobić, to zorientować się w rozkładzie jazdy przed zaplanowaniem następnego etapu, ale nasze chęci zostają szybko ostudzone – rozkład jazdy tylko po chińsku, wszystko zresztą tylko po chińsku. Pracownicy dworca wyglądają bardzo profesjonalnie i są bardzo mili, ale po angielsku nie rozumieją ani słowa. Wychodzimy przed dworzec – Pekin wygląda imponująco. Olbrzymie, nowoczesne gmachy i szerokie ulice zapchane luksusowymi samochodami. Na razie nie mamy ani yuana i od nikogo nie możemy się dowiedzieć, gdzie wymienić pieniądze. Przypomina mi się zdanie z naszego przewodnika „Pascal” 2005 – „będziesz zdumiony, jak wielu Chińczyków mówi po angielsku”. Rzeczywiście, jestem zdumiony, nawet bardzo. Kręcimy się ulicami naprzeciwko dworca i trafiamy na biuro informacji turystycznej. Wreszcie.

Miły Chińczyk około 40-ki wyjaśnia nam, że jedynym dostępnym miejscem wymiany walut jak Bank of China. Wypisuje nam kilka numerów pociągów w interesujących nas kierunkach i kilka „gotowców” – pytań po chińsku na różne tematy – podstawa do załatwienia tu czegokolwiek. Bank of China jest niedaleko, pierwsze starcie z tutejszą biurokracją – aby wymienić pieniądze musimy wypełnić formularz formatu A-4 – kilkanaście pytań począwszy od nazwiska, po adres w Polsce. Wymieniamy po 100$ - kurs 8.2Y (yuana). „Pascal” podaje, że w okolicy jest kilka tanich hoteli, ale jakoś nie możemy ich znaleźć i patrząc na olbrzymie gmachy luksusowych pięciogwiazdkowców wątpimy, czy w ścisłym centrum może być dla nich miejsce. Wracamy pod dworzec – pierwsze zetknięcie z chińskim rozmachem. Wszystkie budynki (wliczając dworzec) są olbrzymie, przez co traci się właściwą perspektywę, gdyż linia horyzontu wydłuża się podstępnie.

Gmachy są ogromne i widać je z bardzo daleka – wydaje się, że wszystko jest bardzo blisko. To oczywiście tylko złudzenie i mamy już nieźle w nogach kilka kilometrów. Przy dworcu kręcą się naganiacze proponujący hotele, ale co z tego, kiedy nie rozumieją ani słowa – podtykają tylko pod nos tablice ze zdjęciami pokoi hotelowych i kilkoma sloganami – czysto i tanio. Na migi pytamy o cenę – bezskutecznie, dopiero dzięki słowniczkowi na końcu przewodnika dowiadujemy się, że proponują dwóję za 100Y, dowóz za darmo. Wyciągamy plan i ze słowniczkiem pytamy, gdzie jest hotel. Facet pokazuje na mapie – dosyć blisko. Wsiadamy do furgonetki, po kilku minutach jazdy widzę, że wiozą nas w zupełnie innym kierunku, niż pokazany na mapie, poza tym jak na pokazaną nam odległość jedziemy zbyt długo – minęliśmy 2 gigantyczne bezkolizyjne „ślimaki” i kilka razy zmienialiśmy kierunek, przez co zupełnie straciłem orientację. Po 15 min zjeżdżamy z głównej ulicy i kluczymy bocznymi zaułkami. W końcu podjeżdżamy pod hotel, wygląda nieźle, ale ta okolica.

Plątanina małych uliczek, łatwo się tu zgubić, każda jazda do centrum i z powrotem, to będzie koszmar. Czy oni muszą być tacy bezczelni? Na mapie pokazywał miejsce przy głównej ulicy, rzut beretem od dworca. Może i bym tu został, ale nie lubię takich zagrywek, Kamila też ma obiekcje co do tego miejsca. Facet nie zawiezie nas z powrotem pod dworzec, to pewne. Jest niepocieszony, że rezygnujemy i tłumaczy coś gwałtownie po chińsku. Nie mam zamiaru udawać, że rozumiem i odchodzimy. Swoją drogą to niepojęte, ten naród uchodzi za tak zdolny i pracowity, a nie potrafią nauczyć się dosłownie kilku słów w obcym języku, i to nawet ci, którzy zamierzają zarabiać na turystyce.

Dotarliśmy do głównej ulicy, na przystanku autobusowym korzystając z opisanego po chińsku planu miasta (kupiony w pociągu od konduktora – 1$) pytamy, gdzie jesteśmy i jak daleko stąd do dworca. To naprawdę niesamowite, oni nie potrafią odczytać mapy własnego miasta, opisanej w ojczystym języku – robi się zgromadzenie – wyrywają sobie plan jakby pierwszy raz coś takiego widzieli i kręcą bezradnie głowami. Cholera, ciężko tu będzie. Wreszcie znalazł się jeden, który umiał czytać mapy i wsadził nas do odpowiedniego autobusu. Na szczęście szofer miał elektroniczny terminal do wydawania biletów i na wyświetlaczu wyskoczyła cena – 2Y. Wysiedliśmy kawałek przed dworcem, postanowiliśmy poszukać hotelu w okolicach Placu Tienanmen. Niestety po wyjściu z autobusu znów z pół godziny kręciliśmy się bezradnie w kółko – nie widząc żadnego znajomego budynku nie potrafiliśmy określić na mapie naszego położenia – próby pytania Chińczyków były bezowocne, żadna z chyba 15 zapytanych osób nie potrafiła nam pokazać na mapie, gdzie jesteśmy. Jakimś cudem napatoczyła się grupka białych (Słowacy) i poinstruowali nas, jak trafić na Tienanmen. Tylko jedna stacja metrem, ale zdecydowanie odradzają spacer. Znów ta chińska gigantomania – ten jeden przystanek metra musielibyśmy drałować chyba ze dwie godziny.

W końcu jesteśmy na przy placu Tienanmen – (bilet na metro – 3Y) – pierwszy wyraźny sukces, w okienku kasowym udało mi się poprawnie wyartykułować nazwę stacji „Qianmen”, starając się jak najdokładniej skopiować wymowę i akcent poprzedzającego nas Chińczyka, pani zrozumiała bez problemu i obyło się bez sięgania po plan – no, no, mała rzecz, a cieszy... Słowacy podsunęli nam Leo Hostel, przy Qianmen Daije, naprzeciwko stacji metra. Na szczęście układ ulic jest tam bardzo charakterystyczny – przed placem Tienanmen, przy wyjściu z metra stoją dwie średniowieczne bramy do Zakazanego Miasta, a otaczająca je ulica tworzy półkole, z którego środka odchodzi nasza ulica. Hotel jest jakieś 200 metrów dalej w bramie po lewej stronie. Okolica jest urocza, nie możemy się doczekać, kiedy wreszcie zrzucimy plecaki i już „na luzie” ruszymy na spacer po okolicy. W Leo Hostel rozczarowanie, nie ma wolnych miejsc, ale miły Angol z recepcji odsyła nas do swojej filii – Jinghua International Youth Hostel, jakieś 20 min autobusem, za to tylko 30Y za łóżko w dormitorium. Przy okazji wpadamy na pierwszych rodaków, Angol przedstawia nas miłej starszej parze z Polski, która właśnie szykuje się już do powrotu. Są zachwyceni Chinami, ale trudno liczyć na jakieś pomocne dla nas informacje, to nie nasza liga – latali tylko samolotami, nawet po samych Chinach.

Musimy wrócić pod stację metra, skąd odjeżdżają autobusy – 66 i 102 – 1Y. Plecaków już nawet nie czujemy, dochodzi 18.30, cztery godziny latania z plecakami po Pekinie, nawet nieźle, chociaż w porównaniu z Moskwą, to i tak małe piwo. Jeden w pracowników hotelu szedł przy okazji w tamtą stronę i podał kierowcy adres, gdzie nas wysadzić. Hostel Jinghua jest niedaleko (jakieś 250 metrów) od przystanku, po drodze mijamy McDonaldsa, ale ceny nie są zachęcające, w dodatku wszystko opisane tylko po chińsku. Hostel prezentuje się nieźle – nad recepcją standardowo kilka zegarów pokazujących czas na świecie (nie ma to jak dowiedzieć się, która jest akurat godzina w N.Y lub Tokio) i olbrzymi kilim przedstawiający chińskie góry spowite mgłą. Dostajemy trzyosobowy pokój (30Y za łóżko i kaucja 100Y), na razie jesteśmy sami – czysto, ale wilgoć potworna. Nasze pokoje są już „undergrand”, przez niewielkie piwniczne okienko prowadzące na wewnętrzny dziedziniec nie wpada za dużo świeżego powietrza. Deszczu nie było, a po tych pięciu godzinach od kiedy wyszliśmy z pociągu, wszystko w plecaku jest prawie mokre. Wychodzimy na obiadokolację.

Jakieś 50 metrów na prawo od wyjścia z hotelu trafiamy na sympatyczną knajpkę – stoliki wystawione na zewnątrz, po kilkuminutowym poszukiwaniu młoda dziewczyna z „chińskim uśmiechem” odnajduje angielskie menu. Wybieramy ryż z jarzynami z patelni (11Y) – polecam, do tego piwo 0.6l za 2Y. Nie wiem, czy jacyś biali jadali tu przed nami, bo natychmiast otacza nas przynajmniej dziesięciu Chińczyków (w większości przechodniów) i ze wstrzymanymi oddechami obserwują jak mocujemy się z pałeczkami. Mają miny rodziców oglądających na video noc poślubną swojej córki, niektórzy bez ceregieli zaczynają wymieniać między sobą gesty pokazujące, jak prawidłowo trzymać pałeczki. Najzabawniejsze jest to, że oni wcale nie wyśmiewają się z nas, tylko autentycznie przeżywają każdy nasz ruch – kiedy tylko wypuścimy coś spomiędzy pałeczek na talerz, z kilkudziesięciu gardeł wydobywa się głębokie westchnienie grozy, niczym na pokazie linoskoczka nad przepaścią. Kamila generalnie nie znosi tłumu, a już szczególnie skupiającego uwagę właśnie na niej, więc sytuacja się nakręca – powinniśmy sprzedawać bilety...

Pierwsze zetknięcie z chińskimi toaletami – kabiny nie mają drzwi, każdy wchodzący do toalety może na bieżąco oceniać czas oczekiwania na swoją kolej. No i słusznie, przecież nie mamy nic do ukrycia i pomyśleć, że u nas podobno „Big Brother” jest szczytem ekshibicjonizmu. Dziwne, kabiny prysznicowe mają już matowe foliowe zasłonki, chociaż to nawet logiczne – fizjologia wydalnicza nie jest sprawą tak intymną, jak kąpiel...

31.05 WTOREK

Wtorek, dzień lekko pochmurny, wstaliśmy dosyć późno, choć rano mieliśmy wpaść do ambasady laotańskiej, ale wczorajszy dzień dał nam lekko w kość. Nie wiemy, ile trzeba czekać na wizę, ale gdyby się okazało, że kilka dni, to w tym czasie mielibyśmy czas na mur i resztę Pekinu, dziś już prawie południe, nic nie załatwimy. Kamila molestuje mnie o pekińskie ZOO, żeby zobaczyć tutejsze pandy – cóż, czego się nie robi dla kobiety...

Jedziemy metrem do stacji Xizhimen, tam znów przy pomocy słowniczka w przewodniku pytamy o kierunek, ten słownik to jak woda na pustyni – bez niego zginiesz tu marnie. Czekając na kogoś znającego choć słowo po angielsku musielibyśmy chyba przedłużyć nasze wizy – „będziesz zaskoczony, jak wielu Chińczyków mówi po angielsku”...

Do ZOO docieramy po półgodzinnym spacerze, przerywanym przymusowymi postojami pod każdym napotkanym daszkiem – zaczął padać deszcz. Bilety są dosyć drogie, tak nam się wydaje, gdyż cennik jest tylko po chińsku – podanych jest kilka cen, od najniższej (25Y), aż po 100Y, tylko dla kogo i za co? Kamila bierze ulotkę reklamową i pokazuje zdjęcie pandy – mamy szczęście, ogród jest podzielony i nie trzeba płacić najdroższego biletu. Na miejscu koszmar – misie w betonowym bunkrze, za brudną szybą. Nędzny betonowy wybieg wewnątrz budynku, nikt nawet nie zadał sobie trudu, żeby choćby minimalnie zamaskować te prymitywne warunki. Cały wybieg zawalony krzakami i tylko dwa misie, potwornie brudne i chyba w kiepskiej kondycji. Kamila twierdzi, że oba są poważnie chore, co mnie specjalnie nie zaskakuje, w takich warunkach żadne stworzenie poza pluskwą nie zachowałoby zdrowia dłużej, niż kilka dni – (kilka tygodni później, chyba w Tajlandii, Kamila dostała od mamy maila – w „Teleexpresie” podali, iż jedna z tych pand zdechła). Dziwne to wszystko, podobno to gatunek na wymarciu, za kłusowanie na pandach można dostać kulkę w łeb, a tutaj taka wykańczalnia. Oglądamy jeszcze kilka innych wybiegów i litościwie wychodzimy – wszędzie taki sam betonowy syf i niedbalstwo. Mają od cholery miejsca, środki i nie potrafią zrobić w miarę estetycznego dla widza wybiegu, dającego jednocześnie jakiś komfort zwierzętom. Z ulgą wracamy do hotelu.

Popołudnie na placu Tienanmen, deszcz już dawno przeszedł, ale powietrze jest koszmarnie wilgotne, paszport i wszystkie papierki po kieszeniach mam popakowane w foliowe torebki, inaczej wszystko można by od razu wyrzucić na śmietnik. Jest grubo po 16-tej, Zakazane Miasto już zamknięte. Plac rzeczywiście ogromny. Na południowym krańcu mauzoleum Mao, po stronie wschodniej Muzeum Sztuki, po zachodniej gmach Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Swoją drogą ciekawy materiał na aluzje, że słońce zachodzi nad Komunistyczną Partią Chin. Plac został powiększony do obecnych rozmiarów w 1959r, z rozkazu Mao, na 10 rocznicę proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej, z tego okresu pochodzą też bliźniacze gmachy po obu stronach. Ale najciekawsze i tak są dwie średniowieczne bramy od strony południowej – warto zostać do zachodu słońca, aby podziwiać je wspaniale podświetlone.

Po powrocie do hotelu dowiadujemy się, że mamy nowego lokatora – Malezyjczyk około 40-ki. Zaczyna znajomość śmiało, prosząc Kamilę o pożyczenie klapek pod prysznic. Trochę dziwny gość (nauczyciel), opowiada, że podróżuje już miesiąc, a ma ze sobą tylko małą torbę wielkości podręcznego plecaka. Właśnie zrobił pranie i jest niepocieszony (ja też) – w tych warunkach nic nie wyschnie, a w naszym pokoju to już na pewno. Zna doskonale chiński i dogaduje się ze strażnikami – wprowadzają nas na zaplecze i pozwalają rozwiesić pranie na zewnątrz. Wracając, mówię Chince w recepcji, że ktoś ukradł drzwi w toalecie. W pierwszej chwili nie zrozumiała żartu i wyleciała zza swojej lady, dopiero na schodach zawróciła grożąc mi palcem. Jeden zero dla mnie.

Kolacja w naszej knajpce i pierwszy raz oczy naprawdę wychodzą nam z orbit. Zamawiamy to co zwykle (warzywa z patelni na ryżu) i dowiadujemy się, że ryżu nie ma – zabrakło. Miła, młoda kelnerka wyjaśnia nam to z dużym zakłopotaniem, a jako rekompensatę odlicza nam 2Y za piwo i prawie połowę rachunku za tę potrawę. W Chinach zabrakło ryżu, no, no...

1.06 ŚRODA

Środa. Rankiem Malezyjczyk radzi zabrać rzeczy, jakaś pracowniczka hotelu się czepiała – jest dopiero po 8-mej, ale słońce grzeje już całkiem mocno, mimo tego wszystko mokre prawie tak samo, jak w momencie wieszania. Cholera, jak oni tu suszą cokolwiek?

O 9-tej jedziemy do ambasady laotańskiej. Metrem do stacji Dongzhimen i potem ponad półgodzinny spacerek do dzielnicy ambasad Sanlitun. Niestety nikt nie potrafi nam jej wskazać, a w naszym przewodnikowym słowniczku nie ma chińskiego ideogramu „Laos”. Próbujemy ratować sytuację pokazując na ogólnej mapie Chin fragment granicy laotańskiej, ale bezskutecznie. Swoją drogą, ta ich ignorancja jeżeli chodzi o czytanie mapy własnego kraju, jest odrobinę irytująca. Wreszcie trafiamy na biuro informacji turystycznej i pokazują nam kierunek w przybliżeniu, bo sami też nie są pewni. Po godzinnym kręceniu się po okolicy lokalizujemy na maszcie flagę Laosu, dochodzi 12-ta. Urzędnik via domofon każe nam przyjść o 13-tej. Buszujemy po okolicznych supermarketach, w jest ich tu sporo, to rejon zamieszkany przez rodziny dyplomatów, czasami na ulicach jest więcej białych, niż Chińczyków, dominują Francuzi. Bajecznie tania woda i cola – dużo taniej, niż w centrum i okolicach Tienanmen. Do tego chleb – nie tylko ten słodki tostowy, ale i zakwasowy razowiec – przyjemna odmiana po „chińszczyźnie”, choć to dopiero dwa dni.

Kilka minut po 13-tej jesteśmy z powrotem w konsulacie i tym razem każą nam przyjść o 14-tej. Jak miło. Facet w domofonie ma głos, jakby od rana testował tutejszy przemył spirytusowy, ale może to tylko złudzenie. Pozazdrościłem mu i tę godzinę przeczekaliśmy popijając piwo na kwietnikowym murku. Przechodnie przypatrywali się nam z lekkim zdziwieniem (mam nadzieję, że tu nie ma jakiejś prohibicji), ale w okolicznych ogródkach mała (0.33L) butelka kosztuje minimum 20Y, a 0.6l w pobliskim sklepie 2.5Y – i jak tu nie być „menelem”? Wizę (25$) odbierzemy w piątek o 14-tej, zatem jutro na mur.

Wieczór znów spędziliśmy na placu Tienanmen, polubiliśmy to miejsce, szczególnie obie bramy. Na placu kilku młodych ludzi próbuje puszczać latawce. Natychmiast pojawia się policja, legitymuje ich i każe je zwinąć. Nie rozumiem (nie tylko tego), na latawcach nie ma żadnych napisów sugerujących podłoże polityczne, kilka fajnych smoków i lampionów, więc o co chodzi?

Tym razem to już naprawdę szok. Kolacja w knajpie j/w, i ta sama scena – ta sama dziewczyna znów zmieszana tłumaczy, że ryżu zabrakło. Pytam ją, czy czytała dzisiejsze gazety, może jest jakaś wzmianka o zmartwychwstaniu Mao – angielski znała tylko na poziomie kilku podstawowych słów, ale jakimś cudem zrozumiała, gdyż śmiała się długo i krzyknęła coś na zaplecze, z którego wyszedł zaaferowany kucharz z gazetą w ręku. Tym razem nie udało nam się jednak uzyskać rabatu – dziewczyna zrobiła użytek ze swojej komórki i 15 minut później podjechała furgonetka z ryżem...

2.06 CZWARTEK

Czwartek, 2.06. Wczesna pobudka, ciągle nie wiemy, w które miejsce pojechać. Najpopularniejszy jest Badaling, ale Kamila twierdzi, że to zbyt oklepane i zatłoczone miejsce. Na tablicy przy recepcji jest kilka ogłoszeń – hotel organizuje transport w obie strony do kilku różnych miejsc, ale ceny nie wyglądają zachęcająco – od 130Y. Według naszego „Pascala” do wszystkich tych miejsc można dojechać lokalną komunikacją za połowę ceny, ale moje zaufanie do tego wydawnictwa spada z dnia na dzień. Z podanych opisów dosyć ciekawie prezentuje się historia muru w Huanghua, z okresu dynastii Ming – za budowę odpowiedzialny był lokalny władca Cai, który jak wieść niesie pedantem był okrutnym, nie dość, że przekroczył budżet, to prace przebiegały bardzo powoli, ze względu na wymaganą przez niego dokładność. Kiedy cesarz się o tym dowiedział, kazał go ściąć i Cai zrehabilitowany został dopiero po wielu latach, kiedy zalety wysokiej jakości prac uwidoczniły się w praktyce. Kamili też się ta historia podoba, poza tym liczy, że będzie tam luźniej, niż w Mutianyu lub Simatai.

Najpierw metrem do stacji Dongzhimen, skąd autobusem 916 (8Y) do miasteczka Huairou. Po wyjeździe z Pekinu jestem lekko oszołomiony – zarówno jakością dróg, jak i estetyką otoczenia. Wzdłuż autostrady kilometrami ciągną się starannie przycięte i wypielęgnowane trawniki, kompozycje ze starannie poprzycinanych krzewów i kwiatów, ozdobne kamienne murki i ogrodzenia. Przecieramy oczy ze zdumienia – dosłownie w pustym polu zadano sobie tyle trudu, by utrzymać taki „wyczes”. Te miłe wrażenia psuje tylko klimatyzacja, autobus jest na tyle nowoczesny, żeby ją posiadać, ale jednocześnie już na tyle „zajechany”, żeby klapki zamykające były połamane i popsute. Po zaledwie pół godzinie jazdy szczękamy już zębami i nie ma przed tym cholerstwem ucieczki, gdziekolwiek byś nie usiadł, to zionie lodem prosto w twarz. W końcu zatykamy dziury plastikowymi reklamówkami, a Chińczycy patrzą na nas zgorszeni, jakbyśmy popełnili nie wiem jaką profanację.

Po 11-tej jesteśmy w Huairou i rozglądamy się za jakąś okazją do Huanghua – według przewodnika powinny być tanie minibusy (4Y) i droższe furgonetki (60Y – w obie strony). Kiedy pytamy o autobus do Huanghua, wszyscy ciągną nas do taksówek oczekujących już na świeżych jeleni. W końcu decydujemy się na furgonetkę, próba dogadania się z jakimkolwiek przechodniem to strata czasu. Na połączone ideogramy „Huanghua” i „autobus” odpowiadają zdziwionymi minami i pokazują taksówki (od 100Y – w obie strony), nie wiemy już, czy wszyscy są tu udziałowcami taxi-biznesu, czy ten nasz „Pascal” po raz kolejny potwierdza swoją wątpliwą wartość. Kierowca furgonetki żąda 30Y w obie strony, ale jego wygląd nie wzbudza w nas zaufania – poza tym może spod muru uda się złapać jakiś autobus – więc kilka minut tłumaczymy, że interesuje nas tylko przejazd w jedną stronę za 15Y. W końcu zrozumiał i nie jest zachwycony. Udaje, że rezygnuje, ale w końcu przywołuje nas z daleka.

Koszmarna pomyłka, byłem tak wściekły na siebie i wszystko dookoła (specjalne „życzenia” dla „Pascala” i jego „mądrości”), że musiałem wypić całą butelkę wody, żeby się uspokoić. Kierowca po prawie godzinie (po drodze był wypadek i musieliśmy czekać na odblokowanie szosy) dowiózł nas do jakiejś restauracyjki prowadzonej przez swoją rodzinę, wręczyli nam nieczytelną, odbitą na xero mapkę i pokazali ścieżkę prowadzącą w górę zbocza. Po 20 minutowym marszu zobaczyliśmy ten „mur” – kompletna rudera. Już kiedy jechaliśmy, okolica nie wydawała mi się najciekawsza. Zamiast majestatycznych gór jakieś poszarpane i upstrzone budowlanymi barakami pagórki wyglądające jak hałdy na Śląsku, jakiś zbiornik wodny z tamą, krajobraz jak po „nowej hucie” – zupełnie nie tak to sobie wyobrażałem. Pojawiła się jakaś stara kobieta, żądając po 2$ opłaty za przejście. Po zainkasowaniu pokazała nam ścieżkę na górę. Ścieżka to zbyt eufemistyczne określenie, raczej dosyć strome podejście pokryte głazami i osuwającą się ziemią, z której wyrastały gęste i ostre krzaki. Już patrząc na ten „mur” z daleka zastanawiałem się, czy warto bawić się w tę wspinaczkę – zupełnie nie byliśmy przygotowani na coś takiego.

Kamila miała na gołych nogach tylko lekkie buty zupełnie nie nadające się na takie eskapady. Podejście było naprawdę nieprzyjemne – ziemia znienacka osuwała się spod nóg, co powodowało od razu przesuwanie głazów pod nogami i o niebezpieczny upadek nie było trudno. Sytuację pogarszały ostre krzaki, przez które trzeba było się przedzierać uważając na oczy, a próby łapania się ich groziły jeszcze szybszym fikołkiem – nie wytrzymywały ciężaru ciała. Kiedy po kilkudziesięciu metrach dobrnęliśmy do kilkumetrowej „polanki” w połowie tej ścieżki okazało się, że w najwęższym przesmyku stoi koń (jak on tu wlazł???!!!!) i to w dodatku ustawiony ładnie, jak trzeba, czyli tyłem. Minąć go można było tylko przechodząc mu pół metra za ogonem, a po jego wzroku widziałem, że nie jest specjalnie zadowolony z naszej obecności.

Jedno wierzgnięcie i skręcilibyśmy sobie karki turlając się po tych kamykach. Jakoś go wreszcie wyminęliśmy i wdrapaliśmy się na tę ruinę muru. Nie było po co. Nie dało się chodzić, dziura na dziurze, nie można było zrobić dwóch kroków bez patrzenia pod nogi, inna sprawa, że nie było też czego żałować, bo widok na okolicę nie był rewelacyjny. Jakieś obskurne baraki na zboczach i poniewierające się gdzieniegdzie sterty cegieł. Mur został w dużej części rozebrany i widocznie powoli będą go dopiero sztukować. Dało się przejść zaledwie kilkanaście metrów i przed nami rozpostarła się kilkunastometrowa przepaść odgradzająca od schodów pnących się do góry w kierunku ruin wieżyczki. W drugą stronę też niewiele zdziałaliśmy – taka sama przepaść. Dysponując linami i minimum alpinistycznego doświadczenia prawdopodobnie dałoby się przeskoczyć te dziury, ale w naszej sytuacji mogliśmy sobie tylko „pogdybać”.

Zastanawialiśmy się, czy jest to jedyne dostępne miejsce w tej okolicy, czy też może są jakieś ciekawsze, a tylko kierowca podwiózł nas do swoich pociotków, żeby wyrwali od nas po kilka dolców za „pokazanie drogi na mur”. Obeszłoby się, sami byśmy trafili do tej „ścieżki”, poza tym według mnie, to nie było warte nawet 10 centów, a nie 2$. Zejście z „muru” było dużo gorsze – prawie 45 stopniowe kręte zbocze pokryte niestabilnymi kamieniami i osypującą się ziemią plus grawitacja, to nienajlepsza kombinacja. Koń tym razem pasł się trochę dalej, ale za to zjeżdżając wpadłem w te cholerne krzaczory i o mało nie wydłubałem sobie oka. Ułożyłem sobie w myślach podziękowanie dla kierowcy, które przetestowałem na tej starej Chince inkasującej za „bilety”. Wiem, że to była starsza kobieta i zachowałem się nieładnie, ale czując jeszcze ostry ból w oku nie byłem zbyt przychylnie nastawiony do tutejszych „łowców jeleni”. Wrzasnąłem na nią tak, że nawet nie znając ani słowa po angielsku zrozumiała, o co chodzi. Nie była chętna pozbywać się naszych 4 dolców, ale zrozumiała, że odbiorę je nawet, jeżeli miałbym ją podnieść do góry za kostki i je wytrząsnąć. Awantura sprowadziła kilku okolicznych młodzieńców, ale zadowolili się obserwowaniem całego zajścia z dystansu.

Rozmowa z kierowcą była podobnie pasjonująca, pytaliśmy go o inne miejsca, ale albo nie rozumiał, albo udawał. Cholera, to chyba jedno z najciekawszych zagadnień filozoficzno – psychologicznych; problem udawania idioty wtedy, kiedy potrzeba i ewentualne kryteria poznawcze. Jeszcze raz rozejrzałem się dookoła, ta okolica naprawdę nie wygląda zachęcająco, więc nawet jeżeli są tu jeszcze jakieś inne miejsca, to niewiele różnią się od tego, czyli są tylko w wersji „na dziko”. To jeszcze byłbym w stanie znieść, gdyby na murze czekała jakaś satysfakcja za trudy wejścia, ale po tym co już zobaczyłem wątpiłem, czy było tam jakieś miejsce warte wysiłku. Kierowca proponował nam odwiezienie do Huairou (teraz już rozumiał wszystko), ale mieliśmy go już solidnie dosyć. Poszliśmy z powrotem na piechotę, po jakimś kilometrze zatrzymaliśmy mijający nas minibus (4Y) i po pół godzinie byliśmy z powrotem w miasteczku. Cholera, straciliśmy przez to po kilka dolców i cenny czas. Kolejny dzień na Zakazane Miasto, odebranie wiz, a zdecydowaliśmy, że w sobotę jedziemy dalej.

Było trochę po 14-tej i zastanawialiśmy się, czy wracać do Pekinu, czy spróbować jeszcze dziś szczęścia w innym miejscu. Można stąd również w niecałą godzinę dojechać do Mutianyu, ale mieliśmy tak zepsute humory, że chwilowo nam się odechciało muru. Z drugiej strony, jeżeli mieliśmy go zobaczyć, to nie wyrobimy się do soboty, dziś jest pierwszy dzień bez mgły, a w drodze powrotnej możemy już nie mieć na to kasy. W końcu znaleźliśmy minibus do Mutianyu – kierowca zapewniał, że przed 15-tą będziemy na miejscu. Wytargowaliśmy po 10Y i po wyjściu z samochodu samopoczucie od razu nam się poprawiło. Co prawda mnóstwo kramów i tandetnych sklepików u podnóża gór, ale to jest przynajmniej mur. Chcieliśmy uniknąć sztampy i „komercji” udając się do „dzikiego” miejsca, jednak porównując Huanghua do Mutianyu, wolę już tę komercję. Hauanghua można sobie zostawić jako dodatkową ciekawostkę, odradzam jednak to miejsce, jako jedyny kontakt z murem. Prawdziwie dzikiego muru można zresztą szukać co najwyżej w okolicach Mongolii Zewnętrznej, gdzie pozostał on w swojej pierwotnej formie, czyli piaskowo – drewniano – glinianej, tak jak był wznoszony w II w.p.n.e, za rządów jednego z najokrutniejszych cesarzy z dynastii Czin.

Wjazd na mur kolejką linową kosztował 25Y, ale postanowiliśmy zdobyć go po schodach. Pokonanie tych kilkuset metrów pod górę zajęło nam około 20 minut i kiedy zlani potem stanęliśmy w końcu na murze, ledwo mogliśmy utrzymać się na nogach. Nie było tu tak strasznego tłoku jak się obawialiśmy, żadnych większych zorganizowanych grup, najwyżej co kilkaset metrów jakieś luźne pary. Cholera, nie mogę sobie darować, że straciliśmy tyle czasu w Huanghua i teraz mamy zaledwie trochę ponad godzinę (zbrodnia) – kierowca naszej furgonetki ostrzegł, że ostatni autobus z Huairou do Pekinu odjeżdża ok. 17.30.

To była cudowna godzina, wdrapaliśmy się na wieżyczkę na szczycie najwyższej w zasięgu wzroku góry. Widoki ze szczytu niesamowite – między zielonymi górami, sinusoidalnie pokręcony mur ciągnie się kilometrami aż po horyzont. Warto byłoby spędzić tu cały dzień, od wschodu do zachodu słońca – niestety, po tych błędach, przy naszej dosyć długiej trasie nie możemy sobie już na to pozwolić.

Z powrotem zjechaliśmy już kolejką linową (29Y, podczas gdy wjazd 25Y – dziwne...), po dodatkowej wspinaczce na murze mieliśmy już miękkie kolana, a schodzenie to coś zupełnie innego, niż wchodzenie pod górę. Przy wchodzeniu czuje się co najwyżej ból, zaś podczas schodzenia zakwaszone mięśnie po prostu wiotczeją i przy swoim wzroście mam poważne problemy z utrzymaniem pionu.

W drodze powrotnej lekka sprzeczka z Kamilą – nie byliśmy pewni, czy wsiedliśmy we właściwy autobus, tzn. właściwy był na pewno, bo nr 916, ale nie wiedzieliśmy, czy we właściwym kierunku – po godzinie jazdy (tyle jechaliśmy do Huairou) nie wyglądało na to, żebyśmy dojeżdżali do Pekinu i zaczęliśmy pytać pasażerów, ale odpowiadali nam w kratkę, raz „tak”, raz „nie”. Kierowca również zachowywał się tak, jakby nie rozumiał pytania i wydawało się, że odpowiadał nam to, co wydawało mu się chcemy usłyszeć. W końcu okazało się, że jedziemy w dobrym kierunku. Cholera, coraz częściej niepotrzebnie tracę nerwy, najpierw ta stara, teraz o mało nie nakrzyczałem na Kamilę.

3.06 PIĄTEK

Piątek, 3.06. Rano, o 8-mej Kamila pojechała na dworzec po bilety do Kantonu – 255Y hard seat (nieoceniony Malezyjczyk uzbroił ją w kilkanaście chińskich gotowców na różne sytuacje), trochę za długo już siedzimy w Pekinie, chociaż polubiliśmy to miasto, ale przed nami jeszcze ładny kawałek drogi. Chciałoby się obejrzeć Chiny dokładniej, z drugiej strony boimy się, że nie starczy nam kasy na resztę planowanej trasy. Postanowiliśmy na razie ograniczyć Chiny do kilku miejsc, na których nam najbardziej zależy, resztę może uda się zrobić w drodze powrotnej, chociaż jak pokazuje praktyka, z takich nadziei niewiele potem wynika.

Dwie godziny później pojechaliśmy do Świątyni Nieba, ale 15Y za wstęp zniechęciło mnie do bliższego kontaktu i jak się okazało miałem rację. Kamila wyszła po godzinie rozczarowana – remont, wszystko w rusztowaniach. Była zdumiona, że starsi ludzie płacą te 15Y tylko za to, żeby posiedzieć w tutejszym parku grając w madżonga i ...na skrzypcach. Już od kilka dni temu zastanawiamy się, dlaczego niektórzy Chińczycy chodzą po ulicy w pidżamach, najpierw myśleliśmy, że to takie garnitury w paski, po obejrzeniu z bliska nie mamy wątpliwości – ewidentnie pidżama... Z reguły starsi ludzie, ale nie wyglądają na nędzarzy, których nie stać na normalne ubranie, bo skąd by ich było stać na czystą pidżamę? Dziwne.

Po południu odebraliśmy wizy laotańskie, a wieczór spędziliśmy jak zwykle w okolicy Tienanmen. Kiedy rozdzieliśmy się „na zakupy”, Kamilę zaczepił jakiś student sztuk wszelakich i zabrał ją na wystawę swoich (i nie tylko) prac. Dostała od niego wypisany artystyczną chińszczyzną ideogram swojego nazwiska. Spotkanie miało chyba w założeniu również wątek biznesowy (kupno którejś z pokazywanych prac), ale tym razem pokonała Chińczyków ich własną bronią, czyli udając, że nie rozumie, co mówią, aczkolwiek z lekkim żalem, gdyż oglądając fachowym okiem ich akwarele od razu poczuła bolesne ukłucie zazdrości. Chińczycy nie potrafią malować olejami, ale przed akwarelami klękajcie narody... Cóż, artystka – ja, człowiek prosty, muszę wierzyć na słowo. 

Z Zakazanego Miasta prosto do Hongkongu


4.06 SOBOTA

Sobota, 4.06. Poranek zaczynamy od niespodzianki. Już wcześniej obserwując tempo życia w Pekinie, oraz niektóre zwyczaje i gusta Chińczyków przecieraliśmy oczy, ale to jak na razie numer jeden. Wczoraj wieczorem, po powrocie do hotelu i kolacji w naszej knajpce (tym razem ryż już był) poszliśmy na zakupy na jutrzejszą podróż – napoje, chińskie zupki, itp. Kawałek za restauracją weszliśmy do sporego sklepu spożywczego, a raczej chcieliśmy wejść, gdyż było po 23-ej i wyglądało na to, że facet szykuje się do zamykania interesu. Naturalnie zapraszał nas do środka, ale nie chcieliśmy być upierdliwi i trzymać tu faceta pół godziny, postanowiliśmy wrócić rano. No i wróciliśmy, ale nie ma już sklepu spożywczego, dokładnie w tym samym miejscu (nie ma mowy o pomyłce) jest teraz sklep żelazno – przemysłowy. Przez góra 8 godzin wymietli kilka ton jednego towaru i wstawili inny. Sprzedawca też inny – niestety nie rozumie ani słowa po angielsku i nie mogę się dowiedzieć jakie cuda działy się tu przez noc, a szkoda.

Nareszcie idziemy do Zakazanego Miasta, mamy szczęście – drugi po murze dzień bez mgły. Przemierzając plac Tienanmen zatrzymuję się pod mauzoleum Mao – już dawno obiecywałem sobie, że muszę to zobaczyć. Kamila nie ma ochoty oglądać zwłok kolejnego zbrodniarza, choć tym razem na szczęście wstęp jest bezpłatny. Kolejka jest długa – Kamila idzie czekać na mnie pod bramą. Mao – dzięki książce o nim, autorstwa jego osobistego lekarza, dr Li Zhisui, wiem sporo o najnowszej historii Chin i ludziach KomPartii – to jednak zupełnie co innego czytać bezduszne i niekiedy koszmarnie nudne podręczniki, czy ciekawsze już nieco opracowania popularno – naukowe, a co innego dziennik pisany przez człowieka, który towarzyszył Mao przez 20 lat, dzieląc najbardziej intymne sekrety komunistycznego cesarza.

Dr Li (1919-1995) pochodził ze starej, szanowanej lekarskiej rodziny, w której tradycje medyczne kultywowane były od kilku pokoleń. W przeciwieństwie do swoich przodków przekazujących sobie tradycyjne metody chińskie, studiował medycynę zachodnią na uniwersytecie w Chengdu, prowadzonym przez profesorów amerykańskich. W roku 1948 wyjechał do Australii, nie widząc perspektyw w targanych wojną domową Chinach. Praca chirurga na okrętach Australijskiej Kompanii Wschodniej zapewniała mu solidne zarobki w dolarach, pozbawiając jednak możliwości dalszego kształcenia - ówczesne prawo australijskie nie dawało mu szans na uzyskanie obywatelstwa.

Kiedy w 1949r. po zdobyciu Pekinu przez komunistów, otrzymał od rodziny list zachęcający go do powrotu do Chin (jego starszy brat pełnił jakąś ważniejszą funkcję w Partii, na odcinku "medycznym" i zapewniał go, że nowe władze potrzebują wysokokwalifikowanych specjalistów, potrafiąc zapewnić im godne życie i możliwość zawodowego rozwoju) dr Li, mając dosyć ograniczone rozeznanie polityczne, ale będąc wychowanym w duchu patriotycznym, uwierzył w hasła głoszone przez komunistów i wraz z żoną (wykazującą troszkę więcej trzeźwego sceptycyzmu i w związku z tym nie do końca przekonaną) powrócił do Pekinu. Marzenia o pracy naukowej prysły szybko - zaraz oddelegowano go do ambulatorium przy jakimś tajemniczym Uniwersytecie Pracy, o którym wcześniej nigdy nie słyszał. Dodatkowo pognębił go szok, jakiego doznał zapoznając się z warunkami materialnymi panującymi w Chinach. Jego i tak niezbyt wyszukany garnitur i skórzane buty wzbudzały sensację wśród ubranych dosłownie w łachmany mieszkańców Pekinu i szybko musiał się pozbyć swojego ubrania, by zbytnio nie odróżniać się od nowych kompanów. "Uniwersytet" i "ambulatorium" okazały się wiejskimi chatami - krytymi słomą i z glinianą podłogą, a całe medyczne wyposażenie stanowił ciśnieniomierz, stetoskop, termometr i kilka strzykawek. Cały pozostały "personel" składał się z wiejskich młodzieńców nie potrafiących czytać, ani pisać, których związek z medycyną polegał na tym, że podczas wojny dowódcy oddelegowali ich do opatrywania rannych - bo ktoś musiał to robić.

Na pytanie o wysokość swoich zarobków usłyszał, że nie musi się o to martwić, gdyż będzie pracował w systemie pełnego zabezpieczenia, tzn. że rząd zapewni mu wszystko - izbę, dwa posiłki dziennie i raz na rok nowe buty. Dr Li wpadł w panikę, ale nie miał już wyjścia, do komunistycznego państwa zawsze łatwiej jest wjechać, niż je opuścić. Miarą jego wysokiej pozycji było to, że mieszkał sam w chacie pozbawionej wody i jakichkolwiek mebli poza siennikiem do spania (inni mieszkali w takich chatach po kilku) i że każdy z dwóch posiłków zawierał przynajmniej śladowe ilości mięsa. Po roku tej męczarni przypadek sprawił, że dr Li został przeniesiony do Zhongnanhai (Zakazanego Miasta) stanowiącego siedzibę władz komunistycznych. Urzędujący tam lekarz został wyrzucony zaraz po tym, jak popełnił błąd w sztuce, wystawiając błędną diagnozę i jeden z wysokich urzędników zmarł tam nagle na wirusowe zapalenie mózgu roznoszone przez komary. Partia obawiała się o zdrowie pomieszkującej tam "awangardy ludu" i samego Mao, stąd sprowadzono na jego miejsce najlepszego jakim dysponowano, czyli dr Li.

Po czterech latach leczenia urzędników partyjnych i ich rodzin zaproponowano mu funkcję osobistego lekarza Mao. Dla Li zauroczonego ciągle komunistami i samym Mao (nawet pomimo tej degradacji materialnej - przywiezione z Australii solidne oszczędności szybko się rozeszły) była to kusząca propozycja, ale nie zamierzał jej przyjmować pomny ostrzeżeń swoich przodków - jego pradziadek zdiagnozował syfilis u dosyć rozwiązłego cesarza Tongzhi, co doprowadziło do szału cesarzową Cixi, która nie pozwoliła mu go dalej leczyć i cesarz umarł. Oczywiście to jego obwiniono o śmierć cesarza i wygnano pozbawiając mandaryńskiego tytułu - od tej pory rodzinna przestroga głosiła, by nie leczyć cesarzy. Jednak cesarz Mao nie zwykł słuchać od swoich poddanych słowa "nie" i Li, chcąc - nie chcąc, musiał przyjąć tę propozycję nie do odrzucenia.

Jego szacunek dla Mao i nowych władz topniał dosłownie z każdym tygodniem. Obserwując jaka różnica dzieli komunistyczne hasła od praktyki szybko zrozumiał, że komunistyczna "elita" składa się ze zdegenerowanych prostaków żądnych luksusów, którzy bez skrupułów sprowadzają z "wrażego" kapitalistycznego Hongkongu kosztujące miliony dolarów smakołyki i zabawki, gdy ponad połowa Chińczyków jada raz dziennie ryż mieszany z piaskiem. Apogeum nastąpiło podczas Wielkiego Skoku (obłąkana polityka błyskawicznej kolektywizacji rolnictwa i gwałtownego "uprzemysłowienia") zarządzonego przez Mao, kiedy z głodu zmarło ponad 40 milionów ludzi - nawet w tym czasie partyjni dostojnicy bez skrupułów urządzali wystawne przyjęcia pełne importowanych dyskretnie (przez całą sieć zaufanych pośredników) luksusów z państw kapitalistycznych (via Hongkong). Kupowano je za pieniądze uzyskiwane z exportu ... ryżu, który nadal prowadzono na wielką skalę, aby utrzymywać pozory potęgi gospodarki komunistycznej.

Sam Mao był idiotą doskonałym i degeneratem absolutnym, choć lubił pozować na "intelektualistę" - każdego, z kim spotykał się po raz pierwszy witał z jakąś książką w ręku, aczkolwiek był wtórnym analfabetą. Dzięki pomysłom, którymi "uszczęśliwiał" poddanych podczas Wielkiego Skoku powinien otrzymać Nobla w kategorii "debilizm wszechczasów" - dla koneserów podam najciekawszy, czyli plan przegonienia Wielkiej Brytanii w wytopie stali. W ówczesnej odmianie socjalizmu, o poziomie rozwoju gospodarczego świadczył przemysł ciężki, stąd Mao rozkazał, aby każdy Chińczyk w miarę swoich możliwości wytapiał stal. I wytapiano. Na rozkaz Partii prawie wszyscy zdrowi mężczyźni budowali z gliny i kamieni prymitywne piece zwane dymarkami, w których przetapiali stal - zarówno w miastach, jak i po wsiach.

Po kilku miesiącach tej polityki Mao był bliski ogłoszenia sukcesu, tylko jedna myśl nie dawała mu spokoju - po jaką cholerę zepsute państwa kapitalistyczne inwestują miliony dolarów w nowoczesne piece hutnicze, kiedy biedne Chiny są w stanie przetopić prawie tyle samo stali metodą prawie chałupniczą? Ci kapitaliści muszą być wyjątkowo głupi. Jego "genialny" umysł kilka miesięcy pracował dni i noce na najwyższych obrotach - w czym tkwi zagwozdka? Kilka osób z jego najbliższego kręgu rozwiązało tę technologiczną zagadkę w ciągu godziny, jednak z uwagi na możliwość zostania oskarżonym o "prawicowość" - co wiązało się praktycznie z wyrokiem śmierci - zachowywali tę wiedzę dla siebie. Otóż okazało się, że Chińczycy wcale nie wytapiali stali, ale jedynie ją przetapiali. I tak podczas kiedy państwa kapitalistyczne olbrzymimi kosztami wydobywały z ziemi rudę stali, którą potem w nowoczesnych hutach przerabiano na konkretne przedmioty, zmieniając tym samym proporcję między surowymi złożami w ziemi, a obrobioną stalą w postaci gotowych wyrobów użytkowych, Chińczycy uprawiali jedynie tragiczne w skutkach marnotrawstwo.

Do prymitywnych dymarek wrzucano wszystkie rekwirowane masowo metalowe przedmioty - począwszy od klamek, przez garnki, wszelakie narzędzia i wszystko, co tylko można sobie tylko wyobrazić (za ukrywanie metalowych przedmiotów groziły surowe kary) - tylko po to, aby po "wytopie" uzyskać bezkształtny, bezwartościowy złom, ewentualnie sztabki. Konsekwencje tego kretynizmu były dla Chińczyków tragiczne - miliony chłopów zostało oderwanych od pracy na roli, a tym którzy doglądali upraw zabrakło niezbędnych narzędzi do pracy, przez co spora część plonów nie została na czas zebrana. Jeżeli do tego dołożyć skutki przeprowadzanej równolegle kolektywizacji (zakładanie Komun Ludowych) i związanych z tym patologii, to rezultat mógł być tylko jeden - zimą 1959r. zaczęła się katastrofa i w ciągu następnych trzech lat ponad 40 milionów ludzi umarło z głodu. Pozbawieni garnków ludzie nie byli w stanie nawet zagrzać wody i ugotować przydziałowej garści ryżu. Wygłodzeni umierali też z zimna (na północy), gdyż cały opał został zmarnowany w piecach.

Jako pacjent, Mao również dostarczał dr Li samych zgryzot, był rozkapryszony jak dziecko (czasami wykonanie najprostszego badania zajmowało kilka godzin). Będąc totalnym ignorantem, na każdym kroku kwestionował zalecenia biednego doktora, przyprawiając go o palpitacje serca - w przypadku jakiejkolwiek choroby Mao i nieudanego leczenia mógłby zostać oskarżony o próbę zamordowania wodza rewolucji. Mimo tysięcy godzin rozmów prywatnych i służbowych z dr Li, przez dwadzieścia lat Mao nie był w stanie nauczyć się o medycynie absolutnie niczego i nie rozumiał nawet najprostszych mechanizmów funkcjonowania ludzkiego organizmu. Nigdy nie mył zębów, co prowadziło co jakiś czas do infekcji całego organizmu - odmawiał wtedy wizyty u stomatologa, nakazując leczenie dr Li (interniście).

Zupełnie nie przyjmował do wiadomości podziału medycyny na poszczególne specjalizacje i związanego z tym ogromu wiedzy, jakim trzeba w każdej dziedzinie dysponować. Nigdy się nie kąpał - liczny personel co najwyżej wycierał go gorącymi ręcznikami, a sprawy związane z toaletą "przewodniczącego" stanowiły przedmiot troski całego sztabu służących. Życie erotyczne Mao również wprawiało dr Li w zakłopotanie - "przewodniczący" był zdegenerowanym erotomanem nie zawsze potrafiącym kontrolować (nawet publicznie) swoje instynkty. Jego małżeństwo z Jiang Qing było czysto papierowe - ona, rozpieszczona aktoreczka gotowa była umrzeć za każdą ideologię zapewniającą jej nieograniczoną władzę i luksusy, i potrzebowała Mao - bez niego byłaby nikim. Mao doskonale zdawał sobie z tego sprawę wiedząc, że dzięki temu może liczyć na jej psią wierność - intrygi, donosy to był jej najskuteczniejszy wkład w umacnianie władzy męża.

Na początku liczne romanse podstarzałego "Casanowy" doprowadzały ją do furii, potem przystała na układ - romanse Mao w zamian za ułamek władzy i iście cesarskie luksusy. Mao nie lubił dojrzałych kobiet i bał się ich (dojrzała kobieta szybciej potrafi ocenić realną wartość mężczyzny, a nad podlotkami miał olbrzymią przewagę), dlatego "hodowano" dla niego całą armię prostych, wiejskich nastolatek, które poddane później odpowiedniej obróbce ideologicznej, przespanie się z "legendą rewolucji" uważały za największy zaszczyt i swój święty obowiązek. Funkcjonariusze partyjni uwijali się więc jak w ukropie zakładając rozmaite dziewczęce okołopartyjne i okołowojskowe organizacje - "pieśni i tańca" lub inne, które uświetniały swoimi występami wszystkie oficjalne uroczystości. Wszystko po to, aby zapewnić Mao nieograniczony rezerwuar "świeżutkiego mięsa".

Już podczas pierwszych wizyt w sypialni Mao dr Li zwrócił uwagę na wielkie łóżko o dziwnym kształcie - na początku myślał, że miało to chronić Mao przez przypadkowym upadkiem z materaca, dopiero później zrozumiał, że tylko taka konstrukcja łóżka umożliwiała (człowiekowi tej wagi i postury) seks z drobniutkimi dziewczątkami bez narażania ich na kontuzje. Nie można mu też zarzucić dyskryminowania płci brzydkiej, gdyż przypadki molestowania młodych, przystojnych ochroniarzy też nie należały do rzadkości. Przy tak aktywnym życiu seksualnym (po kilka partnerek miesięcznie) zachorowanie na chorobę weneryczną było tylko kwestią czasu - zwłaszcza jeżeli doda się do tego fakt, że przez całe swoje życie Mao nie zużył nawet dwóch kostek mydła. Po pewnym czasie Li zdiagnozował u niego rzęsistek pochwowy (chorobę wywołującą powikłania głównie u kobiet, u mężczyzn przebiegającą bezobjawowo na zasadzie nosicielstwa) - Mao odmówił leczenia twierdząc, że jeżeli ta choroba mu nie zagraża, to nie ma co robić zamieszania, a zarażone kobiety powinny zatroszczyć się o siebie same - aczkolwiek zabronił też poinformowania ich o chorobie.

Problem spędzający sen z oczu wszystkim chińskim cesarzom i tureckim sułtanom dysponującym wielkimi haremami - niekontrolowana liczba potomków rywalizujących o władzę - nie istniał, gdyż Mao był bezpłodny (wcześniej miał dzieci) i ciekawostka dla kolekcjonerów - miał tylko jedno jądro. Jednak jego liczne kochanki w końcu zaczęły rościć sobie pretensje do władzy i Mao zaczął w końcu rozdawać państwowe posady i władzę niewykształconym, wiejskim dziewojom - jedna z takich analfabetek została nawet dyrektorem szpitala przyprawiając czcigodną kadrę profesorską o klika zawałów. Mao nauczony przykładem swojej "wytresowanej" pod tym względem żony, coraz częściej otaczał się młodymi kobietami wyrwanymi z niższych klas, aby dając im luksus i władzę zapewnić sobie ich ślepe posłuszeństwo i zyskać sprzymierzeńców w walce z partyjną opozycją - Deng Xiaoping.

Podróżował głównie pociągami - miał swój prywatny, luksusowy skład. Ponieważ jak każdy obłąkany satrapa obawiał się zamachów, to decyzję o czasie i trasie wyjazdu podejmował często w ostatniej chwili, co niesłychanie komplikowało pracę jego ochronie. Gdy jego pociąg wyruszał w trasę, wstrzymywano ruch innych pociągów w promieniu ponad 200 km, a kiedy jeszcze nawet ochraniająca go UB-ecja nie mogła być 100% pewna trasy, to paraliż obejmował całą sieć kolejową w kraju. Na trasie przejazdu pociągu, co kilkaset metrów wystawiano posterunki wojska (w zimie podczas srogich mrozów na północy kraju żołnierze tygodniami koczowali w ziemiankach przy torach). Korzystając z wzorów sowieckich, wzdłuż torów budowano też "wsie patiomkinowskie" - przebierano w wiejskie stroje agentów bezpieki, aby udając pracujący w polu "lud" życzliwie pozdrawiali swojego "wyzwoliciela". Sam system kontroli pożywienia (tylko dla Mao) składał się z kilkudziesięciu osób dysponujących kilkoma laboratoriami, z wieloszczeblowym, równoległym systemem kontroli. Zwyczaj ten przejęli później także funkcjonariusze partyjni niższego szczebla, co zwiększało jeszcze skalę rozrzutności i marnotrawstwa. Ufff... rozgadałem się trochę - o Rewolucji Kulturalnej, kiedy indziej. Cdn..

Bilety wstępu dosyć drogie – 60Y, i znów rozczarowanie. Jak zwykle nasz stały poziom „pe-cha” – remont. Połowa budynków pokryta rusztowaniami i płotami, a to co jest dostępne, wyeksponowane jest niezbyt starannie. Do żadnej sali nie da się wejść – w 80% trzeba zaglądać do środka przez brudne szyby, a wnętrza są koszmarnie niedoświetlone. Pałac cesarski nie jest pałacem w naszym rozumieniu tego słowa – jeden duży budynek z dziesiątkami komnat – są to dziesiątki luźnych pawilonów przeznaczonych dla rodziny cesarskiej i najbliższych dostojników. Większe wrażenie zrobił na nas sam park, szczególnie kompozycje roślinne i skały wyglądające jak gigantyczne pumeksy. Przy okazji znów niezrozumiały widok – chiński robotnik obtłukuje na jednym z budynków zabytkowy, bogato ornamentowany i pokryty freskami tynk, a obok niego już czeka wiadro z zaprawą. Rozumiem, że chcą "ulepszyć". Im dłużej tu jestem, tym mniej rozumiem...

Po wyjściu północną bramą z Zhongnanhai, krótka (na szczęście) wspinaczka na Jingshan Gongyuan (Park Wzgórza Widokowego), skąd rozpościera się panorama Pekinu. W parku okalającym wzgórze stoi drzewo, na którym powiesił się ostatni cesarz z Mingów – popełnił samobójstwo chcąc uniknąć upokorzenia podczas najazdu wojsk mandżurskich.

Powrót do hotelu zajął nam trochę czasu – najpierw zrobiliśmy ze dwa kilometry poszukując wody. Sprzedawcy w okolicznych sklepikach podawali obłędne ceny – mimo iż języki mieliśmy prawie do kolan odchodziliśmy, aby oduczyć ich podnoszenia cen dla białych. Może amerykańskie, francuskie czy niemieckie turystki mogą płacić po 6Y za małą butelkę wody (dwa razy drożej, niż na ogół w sklepie), my nie zamierzaliśmy. W hotelu szybki prysznic, obiad w knajpie (tym razem innej, ale też dosyć tanio i smacznie – 15Y za ryż z kurczakiem i piwo) i autobusem na dworzec, tym razem jednak nie Beijing Zhan, gdzie przyjechaliśmy, ale Beijing Xi Zhan (dworzec zachodni). Przyjechaliśmy czterdzieści minut przed odjazdem pociągu (18.19) i całe szczęście – pisałem już o chińskiej gigantomanii, ale to już chyba przesada, to chyba największy dworzec świata – kilka pięter na których porozrzucanych jest dziesiątki hal, wejść, wyjść, nigdzie ani słowa po angielsku i wszędzie kłębią się miliony Chińczyków. Pierwszemu napotkanemu mundurowemu podsunęliśmy pod nos nasze bilety i pokazał nam kierunek. Przy wejściu młyn – stożkowa kolejka do wąskich drzwi i prześwietlenie bagaży. Niby jest napis „film safe”, ale kto ich tam wie...

Znów kłótnia z Kamilą – mieliśmy 25 minut do odjazdu i po 5 minut na zrobienie ostatnich zakupów w otaczających poczekalnię sklepach. Kamila spóźniła się i do pociągu wskoczyliśmy dwie minuty przed odjazdem, a w wagonie okazało się, że nie mamy już gdzie położyć plecaków. Wszystkie górne półki na bagaże były zajęte, mało tego – nasze siedzenia obłożone były taką ilością innych tobołków, że ledwo sami mogliśmy się tam wcisnąć z kolanami pod szyją. Jak na 24 godzinną podróż, to całkiem nieźle. Ścisk wynikał z bezdennie głupiego rozłożenia bagaży na półkach – mnóstwo miejsca zajmowały malutkie torby lub zwykłe teczki, które można było poukładać jedne na drugich, ale Chińczycy nie wykazywali ochoty do ich poprzestawiania. Znów poczułem, że poziom adrenaliny niebezpiecznie mi się podnosi, na szczęście przechodzący kolejarz dostrzegł nasze kłopoty i poukładał to po ludzku.

Jazda chińskim pociągiem „hard seat” dostarcza niezapomnianych wrażeń. Są to nowe składy, eleganckie i niestety z klimatyzacją. Już po godzinie jazdy zaczęliśmy wyciągać z plecaków co tylko się dało, żeby nie szczękać zębami. Najgorsze, że tego cholerstwa nie da się wyłączyć, ani zatkać. Kiedy wsiadaliśmy, pociąg był idealnie czysty, teraz – zaledwie po 3 godzinach na podłodze zalegają sterty śmieci – tekturowe miski po zupkach, wszystkie możliwe opakowania po żywności, a także to, co w wyniku kołysania pociągu upadnie na podłogę. Pod kipiatokiem chlew niesamowity – kałuża pełna rozdeptanych klusek i opakowań – pociąg nieco trzęsie i średnio raz na godzinę ktoś oparzywszy się wypuszcza zupkę z rąk powiększając ten śmietnik. Chińczycy tylko w kawałach są identyczni – teraz przyglądając się im widzimy, jak bardzo różnią się między sobą, zarówno rysami twarzy, jak i „klasowo”. Większość pasażerów to wieśniacy, nawet jeżeli mieszkają w miastach – widać to po twarzach, dłoniach i ubraniach.

Wskutek niezliczonych kataklizmów jakich ten naród doświadczył, nastąpiło olbrzymie przemieszanie ludności, elity wytrzebiono, a chłopi pouciekali do miast poszukując pracy. Niby mieszkają w mieście, ale widać, że żadnych pozytywnych wzorców zachowania w miejscach publicznych jeszcze nie nabyli i nawyki mają prosto spod strzechy – bez żenady dłubią w nosie oglądając pod światło efekty swojego fedrowania, a po chwili pstrykają palcami pozwalając siłom odśrodkowym oczyścić palce, nie licząc się zupełnie, gdzie i na kim towar wyląduje. Podobnie z pluciem i kichaniem – można odnieść wrażenie, że urządzają sobie zawody, kto dalej. Jakiż niesamowity kontrast przedstawia ten nowoczesny pociąg w porównaniu z jego pasażerami. Tak jakbyśmy wsiadali w Japonii, a po godzinie ocknęli się w Indiach lub Pakistanie. Wokół nas siedzi kilku młodzieńców – paru z nich to rdzenne mieszczuchy, widać to po ich ubiorze i swobodnym zachowaniu – czują się jakby siedzieli w pubie. Są strasznie głośni i chyba bawią się w kareoke – raz po raz, jeden za drugim fałszują chińskie przeboje lecące w kółko przez głośnik nad oknem. Tym, co łączy ich ponad podziałami „klasowymi” jest zamiłowanie do komórek – rozmawiają bardzo często i długo. Nawet ci o chłopskich twarzach, w połatanych marynarkach dzierżą w brudnych dłoniach najnowsze modele z kolorowymi wyświetlaczami wielkości pudełka zapałek. Jest kilka rodzin z małymi dziećmi, niektóre z nich są potwornie brudne i choć znośnie ubrane, przypominają mi te z pociągów indyjskich. Ubikacja już po tych trzech godzinach nie nadaje się do użytku bez gumowego skafandra – wygląda na to, że wszyscy korzystający z niej do tej pory załatwiali się wszędzie, tylko nie w miejscu do tego przeznaczonym.

Najgorsze jest to, że odnosimy wrażenie, iż ten cały otaczający ich syf wcale im nie przeszkadza. Kilka siedzeń od nas siedzi trójka murzynów i to oni skupiają na sobie uwagę Chińczyków. Jeden z kawałów o Chińczykach głosi, że nie są oni rasistami, bo u nich nie ma murzynów. Trójce z naszego wagonu zjednanie sobie sympatii tubylców przychodzi bez trudu, szczególnie ich „szefowi” – jest niemal wzorcowym przykładem „wesołego murzyna” (drugą kategorią są „smutni” – obydwie wersje występują jedynie w swoich skrajnych formach). Śmieje się bez przerwy błyskając olbrzymimi zębami, gra z nimi w karty w grę, której zasad nie rozumie. Oni nabijają się z niego po chińsku, on z nich po angielsku i wszyscy bawią się znakomicie.

Dochodzi północ, robi się coraz zimniej, boli mnie głowa i zaczynam mieć obsesję na punkcie tej klimatyzacji. Kamila próbuje spać opierając się raz o mnie, raz o ścianę – jej to dobrze, z moim wzrostem to niewykonalne. Czeka mnie nieprzespana noc na siedząco. Cholera, przecież Chińczycy nie są wcale tacy mali, niektórzy mają ponad 1.8m i ważą też około setki, a siedzenia są jak dla przedszkolaków.

5.06 NIEDZIELA

Noc była koszmarna, przemuliłem może ze dwie godziny. Jest już po 14-tej, na szczęście kilku pasażerów wysiadło i można wyciągnąć nogi, dobre i to na te 3 godziny, które jeszcze zostały do Kantonu.

Wreszcie w dojechaliśmy, jeden z murzynów (Ghańczyk) odprowadził nas do autobusu 471, skąd po kilkunastu minutach jazdy przesadził nas do innego (551), którym dotarliśmy na dworzec Kanton East. Powoli przestaje się dziwić rozmiarom chińskich dworców. Bezpośredni pociąg do Hongkongu kosztuje potwornie drogo – 190Y. W ogóle ceny chińskich pociągów mocno nas przeraziły – ponad 30$ za najtańszą klasę z Pekinu do Kantonu, a teraz prawie 25$ za bezpośredni pociąg do Hongkongu, choć to „rzut beretem”. Na szczęście jest również tańsza opcja – pociąg do Shenzen – 19.54 – 21.21 (65Y), skąd po przejściu granicy przesiądziemy się do innego. Półtorej godziny w pociągu zeszło błyskawicznie. Pociąg był dokładnie taki sam, jak ten do Kantonu, a raczej prawie taki sam. Różnica polegała na tym, że był sterylnie czysty. Kiedy zalewaliśmy nasze gorące kubki wrzątkiem z kipiatoka, konduktorka obserwowała nas bacznie dokąd nie upewniła się, że nic nie rozlaliśmy, a saszetka wylądowała w koszu na śmieci.

Jadąc autobusami przez Kanton zauważyliśmy, że architektonicznie niewiele różni się on od centrum Pekinu, dopiero po ludziach widać, że to już jakby inny świat. Większość pasażerów w naszym pociągu to młodzi ludzie, doskonale ubrani i nie są to jedynie zewnętrzne cechy „miejskości”. Oczywisty wpływy sąsiedztwa Hongkongu – szacunek dla porządku i czystości, znajomość angielskiego. Za oknami już noc, co potęguje przepych Shenzen. Obojętnie, czy szklane wieżowce, czy niskie budynki, wszystko mieni się tysiącami świateł i neonów – Las Vegas w miniaturze. Nawet z pociągu widać tysiące ludzi szastających kasą w ciągnących się kilometrami przeszklonych, luksusowych sklepach i restauracjach. Shenzen to forpoczta chińskiego kapitalizmu, to tu wprowadzono na wielką skalę pierwsze wolnorynkowe reformy kopiując niemal w 100% warunki prawne i podatkowe panujące w Hongkongu. Po tym udanym eksperymencie rozciągnięto go na resztę kraju, co tłumaczy najszybsze tempo wzrostu gospodarczego na świecie. W przeciwieństwie do nas, gdzie prowadzącą do ochlokracji wolność polityczną postawiono wyżej nad ekonomiczną, chińscy decydenci postąpili odwrotnie – bardzo surowe prawo i brak demokracji w zamian za coraz więcej wolności ekonomicznej, czyli prawa do bogacenia się, realizując to, co prawie 40 lat temu Stefan Kisielewski nazwał „likwidacją systemu komunistycznego bez zmiany nazwy” Jedno jest pewne, jeżeli chodzi o system ekonomiczny, mniej tu pozostałości po epoce komunizmu, niż u nas.

Po wyjściu z pociągu na dworzec – terminal, korytarzami (pionowymi i poziomymi) docieramy do punktu odpraw. Pierwszy kontakt z tutejszym „ordungiem”– szukając naszego stanowiska i przygotowując paszporty zostawiamy na chwilę „Pascala” na jakimś parapecie. Po kilku sekundach sięgam po niego ręką .... i nie ma. Amba wcięła. Nie możemy uwierzyć, że w terminalu celnym w Hongkongu (co prawda jeszcze po stronie chińskiej) bezczelnie, prawie na naszych oczach nas okradli. Bez sensu, po co komuś tutaj przewodnik po polsku, „LP” to jeszcze, ale polski „Pascal”? Może kradnąc nie wiedzieli, że dla nich bezużyteczny, w takim razie jest szansa, że znajdziemy go w jakimś koszu na śmieci nieopodal. Rozglądając się nerwowo dokoła wzbudzamy zainteresowanie – podchodzi do nas jakiś mundurowy i pyta, o co chodzi. Kiedy mu wyjaśniliśmy zrobił dziwną minę i gdzieś pobiegł. Pogodziliśmy się ze stratą i zeszliśmy piętro niżej, do naszego punktu odpraw. Po kilku minutach, czekając w kolejce zauważyliśmy tego mundurowego zbiegającego po schodach, z naszym „Pascalem” w ręku. Wręczając go nam wyjaśnił, że sprzątaczka zabrała go przez pomyłkę myśląc, że ktoś go po prostu wyrzucił. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że odłożyłem go naprawdę na kilka sekund (ile potrzeba do zdjęcia plecaka i wyjęcia z kieszeni paszportu), poza tym staliśmy zaledwie metr dalej i nawet nie zauważyliśmy żadnej sprzątaczki. Muszą tu ostro śmigać.

Ledwo nam się humory poprawiły, a tu znów porcja nerwów – chiński celnik ostrzega, że wjeżdżając do Hongkongu tracimy jedną wizę chińską. A raczej wyjeżdżając z niego z powrotem do Chin. W Warszawie zrobiliśmy podwójną i teraz jeżeli zdecydujemy się na Hongkong, to zabraknie nam jej na późniejszy powrót z Wietnamu. Robimy awanturę i odsyłają nas do komendanta. Pytam go prowokacyjnie, czy Hongkong aby na pewno jest częścią Chin. Jeżeli tak, to dlaczego tracimy wizę przemieszczając się z jednej części Chin do innej, bo przecież nie robią tego po to, żeby wyrywać od ludzi extra kasę za nową wizę? Facet częstuje nas typowym, pokrętnym, urzędniczym bełkotem o specyfice prawa podzielonego na „dwa systemy” – zupełnie jakbym słuchał naszych polityków. Wiemy już, że nic nie wskóramy, ale dla zabawy sprawdzam ich, grając na ich nacjonalistycznej, mocarstwowej strunie – pytam, czy mają coś przeciwko temu, abym publicznie głosił, że Hongkong jest niezależnym od Chin krajem. Lekko zbaraniał, ale po jego minie poznałem, że bardziej zależy im na tych dwudziestu kilku dolcach, niż na jakichkolwiek mocarstwowych opiniach. Jak widać, tu też łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę spadku. Na miejscu prezydenta Tajwanu nie szarpał bym się z nimi o tę niepodległość aż tak poważnie – po co to straszenie się wojnami, jak ich wszystkich można spokojnie i niedrogo kupić.

Po odprawie wychodzimy na dworcu Lo Wu, skąd podziemną kolejką MTR za 40$HK (1$HK = 1.05Y, czyli również ok. 8$HK za 1$) pół godziny jedziemy do końcowej stacji Tsimshatsui. Jakieś 100 metrów od wyjścia ze stacji bez szukania trafiamy w Chungking Mansions – olbrzymi gmach podzielony na setki najtańszych w Hongkongu hoteli. Już w drzwiach zaczepia nas kilku naganiaczy oferujących pokoje – jeden z nich przebija konkurentów proponując dwójkę za 80$HK. Pokój jest hardcorowy – szeroki na dwa metry, łóżko to decha osadzona bezpośrednio między ścianami, przykryta niezbyt estetycznie pachnącym materacem. Dzięki temu, że drzwi otwierają się do środka, mamy akurat tyle miejsca, żeby postawić plecaki. Dochodzi północ, padamy na pyski i zwalamy się na nasze legowisko.

6.06. PONIEDZIAŁEK

Dopiero po 9.00 wychodzimy z hotelu – to jednak straszna nora. W naszym mikropokoiku jest malutkie okienko wychodzące na ... kanał wentylacyjno – techniczny. Kilkumetrowej szerokości studnia wypełniona plątaniną zapyziałych rur – dociera do nas jednak jakieś światło, czyli kilka pięter nad nami jest chyba otwarte niebo. Idąc w kierunku nabrzeża widzimy wyraźnie, że Kowloon, to jeszcze taki Hongkong dla ubogich. Przypomina Indie – cienka powłoka blichtru, a pod nią prawie śmietnik. Miła starsza pani pokazuje nam drogę na Star Ferry i po 10 minutach spaceru wychodzimy na nadmorski pasaż gwiazd – dziesiątki tablic, ale poza Brucem Lee i Jackiem Chanem nie kojarzymy nikogo.

Prom do przystani Central kosztuje 3$HK. Kamila nie lubi wielkich miast i nie była specjalnie zadowolona z wizyty tutaj (zwłaszcza po utracie jednej wizy), teraz jednak wpatrując się w panoramę wyspiarskiej metropolii popiskuje z radości mimo, że widoczność nie jest najlepsza. Cholerna „chińska mgła”, wszystko jest szare i smutne, chociaż i tak Hongkong robi wrażenie.

Lenistwo mieszkańców Hongkongu przekracza wszelkie granice, w każdym razie jeżeli chodzi o ich stosunek do chodzenia – zaraz po zejściu z promu pytamy pierwszego lepszego przechodnia o Wiktoria Peak i pokazuje nam autobus (2.5$HK) wzdychając – „woow ... it’s so far...”. Wsiadamy i jedziemy zaledwie jeden przystanek – może ze 400 metrów. Bilet na wzgórze w obie strony kosztuje 40$HK, a przejażdżka dostarcza niezapomnianych wrażeń – wzgórze Wiktorii wznosi się na ponad 550 metrów, a podjazd jest naprawdę stromy. Sam tramwaj jest nowoczesny, ale tory na rusztowaniach wyglądają, jak nie reformowane od 100 lat. Widok ze wzgórza na zatokę i całe miasto jest niesamowity, a raczej byłby taki. Chińska mgła. Na wzgórzu mieści się restauracja i muzeum figur woskowych, a kawałek dalej centrum handlowe. Nie dane jest nam jednak nacieszyć się zbyt długo podziwianiem panoramy zatoki – zaczyna padać deszcz i zrywa się zimny wiatr. Nie ma to jak właściwy poziom „pe-cha”.

Po zjechaniu na dół, obowiązkowa przejażdżka tutejszym piętrowym tramwajem wzdłuż Connaught Road Central i miły incydent. W tramwaju okazało się, że nie mamy drobnych, aby zapłacić za bilet. Niestety, nikt nie miał rozmienić i przystanek przejechaliśmy na gapę. W końcu jakaś miła starsza pani z uśmiechem zapłaciła za nas po 2$HK. Chcieliśmy z nią wysiąść, rozmienić kasę na ulicy i oddać jej za bilety, ale tylko się roześmiała. Na pożegnanie dała mi jeszcze monetę 1$HK – „for luck”. O cholera, po zaledwie 2 tygodniach już wyglądamy na kloszardów?

Obiad zjedliśmy w małej knajpce, z dala od głównej ulicy. Już nawet nie chodziło o ceny, po prostu wszystko tam było albo na słodko, albo fast-foodowo. A tak, spora miska zupy z kluskami i warzywami – 18$HK i taka sama micha ryżu z jarzynami i surówką – 22$HK. Żeby skorzystać później z McDonaldsowej toalety musimy wykazać się paragonem – lody z automatu są tu trzy razy tańsze, niż w Polsce – 1$HK.

Pod wieczór zdecydowaliśmy się na powrót na Wiktoria Peak – im ciemniej się robiło, tym widoczność była lepsza, mgła na szczęście dała sobie lekko na wstrzymanie. Tym razem pożałowaliśmy na tramwaj, poza tym odczuwaliśmy nieodpartą potrzebę pokonania wzgórza na piechotę. Ścieżka prowadząca na szczyt oplata wzgórze, co razem daje ponad 2 kilometry pod górę. Na początku było to w miarę łatwe wyzwanie, ale tylko na początku. Pod górkę, jak pod górkę, raz schody, raz stromy chodnik, najgorzej, że jeszcze zanim przeszliśmy połowę drogi, ta się skończyła i zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Do tej pory cały czas widzieliśmy tory kolejki, teraz zabrnęliśmy w jakieś chaszcze, potem kraty i koniec. Musieliśmy wyjść na pobliską ulicę, ale każdy, kogo pytaliśmy o dalszą drogę miał własną koncepcję. Z pół godziny kręciliśmy się dookoła, w końcu trafiliśmy na gościa, który wiedział na pewno, bo też tam szedł. Szybko jednak zostawił nas w tyle, podejście było naprawdę strome – na pocieszenie powiedział nam, że on tu wchodzi codziennie od ponad 10 lat. Kiedy w końcu po półtorej godzinie (od początku wspinaczki) dotarliśmy na szczyt mieliśmy zakwasy tylko trochę lżejsze, niż po murze. Tym razem widok był już dużo lepszy, tylko ta perspektywa schodzenia...

Było kilka minut przed 23.00 kiedy jednym z ostatnich promów wróciliśmy na Star Ferry w Tsimshatsui. Nie mieliśmy szans zdążyć na ostatni pociąg do Lo Wu, z drugiej strony nie bardzo chciało nam się płacić za kolejną noc w hotelu, tym bardziej, że planowaliśmy wyjechać pierwszym porannym. Po odebraniu plecaków z hotelu wróciliśmy na nabrzeże i rozbiliśmy obozowisko na ławce w avenue of stars. Od dawna marzyłem o spędzeniu romantycznej nocy pod chmurką, z widokiem na Hongkong by night. Bawiłem się nawet nieźle, ale trochę po drugiej obudził mnie kaszel Kamili. Wiał dosyć silny wiatr od morza i założyliśmy na siebie, co tylko się dało, ale dla Kamili to było za mało – kaszląc okropnie, sina trzęsła się z zimna i już nawet nie mogła mówić. Niestety, z plecakami nie bardzo było gdzie iść i kiedy dotrzymaliśmy jakoś do piątej, Kamila nie wyglądała najlepiej. Cholera, to moja wina.

Przez Yangshuo do Laosu

7.06 WTOREK

Zanim dotarliśmy do stacji kolejki zaczęło lać, na miejscu okazało się, że nie starczyło nam już lokalnych dolarów na bilety, a automat biletowy nie przyjmował yuanów. O tej porze wszystko było jeszcze pozamykane i straciłem ponad pół godziny, zanim wymieniłem pieniądze u jakiegoś murzyna w ciemnej uliczce.

Kilka minut przed siódmą byliśmy na terminalu Lo Wu. Coś jest nie tak – po przejściu odprawy zorientowałem się, że kompletnie nie kojarzę, gdzie jesteśmy. To nie są te same korytarze (pionowe i poziome), którymi tu przybyliśmy. Zamiast bezpośrednio na peron wyszliśmy prosto na ulicę, a dworzec oddalony był o kilkaset metrów.

Od razu poznałem, że jesteśmy w Chinach – kupno biletu to temat na jakiś odcinek ekstremalnego programu survivalowego. Kiedy wreszcie dotarliśmy do pomieszczenia wyglądającego na kasy (co nie było takie proste z uwagi na rozmiary gmachu – już się nie dziwię, ale ciągle nie przyjmuję do wiadomości – są tu dziesiątki różnych hal, korytarzy, okienek i instytucji, z wyjątkiem tych, gdzie pasażer może coś załatwić), zaczęło się odsyłanie nas od jednego okienka do drugiego. Chcieliśmy kupić bilety do Guilin, skąd mamy jechać do Yangshuo, ale okazało się, że stąd jeżdżą pociągi tylko do Kantonu. Okazało się ponadto, że bilet do Kantonu kosztuje 75Y, czyli 10Y drożej, niż płaciliśmy przedwczoraj w drugą stronę. Dlaczego? Nie ma sensu pytać, bo i tak nikt nie zrozumie.

Kilka minut po 9-tej jesteśmy na znajomym dworcu w Kantonie. Kamila prawie dwie godziny latała po dworcu pytając o pociąg do Guilin, ale bezskutecznie. Cholera, już naprawdę dostaję bzika na punkcie tych ich dworców – ten gmach ma kilka pięter, kilkanaście mniejszych i większych hal i dziesiątki, jeżeli nie setki okienek, a wywalili go tylko po to, by obsługiwał pociągi jedynie do Shenzen/Kowloon. Próbowałem to wytłumaczyć grupce Hiszpanów, którzy z corridą w oczach miotali się od jednego okienka do drugiego usiłując się czegoś dowiedzieć, ale byli w Chinach zbyt krótko, by mi uwierzyć. Przypomina mi się powiedzenie z wojska – młody zawsze zdziwiony... Zresztą mnie też to po chwili spotkało, zauważyłem, że w ciągu tych dwóch dni rozkład poczekalni znacząco się zmienił – rzędy siedzeń które wcześniej stały równolegle do kas, teraz stoją prostopadle (i w dodatku są inne – plastikowe, poprzednie były miękkie), podzielili poczekalnię ściankami działowymi i barierkami, tylko po tych samych tablicach reklamowych na ścianach i układzie sklepów poznałem, że byliśmy tu przedwczoraj. To już drugi raz, jak oni to robią? Stwierdzenie, że Chiny zmieniają się błyskawicznie, można rozumieć także jak najbardziej dosłownie.

Przed dworcem zaczepiają nas trzy młode Chinki, chcą poćwiczyć angielski i przy okazji uświadamiają nas, że musimy znajdującym się nieopodal metrem pojechać na dworzec główny. Dwoma liniami (najpierw czerwoną, potem pomarańczową – 5Y) dojeżdżamy do celu. Kolejki do kas ciągną się już ponad 100 metrów od dworca – cały plac wypełniony jest kłębiącymi się Chińczykami. W dodatku plac pocięty jest zagradzającymi drogę barierkami – przeciśnięcie się pod budynek zajęło mi z kwadrans – jak zwykle wykonałem kawał solidnej, nikomu niepotrzebnej pracy. Było jakieś okienko informacyjne, ale chyba szybciej nauczyłbym się chińskiego, niż do niego dopchał. Kłębiący się tam Chińczycy załatwiali swoje sprawy szybkimi zdaniami wykrzykiwanymi do okienka już z kilkunastu metrów i otrzymując odpowiedź w ten sam sposób przez stojących bliżej pośredników – nic prostszego jak przepchać się przez nich do okienka i spróbować dowiedzieć się czegoś po angielsku. Beznadziejna sprawa.

Na szczęście kilkaset metrów od dworca kolejowego był także autobusowy i trafiliśmy na odjeżdżający o 12.50 (za pół godziny) – 150Y. Dosyć drogo, jak na taki dystans – cholera, te ceny tutejszego transportu naprawdę nas zrujnują.

Autokar jeszcze „państwowy”, tzn. zdezelowany i niezbyt czysty (ale klimatyzacja działa, oczywiście klapki zamykające popsute). Po kilku godzinach zatrzymujemy się w jakimiś wioskowym zajeździe na obiad. Zajazd wygląda jak z czasów rewolucji kulturalnej – wszędzie nadal portrety Mao – poza tym bieda i ten specyficzny klimat głębokiej prowincji. Jedna duża izba z glinianą podłogą, kilka rozrzuconych chaotycznie brudnych, zbijanych z szorstkich desek stołów i kuchnia – kilka prymitywnych palenisk. Zabytkowy klimat jest na pewno, gorzej, że toalety takież same, zaraz obok zajazdu jest mur z kilkoma zardzewiałymi umywalkami, a po drugiej jego stronie przez spory prześwit widać kostki (i nie tylko) ludzi kucających z drugiej strony nad odkrytym szambem.

A propos rewolucji kulturalnej - jej przebieg i związane z nią historie pozwalają doskonale zrozumieć nie tylko komunizm, ale i tzw. demokrację. Po opisanych wcześniej szaleństwach związanych z rządami Mao, kiedy to kilkadziesiąt milionów Chińczyków zmarło z głodu, a co najmniej kilkanaście milionów innych skończyło życie w obozach pracy, część członków partii komunistycznej próbowała delikatnie pozbawić Mao władzy. Ten jednak nie miał zamiaru ustępować, mimo oczywistej odpowiedzialności za tę hekatombę i powolnego wchodzenia w wiek starczy (miał już ponad 70 lat). Partyjni biurokraci drobnymi kroczkami zdążyli odkręcić kilka największych debilizmów, które doprowadziły do tych kataklizmów i powoli zamierzali wysłać Przewodniczącego na emeryturę. Ten, wspomagany bardzo aktywnie przez swoją również żądną władzy - a przede wszystkim luksusów - żonę Jiang Qing nie zamierzał ustąpić. Większość kadry partyjnej miała go już serdecznie dosyć, więc aby odzyskać pełnię władzy Mao postanowił wywołać wojnę domową poprzez podburzenie "studentów i robotników" przeciwko swoim wrogom w aparacie partyjnym. Przygrywką do tej operacji było wydanie przez Lin Biao tzw. "małej, czerwonej książeczki" - zbioru "złotych myśli Mao". Lin Biao, minister obrony i marszałek armii był bliskim przyjacielem Jiang Qing, skrajnym lewakiem i do tego psycholem - w znaczeniu jak najbardziej dosłownym, bo czasami dla celów retorycznych nadużywa się takich określeń.

Tym razem nie chodzi o ocenę walorów intelektualnych w mniej, czy bardziej abstrakcyjnym znaczeniu, ale o zdolność funkcjonowania na poziomie podstawowym. Gnębiony rozmaitymi stanami depresyjnymi i psychozami marszałek chińskiej armii był zdolny do zachowań, których prędzej spodziewalibyśmy się w szpitalach dla obłąkanych - panicznie bał się szumu wody i unikał jej do tego stopnia, że nawet nie pił (płyny przyjmował w formie pośredniej - np. owoce), mycie i cały problem higieny przyprawiało go o stany lękowe. Z tych względów bał się korzystać z nowoczesnej toalety i potrzeby fizjologiczne załatwiał siedząc na postawionym na łóżku nocniku, przykryty szczelnie kołdrą. Na podobne zaburzenia - choć w mniejszej skali i nie objawiające się aż tak widowiskowo - cierpiała również żona Mao, stąd zainteresowanie wspomnianego wcześniej dr Li tymi przypadkami. Był przerażony, kiedy usłyszał, kto i w jaki sposób zamierza pomóc Mao wrócić na szczyty władzy. "Czerwona książeczka" została natychmiast rozprowadzona w całej armii i większości zakładów pracy - co przy nakładzie przeznaczonym dla najludniejszego państwa świata uczyniło Mao najbogatszym człowiekiem w Chinach. Co prawda wcześniej i tak nieoficjalnie nim był, mając przecież do dyspozycji cały majątek państwowy (koniak jest to ulubiony napój klasy robotniczej popijany ustami jej przedstawicieli), teraz jednak był nim w sensie jak najbardziej kapitalistycznym - honoraria z tego tytułu trafiły bowiem na jego prywatny rachunek już nie maskowany "własnością społeczną". I tak człowiek posiadający największe w Chinach konto wzywał "studentów" i robotników" do obalenia władzy "partyjnych burżujów" jak określał swoich wrogów.

W 1966 pod przewodnictwem Mao, Lin Biao i tzw. "bandy czworga" (grupy do spraw rewolucji kulturalnej w skład której wchodziła między innymi żona Mao - po śmierci Mao skazana razem z resztą "bandy" na karę śmierci, tylko jej wyrok zamieniono na dożywocie, ale i tak po kilka latach w celi popełniła samobójstwo), na ulicę wyszły miliony demonstrantów - tzw. hunwejbinów (czerwonogwardzistów). Ich celem stali się wszyscy (partyjni i niepartyjni), którzy opamiętawszy się (nawet jeżeli tylko trochę) po tragicznych doświadczeniach sprzed kilku lat starali się przywrócić choćby minimalne zasady zdrowego rozsądku - nie tylko profesorowie wyższych uczelni, ale wszyscy tzw. "gramotni". Na ulicach, a także ogarniętych chaosem uczelniach i fabrykach polała się krew - co jeszcze bardziej groteskowe, wszystkie walczące ze sobą o władzę grupy powoływały się na słowa i hasła Mao.

Sytuacja wymknęła się spod kontroli - ciągle podburzani przez Mao hunwejbini nie posiadając żadnej oficjalnej władzy, co dzień urządzali pogromy podejrzewanych o "prawicowe odchylenie" (ginęły w nich dziennie nawet setki ludzi), a policja i wojsko nie reagowały nawet wtedy, gdy obiektem napaści byli niektórzy funkcjonariusze partyjni. Miliony fanatyków o przepranych mózgach, wymachujący nad głowami "czerwonymi książeczkami" i skandujący bezmyślnie "Niech żyje Przewodniczący Mao", gotowych bez żadnej refleksji rozerwać na strzępy każdego wskazanego im nieszczęśnika - jak to określić? Totalitaryzm? Przecież ci ludzie robili to całkiem dobrowolnie, gdyby urządzić im wtedy demokratyczne wybory, to Mao zebrałby ponad 75% głosów - podobnie jak Hitler. W jednej z fabryk tekstylnych doszło do spiętrzenia absurdu całej sytuacji - walczyły tam ze sobą na pięści, kamienie, a także przemycaną broń dwie grupy partyjne - przy czym obie powoływały się na ten sam cytat z "czerwonej książeczki" - nikt nie potrafił (nawet w formie partyjno - komunistycznej nowomowy) wyjaśnić, o co tak naprawdę walczą i co sobie zarzucają. Mao odzyskał co prawda swoją "cesarską" pozycję, ale nie udało mu się wyeliminować (w tym również fizycznie, rękami hunwejbinów) swoich największych oponentów w partii i cały chaos do jakiego doprowadził zaczął mu powoli ciążyć.

Powoli przestawał panować nad burzą, którą rozpętał. Wezwał wszystkie strony do złożenia broni i powołania "wspólnych komitetów rewolucyjnych" (cokolwiek by to miało znaczyć) pod jego przewodnictwem. Oto scenka opisującą najlepiej kretynizm całej sytuacji i wszystkich jej uczestników - do tej pogrążonej w chaosie tekstylnej fabryki Mao wysłał krótką notatkę ze słowami - "Towarzysze, jak się macie?". Walki natychmiast ustały - wszyscy wpadli w prawie seksualną ekstazę. Świstek papieru od Mao powiększono stukrotnie i powieszono na honorowym miejscu, gdzie regularnie defilowały przed nim tłumy ogarniętych amokiem demonstrantów, którzy jeszcze kilka godzin temu gotowi byli się pozabijać. Treść notatki była raczej lakoniczna i uboga merytorycznie, i nie dawała jakichkolwiek odpowiedzi na ewentualne nurtujące ich pytania, mimo to, w tak prosty sposób udało się osiągnąć efekt, o jakim wszyscy przywódcy najbardziej podstępnych sekt mogliby tylko pomarzyć. I jeszcze jeden przykład, do tej samej fabryki Mao wysłał w prezencie - jako wyraz poparcia dla robotników - kilka... owoców mango, które otrzymał od ministra spraw zagranicznych Pakistanu. Oddam głos dr Li: "Chcąc uczcić otrzymanie tych owoców, robotnicy tego zakładu zorganizowali wielkie uroczystości, podczas których gęsto cytowano słowa Przewodniczącego.

Następnie zalano je woskiem, licząc, że w ten sposób zostaną one zakonserwowane dla potomności. Mango stały się relikwią, obiektem kultu. Pokryte woskiem owoce wystawiono na ołtarzu w fabrycznym audytorium, a robotnicy ustawili się w kolejce, aby przemaszerować koło nich. Przechodząc obok, z wielką powagą się kłaniali. Jednakże nikt nie pomyślał o sterylizacji owoców zanim zalano je woskiem i po kilku dniach jakie upłynęły od ich uroczystego wystawienia, zaczęły zdradzać objawy gnicia. Komitet rewolucyjny fabryki odratował owoce, obrał je, a potem ugotował ich miąższ w ogromnym garnku (...). Odbyła się jeszcze jedna ceremonia, równie uroczysta jak poprzednia (...). Potem wszyscy pracownicy fabryki przeszli w szeregu i każdy wypił po łyżce wody, w której ugotowano uświęcone owoce mango. Potem komitet rewolucyjny polecił wykonać woskową kopię podarowanego przez Mao owocu. Replika została należycie wykonana i umieszczona na ołtarzu, gdzie zastąpiła prawdziwe owoce, a robotnicy nadal przechodzili w szeregu obok, cześć, jaką odczuwali wobec tego obiektu kultu zdawał się w żaden sposób nie słabnąć".

Bez komentarza. Dr Li był świadkiem tych wydarzeń, ludzie ci robili to wszystko z rewolucyjnym zapałem, przez nikogo nie zmuszani. Czy to jeszcze totalitaryzm, czy już demokracja? Czy ci, którzy dziś demonstrują o przywrócenie w Chinach pełnej demokracji (w sytuacji kiedy Chiny odeszły już od komunizmu w sensie ekonomicznym o wiele dalej, niż Polska - co za tym idzie ludzie uzyskali jedną z najważniejszych wolności - wolność swobodnego dysponowania swoimi pieniędzmi, w stopniu większym, niż my) wierzą święcie, że miliony tego typu "wyborców", których można doprowadzić do stanu odmóżdżenia absolutnego przy pomocy tak prostych środków, będą w stanie podejmować racjonalne decyzje? A czy inne nacje różnią się pod tym względem od Chińczyków? Koniec tych ponurych rozważań, bo wreszcie podano do stołu...

Obiad nadspodziewanie dobry – ryż z dosyć urozmaiconym bukietem jarzyn i kilkoma sosami – kurczaka dyskretnie omijamy, wygląda bardzo nieapetycznie, chyba ma tyle samo lat, co ta knajpa.

Znów kilka godzin w autobusie, zapada noc i po siedzeniach zaczynają grasować pluskwy i karaluchy. Są wesołe i niczym się nie przejmują. Pytamy kierowcę, jak daleko jeszcze do Guilinu, a ten w rewanżu pyta nas o Yangshuo – potwierdzamy i jest z siebie bardzo zadowolony. Za oknami potworna ulewa – z plecaka wyciągam przezornie parasol, a przy okazji usuwam z niego kilka gatunków żuków – hej, wesołe karaluszki...

W końcu, po 22-ej kierowca wysadza nas na jakiejś stacji benzynowej, okazuje się, że to Yangshuo – zboczył chyba kilka kilometrów, by nas tu wyrzucić. Ledwo wypakowaliśmy się w strugach deszczu, nadbiegł jakiś młody Chińczyk z parasolem witając nas z daleka – hello mister Robert...!

11.06 SOBOTA

11.06 – wyjeżdżamy po 4 dniowym pobycie w Yangshuo – nie chciało mi się pisać i teraz muszę poganiać. Najpierw o „Zygmuncie” – jak go nazwała Kamila – czyli naganiaczu, który przywitał nas po wyjściu z autobusu. Wcale mnie to nie zdziwiło – w Chinach podczas ulewy stacje benzynowe aż roją się od naganiaczy zwracających się po imieniu do wysiadających z autobusu białych – nasze nazwiska widniały na biletach, najwyraźniej uprzejmość kierowcy nie była taka bezinteresowna, musiał przekomórkować do „Zygmunta”, że przywozi mu nowych jeleni, bo tym razem daliśmy ciała wręcz podręcznikowo, aż wstyd (Kamili można wybaczyć, bo ona jeszcze podróżnicza „dziewica”, ale ja powinienem wrócić do Polski na kolanach). A tak w ogóle „Zygmunt” okazał się ... Robertem, co też mnie wcale nie zdziwiło, w końcu to jedno z najpopularniejszych chińskich imion.

Już kiedy przy przywitaniu „Zygmunt” przedstawił się jako Robert wiedziałem, że sobie z nami pogrywa i podchodzi nas tandetnym „pijarem” – wazelina, jaką smarował była na granicy odruchu wymiotnego, czekałem tylko, aż powie, że jego matka ma na imię Kamila, a jego rodzina pochodzi z Polski. Od razu chciałem go spławić, ale lało jak diabli, było już późno, poza tym rozegrali to nieźle – stacja była na uboczu miasta, dostatecznie daleko od głównej ulicy, żeby w takich warunkach chciało nam się szukać innego hotelu. Zaproponował dwójkę za 90Y (zaczynał od 120Y) i to płatne za przynajmniej 3 dni, czyli dosyć drogo – aczkolwiek po zetknięciu z innymi chińskimi cenami (zwłaszcza transportu) uznaliśmy to za dosyć realne, zwłaszcza w miejscu tak popularnym. Dopiero po późniejszej wizycie na głównej ulicy zorientowaliśmy się w skali naszej pomyłki – można było bez problemów dostać dwójkę za 70Y –w dodatku nasz hotel „Guylin” leżał na obrzeżach miasteczka.

To jeszcze i tak nic – najwięcej przepłaciliśmy za rejs łodzią po rzece – jeszcze tej nocy zaraz jak przyjechaliśmy, „Zygmunt” zaproponował organizację tej imprezy po 200Y od łebka. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko, że Kamila była strasznie napalona na tę wycieczkę, a ja miałem jeszcze poczucie winy za Hongkong. „Zygmunt” poganiał nas, że musi mieć listę chętnych do północy, a jutro będzie na pewno drożej (stary numer) – ostatecznie zgodził się łaskawie na 170Y. Przystałem na to, bo przypomniała mi się historia z murem – gdybyśmy wzięli autokar z hotelu (z wliczoną ceną biletu wstępu) z sumie wyszłoby na to samo, a zaoszczędzilibyśmy nerwów i zamiast dwóch godzin spędzilibyśmy na murze cały dzień.

8.06. ŚRODA

Nazajutrz o 8.00 wsiedliśmy do podstawionej furgonetki i po 15 minutach jazdy byliśmy na przystani. Po drodze poznaliśmy Kanadyjkę, która w Chinach i w Yangshuo była już kilka razy – powiedziała nam, że na miejscu łódź można wynająć już za 50Y. Tym razem Kamila wyręczyła mnie w odreagowaniu na sztuczkę „Zygmunta”. Przez delikatność nie zacytuję repertuaru określeń jakiego w stosunku do niego użyła – cholera, jak wrócimy do domu, to matka jej nie pozna i znów będzie na mnie. Okolica jest przepiękna, góry wyglądają jak szpilki powpinane w poduszkę – przejażdżka łodzią po rzece Yu Long trwała jakieś trzy godziny – nawet wszechobecna „chińska mgła” miała swój urok.

9.06 CZWARTEK

Drugiego dnia Moon Hill – za średnio 10Y można wynająć rower, my znaleźliśmy lokalny autobus za 4Y. Przy drodze prowadzącej na szczyt stała kasa, zajęci rozmową minęliśmy ją i nikt nas nie zatrzymywał. Zauważyliśmy ją dopiero ze schodów. To już trzecia wspinaczka z kolei, było naprawdę gorąco, co w połączeniu z mgłą dawało mieszankę bardzo trudną do oddychania – milion dolarów dla tego, kto po wejściu na szczyt zachowałby choćby jedno suche włókno w ubraniu. Warto jednak tam wejść, aby podziwiać widok jak z bajki – takich gór nie ma chyba nigdzie na świecie. Wracając postawiliśmy sobie ambitne zadanie pokonania tych około 8 kilometrów piechotą, ale spuchliśmy już w połowie i w końcu zatrzymaliśmy autobus.

10.06 PIĄTEK

Dzień trzeci, wyprawa do Water Cave – „Zygmunt” był naprawdę bezczelny, z niewinną minką znów stręczył nam swoje usługi w tym zakresie, musiałem trzymać Kamilę z daleka od niego, bo ona naprawdę źle go znosiła, a tu przecież za morderstwo jest kara śmierci. W okolicach Moon Hill jest kilka biur organizujących wycieczki do okolicznych jaskiń za około 60Y, ale tym razem postanowiliśmy spróbować sił samodzielnie, licząc na niższą cenę. Dojechaliśmy tam znów autobusem, z małymi problemami – okazało się, że wysiedliśmy za wcześnie (zaraz za Moon Hill), a trzeba było dopiero w Gaotian Town. Potem 15 minut przez wioskę Pingtan, wdychając tumany kurzu wznoszone przez mijające nas w obie strony furgonetki z turystami – dla niektórych stanowiliśmy chyba większą atrakcję, niż same jaskinie. W rezultacie kompletna klęska – za wejście i przewodnika musieliśmy zapłacić po 65Y (i to po ostrym targowaniu). Sama jaskinia spora, przejście jej zajęło nam ponad godzinę. Wracając przez wioskę pogadałem sobie z okolicznymi chłopami (nie wiem o czym, bo przecież nie znali angielskiego), to ciekawe doświadczenie. Starzy, chudzi, żylaści ludzie pamiętający jeszcze czasy szaleństw Mao, na wymęczonych twarzach mają wypisaną obojętność, nic już ich nie może ani zaskoczyć, ani przestraszyć. Ich ubrania o kroju więziennych mundurków wyglądały jakby szyte były z poprzecieranych worków, łata na łacie. Słomkowe kapelusze tak stare, że aż dziw, iż do tej pory nie uległy autoutylizacji. Największe zainteresowanie wzbudzał mój aparat – ustawiali się do zdjęć, uśmiechając się powykruszanymi zębami i musiałem udawać, że ich fotografuję – chętnie bym to zrobił, niestety nie zabrałem nowej kliszy. Jeden z nich wskazując na wioskę wykonywał gesty naśladujące jedzenie pałeczkami i uśmiechał się zachęcająco, niestety nie mogłem skorzystać z zaproszenia – musiałem czekać aż Kamila wróci ze spaceru po pobliskich polach.

Yangshuo, to jak na chińskie warunki niewielkie miasteczko, kilka ulic na krzyż – przed dworcem autobusowym spory targ, głównie spożywczy. Można tu niedrogo kupić świeże owoce, pełno na nim także kramów ze stolikami, gdzie można spróbować oryginalnych tutejszych przysmaków w wersji hardcore – pieczone (w całości i założę się, ze nie patroszone) pisklęta, wszelkiej maści mięczaki i skorupiaki, oraz inne mięso tajemnego pochodzenia. W restauracjach przy głównej ulicy obiad bezmięsny można zjeść już od 15Y, z mięsem od 20Y, liczne sklepy z pamiątkami lepiej omijać z daleka – ceny są wręcz bezwstydne, a handlarze próbują wciskać wyroby produkcji masowej udające handcraft po cenach wyższych, niż w Polsce.

Dziś (11.06) o 12.00 wyjechaliśmy z Yangshuo, autobusem do Guilin, skąd będziemy szukać czegoś w kierunku granicy laotańskiej. W autobusie poznaliśmy młodego Angola. Danny uczy tu dzieci angielskiego już ponad rok i pewne jest, że więcej nauczył się od nich, niż oni od niego – poczyna sobie z chińskim naprawdę zuchwale, czego byliśmy świadkami na dworcu kolejowym w Guilin, gdzie Danny dowiadywał się dla nas o pociąg. Okazało się, że musimy pojechać na inny dworzec – Guilin North (w naszym „Pascalu” taki nie figuruje, autorom jeszcze raz gratuluję). Potem obiad w jednej z ulicznych knajpek, Danny stawia i zamawia – po chińsku. Rewanżujemy mu się kilkoma kolejkami piwa i wsiadamy do wskazanego przez niego autobusu nr 100 (1Y).

Standardowa procedura węszenia spisków i sprawdzania sprawdzonego popłaca, okazuje się, że musimy się przesiąść do autobusu nr 1. Rozmiary dworca w normie. Chińskiej. Procedura kupna biletu podobnie. Danny napisał nam po chińsku pytanie o interesujący nas pociąg 2 klasy do Kunmingu, w sposób tak jasny, że bardziej chyba nie można. Pani w kasie nie rozumie, patrzy w kartkę jak sroka w gnat, w końcu wystukuje cenę 300Y. Przez moment myśleliśmy, że Danny przeholował trochę z tą swoją „chińszczyzną”, ale w przydworcowym sklepie młoda dziewczyna zapewnia nas, że pytanie napisane jest jak najbardziej prawidłowo – co prawda dialektem mandaryńskim, ale trudno podejrzewać, by pani w okienku posługiwała się wyłącznie kantońskim. To o co w końcu chodzi? W opisanej po angielsku informacji nikt oczywiście nie mówi w tym języku, ale na naszą kartkę z pytaniem o pociąg 2 klasy, pani pisze nam godzinę odjazdu (19.50) i cenę (138Y). Dlaczego ta w kasie napisała 300Y? Cholera, zaczyna mnie to trochę irytować, już ponad godzinę kupujemy bilet, te sprzedawczynie w okienkach mają jeszcze podejście do pracy rodem z komedii Barei. Typ grubej pani przy herbacie, bezwarunkowo z siebie zadowolonej i traktującej każdą konieczność wykazania minimalnej inicjatywy umysłowej jako niewybaczalną zniewagę. Próbujemy w innej kasie – łącząc kartkę od Danny’ego z kartką z informacji. Wreszcie kupiliśmy, dowiadujemy się jednak na migi, że mamy bilety bez miejscówek. W poczekalni poznajemy parę Szwajcarów – okazuje się, że nie mamy powodów do kompleksów, oni kupowali bilety ponad 2 godziny. To pocieszające, ciekawe, czy będziemy stać całą noc?

Mieliśmy szczęście, udało się znaleźć wolne miejsca i to byłoby na tyle z pozytywów – pociąg był już zasyfiony totalnie, widać było, że wsiedliśmy w połowie trasy. I do tego ta agresywna klima, kurwicy można dostać – przed każdym kolejnym wejściem i wyjściem, z i do pociągu trzeba wybebeszać cały plecak, żeby się przebrać. Noc koszmarna – te chińskie pociągi są dobijające, nie dość, że mało miejsca, to jeszcze kiedy człowiek wreszcie zamuli na chwilkę, to zawsze któryś z kręcących się bez przerwy Chińczyków obudzi cię trącając w wąskim przejściu. Kamila zwinęła się w kłębek i jakoś śpi, a ja muszę co kilkanaście minut rozcierać zdrętwiałe nogi – kto wymyślił, że podobno wysokim jest w życiu łatwiej?

12.06 NIEDZIELA

Dochodzi 14-ta, za godzinę będziemy w Kunmingu i całe szczęście, bo coraz gorzej znoszę te chińskie pociągi – niby nowoczesne, ale wykańczające. Kamila mówi, że po prostu starzeję się i stąd to wszystko. O cholera.

Po wyjściu z dworca łazimy godzinę szukając Banku of China – urzędnik w okienku jest bardzo uprzejmy, nawet wypełnił za mnie ten formularz (odchodząc spod okienka wciska się jeden z dwóch przycisków oceniających pracę urzędnika – pozytyw lub negatyw), ale po takim bezsensownym łażeniu w poszukiwaniu tego jedynego dostępnego do wymiany miejsca, nawet najmilsza obsługa stanowi słabe pocieszenie. Na szczęście mieliśmy jeszcze trzy godziny do autobusu (dworzec autobusowy sąsiaduje z kolejowym), ale czasem takie łażenie można przypłacić nieplanowanym noclegiem. Bilet sypialny do Mengla kosztował 179Y – im częściej sięgam do portfela płacąc tu za bilety, tym większą odczuwam ulgę, że już wyjeżdżamy z Chin. Chcielibyśmy zobaczyć jeszcze kilka miejsc (X’ian, Kamienny Las, Syczuan), ale to prawdopodobnie oznaczałoby rezygnację z czegoś na dalszej trasie. Na razie postanowiliśmy zrealizować resztę planów licząc, że w drodze powrotnej starczy nam kasy na przynajmniej połowę tego, co teraz omijamy.

Podczas oczekiwania na dworcu wzbudzamy zainteresowanie dwóch młodych Chińczyków – są zachwyceni naszymi mini rozmówkami polsko – chińskimi w „Pascalu”. Podobne wrażenie robi na nich podręczna mapa świata, przeglądają ją z wypiekami na twarzach, co jest o tyle dziwne, że pytani przez nas o jakieś swoje turystyczne plany zgodnie twierdzą, że nie zamierzają nigdy opuszczać Chin. Kiedy tłumaczymy im, że przy wartości ich waluty i różnicach cen mogą dosłownie za grosze spędzać wakacje niemal w każdym z okolicznych krajów, to patrzą nas z niedowierzaniem. Nawet kiedy już przyjmują to do wiadomości, i tak nie wykazują zainteresowania, jaka ogromna różnica mentalności między nimi, a Japończykami.

Autobus zamiast o 19.00 odpala o 20.00. Po poprzedniej nieprzespanej nocy w pociągu wiele sobie obiecywałem po autobusie sypialnym, ale chyba niepotrzebnie. Leżanki mają może z półtora metra, czyli pozostałe prawie 40 cm muszę gdzieś podziać. W dodatku są tak skonstruowane, że nogi trzeba wsunąć w blaszaną wnękę, będącą jednocześnie „poduszką” dla tego leżącego przed nami, co jeszcze bardziej ogranicza ruchy. Nie dający się zamknąć wylot klimatyzacji (oczywiście ustawionej na max.) mam teraz dokładnie kilkanaście centymetrów nad głową i powoli dostaję szału. Oczywiście dla reszty Chińczyków zionące lodem dziury nad głowami stanowią przedmiot niezaspokojonego pożądania – pierwszą rzeczą, jaką robią po zajęciu miejsca, jest kręcenie klapkami wylotu, czy aby na pewno są otwarte najszerzej jak tylko się da. Swetry, kurtki zapięte po samą szyję, ale klima musi być. Po zatkaniu kanałów kilkoma plastikowymi reklamówkami odetchnąłem na kilka minut, niestety niebawem lodowate powietrze nie znajdując ujścia zaczęło się skraplać i miałem do wyboru, albo „powiew kostuchy” albo lodowaty prysznic. Po kilku godzinach autobus był już tak wyziębiony, że zaczęliśmy smarkać i kaszleć. Co za kurewski wynalazek i do tego w rękach szaleńców.

13.06 PONIEDZIAŁEK

Miałem rację, nie pospaliśmy sobie za długo, Kamila całą noc trzęsła się z zimna (mimo swetra i polara), ja musiałem przekręcać się z boku na bok dosłownie co pół godziny, żeby odzyskiwać krążenie w zdrętwiałych rękach i nogach. Chińczycy jeszcze w nocy zdążyli pokryć podłogę kilkunastocentymetrową warstwą śmieci (plus klika dużych kałuż z rozlanych zupek) więc dobrnięcie do wyjścia zapewnia nam potrzebną dawkę porannej gimnastyki. Zatrzymaliśmy się na śniadanie w przydrożnej knajpie. Stoły dość eleganckie, salka wyłożona rzeźbionym drewnem i kafelkami, przez otwarte drzwi prowadzące do pomieszczeń prywatnych widać garaż z zaparkowanym lśniącym Mitsubishi Pajero. Jedyną dostępną toaletą jest szeroki, wybetonowany z jednej strony rów w ziemi po drugiej stronie szosy. W dodatku skonstruowany jest bardzo sprytnie, osłonięty od ulicy tylko długim drewnianym parawanem (bez żadnych ścianek działowych) zaczynającym się dopiero gdzieś na wysokości kolan, co bez większych problemów pozwala każdemu idącemu ulicą lub nawet siedzącemu przy stole zapoznać się z pracą przewodu pokarmowego kucających po drugiej stronie ludzi. Plamy i „palcowe” napisy na parawanie po jego wewnętrznej stronie wskazują ponadto, że użytkownicy tej toalety raczej nie narzekają na nadmiar papieru toaletowego, w związku z tym korzystanie z niej jest dodatkowo utrudnione – chcąc uniknąć niezbyt przyjemnego kontaktu ze ścianą łatwo stracić równowagę na niewiele ponad półmetrowej przestrzeni i fiknąć prosto w szambo.

Jedynym źródłem bieżącej wody do umycia rąk jest oblepiony gliną i innym świństwem, zardzewiały kran z rury biegnącej na tyłach restauracji. Na szczęście nie musimy zapoznawać się bliżej z tą „toaletą”. Cholera, oni zaczynają być denerwujący – właściciel musiał władować w wystrój tej restauracji niezłą kasę, do tego jeździ bryką za kilkanaście tysięcy dolarów, a nie odczuwa potrzeby postawienia przynajmniej jednej ubikacji nie obrażającej potencjalnych gości. Zaczynam nabierać do nich uprzedzenia – co z tego, że są dobrze ubrani, żyją w naprawdę szybko i dynamicznie rozwijającym się kraju – te nowoczesne pociągi i samochody, imponujące gmachy – są poobwieszani najnowszą elektroniką, mimo to między nimi, a naszą cywilizacją (czy Japończykami, lub mieszkańcami Hongkongu) istnieje przepaść, której nie da się zasypać nawet miliardami nowoczesnych komórek i laptopów.

Znów symptomatyczna scenka z autobusu – starsza Chinka na łóżku pode mną ma chorobę lokomocyjną lub inne kłopoty żołądkowe. Zatrzymanie autobusu nie wchodzi w rachubę, ani nawet użycie wiszących torebek na śmieci (pustych, bo cały syf zalega przecież na podłodze), pani puszcza pawia wprost na podłogę, prosto pod moje buty i jest z siebie niesamowicie zadowolona, co potwierdza jeszcze głośnym beknięciem. Niestety trochę się przeliczyła i podczas tej operacji jej żołądek zdołał wykonać jeszcze jeden skurcz i kolejna porcja jego zawartości poleciała pół metra w górę zanieczyszczając łóżko innego z Chińczyków, czym ten się bynajmniej nie przejął.

W końcu około 15-tej z ulgą wyszliśmy z tego autobusu, ale to była chwilowa ulga, bo Kamilę pokręciło (dosłownie). Całą noc i potem w ciągu dnia, śpiąc opierała się bezwiednie nogą o cholernie zimny „komin” tej pieprzonej klimatyzacji (pionowa rura przecinająca jej leżankę i doprowadzająca klimę na wyższy poziom) i teraz nie może ustać na nodze – chyba jakiś stan zapalny w kolanie. Praca domowa – sprawdzić, co za osioł wynalazł to cholerstwo.

Podjechaliśmy kilkaset metrów rikszą do dworca (tym razem to określenie na wyrost – niewielki placyk w bramie), skąd o 16.00 złapaliśmy minibus do granicy – 14Y. Na miejscu byliśmy o 17.45, wrażenie imponujące. Widok jak z pocztówki – szpaler niskich kolorowych domów i sklepów ciągnących się wzdłuż głównej ulicy miasteczka prowadzącej pod graniczny szlaban. Granica chińsko – laotańska wygląda naprawdę wystrzałowo, niestety jak się później zorientowaliśmy, tylko od jednej strony. Po przejściu formalności ruszyliśmy do ostatniego wojskowego posterunku, gdzie opadli nas taksówkarze. Oczywiście żaden nie znał nawet słowa po angielsku, więc darowaliśmy sobie konwersację, co okazało się katastrofą. Widząc rzędy budynków za szlabanem błędnie zakładaliśmy, że to już posterunek laotański i tam też jest jakieś przygraniczne miasteczko, gdzie znajdziemy jakiś transport. Po minięciu tych kilku budynków (które okazały się rezydencjami chińskich pograniczników) wyszliśmy dosłownie w las. Po przejściu około kilometra nie bardzo wiedzieliśmy, czy wracać pod chiński szlaban (tylko po co, jak już nie mieliśmy wizy), czy brnąć w ten las dalej. Dochodził wieczór, pusto, żywego ducha, nie było nawet kogo zapytać, czy jest jakiś posterunek laotański – powinien być, ale z drugiej strony to Azja...

Po kolejnym kilometrze zza zakrętu wyłoniły się zarysy jakiegoś baraku – strażnica laotańska, a za nią niewiele – kilka baraków zamieszkałych co najwyżej przez robotników układających tu drogę prowadzącą w siną dal. Jak się wydostać teraz z tej dziury? Po minięciu strażnicy zauważyliśmy dwa tuk-tuki (jedyne na tym pustkowiu) i niestety trzeba było zapłacić frycowe – po ciężkich bojach zdarli z nas po 50Y do najbliższej wiochy, gdzie jechaliśmy jakieś pół godziny. Droga koszmarna, właściwie nie droga, tylko piaskowa szosa pełna dziur i wybojów – podskakując oglądaliśmy budowany równolegle, utwardzany skałami zaczątek nowej autostrady (oprócz koparek używają również słoni).

W Laosie jak w Laosie...

15.06. ŚRODA

To była wiocha zabita dechami (tak ją zapamiętaliśmy, choć w rzeczywistości to było niewielkie miasteczko) i spędziliśmy w niej dwa dni. Kiedy dojechaliśmy słońce już zaszło, mieszkańcy zamykali nieliczne sklepiki i knajpki, a dookoła góry i lasy – pusto wszędzie, głucho wszędzie... Nieliczni przechodnie mierzyli nas wzrokiem spode łba i odnieśliśmy wrażenie, że nie są zbyt mile nastawieni do obcych. Przy drodze prowadzącej do granicy stał wojskowy posterunek i tam na migi dowiedziałem się, że kilka razy dziennie przejeżdża tędy autobus.

W jedynym hotelu (3$ za noc) poznaliśmy miłego młodego Chińczyka i starszego Laotańczyka – siedzieli przy suto zastawionym stole przy wejściu. Od razu zaciągnęli nas na kolację zakrapianą tutejszymi spirytualiami (stawiali) – obaj znali nieźle angielski i od nich dowiedzieliśmy się, że od 10-tej do 16-tej, średnio co dwie godziny można tu zatrzymać jakiś autobus.

Jeszcze tej nocy obudziłem się z wysoką gorączką i dreszczami – pewnie przez tę pieprzoną klimatyzację z autobusu, a później jazda odkrytym tuk-tukiem spod granicy.

(14.06 WTOREK)

Rano było jeszcze gorzej i postanowiliśmy zostać kolejny dzień. Jak się okazało, to nie były tylko nasze przeczucia – mieszkańcy nie byli zbyt mili. W kilku sklepikach nie chcieli nic Kamili sprzedać i musiała się trochę nachodzić zanim przyniosła wodę, owoce i kilka puszek z napojami po niezbyt zachęcającej cenie. Gorączka się wzmagała, znów antybiotyk.

Podczas drugiej nocy małe spięcie – dzięki idiotycznemu projektowi instalacji elektrycznej przełącznik światła w naszym pokoju nie znajdował się u nas, tylko gdzieś na dole na zapleczu. Kiedy wreszcie około północy z trudem udało mi się zasnąć, nagle światło się zapaliło – do tego w nie domykających się oknach nie było moskitiery. Kamila zleciała na dół do właścicielki i po kilku minutach światło zgasło, ale tylko na jakieś pół godziny i znów zapaliło się z powrotem. Tym razem wiedziałem, że trzeci raz już tak łatwo nie zasnę i wydarłem się tak, że zgasło zanim jeszcze Kamila dobiegła do właścicielki.

Antybiotyk zrobił swoje i obudziwszy się przed południem czułem się już trochę lepiej. Wylogowaliśmy się o 12-tej i w strugach deszczu wyszliśmy na ulicę oczekiwać autobusu. Położyliśmy sobie plecaki pod daszkiem jakiejś knajpki, ale po kilka minutach wyszła pani i kazała nam się wynosić. Zaczynam ich lubić. Byłem trochę głodny i miałem zamiar coś zamówić, ale pies z tobą tańcował. W następnej knajpce zamówiłem zupę i ryż z warzywami – pani umyła miskę i talerz w blaszanej wanience z jakimiś rybami i wytarła je szmatą podniesioną z podłogi nie kryjąc się z tym zbytnio. Zupę darowałem sobie od razu, a z talerza wydziobywaliśmy to, co nie miało styczności z porcelaną. Nie zdążyliśmy nacieszyć się obiadem, gdyż nadjechał autobus – nareszcie, bo już po 15-tej, czekaliśmy prawie trzy godziny i nic nie jechało. Okazało się, że to autobus do Udom Xai. Nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie to jest, ale jacyś oczekujący również w pobliżu Francuzi powiedzieli nam, że stamtąd można złapać coś do Luang Prabang. Zapłaciliśmy kierowcy po 35.000 kipów (ok.3.5$) i na miejscu byliśmy o 19.30.

Udom Xai to niewielkie miasteczko, ale całkiem sympatyczne. Zaraz przy dworcu jest kilka hoteli, wybraliśmy najbliższy – 5$ za wyczesaną dwójkę z ciepłą wodą. Po pierwszych doświadczeniach z Laosem nie spodziewałem się takiego luksusu – hotel jest naprawdę elegancki: estetyczne kafelki i rzeźbione drewniane wykończenia, gustowne i solidne meble, no i wszystko niemal sterylnie czyste. W knajpie przy głównej ulicy za całkiem spore frytki zapłaciliśmy 7.000 kipów i 5.000 za ananasa.

16.06 CZWARTEK

Znów od rana deszcz, to zaczyna być nudne i męczące. Autobus do Luang Prabang odjeżdża o 12.00 – 35.000 kipów. Z hotelu do dworca jest zaledwie z 50 metrów, ale i tak przemokliśmy prawie do suchej nitki. Po wejściu do autobusu odetchnęliśmy z ulgą – był na tyle stary, że nie miał klimatyzacji. Niestety współczynnik „pe-cha” znów dał znać o sobie – autobus nie był zapełniony nawet w połowie i zostaliśmy przerzuceni do furgonetki, gdzie tym razem o jakimkolwiek marnowaniu wolnego miejsca nie ma już mowy – siedzenia są mikroskopijne i znów czeka mnie kilka godzin z kolanami pod brodą.

Zaraz się wścieknę, jedziemy już ponad dwie godziny z wszystkimi oknami otwartymi na przestrzał. Oprócz nas jedzie jeszcze sześciu tubylców płci obojga i wszyscy pootwierali okna. I tak jest dosyć zimno, cały czas mży lekki deszcz i jeszcze ten przeciąg. Przed nami, na siedzeniu obok kierowcy jakaś młoda idiotka z dwójką małych dzieci, które cały czas trzymają głowy za oknem, a ich mamusia jest zachwycona. Za nami i po bokach też nie lepiej – starsze babcie, które chyba pierwszy raz w życiu jadą samochodem i chcą w związku z tym w pełni przeżyć to pasjonujące i jedyne w swoim rodzaju doświadczenie – również z głowami na zewnątrz. Powyciągaliśmy w plecaków wszystko co się dało, ale to niewielka pociecha. Na dworze jest wystarczająco zimno już bez tego przeciągu jaki powstaje w jadącym samochodzie przy otwartych oknach. Ledwo się przez noc trochę podkurowałem, a tu znów się zaczyna, tym razem już oboje zaczynamy kaszleć, a Kamilę boli to „przeziębione” kolano, bo przez ten ścisk nie może wygodnie ułożyć nogi. Jeden z Laotańczyków znał trochę angielski i poprosiłem go o przymknięcie okien, tłumacząc, że jesteśmy lekko chorzy.

Po krótkiej wymianie zdań wszyscy pokręcili odmownie głowami i z minami obrażonych jamników, tym razem już czysto złośliwie otworzyli jeszcze ostatnie, które do tej pory było uchylone do połowy. Jak miło – zawsze podejrzliwie odnosiłem się do tych postępowych teorii głoszących, że sama grzeczność i tolerancja wystarczą do załatwienia każdej sprawy. Tego już było trochę za wiele i siłą zamknąłem dwa najbliższe okna. Staruszki obraziły się jeszcze bardziej (o ile to w ogóle możliwe) i za karę zaczęły... puszczać bąki. Szympansy w najczystszej postaci, szkoda, że Darwin nie miał okazji przebadać ich podczas opracowywania swojej teorii, może odnalazłby to „brakujące ogniwo”. Po jakiejś godzinie litościwa natura przyszła nam z pomocą – dzieci z siedzenia przed nami z głowami wystawionymi za okno, do tej pory tylko lekko pokasłujące, teraz zaczęły charczeć o mało nie wypluwając płuc. Na ich mamusi nie robiło to żadnego wrażenia – najwyraźniej nie dostrzegała żadnego związku przyczynowo – skutkowego między takim zachowaniem swoim i dzieci, a ich coraz silniejszym kaszlem. Jeszcze raz wyjaśniłem temu Laotańczykowi związek pomiędzy ostrym przeciągiem w tej temperaturze, a ich coraz gwałtowniejszymi dolegliwościami i poprosiłem o przetłumaczenie tego matce w rodzimym języku. Miała minę jakbyśmy próbowali objaśniać jej równania fizyki kwantowej, w końcu przymknęła okno do połowy, ale po jej minie wnioskowaliśmy, że odczuwa taki ból, jakby każdy centymetr unoszącej się do góry szyby przecinał jednocześnie jej ciało.

Cholera, przez zmaganie się z tą gromadą człekokształtnych traci się całą przyjemność z podziwiania przepięknych, porośniętych lasami gór, które mozolnie przemierzamy. Z tego co pamiętam, najwyższe pasmo w tym regionie nie przekracza 2.500 metrów, ale góry wydają się bardzo wysokie – do tego stopnia, że co kilkanaście minut przebijamy się przez chmury, które w pierwszej chwili braliśmy za mgłę. Dopiero po obejrzeniu się za siebie, z pewnej perspektywy widać, że przejechaliśmy przez chmurę jakby przyczepioną do jednego ze szczytów.

Krótki postój i znów powtórka z rozrywki. Panienka z siedzenia przy kierowcy uznała, że jej dzieci charczą jeszcze zbyt cicho i z powrotem opuściła szybę na maxa. Wiedziałem, że jeżeli mnie poniesie, to rozsmaruję ich wszystkich po ścianach i zaciskając zęby przezornie usiadłem na rękach. Swoją drogą to cud, że jak do tej pory tylko te dzieci wykazują objawy ostrego przeziębienia, w końcu połowa z nich ciągle trzyma głowy za oknami. Trzeba mieć chyba łeb zakuty idealnie, żeby to znieść bez choroby. W końcu doszliśmy do wniosku, że ukaranie ich głupoty najlepiej pozostawić samej naturze – nawet gdybyśmy sami nie wiem jak przez nich zachorowali, to z naszą apteczką wyjdziemy z tego po kilku dniach, ale czy tę panienkę będzie stać na takie lekarstwa dla dzieci i co się z nimi stanie w przypadku ostrzejszej choroby? I czy kiedy ewentualnie to nastąpi ona wreszcie zrozumie związek między jednym a drugim? Kamila jest sceptyczna i tłumaczy sytuację niedostatkami ilorazu, a ja ciągle się zastanawiam, czy czasem nie bardziej chodzi im o zrobienie nam na złość (nawet kosztem tych dzieci), bo ich nieprzyjazne miny na to wskazują.

Połowa naszych zmartwień wysiadła wreszcie w jednej z wiosek, wsiedli kolejni – tym razem już ewidentny folklor, jestem pewien, że na palcach jednej ręki można policzyć, ile razy jechali samochodem. Punkt pierwszy okno (patrz kilkanaście linijek wyżej), drugi – choroba lokomocyjna: starsza pani wymiotuje za okno, jej wnuki bezpośrednio na podłogę i wszystko dookoła. Dzieci są koszmarnie brudne, rękami nie mytymi od tygodni wpychają do ust jajka sadzone wyciągnięte z foliowej torebki. Na szczęście na tych siedzeniach po nich nikt już chyba nie usiądzie...

Wreszcie przed 19-tą dojeżdżamy do Luang Prabang, dworzec jest kawałek od miasta. Kierowca jechał dalej (i wyglądało, że właśnie do miasta), ale miałem już ich tak dosyć, że z ulgą wysiadłem. Okazało się, że to jeszcze z kilka kilometrów i trzeba wziąć tuk-tuka. Miejscowym rynkiem tych pojazdów rządziła mafia związkowa złożona z wąsatego grubasa i jego trzech kolesi – demokratycznie przegłosowali dla nas stawkę po 10.000 kipów (1$) i reszta taksówkarzy z którymi próbowaliśmy negocjować bała się zaakceptować naszą napisaną na kartce cenę 2 x 7.500. W końcu czujność grubasa osłabła i jeden z jego przybocznych puścił oko do kierowcy, który jeszcze przed chwilą nam odmawiał, a teraz wskazał miejsce w swoim tuk - tuku. Zauważyliśmy, że tubylcy płacili za taki sam kurs po 3.000 – i po jaką cholerę cywilizacja białego człowieka wydaje miliardy dolarów rocznie na pomoc krajom trzeciego świata? Zapadał zmrok i wybraliśmy pierwszy lepszy hotel w bocznej uliczce – dwójka bez WC - 4$.

17.06 PIĄTEK

Noc znów fatalna – katar, kaszel i gorączka, cholera jak tak dalej pójdzie, to będę łykał antybiotyki jak indyk ciepłe kluski. Na szczęście rano poczułem się lepiej, kaszel i gorączka ustąpiły – byle do następnego autobusu, już się cieszę na samą myśl. Po solidnym śniadaniu w knajpie (zestaw: pieczywo, jajko na miękko, serek topiony, herbata – 25.000 kipów, butelka pepsi 0.33 w sklepie średnio 2.500, duża butelka wody 5.000) włóczyliśmy się kilka godzin po mieście. Świątynie z daleka wyglądają imponująco, po bliższym obejrzeniu tracą. Wszystkie nieliczne rzeźbienia i ornamenty wyglądają na odlewy, do tego wszystko w większości pomalowane topornie na olejno, co razem daje wrażenie tandety. Tylko stare, kamienne, poczerniałe kilkumetrowe stupy pozwalają poczuć klimat antycznego buddyjskiego świata. Laos jest jednym z najbiedniejszych krajów regionu, aczkolwiek przez burzliwą zawieruchę azjatyckiego komunizmu przeszedł stosunkowo spokojnie i bez takich kataklizmów jak Chiny, Kambodża, czy Wietnam. Może dlatego, że zarówno rządząca dynastia, jak i większość ludności przyjęła socjalizm prawie z entuzjazmem, co zapobiegło rzeziom na nielicznych oponentach. Ponadto już w fazie wprowadzania systemu był to kraj tak biedny i o naturalnie – w warunkach systemu wartości społeczeństw azjatyckich – skolektywizowanej strukturze, że oficjalne wprowadzenie tej doktryny tak naprawdę niewiele tu zmieniło.

Po obiedzie znów spacer po okolicznych świątyniach, ale jeszcze raz utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie zrobiły na nas większego wrażenia – pozbawione jakiegoś kunsztownego rzemiosła i topornie pomalowane szybko się przejadają. Jedynym, co przyciągało naszą uwagę, były czynności gospodarcze mnichów – pranie i rozwieszanie swoich pomarańczowych szat, rąbanie drewna (po co?). Jak na byłą stolicę Laosu, to niewiele tu do oglądania, owszem ludzie są tu dużo milsi i miasto ma swój klimat, ale już po jednym dniu niezbyt forsownych spacerów można tu się zanudzić. Być może, gdyby wypuścić się łodzią na rejs Mekongiem po okolicy byłoby ciekawiej, ale przy naszej długiej i przez to dosyć powierzchownej trasie nie bardzo możemy sobie na to pozwolić.

Wieczorem główny pasaż miasta ożywa. Setki straganów z materiałami, ciuchami i souvenirami przyciągają całkiem liczny tłumek turystów. Aczkolwiek obserwując ten asortyment widzę wiele rzeczy niemal bliźniaczo przypominających te oglądane na straganach w Yangshuo, co ewidentnie wskazuje na produkcję masową. Kolacja w hinduskiej knajpce, gdzie właściciel podał nam herbatę dwukrotnie droższą, od tej którą zamówiliśmy, a potem próbował tzw. kreatywnej księgowości, licząc nam dania droższe, niż te które rzeczywiście jedliśmy (frytki i jakieś placki – 22.000 kipów). Tak przy okazji, z tą herbatą tutaj to jakieś szaleństwo, może zabrzmi to niewiarygodnie, ale trudno ją znaleźć i jest dość droga. Po doświadczeniach z Indii, gdzie doskonałą i przyrządzaną na różne sposoby można za grosze znaleźć na każdym ulicznym straganie, to niezbyt miła odmiana. To kuriozalne, ale w niektórych knajpach (i to bynajmniej nie w pięciogwiazdkowych hotelach) herbata jest tu droższa, niż w Polsce.

18.06 SOBOTA

Właścicielka hotelu jest bardzo miła – w przeciwieństwie do dotychczasowych doświadczeń, nie miała nic przeciwko samodzielnemu praniu, a nawet pozwoliła skorzystać ze swojej wystawionej na słońcu suszarki. Jeszcze wczoraj wieczorem wracając do hotelu ustaliliśmy, że autobus do Vientiane odchodzi o 12.00. Tym razem za motorikszę na dworzec zapłaciliśmy po 5.500 kipów i to bez dłuższego szukania chętnych, na szczęście „związkowa” mafia nie jest jeszcze w stanie kontrolować wszystkich zakątków miasta.

Autobus ruszył z półgodzinnym opóźnieniem – szofer z dezaprobatą przyglądał się pustym siedzeniom, w końcu jednak dostał chyba jakieś ponaglenie i ruszyliśmy. Oby tylko nie zapeszyć, autobus nie ma klimatyzacji, a konstrukcja okien uniemożliwia otworzenie ich dalej, niż do połowy. Chyba, że znajdą jakiś sposób, albo zaczną wybijać szyby, z takimi to nigdy nie wiadomo.

Tym razem jazda to już prawie przyjemność, autobus jest w miarę wygodny, znów wijemy się między robiącymi wrażenie górami. Prawie na każdym zakręcie drogi kilka stojących sznurkiem prymitywnych, drewnianych chatek na palach. Drzwi do każdej są szeroko otwarte – mieszkańcy albo cierpią na klaustrofobię, albo odczuwają nieodpartą potrzebę przekonania wszystkich, że nie mają nic do ukrycia. Chatki są dosyć ciekawie stawiane – pobocze jest zbyt wąskie, aby pomieścić nawet jedną, więc prawie połowa każdej wystaje ponad osuwiskiem skarpy podparta długimi drewnianymi balami. Co będzie, jeżeli ulewny deszcz, którego tu przecież nie brakuje spowoduje osunięcie się ziemi? Z drugiej strony, jeżeli do tej pory ciągle stoją, to pewnie mają na to jakiś patent, albo co bardziej prawdopodobne, nie zdają sobie sprawy z problemu.

Na miejscu byliśmy około 22.30 i znów okazało się, że dworzec na którym kończył trasę autobus jest kawałek od centrum miasta. O tej porze było już pusto, jeden z nielicznych przechodniów poinformował nas, że do centrum jest przynajmniej ze 3 kilometry. W pobliżu był jakiś hotel, ale zdecydowaliśmy się na ten dłuższy spacer. Nie uszliśmy daleko, podjechały do nas dwie dziewczyny na skuterach proponując podwiezienie do centrum i po 10 minutach byliśmy na miejscu. Wysadziły nas przed jedynym znanym im tu hotelem – Sihom Guest House. Nie chciały pieniędzy i były zakłopotane nawet, gdy zaproponowaliśmy im przynajmniej colę w przyhotelowej restauracji. Sam hotel był jednak koszmarny – 5$ za ciasną dwójkę bez łazienki, z obleśnie brudną pościelą. Ściany pomazane krwią i dziesiątkami porozgniatanych insektów wszelkiego autoramentu, a co najciekawsze, sufit zbity był z krzywych i nie dopasowanych do siebie desek, będących jednocześnie podłogą piętro wyżej. Nad nami musiał być kawałek innego pokoju i korytarz, bo ciągle słychać było tupanie i dzikie wrzaski, do tego przy każdych krokach na górze piach sypał się nam na głowy, a przez ponad centymetrowe szpary w deskach widać było niebo. Z drugiej strony pokoju, nad nami, patrząc w podłogę można było zafundować sobie darmowy reality show z naszym udziałem.

19.06 NIEDZIELA

Rano, jeszcze przed check out’em wyruszyliśmy na poszukiwanie lepszego hotelu. W dziennym świetle zorientowaliśmy się, że ten nasz leży w bocznej uliczce. Bez planu miasta szliśmy na wyczucie i po 5 minutach wyszliśmy na dużą ulicę, a po kolejnych 10 minutach trafił się hotel Praseuth – przyjemna, duża dwójka bez łazienki za 4$. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że jest niedziela, czyli dziś nie mamy po co iść do tajskiego konsulatu.

Już po przeprowadzce i spacerze po okolicy. Zaraz za naszym hotelem jest gigantyczny gmach – nazywa się to Pałac Kultury i jest niewątpliwie najokazalszym budynkiem w całym Laosie. Niestety zamknięty, ciekawe czy w tygodniu da się tu wejść? Mam lekkie wątpliwości, bo wygląda na opustoszały. Vientian przypomina mi miasta indyjskie – ten sam „aromat”, brudne ulice z krzywymi i niedorobionymi chodnikami, i takież domy w tonacji zabrudzonej szarości. I w środku tego to monstrum – niby imponujące, ale pasuje jak muszka do waciaka. Zachodzimy do książkowego komisu i za 8$ kupujemy używany przewodnik LP South-East Asia z poprzedniego roku, dobre i to.

Idąc dalej wzdłuż ulicy dochodzi się do głównej arterii stolicy – pierwsza i chyba jedyna dwupasmówka z oddzielonymi jezdniami – kawałek na lewo za skrzyżowaniem spory zadaszony bazar i dalej klika sklepów. Po kolejnych kilkuset metrach najciekawszy tu jak na razie obiekt – Łuk Triumfalny. Wygląda na dosyć stary, ale ma zaledwie jakieś 45 lat. Jak na stolicę, to niewiele tu do oglądania – trochę taki nasz Wołomin, czy Otwock, ale miło tu.

Na naszej ulicy naprzeciwko „Muslim Bank” jest mały barek, gdzie serwują najlepsze chyba sheaki w całym Laosie – od 4.000 kipów. Na ogół w Azji lepiej unikać małych ulicznych stoisk oferujących soki ze świeżych owoców doprawiane tutejszą wodą (lód), ale obecność tłumu białych ze swoimi delikatnymi żołądkami wskazuje, że miejsce cieszy się dobrą reputacją, i zasłużenie. Później wstępujemy na ten duży, zadaszony market – dziesiątki sklepów z elektroniką i AGD, setki stoisk z ciuchami, a wokół tego lokalne knajpki z tubylczym jadłospisem, gdzie śmiało można zamówić pieczone kurze łapki i jeszcze kilka innych specjałów, ale tylko to zdołałem zidentyfikować...

20.06 PONIEDZIAŁEK

Rano do tajskiego konsulatu. Za placem z Łukiem Triumfalnym ulica rozdziela się, wybieramy prawą odnogę i po 15 minutach meldujemy się przed biurem na świeżym powietrzu. Oczywiście dajemy lekko ciała, nie mamy wizytówki z nazwą i adresem naszego hotelu i muszę biegiem drałować z powrotem (40 minut w jedną stronę) – podania można składać do godziny 12.00, wiza kosztuje 800 bathów, czyli 20$. Odbiór pojutrze do godziny 14.00.

Kamila uzależniła się od knajpki z sheakami, eksperymentuje ze wszystkimi owocami, teraz zamówiła coś, na widok czego pani zrobiła bardzo zdziwioną minę, ale wykonała zamówienie – po kilku pociągnięciach przez słomkę Kamila wyglądała jakby piła ocet, co nie było zresztą takie dalekie od prawdy, dalszy przebieg tego kulinarnego eksperymentu dyskretnie przemilczę...

21.06 WTOREK

Wyszliśmy oglądać zespół tutejszych świątyń kawałek za tajską ambasadą i znów nasz współczynnik „pe-cha” utrzymuje się na właściwym poziomie – cały teren wokół rozkopany, to już nawet nie remont, ale jakaś gigantyczna budowa. Świątynie prezentują się trochę lepiej, niż te z Luang Prabang, co prawda też są w większości malowane na olejno, ale nie sprawiają już wrażenia takiej tandety, co stolica, to stolica. Znów sporo radości dostarcza nam obserwacja kwatermistrzowskiej krzątaniny mnichów – wszędzie na sznurach suszą się pomarańczowe szaty, a oni sami prawie nadzy zajęci są doglądaniem wszelkiego rodzaju inwentarza. Potem kilkanaście minut rozmowy z kilkoma – jeden z nich ma ambitne plany, po ukończeniu „służby” w klasztorze ma zamiar osiedlić się w Australii.

Po powrocie do hotelu kręcimy się szukając jakiejś rozsądnej knajpy na obiad, ale wybór jest niewielki. Jeżeli już jakaś wygląda zachęcająco, to ceny wręcz przeciwnie. W końcu trafiamy na znośną – zupa z kurczaka i jakiś omleto-naleśnik – 18.000 kipów. Kamila już zapomniała o wczorajszej klęsce i przeprosiła się z sheakami – jesteśmy tam jednymi z najwierniejszych bywalców (oprócz pary białych facetów w średnim wieku, których widzimy tam zawsze, nie tylko kiedy sami wchodzimy, ale również mijając to miejsce podczas spacerów – ci to dopiero się nudzą). Przy okazji sprawdzamy ten „Pałac Kultury” – cały czas zamknięty na głucho i nawet psa z kulawą nogą. Ciekawe, ile to kosztowało? Pewnie tu też nie brak cwaniaczków – „fachowców” od wydawania publicznego grosza...

Wieczór spędzamy pod łukiem, są tam także dwie spore fontanny (podświetlane) i załapaliśmy się na kilkunastominutowy spektakl z cyklu „dźwięk, światło i ciśnienie”. Odgłosy nadciągającej burzy przepędziły nas jednak do hotelu, zdążyliśmy na styk, w dodatku zostawiliśmy pranie na dachu. Z tym praniem to tutaj udręka – wszędzie w hotelach zabraniają prać ręcznie, stręcząc swoje niezbyt tanie pralnie – 15.000 kipów za 1kg. Cóż, ja też kiedyś mogę poudawać idiotę, że nie kumam o co chodzi...

22.06 ŚRODA

Po śniadaniu w knajpie na ulicy na tyłach naszego hotelu (całkiem znośne ceny i miła obsługa, do tego rzadko spotykana tu rzecz – spory dzbanek herbaty za zaledwie 2.000 kipów) i przed 12-tą odbieramy wizy. W naszym hotelu rezerwujemy bilety na dzisiejszy autobus do Bangkoku o 18.00 – 600 bathów (15$). Poznajemy młodą Holenderkę - Iris, też jedzie naszym autokarem, a razie o mało co nie urwałem drzwi w furgonetce (zamykając je) wiozącej nas na dworzec. Odjeżdżamy punktualnie o 18.00. Wiem, że ci, którzy spędzili tu tygodnie lub nawet miesiące myszkując po wszystkich zakamarkach tego kraju, czytając to będą sobie rwali włosy z głowy i nie tylko, ale jestem już trochę znudzony Laosem. Nawet ze świadomością, że pominęliśmy rejs po Mekongu i olbrzymie tajemnicze kamienne dzbany na północy. Gdybyśmy przyjechali tu docelowo, to co innego, ale taki jest los, kiedy robi się długą objazdówkę z takim budżetem jak nasz – nie można mieć wszystkiego, a nie wiadomo, co jeszcze przed nami. Kilkanaście kilometrów od Vientiane jest park ze starymi, olbrzymimi figurami Buddy, ale też zdecydowaliśmy sobie go odpuścić – tutejsi rikszarze potrafią zniechęcić nawet do poruszania się przy ich pomocy po mieście, a co dopiero taki wyjazd. Dopiero teraz zauważyliśmy, że Vientiane jest prawie kompletnie pozbawione miejskiej komunikacji, przez te trzy dni pobytu może ze 4-5 razy widzieliśmy na ulicy autobus, czy raczej dużą furgonetkę. W kilku miejscach są jakieś przystanki, ale nikt na nich nie czeka, wszyscy używają tu chyba swoich samochodów i motorów, bardzo nietypowa to „metropolia”.

Po niecałej godzinie jazdy wjeżdżamy na most graniczny na Mekongu i znów typowe zagranie – celnicy żądają po 2.500 kipów podatku wyjazdowego. Kurwicy można dostać z tymi podatkami, najpierw wiza za 25$, a teraz jeszcze to – 2.500 kipów to nie tak znowu dużo, ale nie mamy już tego dziadostwa, a dolary tylko w większych nominałach i zaczyna się robić gorąco, bo chcą nam wydać resztę w bezwartościowej walucie laotańskiej. Wszyscy przeszli już odprawę i czekają w autokarze, a my musimy przetrząsać na biegu kieszenie. W końcu znalazłem dolara i wyrwaliśmy się z łap tych cwaniaczków – kiedyś zejdę na zawał podczas takiej imprezy.

Miasteczko Nong Khai za terminalem tajskim to już inny świat, kontrast z Laosem jest porażający. Budynki raczej niskie, ale wszystko lśni tysiącami neonów, zadbane ulice i luksusowe auta, pomiędzy którymi z gracją przeciska się kilka słoni. Nasze stewardessy rozdają jakieś ciastka i napoje, a na dobranoc przynoszą pasażerom koce, chociaż klimatyzacja nie jest tym razem zbyt agresywna (aż trudno uwierzyć) – jesteśmy lekko zaskoczeni, aż dwie młode dziewczyny do obsługi pasażerów. Mają na sobie nienaganne granatowe mundurki i białe koszule, pierwszy raz jadę takim autokarem, no, no, coś takiego... 

One night in Bangkok...


23.06 CZWARTEK

Kilka minut przed piątą budzimy się w Bangkoku. Jest jeszcze ciemno, dworzec raczej nie leży w centrum miasta. Iris proponuje złapać taxi na Khao San Road – rejon tanich hoteli, ale po kilkuminutowych negocjacjach z taksówkarzami dajemy sobie spokój. Jakaś młoda Tajka z autobusu oświeca nas, że niedaleko jest dworzec miejskich autobusów i nr. 3 zawiezie nas na Khao San. Po przejściu kilkuset metrów autokarowym parkingiem jesteśmy przy miejskich autobusach. Płacimy 18 bathów (na szczęście wymieniliśmy sobie wcześniej kilka dolarów w Laosie i teraz nie musimy szwendać się szukając kantoru) i po pół godzinie jazdy pasażerowie wskazują nam właściwy przystanek przy Ratchadamnoen Road. Przechodzimy na drugą stronę ulicy i jesteśmy na Khao San.

Hotelu szukaliśmy prawie dwie godziny – szwendaliśmy się od jednego, do drugiego, ale ceny nie były zachęcające. Iris gdzieś przepadła – chyba się skusiła na któryś z wcześniej mijanych. Kamila została z plecakami na ławce w bocznej uliczce, ja poszedłem szukać dalej. Khao San o pół do siódmej rano podobne jest do dziwki na kacu. Nowy dzień jeszcze się w pełni nie zaczął, a ulicą snują się niedopite i niedoćpane osobniki płci obojga. I nawet czasami nie bardzo byłem w stanie rozpoznać jakiej. Z identyfikacją dwóch najdalej 20 latek, które rzuciły mi się bezceremonialnie na szyję nie miałem kłopotów – kobiety na 100%. Jedna rasy tutejszej, druga ewidentnie biała – obydwie nawet ładne (chociaż przebieg spory) i niesamowicie zdeterminowane – widocznie bez większego powodzenia czekały na frajerów całą noc i teraz na mój widok musiały sobie sporo obiecywać. Były koszmarnie namolne, ciągnęły mnie za ręce kilka razy mimo, iż odganiałem je dosyć zdecydowanie. Dowiedziałem się przy okazji, że tutejsze odmiany trypla i innych syfów można sobie zafundować dosyć tanio – już po minucie tej niezwykle profesjonalnej autopromocji (obie podkasały na kilka sekund swoje minispódniczki, abym mógł się przekonać, że są bez bielizny) gotowe były na każdy rodzaj seksu za jedyne 10$.

Przypomniał mi się kawał z „Dzienników” Kisiela – ile kosztuje prostytutka w Rosji – 11 rubli, ona rubla i prezerwatywa 10. Tu potrzeba byłoby chyba z 10 prezerwatyw, jedna na drugą i też nie wiadomo, czy coś by pomogło. Na koniec zbluzgały mnie i wreszcie znikły w bramie. Jak na pierwsze pół godziny w tym miejscu, to nawet niezły początek. W końcu wybraliśmy hotel Wally House – 160 bathów (1$ - 40 bathów), pokój raczej nędzny, na korytarzu niezbyt czysta, pełna moskitów toaleta z zimną wodą. Przy okazji poznajemy dwójkę rodaków – Michał i (??) jeździli kilka miesięcy po Afryce i teraz przylecieli do Azji – po obejrzeniu naszego hotelu postanowili jednak poszukać innego miejsca. Już nasz pokój jest na granicy tolerancji, ale po porównaniu z pozostałymi można z czystym sumieniem uznać go za apartament.

Po 9-tej skromne śniadanie w knajpce koło Burger Kinga (zupa jarzynowa i omlet – 35 bathów), potem wychodząc z Khao San na główną ulicę w kierunku Pomnika Demokracji (brrrr... nie lubię...) trafiamy na McDonalds’a. Ceny nawet zachęcające – duży zestaw około 90 bathów. Na ogół nie stołujemy się w fast foodach, ale teraz po tygodniach kuchni azjatyckiej to nawet miła odmiana.

Na ulicy zaczepił nas jakiś naganiacz i zaczął uświadamiać w kwestii dobrodziejstw tutejszego Ministerstwa Turystyki, wychwalając pod niebiosa jego agendy w postaci rządowego biura podróży TAT i państwowych tuk-tuków, które „tylko dziś z uwagi na buddyjskie święto” wożą turystów prawie za darmo, tzn. za jedyne 20 bathów. Facet dziarsko i bez pytania wyrysował mi długopisem na mapce w naszym LP najlepszą jego zdaniem trasę – dwa posągi Buddy (Big Budda i Black Budda), biuro TAT i jakiś salon mody (po co? – pytanie retoryczne) – razem dwie godziny. Już poprzednio, w Indiach, obiecałem sobie, że nigdy więcej takich „promocji”, ale i tak planowaliśmy obskoczyć kilka biur turystycznych, by zorientować się, którą plażę wybrać, więc pojechaliśmy zatrzymaną przez naganiacza rikszą.

Big Budda nie zrobił na nas większego wrażenia, taka sobie statua w niezbyt imponującym otoczeniu, a czarnego Buddy w ogóle nie zobaczyliśmy, gdyż większa cześć świątynnego kompleksu na terenie którego stoi była w remoncie (cholera, to już jakaś plaga). Nasz kierowca udawał zdziwienie tak przekonująco, że nawet rozmiary robót i ilość sprzętu budowlanego świadczące o dłuższych pracach nie były w stanie zbić go z tropu. Taki to powinien od razu kandydować do tutejszego sejmu, aczkolwiek nie jestem pewien, czy tu jakiś jest, bo przecież Tajlandia jest monarchią (sprawdziłem – izba wyższa mianowana jest przez króla, i niższa pochodząca z wyborów). Potem zawiózł nas do salonu mody (też prawdopodobnie rządowego), gdzie jakiś nieszczęśnik usiłował mnie namówić na kupno garnituru za jedyne 800$ - prawdziwa okazja. Na szczęście facet miał jeszcze jakieś resztki substancji mózgowej i kiedy powiedziałem mu, że wprost marzę o przemierzaniu tysięcy kilometrów z plecakiem, w garniturze za połowę budżetu mojej podróży, to darował sobie bardziej namolne stręczycielstwo i pokazał nam drzwi.

Biuro TAT, to też przeżycie jedyne w swoim rodzaju – od razu widać, że państwowe. Na początku miła gra wstępna – buteleczka zimnej wody (teraz już wiem po co ją podają, dla ochłonięcia po ich szarlatanerii – to nawet humanitarne), potem już typowo socjalistyczne krętactwa. Pytaliśmy o Phuket, Pattayę, lub którąś z wysp – dojazd, rezerwacja hotelu. Obsługujący nas starszy, siwy, gruby facet z niewiarygodnie bezczelno – cynicznym uśmieszkiem (a jeszcze ten jego lekceważący ton) zaczął nam wciskać, że najtańszy nocleg na jaki możemy w tych miejscach liczyć zaczyna się od 800 bathów za noc i na pewno nigdzie nic tańszego nie znajdziemy – na dowód czego zaczął nam machać przed oczami firmowymi prospektami.

Już po pobieżnym przejrzeniu naszego przewodnika wiedzieliśmy, że we wszystkich tych miejscach spokojnie można znaleźć hotel już poniżej 500 bathów, a w dodatku po ostatniej tragedii (tsunami) ruch turystyczny znacznie tam osłabł, w wyniku czego ceny na pewno jeszcze poszły w dół. Tymczasem facet wyliczył nam 5 dniowy pobyt z dojazdem (w jedną stronę) za jedyne... 5.500 bathów! Poprosiliśmy go o zaproponowanie czegoś tańszego, na co facet z tą swoją bezczelną minką wypalił nam prosto w oczy, że jak ktoś nie ma pieniędzy, to niech się nie szwenda po świecie, tylko siedzi w swoim kraju. Nie ma to jak opieka rządu, miła i bezinteresowna. Zapewniliśmy faceta, że na pewno tu wrócimy, on udał, że nam wierzy (cholera, te miny to musi regularnie ćwiczyć przed lustrem) i obydwie strony odetchnęły z ulgą. Rikszarz był niepocieszony, że nic nie załatwiliśmy i pospiesznie zaproponował odwiedziny innej filii TAT-u, ale poprosiliśmy go już tylko o jak najszybsze odwiezienie na Khao San.

Po obiedzie na ulicy piechotą ponownie wypuszczamy się w miasto i pobłądziwszy znów zdajemy się na rikszarza, sprowadzonego przez przechodnia, którego pytaliśmy o drogę („bo wiecie, dziś jest buddyjskie święto państwowe i rządowe tuk-tuki wożą turystów prawie za darmo...). Już miałem mu powiedzieć, gdzie może sobie wsadzić opiekę ich rządowych agencji turystycznych, ale tym razem rikszarz gotów był pominąć sklepy z galanterią, zadowalając się tylko biurem TAT. Cóż, to mniej irytujące, niż garnitury za 800$ - najpierw odwiedziliśmy to biuro (ceny identyczne jak poprzednio, aczkolwiek tym razem już obsługa nie otwierająca noża w kieszeni). Potem rikszarz zawiózł nas na wzgórze widokowe, a kiedy zeszliśmy, to już go nie było. Ulotnił się nie czekając, aż zapłacimy mu należne 2x20 bathów. Pieszy powrót na Khao San zajął nam ze trzy godziny – wplątaliśmy się w jakąś dzielnicę „mechaniczną” – kilkanaście ulic wypełnionych tylko sklepami żelaznymi i warsztatami.

Podczas wieczornego spaceru po Khao San znów wpadamy na rodaków poznanych w hotelu, potem internet – 30 bathów/godzina. Khao San ożywa wieczorami, dopiero późnym popołudniem na ulicę wylegają tysiące turystów z całego świata. To nie tylko Mekka dla niezamożnych pleackowiczów, sporo tu także ludzi, którzy spokojnie mogą dać kilkadziesiąt dolców za noc, co zresztą robią, gdyż jest tu także kilka lepszych hoteli. Cała ulica „zabarykadowana” jest kramami i straganami z dosłownie wszystkim, no i przenośnymi kuchniami. Już za 15 bathów zamawiamy smażony makaron z kiełkami (jajko + 5 bathów) – porcja całkiem spora i nawet niezłe. Za taka samą cenę można kupić wyśmienity naleśnik z bananem lub ananasem polany skondensowanym mlekiem (lub czekoladą + 5 bathów). Mini-ruszt (długości ołówka) z kilkoma kawałkami grillowanego mięsa (do wyboru – drób, wołowina, wieprzowina) – 15 bathów. Są też wózki z pieczonymi owadami – półmiski pełne smażonej szarańczy poukładanej jak faworki, kilka gatunków dużych karaluchów i żuków. Szczególnie jeden jest zachęcający – wielkości komórki, ma wspaniałe czułki i wyłupiaste oczy.

Właśnie jakiś tubylec kończył ważyć sobie torebkę szarańczy – przypatrywałem się temu do spółki z jakimś Angolem. Nie wiem, czy wyglądałem na takiego, który jada tu regularnie, bo Angol przymierzając się do powtórzenia zakupu poprzednika poważnym głosem zapytał mnie, które są najlepsze. Bez wahania wskazałem na dużego żuka z wyłupiastymi oczami i sprzedawca podał mu okazały egzemplarz. Pomyślałem, że na mnie już pora, ale Angol zaczął chrupać żuka z takim apetytem, że od razu zapakował do torebki jeszcze dwa. Patrząc jak chrupie go ze smakiem sam nabrałem chęci, niestety Kamila kategorycznie oświadczyła, że jeżeli tylko zobaczy mnie z jakimś żukiem w ustach, to od razu mogę się przeprosić z tymi dwoma panienkami po 10$ sztuka.

Bez żadnej konspiracji sporymi planszami reklamują się goście oferujący podrobione prawa jazdy i inne dokumenty w pięć minut, a przechadzający się policjanci mijają ich obojętnie. Ciekawe, czy to efekt księcia Sałtykowa – Szczedrina (rosyjski patron spraw beznadziejnych, który twierdził, że po wręczeniu komu trzeba odpowiedniej ilości rubli nie ma sprawy beznadziejnej), czy po prostu stróże prawa doskonale zdają sobie sprawę z mizernej jakości tych podróbek i nie chce im się tracić czasu, lub wręcz tylko czekają, aż jakiś naiwniak wpadnie im w łapy legitymując się tym dziadostwem.

Tani posiłek można zafundować sobie także we wszechobecnych tu sklepach sieci „7/11” – hot dog 17 bahtów, cola z automatu w 3 rozmiarach i cenach (0.33 – 13 bathów, 0.5 – 15 i 1 litr – 22). Do tego coś, czego jeszcze nie widzieliśmy – sorbet colowy, czyli mrożona cola kręcona jak lody z automatu (rewelacja) – również w 3 rozmiarach kubków, średnio o kilka bathów drożej od zwykłej coli w podobnym rozmiarze. Piwo drogie, podobnie jak w Laosie – najtańsza mała puszka około dolara.

24.06 PIĄTEK

Rankiem wypad na przejażdżkę statkiem po Mae Nam Chao Phraya – rzece nad którą leży kompleks pałacowy. Na rondzie z Pomnikiem Demokracji (brrr...) skręciliśmy w lewo – jak nam się zdawało w kierunku rzeki. Po przejściu kilkuset metrów kilka razy pytaliśmy dalej o drogę, aż w końcu znaleźliśmy kogoś mówiącego po angielsku i trafiliśmy do miejsca z którego widać już było wysoki pylonowy most. Zaraz pod nim jest przystań wodnych „autobusów” – średnio 3 na godzinę (20 bathów). Po niecałym kwadransie wyskoczyliśmy na przystani Tha Ratchini, okolica typowych azjatyckich nadrzecznych slumsów, a przecież to już całkiem blisko królewskich pałaców. Po wyjściu z przystani mijamy jakąś tutejszą szkołę – widok lekko szokujący nawet dla Kamili, która jako artystka ma pewne rozeznanie w środowiskach „mniejszościowych”, o mnie prostym nie wspominając. Pary kilkunastoletnich gówniarzy – wyszminkowanych, wypudrowanych i trzymających się pod ręce. Najdalej piętnastoletnie chłopaczki, a z tymi makijażami spokojnie można by ich odesłać na jakąś hard-gejowską paradę w Berlinie – ciekawy jestem, co na to ich rodzice? Chyba im to nie przeszkadza, bo zachowanie ich dzieciąt nie wykazuje żadnych oznak konspiracji.

Znajdująca się nieopodal świątynia Wat Pho z XVIw. jest jedną z najstarszych w Bangkoku – o czym poinformował nas jakiś tutejszy student proszący o wypełnienie ankiety dla cudzoziemców. Olbrzymia, 46-cio metrowa, pozłacana figura odpoczywającego Buddy to widok naprawdę wart dłuższego postoju – szczególnie bogato rzeźbione stopy. Jest tam też kilka pomniejszych świątyń i kręcimy się wkoło ponad dwie godziny. Kiedy doszliśmy w końcu pod pałac królewski okazało się, że dochodzi 16-ta i już nie wpuszczają.

Pieszo wracamy na Khao San. Zaraz po minięciu pałacu wychodzi się na duży plac – mamy farta, bo zapowiada się jakaś impreza. Tysiące ludzi stojących kolumnami, w różnych strojach, mężczyźni, kobiety, odpowiednia reprezentacja „tranzystorów” (transwestytów), między nimi szkolna dziatwa i kilka orkiestr. Po kilku próbach porozumienia się z przechodniami dowiadujemy się, że to wiec na cześć pierwszej rocznicy urodzin królewskiego wnuka. No tak, mogliśmy się domyśleć – wszędzie pełno plansz i portretów królewskiej rodziny niesionych przez uczestników wiecu. Zresztą niezależnie od tego i tak w całym mieście wszędzie pełno portretów Miłościwie Panującego – wzdłuż prawie każdej ulicy, na każdej większej latarni królewska podobizna. Tym razem opatrzność nie była dla monarchy łaskawa, bo niebo pokryło się burzowymi chmurami i lunął potworny deszcz – impreza skończyła się, zanim się jeszcze na dobre zaczęła. Lojalność poddanych wystawiona została na ciężką próbę, ten potworny deszcz pewnie jeszcze jakoś by znieśli, ale dodatkowo zaczęło się błyskać i grzmieć, i nawet najbardziej zagorzali rojaliści nie wytrwali zbyt długo na posterunku, biorąc nogi za pas. Obserwowaliśmy to wciśnięci pod mikroskopijną wiatę autobusowego przystanku, sami w ciągu zaledwie kilku sekund przemoczeni do suchej nitki (mimo mojego parasola). Po pół godzinie ulewa zelżała na tyle, że mogliśmy wrócić do hotelu.

Podpadłem chyba naszej „szefowej” – wejście do hotelu prowadzi przez restaurację – z ciekawości zacząłem przeglądać menu i pojawiła się właścicielka. Kiedy w końcu odłożyłem kartę nie dokonawszy zamówienia, to popatrzyła na mnie tak, jak ja na dziś rano na karalucha w naszej łazience. Mało tego, zwymyślała mnie improwizowaną angielszczyzną (na szczęście nie zrozumiałem) i byliśmy tak zaskoczeni, że nawet nie zareagowaliśmy, tylko kładąc uszy po sobie schowaliśmy się w pokoju. Gość w dom...

Obskoczyliśmy kilka okolicznych biur podróży – zdecydowaliśmy się pojechać na wyspę Ko Samui. Najtańsza oferta jaką znaleźliśmy – 250 bathów za autokar i prom na wyspę, czyli prawie za darmo. Wyjazd jutro, o 18-tej, a hotel sami najtaniej znajdziemy sobie bez problemu na miejscu, o czym poinformowała nas dziewczyna dokonująca rezerwacji. Przypomniały mi się ceny proponowane w TAT i jeszcze raz upewniłem się o wyższości ekonomii Misesowskiej nad Keynesowską.

25.06 SOBOTA

Rano, kilka minut po 9-tej pieszo idziemy ponad pół godziny do pałacu królewskiego. Wejście do kompleksu królewskich świątyń i rezydencji kosztuje 250 bathów. Pierwszym punktem po minięciu bramy jest królewskie muzeum, gdzie można obejrzeć kolekcje monet i orderów, królewskie stroje i jeszcze tysiące innych dynastycznych gadżetów. Po godzinie wyszedłem stamtąd z ulgą – ile można oglądać sztukę użytkową, królewskie zastawy stołowe lub biżuterię o większej wartości familijnej, niż artystycznej lub materialnej.

Na szczęście urok Świątyni Szmaragdowego Buddy i jeszcze kilku innych rozrzuconych po rozległym parku pomaga przełknąć cenę biletu. Przepych złoconych i pokrytych kolorowymi kamieniami i szkłem detali i wykończeń wprost bije w oczy niemal z każdej budowli. W przeciwieństwie do świątyń laotańskich przypominających malowane farbami odlewy, tu widać pracę rąk setek solidnych rzemieślników i artystów. Już nawet nie chodzi o ten złocony blichtr, bo równie dobrze mogłoby to być zwykłe żelazo, a i tak różnica w wykonaniu byłaby kolosalna.

Wyjechaliśmy z Bangkoku kilka minut po 18-tej, tym razem raczej nie ma się co spodziewać stewardess, choć autokar dość komfortowy, tylko znów ta cholerna klima. Większość pasażerów stanowią biali, więc nie ma problemu z tłumaczeniem, o co chodzi. W przeciwieństwie do Azjatów sami natychmiast zamykają lufy klimatyzacji, niestety autokar zaprojektowany jest bardzo pomysłowo i większość wylotów lodowatego powietrza jest przezornie ukryta i nie da się ich w żaden sposób zatkać. Cholera, trzeba będzie zainwestować w mocną taśmę klejącą...

Wyjazd z Bangkoku zajął ponad godzinę, objechaliśmy chyba całe miasto dookoła i wróciliśmy dokładnie w miejsce wyjazdu. Od razu widać, że benzyna jest tu o połowę tańsza, niż w Europie, o ojczyźnie nie wspominając – z tego co zauważyłem na mijanych stacjach, średnio ok. 22 bathów za litr, czyli pół dolara. Cholera, czy oni tu nie słyszeli nigdy o „wzrostach cen paliw na rynkach światowych”? Prędzej o naszych podatkach i akcyzach...

W nocy postój na późną kolację w jakimś przydrożnym zajeździe. Najbardziej denerwujący jest ten brak cen na czymkolwiek – lodówki z napojami, czy podgrzewane pojemniki z żarciem – o wszystko trzeba pytać, co oczywiście kończy się żądaniem cen dwukrotnie wyższych, niż dla tubylców. Niestety niespecjalnie da się potargować, bo większość pasażerów naszego autokaru to młodzi turyści z Izraela. Przylecieli samolotami, nadziani, na określony czas, z określoną sumą do wydania i szpanują nowobogackimi manierami – bez mrugnięcia okiem płacą po dolarze za puszkę coli zapuszczając żurawie w kierunku swoich dziewczyn, czy aby na pewno dostatecznie zaimponowali im swoim gestem. Stary, poczciwy rabin z żydowskich dowcipów na ich widok dostałby zawału. Na szczęście po kilkadziesiąt metrów drugiej stronie autostrady zauważyłem szyld „7/11”. 

Ko Samui - tydzień z życia wyspiarzy

26.06. NIEDZIELA

Kilka minut po 5-tej jesteśmy na przystani – mała restauracyjka z brudnymi plastikowymi stołami i krzesłami okupowanymi przez śpiące psy. Przed nami prawie trzy godziny czekania na prom, w towarzystwie setek komarów. Tym razem darowałem sobie faszerowanie się antymalarykami, owszem mamy na wszelki wypadek opakowanie lariamu, ale to tylko „first aid”, aby mieć tych kilka godzin na dotarcie do szpitala. Na razie musi wystarczyć preparat „mugga” do smarowania i jakiś amerykański wojskowy spray na moskity.

Wypłynęliśmy kilka minut przed 8-mą i już w pełnym słońcu równo o 11-tej byliśmy na wyspie Ko Samui. Na przystani oczekiwały już taksówki i tuk-tuki – wyspa jest spora, znajduje się tu kilka plaż oddalonych od siebie o kilka kilometrów. Właściciel sporej furgonetki oferuje nam przejazd między dwoma plażami Lamai i Chaweng do wyboru, za 50 bathów od łebka. Po dojechaniu na główną ulicę w okolicach plaży Lamai kierowca wysadza nas przed kolonią luksusowych bungalowów, powyżej 1000 bathów za noc. Kamila idzie na szybkie zwiady i wraca rozczarowana – plaża nieciekawa, zanieczyszczona. Pakujemy się z powrotem do furgonetki i jedziemy na Chaweng – to samo, niezbyt miło i drogo, nic dziwnego, to największa plaża na wyspie. Narada na ulicy, zauważyliśmy, że na wyspie oprócz zwykłych taksówek są też specjalne samochody, z wypisanymi na tabliczkach nazwami plaż, między którymi kursują. Około 14-tej lądujemy na plaży Maenam, na północy wyspy.

Kursowanie między plażami zajęło nam ponad 3 godziny i kosztowało 100 bathów (te „wahadłowe” międzyplażowe samochody kosztują po 50 bathów, niezależnie od dystansu. Wyspę obiega obwodnica z kilkoma „szprychami” dla skrócenia dystansu, a każda z plaż jest od razu miniaturowym miasteczkiem – na głównej, najczęściej równoległej do morza ulicy sklepy, restauracje, hotele. Plaża Maenam też nie jest rewelacyjna – piasek szary, mnóstwo połamanych gałęzi. Domek dosłownie na plaży za 300 bathów. Własna łazienka z zimną wodą, lodówka. Niestety sporo moskitów i to nawet w teraz ciągu dnia, a co będzie wieczorem? Ściany domku zbijane z desek mają spore prześwity, poza tym kilkucentymetrowe szpary w drzwiach i oknie. Przy głównej ulicy oddalonej od plaży o jakieś 300 metrów nie ma zbyt wielu sklepów i restauracji – pusto tu. Niby lepiej, bo nie ma tłoku, ale lustrując ceny w knajpach od razu zrozumiałem, że turystę który się tu w końcu pojawi wypuszczą w samych sandałach. Lekka sprzeczka z Kamilą, bo nie bardzo mi się tu podoba, a ona ma już dosyć przeprowadzek.

27.06. PONIEDZIAŁEK

Po 11-tej wymeldowaliśmy się z tego domku, ustaliliśmy, że poszukamy jeszcze lepszego miejsca, a jak się nie uda, to najwyżej tu wrócimy. Zatrzymujemy samochód z tabliczką do Lamai, przez Chaweng. Chcieliśmy jechać do końca na Lamai, ale w Chaweng kierowca zatrzymał auto i oznajmił, że to koniec trasy. Pokazałem mu na jego własnej tabliczce, że koniec powinien być na Lamai i za to mieliśmy mu zapłacić po 50 bathów, na co facet wskazał inny samochód, również z Lamai na tablicy (w domyśle za kolejne 50 bathów). Zaczyna się taksówkowo – rikszowa hochsztaplerka. Schowałem z powrotem do kieszeni przygotowane 50 bathów i poinformowałem go o obyczajach panujących w naszym kraju, gdzie nie płaci się za usługę niewykonaną zgodnie z zawartą umową, a reguły kontraktu stanowi tabliczka z nazwą Lamai, jako stacją końcową. Zaczął się wydzierać i straszyć mnie tajskim boksem, pogadaliśmy sobie i było miło (z tym, że ja go nie straszyłem), potem zignorowaliśmy jego przekleństwa i groźby, i odeszliśmy. Zrobiliśmy jakieś pół kilometra ulicą na Chaweng, co jakiś czas schodząc w kierunku plaży, aby ocenić sytuację. Plaże niekiedy koszmarnie zasyfione, a przy nich luksusowe hotele i bungalowy z wyczesanymi basenami zaraz przy plaży. Na leżakach przy basenach smażą się ludzie płacący tu ponad 2000 bathów za pokój. Na samej zaśmieconej plaży pusto, teraz już wiem, po co buduje się baseny 20 metrów od morza...

Zdecydowaliśmy się iść kilka kilometrów z plecakami na Lamai, ale samo przejście wzdłuż Chaweng zajęło nam ponad godzinę. Okazało się, że po przeciwnej stronie Chaweng plaże są całkiem – całkiem. Idealnie biały piasek i dosłownie krystaliczna woda w której już na głębokości kostek buszują dziesiątki małych rybek. Co prawda sporo przyplażowych hoteli i domków, ale zadziwiająco mało ludzi, większość nie na samej plaży, ale w przylegających ogródkach z basenami i leżakami. Widocznie nie lubią słonej wody. Gdyby znaleźć tu jakiś w miarę tani nocleg, to byłoby nieźle...

Nocleg się znalazł, co prawda spory kawałek za główną ulicą, jakieś 300 metrów od plaży (i to przez jakieś rozkopane wertepy), ale tylko 350 bathów za duży bungalow z dwoma pokojami, łazienką, TV i lodówką. Mimo to postanowiliśmy sprawdzić jeszcze raz Lamai, tu zawsze możemy wrócić.

To była prawdziwa katorga – droga z Chaweng do Lamai prowadzi pod górę i to miejscami ostro pod górę. Po około 3 kilometrach jakie zrobiliśmy w pełnym słońcu z plecakami, na podstawie znaków orientacyjnych na naszej mapie wywnioskowaliśmy, że jesteśmy w połowie drogi. Kiedy za zakrętem zobaczyliśmy kolejny kilkukilometrowy, ostry odcinek pod górę, zapytaliśmy o drogę jakiegoś tubylca i ten szybko wyprowadził nas z błędu – do Lamai było jeszcze sporo ponad 5 kilometrów. Podobno najlepszy sposób na mendy, to je polubić. Zatrzymaliśmy w końcu „Lamai taxi” i wytargowaliśmy po 45 bathów (przy okazji zorientowaliśmy się, że tubylcy płacą między 20-25).

Kręciliśmy się po Lamai jakąś godzinę upewniając się, że najlepszym wyjściem będzie powrót na Chaweng, do znalezionego domku niedaleko tej przyjemnej plaży. Znów trzeba było korzystać z tuk-tuka, ale tym razem wytargowaliśmy już po 40 bathów. Jadący tuk-tukiem Francuzi obserwując te zacięte negocjacje wymieniali chyba jakieś ironiczne uwagi pod naszym adresem, ale mało się tym przejąłem, poza tym opinie tego typu przedstawicieli owej nacji szczególnie bardzo mało mnie obchodzą. To przez takich zadufanych w sobie osłów płacących bez szemrania każdą podaną im podwójną cenę trzeba potem robić za frajera. Anglosasi (może poza amerykańskimi emerytami i „blondynkami”) targują się prawie zawsze, dla zasady, z szacunku dla własnej pracy i swoich pieniędzy, a to francuskie nowobogackie pozerstwo wyuczone najczęściej za forsę z zasiłków jest wybitnie irytujące.

Po zainstalowaniu się w hotelu około 16-tej – (350 bathów/noc – musieliśmy zapłacić za 4 dni z góry) zdążyliśmy jeszcze załapać się na godzinę słońca na plaży. Tu naprawdę jest przyjemnie, a ludzi dużo mniej, niż wynikałoby to z ilości bungalowów. Aby wyjść z ulicy na plażę, trzeba przejść przez teren któregoś z hoteli, ale w obie strony nie mieliśmy z tym kłopotów. Przy okazji spacerując główną ulicą Chaweng po zaledwie kilku minutach zauważyliśmy szyld hotelu "Petcharat" oferującego pokoje za 300 bathów. Obejrzałem go z ciekawości i chyba niepotrzebnie, bo znów powód do nerwów – pokój przyzwoity, z balkonem i widokiem na główną ulicę, też z lodówką, łazienka i prysznic (z ciepłą wodą) co prawda na korytarzu, ale na piętrze są tylko dwa pokoje, więc tak jakby własna. I do tego zaraz na głównej ulicy, pięć razy bliżej plaży i 50 bathów taniej. Cholera, po dokonaniu jakiegoś wyboru, dla własnego zdrowia lepiej nie sprawdzać innych napotkanych ofert...
28.06. WTOREK

Noc była niezbyt przyjemna, z sąsiednich domków (w tym należącego do właścicielki) cały czas dobiegał hałas telewizora pracującego na najwyższych obrotach – na przemian parada tutejszych list przebojów i seriali. Do tego głośne śmiechy i wrzaski do trzeciej nad ranem. Nasz bungalow jest dosyć duży i ma osobną sypialnię, ale nawet mimo tych kilku ścian nie dawało się zasnąć. Dwa razy wychodziłem prosząc o ciszę i za każdym razem po kilku minutach spokoju powtórka z rozrywki. Tym razem nawet się zbytnio nie przejęliśmy – skoro tak, to będzie powód do zerwania umowy i wyprowadzenia się stąd. Właścicielka siedząca na pobliskiej stacji benzynowej była lekko zaskoczona naszymi planami wyprowadzki, ale przyznała, że rzeczywiście w nocy było głośno i nie była w stanie obiecać, że to się nie powtórzy. Bez oporów oddała nam resztę pieniędzy za kolejne dni i około 12-tej wprowadziliśmy się do hotelu znalezionego podczas wczorajszego wieczornego spaceru.

Dwie godziny później, po powrocie z plaży do hotelu możemy zaśpiewać sobie „U drzwi Twoich...”. Ktoś musiał ukraść Kamili klucz pozostawiony w kieszeni spodni na ręczniku. Będąc w wodzie spoglądaliśmy kontrolnie na nasze rzeczy, a tłumów specjalnych tu nie ma, mimo tego, komuś się udało. Cholera, jeżeli ukradł klucz, to pewnie śledził nas potem i teraz wie, gdzie mieszkamy. Nawet jeżeli w recepcji dadzą nam drugi, to jak teraz zostawić coś w pokoju? Trzeba będzie zapłacić za wymianę zamka, a znając tutejsze stosunki zedrą z nas pewnie niemiłosiernie, albo będę musiał sam to zrobić, o ile znajdę tu jakiś sklep z tym towarem (na Ko Samui jest duży hipermarket, ale daleko od naszej plaży, w sercu wyspy). Szlag jasny, jak nie urok, to sraczka...

Tego się nie spodziewaliśmy, kiedy wyjaśniliśmy właścicielce, co się stało, ta uśmiechając się machnęła tylko ręką i podała nam kopię klucza. Wyjaśniłem jej, że klucza na pewno nie zgubiliśmy, tylko został skradziony i trzeba wymienić zamek, bo nie możemy teraz zostawić w pokoju nic wartościowego. Właścicielka znów zachowała kamienny spokój i zapytała nas, czy w takim razie nie chcemy zmienić pokoju na inny, piętro wyżej. Przy okazji zauważyliśmy, że w hotelu są tylko cztery pokoje, po dwa na piętrze i jak na razie jesteśmy chyba jedynymi gośćmi. Przenieśliśmy się więc piętro wyżej (dokładnie taki sam pokój), powtórnie zapytałem właścicielkę o ten nieszczęsny zamek, ale nie uważała sprawy za godną uwagi. Przecież jeżeli ktoś tam się wprowadzi po nas, to będzie narażony na kradzież, ale skoro sama szefowa uważa to za niewielki kłopot, to już jej sprawa. Mam tylko nadzieję, że nasz obecny też nie jest którąś tam kopią oryginału zaginionego w tajemniczych okolicznościach...

29.06. ŚRODA

Ranek spędziliśmy na plaży i potem do południa na punkcie widokowym, jakieś dwa kilometry w kierunku Lamai. Nie ma tam plaży, tylko skały, a jedna fantastyczna, w kształcie dwugłowego potwora. Przy okazji spłoszyliśmy jakąś parę białych, którzy korzystając z osłony skał robili sobie zdjęcia raczej nie nadające się do rodzinnego albumu. Postanowiliśmy iść tym tropem – na naszej mapie wyspy znaleźliśmy inne miejsce ze skałami i to dosyć osobliwymi. Kawałek za Lamai znajduje się miejsce, gdzie chyba według tutejszych legend dokonało się „poczęcie” świata, czyli Grandmother i Grandfather Rocks. Znów udało nam się wytargować po 40 bathów za tuk-tuka (niżej już się chyba nie da), problem tylko, że kierowca nie za bardzo znał własną wyspę (w dodatku tak popularne tu miejsce), bo kręcił się kilkanaście minut w kółko, bezradnie spoglądając na naszą mapę. W końcu zrozumiał o co chodzi, ale i tak nie do końca był pewien, gdzie nas wysadzić i potem pokazał nam niewłaściwy kierunek – raczej nie po to by ukarać nas za targowanie, po jego minie widać było, że chyba naprawdę nie wiedział, chociaż, kto tam za nimi trafi...

Kamienny penis jest trochę naciągany, w każdym razie od strony lądu, być może z łodzi efekt jest lepszy. Za to kamienna pochwa prawie jak żywa, lepiej się jednak zbytnio nie zagapić i uważać na stawiane kroki, bo umiejscowiona jest w pochyłej skale wpadającej do morza. Pełno tam także innych spiętrzonych głazów, które na pierwszy rzut oka wyglądają imponująco tworząc niesamowite, efektowne konstrukcje. Dopiero po dłuższym przyjrzeniu się im pod różnym kątem widać, że zbyt efektowne. Natura potrafi robić dziwne rzeczy to fakt, ale ułożenie niektórych skał gwałci podstawowe prawa fizyki – olbrzymie głazy stojące niemalże „na palcach” pod nienaturalnym kątem na innych, dużo mniejszych i w dodatku stanowiąc wspornik jeszcze innej konstrukcji. Wątpię, żeby spajający je piasek, muł i glonowate narośla mogły utrzymać całość w tej pozycji. Jeżeli już, to kilka solidnych stalowych prętów i kilka wiader cementu. Pochwa wygląda na dzieło natury, widać rudy naciek po rzeźbiącej skałę wodzie. Na miejscu tamtego gościa, to przy tych skałach wolałbym zrobić swojej panience rozbierane fotki, aczkolwiek to mogłoby być trudne, bo kręci się tu sporo ludzi, a w okolicy jest kilka małych knajpek, skąd prawdopodobnie widać te najciekawsze miejsca.

Po 18-tej powrót do hotelu, ktoś się chyba wprowadził do naszego poprzedniego pokoju piętro niżej, a i w drugim obok też pracuje wentylator. I dobrze, na naszym piętrze ciągle mamy łazienkę tylko dla siebie.

Na naszej ulicy jest kilkadziesiąt rozmaitych knajpek – luksusowe z wyfraczonymi kelnerami i te dostępne na każdą kieszeń, gdzie w miarę przyzwoity obiad z dwóch dań można zjeść już za jakieś 80 bathów (2$). Do tego kilka sklepów „7/11”, co w połączeniu z lodówką w naszym pokoju oznacza nieprzerwany dostęp do zimnej coli już od dolara za 2 litrową butlę. A także pieczywo i australijskie masło (2$), co pozwala oszczędzić na knajpach i urozmaicić lekko już monotonny ryżowo – makaronowy jadłospis. Drugą najliczniejszą po restauracjach grupą są zakłady krawieckie prowadzone przez Tajów i hinduskich Sikhów. Są oni odrobinę irytujący, potrafią zaczepiać człowieka kilka razy dziennie, ci sami zresztą, nawet wtedy, kiedy w samych kąpielówkach idziemy na plażę. Po trzecim takim zaproszeniu do odwiedzenia ich pracowni, na odczepnego poinformowałem kilku z nich o stuletnich krawieckich tradycjach mojej rodziny, gdzie dosłownie każde z moich rodziców i braci ma swój własny salon, wskutek czego wręcz pławię się w szytych na miarę jedwabnych garniturach i nie potrzebuję szukać ich aż w Tajlandii. Niestety nic nie pomogło i raczej mi nie uwierzyli, albo muszą być kompletnie zdesperowani, bo za godzinę znów to samo...

30.06. CZWARTEK

Czas płynie nam tu niesamowicie szybko, najczęściej między plażą, a tym punktem widokowym na przybrzeżnych skałach, oddalonym o kilka kilometrów w kierunku Lamai.

Plaża jest naprawdę rewelacyjna, może te bungalowy stojące za odgradzającym je od piasku niewysokim kamiennym murkiem psują trochę widok i wymarzony nastrój bezludnej wyspy, ale turystów jest naprawdę niewielu – w większości siedzą pewnie w swoich fotelach koło hotelowych basenów.

O 14-tej wracamy na obiad w upatrzonej od wczoraj knajpce (jakieś 200 metrów na lewo od wyjścia z naszego hotelu) – wygląda obskurnie, ale jest najtańsza i stołuje się tam sporo białych, również takich którzy wyglądają jakby mogli zapłacić za posiłek tę samą kwotę, tylko w dolarach. Po obiedzie jeszcze godzina na plaży, słońce zaszło i zanosi się na potężną burzę.

1.07. PIĄTEK

Od rana pogoda pod psem, chyba nici z plaży, można się za to wyspać. Chyba jednak nie, bo Kamila wpadła jak bomba do pokoju krzycząc, że nasza łazienka jest zarzygana i nie ma wody. To pewnie robota tych dwóch około dwudziestoletnich gówniarzy (chyba Angoli), którzy wprowadzili się przedwczoraj piętro niżej. Już w nocy było tam „wesoło”, pewnie się pochlali i zaświnili obie łazienki.

Nie dane mi było z nimi pogadać, albo nie było ich w pokoju, albo nie otwierali. Córka właścicielki umyła łazienkę, ale wody nadal nie ma – pewnie wyłączyły za karę. Cholera, nie mam ochoty na kolejną zadymę, bo do tej pory właścicielka była dla nas bardzo miła, a teraz musimy ponosić konsekwencje buractwa tych małpiszonów.

Cały dzień prawie stracony, Kamila poszła na swój ulubiony punkt widokowy, ja włóczyłem się między plażą a hotelem – słońce chowało się za chmurami zaraz po tym, jak rozłożyłem się na ręczniku i wychodziło, kiedy byłem pod drzwiami hotelu. Za trzecim razem mi się znudziło. Jedyna pociecha, że te bałwany piętro niżej się wyprowadziły, albo właścicielka wywaliła ich na zbity pysk.

Po ulicy jeżdżą samochody reklamujące Muay Thai, czyli tutejsze walki bokserskie, zawsze chciałem to zobaczyć, ale bilety na narodowy stadion w Bangkoku były koszmarnie drogie (najtańszy i daleko od ringu ponad 1000 bathów). Tu pewnie byłoby taniej, ale i zawodnicy też trzecioligowi, boć to prowincja. Mimo to chciałoby się, ale szkoda mi tych kilkunastu dolców. Cholera. 

2.07. SOBOTA

Znów od rana wspaniała pogoda – ponownie wybraliśmy się do Grandparents Rocks (40 bathów), skąd przesiedliśmy się do innego tuk-tuka, jadącego do parku słoni. Kamila nigdy nie jeździła na słoniu i molestowała mnie już od przyjazdu. Na miejscu za najtańszą opcję (półgodzinna przejażdżka z dowozem w obie strony) zapłaciła 250 bathów. Poganiacz był dosyć sensowny, pozwolił Kamili usiąść na swoim miejscu na karku słonia, zamiast na turystycznym foteliku przypasanym na grzbiecie. Sama trasa przejażdżki nie jest rewelacyjna, podążając za i przed słoniem musiałem przeskakiwać przez Himalaje słoniowego łajna zalegającego na ścieżce. Potem inna rewelacja – sztuczny wodospad! Wycieczka po tym parku obejmuje również takie cuda. Wspinając się po skalistej ścieżce zastanawialiśmy się, do czego służą niebieskie plastikowe rury wiodące na szczyt. Im bliższy stawał się szum wody, tym bardziej pytanie wydawało nam się retoryczne. Zresztą nawet nie starali się ich zamaskować, gdyby chociaż były zielone i wtapiały się w roślinność – nie, fluorescencyjny błękit. Sam wodospad wygląda nawet przyjemnie, gdyby nie ta świadomość tego, że jest sztuczny. Trochę przesadzają z tymi podróbkami, najpierw te piramidy skalne, teraz wodospad, dobrze, że chociaż nasza plaża i morze są prawdziwe.

Kamila pojechała na jakąś fermę motyli, ja wróciłem do hotelu. Zaraz spod tego słoniowego parku próbowałem złapać tuk-tuka na Chaweng, ale przykra niespodzianka – to było z dala od uczęszczanych tras i zadziałało prawo monopolu, w pobliżu był tylko jeden pojazd i w dodatku facet był chyba na haju, bo zażądał 100 bathów. Prawie godzinę szedłem piechotą, dwaj mijający mnie inni kierowcy tuk-tuków proponowali po 80 bathów (miejsce było dosyć odludne, lecz nie takie znowu dalekie – za większe dystanse między poszczególnymi plażami płaci się mniej), ale się zawziąłem i zaproponowałem im wyjadanie kitu z okien, jeżeli wolą wozić za darmo powietrze. Co za skończone cymbały, czy to wkalkulowana w koszty niechęć do białych, czy odmóżdżenie absolutne? Kilka minut później zatrzymał się młody Amerykanin na motorze – był lekko zdziwiony, że poginam takie dystanse na piechotę, ale zrozumiał temat w kilka sekund i podrzucił mnie do Lamai, nadrabiając zresztą kilka kilometrów mimo, iż nie było mu to po drodze. Nawet nie przyszło mu do głowy naśmiewać się z targowania o jednego, czy dwa dolary. Może i Amerykanie bywają czasami zarozumiali i skrajnie bezmyślni, ale mają szacunek dla zasad i pewne rzeczy łapią wpół słowa. Przez Lamai przeszedłem na piechotę w pół godziny i dosłownie przy wyjściu na drogę zatrzymał się jakiś dźwig. Jadący nim robotnicy podrzucili mnie w okolice „viewpointu”, czyli prawie rzut beretem od Chaweng. Jeden z nich miał w kieszeni kombinezonu mały aparat (po co mu on?) i uczciwie odpracowałem jazdę kilkoma zdjęciami z każdym z nich. Kiedy już z ulgą szedłem te ostatnie dwa kilometry znów zatrzymał się jakiś młody, sympatyczny tubylec na skuterze – to się nazywa szczęście. Przy okazji jakieś 300 metrów przed skrętem z prawo do Chaweng, po lewej stronie jest „sklepo-knajpa”, gdzie można kupić najtańszą chyba wodę na wyspie – butelka 0.9l – 5 bathów. Taka sama w innych sklepach 10 -12 bathów, a tej wody idzie tu kilka litrów dziennie.

Kamila wróciła trochę ponad godzinę po mnie – też miała podobnego farta, mając dość wykłócania się z kierowcami tuk-tuków też złapała okazję, a raczej okazje złapały ją. Sama ferma dość ciekawa, choć oczywiście z typowym tu wynikającym z ignorancji bałaganem. Kamila zna się na motylach dość dobrze, widziała już sporo takich wystaw i od razu wyłapała kilka pomyłek w podpisach i kwalifikacji gatunkowej. Cóż, najwidoczniej układali je według kolorów...

3.07. NIEDZIELA

Ostatnie pół dnia na wyspie, a tu znów pogoda jak z bajki i najchętniej nie schodziłoby się z plaży. Szybko minął ten tydzień, odzwyczailiśmy się już od ciężaru plecaków, choć jednocześnie dość dobrze pamiętamy tych kilka kilometrów pod górę, jakie zrobiliśmy włócząc się po wyspie w poszukiwaniu hotelu, zupełnie jakby to było wczoraj. Teraz znów się zacznie, trochę przesadziłem ze słońcem i na samą myśl o zarzuceniu plecaka na poparzone plecy robi mi się gorąco.

Po 13-tej wynieśliśmy się z plaży, odebraliśmy plecaki z hotelu i tuk-tukiem (50 bathów) prawie przez całą długość wyspy pojechaliśmy na przystań promową. Łączony bilet do Surat Thani przez Don Sak – 180 bathów. Prom odpływa o 15.00 i ostatnią godzinę na wyspie spędzamy wpatrując się z zazdrością w tych, którzy dopiero tu przypływają.

Do Don Sak płynęliśmy półtorej godziny, mimo popołudniowego upału na krytym pokładzie było chłodno, ostry morski wiatr szalał niczym w tunelu aerodynamicznym, za to powieszone na poręczach ręczniki wyschły w kilkanaście minut.

Po wyjściu z przystani zapakowaliśmy się do oczekującego już autokaru i po godzinie jazdy, około 18-tej byliśmy w Surat Thani. Autokar zatrzymuje się po jakimś biurem podróży, gdzie poinformowali nas, że dziś już nie ma żadnych autokarów jadących na południe. Rozglądając się za hotelem dowiadujemy się, że w sąsiednim miasteczku ok. 15 km stąd jest dworzec kolejowy i jeszcze dziś na pewno powinien być jakiś pociąg. Para Tajów na skuterach za 10 bathów od łebka podwozi nas na dworzec autobusowy, skąd pojedziemy do dworca kolejowego. Autobus (22 bathy) powinien odjechać o 19-tej, ale daje znać o sobie typowa tutejsza niechęć do marnotrawstwa – czekamy jeszcze pół godziny zanim bus wypełni się przynajmniej do połowy i przed 21-ą jesteśmy na miejscu. Pociąg do Hat Yai niedaleko granicy malezyjskiej odchodzi 0.55. Kupujemy najtańszy bilet III klasy za 115 bathów (II - sypialna 240 bathów). Autobus z biura podróży w Surat Thani – 180 bathów.

Zostawiliśmy plecaki w dworcowej przechowalni (20 bathów) i cztery godziny oczekiwania na pociąg spędziliśmy włócząc się między okolicznymi sklepami „7/11”, a pełną komarów poczekalnią.

4.07. PONIEDZIAŁEK

Pociąg koszmarny, zdezelowany, syf i brud, drewniane ławki małe i niewygodne. I oczywiście klasyka gatunku – skład jest za stary by mieć klimatyzację, ale siedzące przy otwartych na oścież oknach tutejsze matrony podniecają się wystawianiem głów w czarną czeluść. Jedziemy przez lasy, czy jakieś pola, gdzie kompletnie nic nie ma, ciemno i głucho, a te mają miny jakby patrzyły w kalejdoskop wszystkich cudów świata. Cholera, czy one też nigdy nie jechały pociągiem, że przeżywają to wydarzenie jak szczur otwarcie kanału? Jeden z młodych tubylców z góry odpuścił sobie dyskusje z trzymającymi głowy za oknami matronami i wyciągnął z torby wełnianą czapkę, którą naciągnął aż po uszy na łysą głowę. Normalnie, na widok tubylca w wełnianej czapce na głowie, w kraju, gdzie temperatura rzadko spada poniżej 20 stopni parsknęlibyśmy śmiechem, ale teraz nie było nam za wesoło. Potworny przeciąg z kilku otwartych na przestrzał okien wyziębił nas w kilka minut mimo, iż okryliśmy się wyciągniętymi z plecaków polarami. Mając do wyboru awanturę lub cierpienie w milczeniu, tym razem wybrałem to drugie, tłumaczenie tym ...hmm... paniom, o co chodzi uznaliśmy za bezsensowne. Skoro nawet tubylec posługujący się tym językiem uznał to za bezcelowe, to co mówić o nas? Zresztą ... hmm... panie miały szczytowanie wręcz wypisane na twarzach, nigdy nie przypuszczałem, że trzymanie kilka godzin głowy za oknem jadącego nocą pociągu może człowieka wprawić w taką ekstazę. To pewnie lepsze, niż seks z Claudią Shiffer. Może sam kiedyś spróbuję? A może to jakieś krewne tych z Laosu? Przyłapałem się na modlitwach o choćby jeden słup stojący bliżej torów, niż zezwalają na to normy, ale niestety żaden z budowniczych trakcji nie złamał przepisów. Oto jak bezduszna litera prawa potrafi skrzywdzić człowieka...

Noc koszmarna, nie dość, że przewiało nas na wylot, to jeszcze pokąsały komary i inne świństwa, bo przez te otwarte okna naleciało sporo tego towaru. Świt przepiękny, choć chłodny – widok za oknami przypomina afrykańską sawannę. Panie śpią nadal z głowami na zewnątrz. Całą noc gapiły się w nieprzeniknioną czerń nocy, a świt przespały.

Po 6-tej byliśmy w Hat Yai, niedaleko granicy malezyjskiej. Bilet na pociąg sypialny II klasy do Kuala Lumpur kosztuje 500 bathów. Po tej nocy spędzonej na niewygodnych ławkach, pokusa była silna, ale już kilka minut po wyjściu z dworca, w pierwszym napotkanym biurze podróży stwierdziliśmy, że autokar będzie dużo tańszy. Ceny w kilku biurach różniły się znacznie, co skłoniło nas do dłuższych poszukiwań. Plecaki zostawiliśmy w przechowalni na dworcu (20 bathów) i po śniadaniu w „7/11” poszliśmy przebierać w biletach. Hat Yai to spore miasto, na szczęście w okolicach dworca kolejowego roi się od biur podróży, co oszczędziło nam wydatków na tuk-tuki. W końcu znaleźliśmy ofertę za 300 bathów – odjazd o 10.30.

Autobus luksusowy i w dodatku prawie pusty, oprócz nas tylko 6 innych osób. Nie ma komu majstrować przy klimatyzacji, po prostu raj. Po godzinie jazdy byliśmy na granicy, poszło nadzwyczaj szybko – oba posterunki w 20 minut, niewiele papierków do wypisywania, żadnego wściubiania nosa do portfeli, to tygrysy lubią najbardziej. Jak na powitanie wrażenie bardzo miłe, poza tym wspaniałe drogi i niewiarygodnie czysto. Zaraz za terminalem granicznym zatrzymujemy się w knajpie na obiad. Przygraniczne kantory nie oferują zbyt atrakcyjnego kursu – 3.6RM (ringit malezyjski) = 1$. Ceny trochę wyższe, niż w Tajlandii – za dość przeciętny obiad zapłaciłem 11RM. Kierowca informuje nas, że musimy popchnąć zegarki pół godziny do przodu.

Im głębiej wjeżdżamy w Malezję, tym bardziej autokar się zapełnia, a co za tym idzie klima rusza z kopyta. Znów staramy się przeanalizować tajniki tubylczej psychiki. Oni muszą mieć jakiś dodatkowy instynkt – zaraz jak tylko wchodzą do pociągu, czy autobusu, od razu działa imperatyw kategoryczny, prawie jak popęd seksualny. Jeszcze nie zdążyli posiedzieć minuty i zorientować się, jaka temperatura panuje w pomieszczeniu, ale już palce dostają erekcji i prosto w zawory klimy. Jestem pewien, że gdyby zobaczyli na pod siedzeniem banknot studolarowy, to i tak najpierw wyciągnęliby ręce w kierunku pokręteł nawiewu.

Polar i powolne oddychanie przez nos pozwalają jakoś to przetrzymać. Dochodzi 17-ta, widoki za oknami wspaniałe, Malezja może się podobać. Po jednej stronie autostrady jakieś miasto, a zaraz po drugiej góry, poszarpane skały z widocznymi wejściami do jaskiń na różnych wysokościach. Zachodzące powoli słońce razi w oczy i nie pozwala się lepiej przyjrzeć, ale i tak wrażenie jest niesamowite, tym bardziej, że ten krajobraz ciągnie się już prawie godzinę. 

W Kuala Lumpur budują wysoko i malują jaskinie

W Kuala Lumpur byliśmy kilka minut po 21-ej. Autokar zakończył trasę w Chinatown, gdzie znów czekał już na nas naganiacz, z hotelu Backpakers Travellers Inn. Ach te komórki. Kolejnego „Zygmunta” bym nie zdzierżył, ale ten hotel znaliśmy z przewodnika i należał do jednego z tańszych. Okazało się, że to sam właściciel zaszczycił na powitaniem – zaoferował dwójkę za 25RM (ok.6.5$). Spod niewielkiego placu, gdzie przybił autokar, do hotelu przy Jalal Sultan jest ze 200 metrów. Idąc za naszym przewodnikiem z trudem powstrzymywałem się od odwracania do tyłu, gdzie jakieś 2-3 kilometry dalej, spoza budynków wyłaniały się zakończone iglicami szczyty Petronasów.

Nasz hotel to trochę mniejsza kopia Chunking Mansions z Hongkongu. Pokój rozmiarów podwójnego łóżka, z wewnętrznym oknem na korytarz. Jest dosyć obskurny, a wygląda na to, że spędzimy tu przynajmniej ze trzy noce.

Pierwsza naprawdę niebezpieczna sytuacja „podbramkowa”, od razu na powitanie. Wyszliśmy z hotelu kilka minut po 22-ej, na krótki spacer po okolicy, tak nam się zdawało. Oceniając „na oko” odległość do Petronasów liczyliśmy, że najdalej w pół godziny podejdziemy do nich spacerkiem. Tymczasem ulice przypominały istny labirynt i choć to może niewiarygodne, ale po kilku zakrętach straciliśmy wieże z oczu. Inne budynki są dostatecznie wysokie, by w ciasnej i krętej zabudowie zasłonić nawet najwyższe(?) drapacze chmur świata. W dodatku, dosyć długa ulica w którą weszliśmy okazała się ślepa i dopiero klucząc po jakimś parkingu wydostaliśmy się na inną, prowadzącą do Chinatown, tę samą zresztą, którą tu przyjechaliśmy autokarem – była 23.30. Nagle podjechał do nas samochód, z którego wyskoczył facet około 40-ki. Kazał nam się zatrzymać, potem wrzeszczał, że jest z policji i mamy pokazać im paszporty. Jego dwaj kolesie wyglądali z auta przez uchylone drzwi po obu stronach tylnego siedzenia. Totalne pustkowie, ja tylko z Kamilą i ich trzech. Najgorsze było to, że w pierwszej chwili, nie byłem pewny, czy rzeczywiście są z policji – co prawda byli po cywilnemu, ale kto tam ich wie? Grając na zwłokę wysunąłem na chwilę paszport z kieszeni, zaraz potem chowając rękę z powrotem, ale tym razem już zaciśniętą ma rękojeści sprężynowego noża. Gdybym chociaż miał pewność, że na pewno nie są policjantami, to trafiłbym tego najbliższego raz a dobrze (mimo, iż sam schudłem już prawie z 10 kilo, różnica masy była raczej na moją korzyść), przyłożył nóż i użył gościa jako tarczy, ale bałem się, że jeżeli wystartuję z nożem do prawdziwego policjanta, to nie wyjdę z kryminału do końca życia.

Starając się utrzymać pozory wyluzowania poprosiłem go o pokazanie legitymacji. Facetowi to się nie spodobało, a jego koledzy również wyszli z samochodu. Jeżeli miałoby dojść do walki, to lepiej było nie prowokować ich za wcześnie, żebym sam mógł zdecydować o momencie ataku. Kamila zachowała się rewelacyjnie – zaczęła na nich wrzeszczeć, że nie są policjantami, tylko opryszkami i osiągnęliśmy cel. Facet machnął mi błyskawicznie przed oczami czymś, co prędzej mogło być biletem miesięcznym, albo kartą z wypożyczalni video, ale na pewno nie policyjną legitymacją i teraz sprawa była już jasna. Kamila nadal darła się na nich, ja stałem z ręką zaciśniętą na bezpieczniku noża już wyjętego z kieszeni. Przez kilkanaście sekund mierzyliśmy się wzrokiem i w końcu zrezygnowali. Krzyczeli, że zaraz sprowadzą radiowóz i nas aresztują, ale w końcu schowali się do samochodu. Odeszliśmy nie spuszczając z nich oczu, kiedy koło nas przejeżdżali, skręcili gwałtownie, jakby chcieli nas potrącić, ale zrobili to już chyba tylko na pokaz, zresztą krawężnik był na tyle wysoki, byśmy nie musieli się obawiać. Nie zatrzymali się już jednak i po chwili odetchnęliśmy z ulgą. Gdyby jednak zaatakowali, to przeciwko trzem nie obyłoby się bez użycia noża (chociaż wszyscy byli raczej mikrej postury), a czy byli uzbrojeni? Może lepiej, że się nie dowiedzieliśmy. Trzeba będzie jednak ograniczyć nocne spacery po tym mieście, choć zawsze mi się wydawało, że tu powinno być dosyć bezpiecznie. Cóż, to jednak nie Hongkong.

5.07 WTOREK

Noc nie była zbyt miła, godziny efektywnego snu mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki. Nie chodziło bynajmniej o rozpamiętywanie dramatycznych przeżyć z nocy. Nasz hotel jest tragiczny. Na nieszczęście mamy pokój zaraz przy jednej z najczęściej uczęszczanych łazienek na piętrze i jakby tego jeszcze było mało, zaraz przy drzwiach łączących korytarz ze schodami. Całą noc kręcą się tabuny dzikusów – głośne pogawędki i śmiechy w oczekiwaniu na swoją kolej pod prysznic lub do toalety, i jeszcze w promocji trzaskanie drzwiami. Jeżeli wychodzącemu z łazienki nie chciało się zgasić światła, to przez wysoki świetlik pod sufitem i poprzez liche zasłonki w naszym oknie wdzierało się do pokoju ostre światło rażąc w oczy. I tak przez pół nocy – uciszanie bezmyślnych wyjców i gaszenie po nich światła. Wiem, że decydując się na hotel tej klasy nie można oczekiwać warunków jak w Waldorf Astorii, ale jakieś minimum przyzwoitości i kultury obowiązuje chyba do kurwy nędzy? Na korytarzu jak byk wisi regulamin zakazujący hałasów po godzinie 22.00 i jeżeli już właścicielowi się chciało go napisać, to mógłby zapewnić jego egzekwowanie. Najgorsze były jakieś dwie młode anglojęzyczne idiotki mieszkające drzwi za nami – rechotały równie głośno, jak bezsensownie. I niestety wygląda na to, że takie zachowania są tutaj standardem. Najgorsze, że jak w końcu nie wytrzymam i zwymyślam któregoś z tych szympansów, to będą hałasować już czysto złośliwie – co jest gorsze: chamstwo bezmyślne, czy zaplanowane? A to ci wybór. Szlag jasny...

Po wyjściu na śniadanie upewniliśmy się, że ceny w Malezji są trochę wyższe, niż w Tajlandii. Tutaj też jest sporo sklepów „7/11” ale asortyment jest uboższy – żadnego stoiska z hot-dogami. Cola z automatów droższa (kubek 0.5l – 1.8RM), wszystko inne też jakieś 10% droższe. Do tutejszych specjałów serwowanych na prymitywnych ulicznych kuchniach nie mamy zaufania, bo i nie wygląda to zbyt apetycznie. W końcu trafiliśmy na jakąś cukiernię ze słodkimi bułkami, dobre i to. W najbliższej okolicy są dwa McDonaldsy, oddalone od siebie o góra 150 metrów – najtańszy zestaw kosztuje 7RM + 1RM za ewentualne powiększenie go do wersji max.

Pierwszą rzeczą jaką planowaliśmy zrobić, była wizyta w konsulacie tajskim i wyrobienie powrotnej wizy. Niedaleko naszego hotelu znajduje się stacja estakadowej kolejki LTR – Pasar Seni, skąd najłatwiej dostać się pod wieże Petronas i do tajskiego konsulatu (stacja Ampang Park). Cena biletu zależy od długości odcinka – od Pasar Seni do strefy „okołopetronasowej” – 1.6RM. Po wyjściu ze stacji Ampang trzeba minąć McDonalds’a i prosto jeszcze jakieś 200 metrów. W pawilonie przy McDonaldsie jest supermarket, w którym można kupić bardzo tanią wodę – 1.5l -1.2RM. Jak zwykle mamy „pe-cha” i spóźniamy się 5 minut – podania składa się 9.30 - 11.30.

Przystanek na piechotę do stacji KLCC (zaraz pod wieżami) i dopiero stamtąd kolejką z powrotem do hotelu. Jak się dowiedzieliśmy przy okazji, od godziny 8.30 można odebrać bezpłatne bilety wstępu na most pomiędzy wieżami – żeby się jednak załapać, najlepiej stanąć w kolejce już około 6-tej, bo chętnych nie brakuje, a wydają tylko kilkaset sztuk dziennie.

Po powrocie do Chinatown obiad w McDonald’s i autobusem miejskim (nr 11 lub 69 – 2RM) do jaskiń Batu. Autobusy odchodzą z okolic hali Central Market, a jedzie się około 40 minut na przedmieścia stolicy. Jadąc tym autobusem od razu zauważamy różnorodność etniczną i kulturową Malezji. Ten kraj to istny tygiel ras i kultur – Malaje, Chińczycy. Hindusi, Tajowie. Religią dominującą jest islam, ale wyznawcy innych mają pełną swobodę. Drugą najliczniejszą religią jest hinduizm, buddyzm, chrześcijaństwo i animizm to już margines. W okolicy jest kilka meczetów i szkół – nasz autobus pełen jest młodych dziewcząt z chustami na głowach i w biało – niebieskich mundurkach. W odróżnieniu od swoich rówieśnic z większości krajów arabskich, poza tymi chustami zakrywającymi włosy, chodzą ubrane dosyć swobodnie – obcisłe jeansy i bluzki z krótkimi rękawami.

Nie zabawiliśmy tam długo, było już po 15-tej i agresywne popołudniowe słońce utrudniało robienie zdjęć. Wspinając się po 272 stopniach prowadzących do jaskini schodów, warto uważać na dokazujące małpy. Schody są dosyć strome, a małpy niesforne, posiadanie przy sobie czegokolwiek do jedzenia i to na widoku, zdecydowanie niewskazane. Słońce powoli zachodziło i do wnętrza jaskini nie dochodziło za dużo światła. Bez statywu niewiele mam tu do roboty, na szczęście koło naszego hotelu jest spore targowisko, gdzie widziałem gościa z tym towarem.

Godzinę później byliśmy już w hotelu, kolacja w McDonaldsie, gdzie spotkaliśmy parę rodaków – studenci na praktykach w ramach wymiany. Na pobliskim pasażu handlowym można znaleźć dosłownie wszystko – ciuchy, podróbki zegarków Rolex, a także filmy na DVD – niektóre wydane tu jeszcze przed ich premierą kinową w Hollywood. Właściciel stoiska z akcesoriami fotograficznymi chyba zbytnio się przejął swoją rolą, bo wycenił odpowiadający mi statyw na kwotę wyższą, niż w firmowym salonie w Polsce. Kilkadziesiąt metrów dalej, przeciskając się w tłoku poczułam, jak ktoś dobiera mi się do zapiętej na rzepy kieszeni w spodniach, gdzie trzymałem paszport. Odruchowo machnąłem łokciem za siebie, a po odwróceniu się zobaczyłem kilku tubylców, ciągnących za fraki jakiegoś małolata trzymającego się za szczękę. Ciekawe, czy zabrali go na stronę, żeby wymierzyć mu karę własnoręcznie, czy też tylko ewakuowali, abym nie zdążył wezwać policji?

Nie zdążyłem tego przemyśleć, bo kilkanaście sekund później dostrzegłem w tłumie dwie znajome twarze – chłopaki, których poznaliśmy w hotelu „Wally house” w Bangkoku. Mała ta Azja jakaś... Dowiedzieliśmy się, że kiedy my wałkoniliśmy się na Ko Samui, oni robili to samo na malezyjskiej wyspie Perhentian, którą niesamowicie wychwalali – trochę drogo, ale przepięknie. Swoją drogą, to naprawdę niewiarygodne – żegnając się w Bangkoku nie planowaliśmy ponownego spotkania, tym bardziej, że ani oni, ani my nie mieliśmy jeszcze sprecyzowanych planów. Nawet zakładając, że większość trampów w Kuala Lumpur szuka noclegu w Chinatown, to i tak prawdopodobieństwo spotkania jest porównywalne z trafieniem szóstki w totka.

6.07. ŚRODA

Znów zarwana noc. Planowaliśmy wstać wcześnie i załatwić te wejściówki na Petronasy, a potem tajską wizę. Niestety, po całonocnej nerwówce z uciszaniem osobników o językach bardziej rozwiniętych od mózgów i gaszeniu świecącego w oczy światła, w końcu zaspaliśmy.

Śniadanie tym razem w tubylczej knajpie koło hotelu – duża sala podzielona między kilka kuchni i kilka tutejszych „szwedzkich stołów” z garnkami i miskami. Samemu nakłada się na talerz, potem kucharz na oko wycenia wartość posiłku. Trudno się przy tym powstrzymać od samodzielnego podliczania w myślach wartości swojego zamówienia (co jest utrudnione o tyle, że na żadnym garnku nie ma ceny) i chwilę później ten najbardziej ekscytujący moment – trafiłem, czy nie? Bezbłędnie. Kucharz wycenił mój talerz na 8RM, czyli tyle samo, ile ja z bólem w sercu. I pomyśleć, że w Polsce w podobny sposób politycy dokonują transakcji na miliardy złotych za pieniądze podatników. Zdecydowanie większe zaufanie mam do tutejszych kucharzy.

Skoro dziś nam nie wyszło z Petronasami, postanowiliśmy poszukać wrażeń na KL Tower, wieży widokowej. Znajduje się ona w sumie niezbyt daleko od Petronasów, ale trafienie do niej, to już wyższa szkoła jazdy. Wszystko przez dosyć pokręconą zabudowę miasta – prawie jak labirynt. Długie ulice – w dodatku niekiedy ślepe i ogromne tereny zamknięte dla ruchu, ogrodzone, należące czy to do luksusowych hoteli, czy jakichś publicznych instytucji. Wydaje ci się, że jesteś już dwa kroki od celu i nagle mur, musisz wracać kilometr, albo więcej i znów jesteś w punkcie wyjścia. KL Tower stoi jeszcze w dodatku na małym wzgórzu i jak się zorientowaliśmy prowadzi do niej tylko jedna droga. My bezskutecznie ponad godzinę staraliśmy się podejść do wieży od strony najbliższej stacji kolejki LTR - Masjid Jamek, tymczasem trzeba było kilometrami obejść wzgórze by trafić na jego przeciwległą stronę, przy hotelu Shangri La, skąd odchodzi mała uliczka pod górę. Na miejscu okazało się, że wstęp kosztuje 15RM. Zdecydowaliśmy się poczekać z tym do wieczora, panoramę miasta w ciągu dnia możemy zobaczyć za darmo z Petronasów – niestety łączący je most dostępny jest dla turystów tylko do godziny 17-tej. Patrząc po mapie, do Chinatown nie powinno być tak daleko i poszliśmy pieszo. Szybko jednak daliśmy sobie spokój (układ ulic na planie nijak miał się do rzeczywistego) wskakując do autobusu, którego kierowca potwierdził pożądany kierunek. Po 5 minutach jazdy byliśmy koło Central Market, rzut beretem od hotelu. Powoli zaczynam łapać topografię Kuala Lumpur. To zawsze jest taki męczący rytuał, kiedy przyjeżdżając do kolejnego wielkiego miasta trzeba się go uczyć boleśnie od zera – najpierw jest to lekko przerażające, potem już ta rutyniarska pewność, że najdalej po 3-4 dniach będę po nim śmigał prawie tak swobodnie, jak po Warszawie.

Po powrocie do hotelu poszedłem na targowisko przy McDonaldsie, gdzie odnalazłem gościa ze statywami. Tym razem spokorniał i sprzedał mi statyw za 40RM, ¼ poprzednio żądanej ceny. Obiad w tej samej knajpie (niedoszacowałem wartości swojego talerza o 0.5RM) i pod wieczór kolejką podjechaliśmy pod Petronasy, skąd kilka minut po 20-tej pomaszerowaliśmy w kierunku KL Tower. Obyło się już bez błądzenia, aczkolwiek dojście tam zajęło nam prawie pół godziny – ostatni bilet sprzedają o 21.30.

Totalne rozczarowanie, cały efekt popsuty przez palące się wewnątrz światła odbijające się od szyb, co ogranicza widoczność o połowę. Cholera, wywalili taką wieżę (276 metrów), a nie mogli sensownie rozplanować oświetlenia, aby nie dawało refleksów. Niby potrafią zaimponować rozmachem tych budowli, ale zawsze schrzanią cały efekt jakimś głupstwem. Zmarnowane 15RM.

Około 22.00 byliśmy z powrotem pod Petronasami, kręcąc się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś wysokiego budynku do którego dałoby się wejść, aby z jego szczytu złapać lepszy widok, ale bez rezultatów. Przy jednym ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z grupą pilnujących wejścia ochroniarzy – Gurkhów, niestety nie mogli nas wpuścić do środka i widać było, że jest im równie przykro, jak nam.

7.07. CZWARTEK

Znów zaspaliśmy przez te cholerne nocne hałasy. Ja już troszkę do tego przywykłem, ale Kamila ciągle bardzo źle to znosi. Zdążyliśmy na szczęście załatwić przynajmniej wizy tajskie – 100RM, odbiór jutro. Wcześniej musiałem zrobić zdjęcia do formularza (10 sztuk – 12RM) i kiedy się zobaczyłem na odbitkach o mało nie padłem. Zdawałem sobie sprawę, że schudłem, ale to co zobaczyłem na zdjęciu... Jeszcze mi tej wizy nie dadzą, bo pomyślą, że jakiś narkoman na wykończeniu, o cholera...

Wieczór dla odmiany w okolicach Merdeka Square i starego ratusza z czasów kolonialnych. To bardzo miłe miejsce, zachód słońca jest tu wspaniały. Potem postanowiliśmy przejechać się po mieście kolejką LTR, ale po 2 stacjach w tę i z powrotem porzuciliśmy ten zamiar – bilety są jednak dosyć drogie (od 1.2RM do 2.6RM – w zależności od trasy i linii obsługującej), a kierunek wybraliśmy niezbyt ciekawy – do stacji Pudu Star.

8.07 PIĄTEK

Ostatni dzień w Kuala Lumpur. O 7.30 wymeldowaliśmy się z hotelu (z pewną ulgą), za przechowanie bagaży pani w recepcji zażądała po 2RM. Skandal.

Punkt ósma byliśmy w Petronasach, biuro wydające bezpłatne wejściówki mieści się na poziomie „-1”, zresztą nie musieliśmy szukać długo, kolejkę widać było z daleka. Przed nami już jakieś 100 osób, ale powinniśmy się załapać.

Kilkanaście minut po 9-tej byliśmy na moście. Wszystko trwało raptem 10 minut, rotacja jest spora – kilkunastoosobowe grupy mijają się windami śmigającymi w dół i w górę, ale warto i bynajmniej nie tylko dlatego, że za friko. Mieliśmy „pe-cha” jak zwykle, bo w powietrzu wisiała lekka mgła, ale i tak widok z wysokości ponad 280 metrów jest ciekawy. Kuala Lumpur to dosyć nowe miasto, jeszcze 150 lat temu była tu tylko górnicza osada u zbiegu „dwóch rzek błota” jak tłumaczy się nazwę stolicy.

Najniższe kondygnacje Petronasów to olbrzymie centrum handlowe – setki sklepów i restauracji. Obiad w jednej z nich dosyć drogi – 11.5RM za wegetariańskie dania na zimno, nic ciekawego.

Kilka minut po 11-tej odebraliśmy nasze wizy i wróciliśmy do Chinatown, skąd autobusem nr 11 ponownie pojechaliśmy do jaskini Batu.

Warto tu zostać kilka godzin, wewnątrz panuje kojąca cisza, przerywana niestety co kilkanaście minut rozmowami nielicznych na szczęście turystów i pokrzykiwaniem małp dokazujących na schodach łączących obie części jaskini. Pierwsza jest w kształcie gotyckiej katedry (wysoka, z kilkoma mikroskopijnymi „świetlikami” w suficie) do której schodzi się kilkanaście stopni, a po jej drugiej stronie jest kilkadziesiąt schodów w górę, prowadzących do drugiej komory, mniejszej i bez dachu – taka gigantyczna studnia. Ponad godzinę bez przerwy łaziłem od jednej do drugiej, wpatrując się w ściany upstrzone niesamowitymi wzorami wykonanymi ręką natury. Dopiero, kiedy rozbolały mnie nogi zrozumiałem, że nie tędy droga – wystarczyło usiąść na ziemi kawałek za schodami prowadzącymi do wyjścia, by móc spokojnie wypatrywać rzeźb ukrytych w chaotycznym gąszczu tej pozornie bezsensownej plątaniny niesamowitych kształtów. Już po kilkunastu minutach na jednej ze ścian wypatrzyłem olbrzymiego potwora ze świńskim pyskiem, jakby siedzącego na tronie. Wystarczyła godzina, abym skompletował niezłą galerię starannie zamaskowanych postaci, które zazdrośnie strzegą swojej dyskretnej obecności.

Nie pokazują się tym rozwrzeszczanym grupkom tubylców lub białych, chaotycznie strzelających do siebie fleszami. Wygodna szybkość flesza upośledza jednak trochę zdolność postrzegania, mozolne ustawianie statywu do zdjęć na otwartej migawce wymaga większej koncentracji podczas komponowania kadru, tym samym zwiększa szansę na dostrzeżenie rzeczy ukrytych na drugim planie. Siedząc ponad dwie godziny na swoim miejscu nie zauważyłem, aby ktokolwiek patrzył w jedno miejsce dłużej, niż 10 sekund. Większość odwiedzających omiata ściany wzrokiem, niczym radarem o ustalonej prędkości skanowania, a to za krótko, by cokolwiek dostrzec. Czego tu nie ma, nad schodami prowadzącymi do drugiej sali, zza ściany wychyla się kowboj w kapeluszu z coltem gotowym do strzału, gdzieś indziej matka tuląca dziecko, para splecionych kochanków, obcy wcale nie gorszy od tego z Nostromo i jeszcze kilka innych postaci mogących być inspiracją dla Boscha lub Beksińskiego. Ale to widać dopiero po zatrzymaniu się na kilka minut w jednym miejscu i wsłuchaniu w ciszę, niestety czwórka aktualnie oglądających jaskinię skośnookich (Chińczycy? Japończycy?) dziewczyn i młodzieńców boi się ciszy. Właśnie zaczęli się bawić w badanie akustyki groty – pokrzykują ochoczo śmiejąc się z odpowiadającego im echa. Po kilku minutach tego koncertu nie wytrzymałem i podszedłem do jednej z dziewczyn pokazując jej palcem spoglądające na nią z dezaprobatą monstrum ze ściany. Ponad minutę pokazywałem jej kontury potwora, jej towarzysze załapali pierwsi i teraz już w ciszy zajęli się spokojnym wypatrywaniem kolejnych. Może jeszcze coś z nich będzie...

Miejsce jest przepiękne, ale niesamowicie oszpecone, po prostu kryminał. Oprócz tej głównej jaskini, nieopodal są jeszcze dwie pomniejsze, za wstęp do których Kamila zapłaciła kilka ringitów. Wróciła już po niecałej godzinie zniesmaczona i zaszokowana. Jaskinie nie były tak olbrzymie jak ta główna, ale i tak może byłyby całkiem – całkiem, gdyby nie jeden drobny szczegół – otóż całe, od podłogi, aż do sklepienia pomalowano jaskrawymi kolorami na olejno. Tutaj też trudno nie dostrzec śladów podobnego barbarzyństwa. Na tych przepięknie i misternie wyrzeźbionych skałach jakiś kosmiczny cymbał wymalował białą farbą prawie trzymetrową lamperię zakrywającą naturalne kolory skał wywołane działaniem wody i mchem w różnych odcieniach zieleni. Zaraz w wejściu, przy wiodących do sali „katedralnej” schodach postawili koszmarny kiosk – sklepik, z niemożliwie tandetnymi pamiątkami. Czy nie można było tego potworka postawić przed jaskinią, na dole? Ale to i tak jeszcze nie wszystko, bo prawie wszystkie kąty jaskini zaśmiecone są (dosłownie) jakimiś ceglanymi rupieciarniami. No i te ohydne stalowe poręcze dzielące główną komorę.

Zaraz przy schodach łączących obie części jaskini straszy stalowy szkielet jakiejś bramy z drucianą siatką. I na co to komu? Koszmar. Wiem, że jest to miejsce hinduskiego kultu religijnego – na przełomie stycznia i lutego odbywają się tu widowiskowe ceremonie, podczas których tysiące wyznawców dla odbycia pokuty kaleczą swoje ciała i wciągają tu na wbijanych w skórę hakach rydwany – ołtarze, ale czy teraz, kiedy już jest po wszystkim, nie mogliby uprzątnąć tu trochę i pochować te niezbyt estetyczne organizacyjne rekwizyty? Zeszpecić takie piękne miejsce i cud natury – te poręcze i ceglane rupieciarnie można by jeszcze jakoś usunąć i posprzątać, niestety zamalowane na biało fragmenty ścian są już chyba zniszczone bezpowrotnie, nawet jeżeli udałoby się zmyć tę farbę, to i tak pozostanie po niej nienaturalne przebarwienie. Co za skończone osły... Dobrze, że przyjechaliśmy tu teraz, bo kto wie, jak będzie wyglądało to miejsce za dwa, albo trzy lata? Może jakiś „geniusz” wpadnie na pomysł pomalowania całej jaskini, na podobieństwo tych, które widziała Kamila? Udoskonalą, pomalują na krzykliwe kolory, co trzeba wyrównają i obłożą kafelkami, będzie „gites tenteges”. Po tym co tam zobaczyła, Kamila twierdzi, że to wcale nie musi być ponury żart. Zresztą te schody wewnątrz też są...

Nie zdążyłem dokończyć, bo jakaś młoda tubylka właśnie wywinęła na nich orła. Schody łączące obie części jaskini są dosyć wysokie i strome, a stopnie wąskie. Dziewczyna schodziła sobie nonszalancko, oglądając się za siebie w stronę swoich przyjaciół i nie zauważyła małpy siedzącej nieopodal na poręczy. Kiedy ta się spłoszyła z wrzaskiem, dziewczyna straciła równowagę i zrobiła kilka pełnych fikołków po betonowych schodach. Wyglądało to strasznie, bo zleciała z 5-6 metrów, raz po raz uderzając głową i myśleliśmy, że skręciła kark. Na szczęście kiedy ją podnieśli, zdołała się utrzymać na nogach i chyba nic poważnego się jej nie stało. A wracając do tych schodów, oprócz tego, że lepiej na nich uważać, to pomalowane są w Samoobronę, czyli biało – czerwone pasy, co też pasuje do całości, jak siodło do krowy. Hinduizm ma tendencję do nadużywania kolorów przy ozdabianiu swoich świątyń, ale czym innym jest wypacykowanie budowli będącej dziełem własnych rąk, a czym innym zeszpecenie takiego cudu natury. Kończę, bo się wścieknę...

Powrót do Chinatown zajął nam trochę więcej czasu. Jaskinię opuściliśmy około 17.30, a pod hotelem byliśmy po 19-tej. Wszystko przez straszne korki po drodze, zamiast pół godziny – półtorej. Nasz hotel organizuje transport do Singapuru, lub przygranicznego miasta Johor Bahru. Z uwagi na 6RM różnicy wzięliśmy bilety do J.B – 24RM. Zresztą nocleg w Singapurze może być za drogi, lepiej zakwaterować się w Johor. Nasz autokar startuje o 23.00, na miejscu będziemy „rano”, choć nie wiadomo dokładnie o której, bo nasza pani (jaka tam pani, kilkunastoletnia smarkula) z recepcji sprzedająca nam bilety sprawia wrażenie, jakby robiła łaskę, że w ogóle żyje. Ożywiła się na chwilę, kiedy zażądała zapłaty za „zgubiony” numerek od przechowalni plecaków. Gdy się jednak okazało, że ma go już w zeszycie, całkowicie odmówiła jakiejkolwiek współpracy. Z tego co pamiętam, Malezja nie doświadczyła komunizmu, więc skąd u niej takie nawyki? Tylko im dać d...krację, to Partia Buców i Nierobów wygrałaby każde wybory (jak wszędzie zresztą), dobrze że tu jest jeszcze w miarę rozsądny król, a władza niższego parlamentu jest symboliczna. Zapomniałem napisać, że litr benzyny kosztuje tu niecałe 2RM, czyli jakieś 55 centów. Bez komentarza. 

Singapur - państwo jak z Korwina...


9.07. SOBOTA

Tutejsi kierowcy zaczynają nam ostro podpadać. Kiedy sprawdzali bilety przed wyjazdem, ze trzy razy pytałem, o której będziemy w Johor – bo tam, jak bilet wskazuje wysiadamy i za każdym razem słyszałem uspokajające: OK, OK. Nie mówili po angielsku, więc nie mogłem wytłumaczyć, o co nam chodzi. Optymistycznie myślałem, że w ten sposób dosyć jasno i wyraźnie dałem do zrozumienia, gdzie chcemy wysiąść i gdybyśmy jednak zaspali, to któryś z kierowców litościwie wywali nas z autokaru w odpowiednim momencie. Obudziliśmy się około 3-ej nad ranem, już pod terminalem granicznym, kiedy kierowca polecił pasażerom przygotować paszporty. Ręce, nogi i członek opadają. Przygraniczny most ma ponad kilometr, niestety nie zdążyłem się rozejrzeć, jak daleko stamtąd do miasta, które minęliśmy. Jeden z kierowców powiedział nam, że most wychodzi wprost na Johor. Jest zdziwiony naszą irytacją – przecież zrobili nam przysługę podwożąc za darmo dalej. Planowaliśmy zostawić plecaki w jakimś hotelu w Johor, teraz figa z makiem. Autokar minął już punkt kontrolny i mamy wybity wyjazd z Malezji. Chcieliśmy wrócić, ale celnicy nie spodziewali się już chyba żadnych petentów i zamknęli swoje okienka na cztery spusty. Pozostało tylko iść dalej do terminalu singapurskiego.

Punkt odpraw Woodlands robi wrażenie, teoretycznie wygląda jak tysiące innych tego typu obiektów, różnica polega na ilości uzbrojonych w długie automaty wartowników w „australijskich” kapeluszach, którzy stoją dosłownie co kilka metrów. Nawet nie patrzymy w kierunku tablic ostrzegających, że za przemyt narkotyków grozi kara śmierci. Właściwie nie mam nic przeciwko KS-owi, ale czy za przemyt narkotyków też? Co kraj, to obyczaj. Przekładając klisze do podręcznego plecaka odruchowo przetrząsamy wszystkie zakamarki, w końcu plecaki leżały bez kontroli kilka godzin w hotelowej przechowalni, a co najmniej kilka osób słyszało jak pytaliśmy o bilety do Singapuru, kto wie, czy komuś nie przyszedł do głowy jakiś „dowcip” – „bo na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość przezorności...”.

Z terminalu wyszliśmy kilka minut przed piątą, było jeszcze ciemno. Pół godziny latałem po nielicznych okolicznych pawilonach poszukując kantoru. Wreszcie znalazłem jeden niedaleko przystanku autobusowego – 1$=1.8$S (dolara singapuskiego). Z przystanku wsiadamy w autobus 913 (wskazany przez jednego z oczekujących na przystanku młodzieńców) jadący do stacji kolejki MTR „Woodlands”. Powtarza się sytuacja z Hongkongu – nie mamy drobnych, aby zapłacić kierowcy za bilet. Nowoczesny i czysty autobus nie jest o tej godzinie zbytnio zapchany, ale z naszymi plecakami przeciskamy się z trudem. Przejechaliśmy już ze dwa przystanki na gapę, a tu nikt nie ma rozmienić banknotu 10$S. Jazda bez biletu w kraju, gdzie za rzucenie papierka na ulicę grozi kilkaset dolarów grzywny to zdecydowanie nie najlepszy pomysł i zamierzamy wysiąść na najbliższym przystanku. Niespodziewanie, młody facet którego kilkadziesiąt sekund wcześniej pytaliśmy o drobne na wymianę, podszedł do kierowcy i zapłacił za nas 2 x 0.9$S. Okazało się, że miał tylko 3$S drobnymi – kiedy zaczęliśmy szukać luźnych dolarów amerykańskich, aby oddać mu za bilety tylko się roześmiał i na pożegnanie wcisnął mi ostatniego pozostałego dolara singapurskiego. Deja vu. Teraz już wiem, dlaczego tak lubię Hongkong i Singapur – nie chodzi przecież o te grosze, bo nie jesteśmy żebrakami, po prostu daje to obraz życzliwości i uprzejmości mieszkańców. Zawsze chętni do pomocy, szczęśliwi, zadowoleni z siebie i dumni ze swojego kraju – patrząc na nich trudno nie odnieść wrażenia, że jedynymi problemami z jakimi się zmagają, są co najwyżej rozterki sercowe.

Na stacji kolejki MTR kupiliśmy bilety do stacji Tanjong Pagar (przez całą długość wyspy) – 2.5$S, skąd kwadrans na piechotę do dworca kolejowego. Pytaliśmy o przechowalnię bagażu na stacjach kolejki miejskiej, ale bezskutecznie, stąd kurs na dworzec kolejowy. Jazda tą estakadową kolejką przez całą wyspę to najlepszy sposób na obejrzenie wyspy. O ile centrum Singapuru składa się głównie z drapaczy chmur, to reszta wyspy daje odpocząć od wielkomiejskiej atmosfery. Gdzieniegdzie normalne bloki mieszkalne (niezbyt wysokie, tyle że zadbane) i dużo zieleni, niekiedy parki przypominają pola golfowe, niewiarygodne, że na tej niewielkiej wyspie mogą być takie puste przestrzenie.

Trochę inaczej wyobrażałem sobie ten dworzec kolejowy – stacje kolejki miejskiej to esencja nowoczesności, podczas gdy tu stary budynek na uboczu – powycierane kafelki, olejne lamperie, stare i wypaczone drewniane drzwi, ani śladu komputerowych tablic i innych elektronicznych gadżetów, którymi to państwo – miasto imponuje, nic tu się chyba nie zmieniło od dnia otwarcia. Wygląda jak przeciętny prowincjonalny dworzec w Indiach. Ten jest stacją końcową dla pociągów kursujących między Bangkokiem, a Singapurem. Przechowalnia bagażu jest troszkę improwizowana (skromne pomieszczenie koło toalet, które na pewno nie było zaprojektowane w tym celu), za cały dzień zapłaciliśmy po 3$S.

Pierwsze pół dnia spędziliśmy w centrum, czyli okolicach stacji Raffles Place. To miejsce ma swój niepowtarzalny urok, niby drapacze chmur na całym świecie są takie same, a z tego typu wielkimi miastami jest jak z obrazami impresjonistów – najlepiej podziwiać z daleka. Po wejściu między wieżowce lądujemy najczęściej w syfiastych, brudnych uliczkach, pełnych tratujących się w pośpiechu ludzi. Tu jest zupełnie inaczej. Sterylna czystość i dla odmiany prawie pusto, a pogoda tym razem jest wspaniała – słońce i błękitne niebo bez jednej chmurki, co podkreśla jeszcze bajkowość tego miejsca. Jeżeli ktoś zmęczy się już spoglądaniem w górę na szczyty wieżowców, może podziwiać „amsterdamski” krajobraz po jednej stronie Singapore River uchodzącej do Marina Bay. Niskie, kolorowe segmenty mieszczące restauracje i sklepy przypominają do złudzenia Amsterdam. Rzekę przecina kilka mostów, niestety ten z którego rozpościera się najlepszy widok jest zamknięty dla ruchu. Spacerując tu już jakąś godzinę zauważyliśmy nadzwyczajną(?) aktywność funkcjonariuszy tutejszych resortów siłowych – wszędzie pełno wojska i policji, kilka ulic i mostów zamkniętych dla ruchu, żołnierze uprzejmie, ale stanowczo pokazują drogę obejścia zamkniętych rejonów. Wygląda to na przygotowanie do jakiegoś święta, tylko nie bardzo wiem jakiego – National Day będzie dopiero za miesiąc, a żaden z policjantów niższej szarży nie mówi po angielsku.

Po obejrzeniu hotelu Raffles (ten słynny tutejszy koktajl sobie odpuściliśmy ze względu na cenę – 18$S) obiad w małej knajpce koło hotelu – zupa i kurczak w jarzynach z makaronem – 6$S. Zaraz po tym obiedzie nadzialiśmy się na McDonaldsa, gdzie z ciekawości sprawdziliśmy ceny, i miłe zaskoczenie – porównywalne do Malezji, najtańszy duży zestaw 5.5$S. W sklepie sieci „7/11” promocja, za 1S$ dostajemy litrowy kubek colowego sorbetu, w którym tak rozsmakowaliśmy się w Tajlandii. Im dłużej porównuję tutejsze ceny z naszymi, tym niebezpieczniej podnosi mi się poziom adrenaliny – są takie same lub niekiedy nawet dużo niższe – niektóre produkty spożywcze i artykuły przemysłowe. Niby już w Polsce, nie ruszając się z domu wiemy o pewnych rzeczach, że tutaj jedne z najniższych podatków na świecie, ogromna konkurencja, minimum regulacji i ingerencji rządu w gospodarkę – słowem państwo jak z Korwina, podczas gdy u nas dożynana coraz wyższymi podatkami „europejska, społeczno – syndykalistyczna gospodarka pseudorynkowa” opleciona tysiącami zbędnych, pasożytniczych urzędów, spółek skarbu państwa i publicznych funduszy „do spraw rozwoju”, czy „rozboju” – już nawet nie pamiętam. Dopiero kiedy doświadczam porównania na własnej skórze, wszystko to dociera do mnie jeszcze boleśniej. Przypominają mi się fragmenty piosenki Kazika – no i coście skurwysyny uczynili z ta krainą...

A propos, przy hotelu Fullerton tablica pamiątkowa poświęcona mieszkającemu tu kiedyś Josephowi Conradowi, czyli Józefowi Konradowi Korzeniowskiemu (poddany królowej angielskiej polskiego pochodzenia – pisarz, marynarz, podróżnik, przemytnik i awanturnik, zwycięzca kilku pojedynków) odsłonięta przez ... a jakże – Aleksandra Kwaśniewskiego, który po powrocie stąd do Polski nadal wciska maluczkim, modlącym się do niego idiotom kity o wyższości „modelu soc-europejskiego” nad „dzikim kapitalizmem”, oraz „nigdzie nie udowodnionej zależności między wysokością kar, a poziomem przestępczości” i wynikającej stąd konieczności „tolerancji” dla bandytów. Ciekawe, dlaczego sam nie sprawdził tu tych swoich „mądrości” popełniając choćby najdrobniejsze przewinienie – czyżby jednak bał się, np. obowiązującej tu publicznej chłosty? Oprócz kary śmierci za najcięższe przestępstwa (m.in. zabójstwo i przemyt narkotyków) i naprawdę drakońskich kar finansowych za najdrobniejsze nawet akty wandalizmu i zakłócania porządku, publiczna chłosta to jedna z najpopularniejszych tutaj kar. No tak, ale tu przecież panuje średniowieczne zacofanie, podczas gdy my bohatersko w awangardzie postępu. Demokracja... nieograniczona władza ignorantów manipulowanych przez garstkę szarlatanów. Szlag jasny.

Poznany w okolicach Merliona Rumun zachęca nas do odwiedzenia Sentosy – pobliskiej wysepki, będącej ulubionym miejscem wypoczynku mieszkańców Singapuru. MTR-em do stacji Harbour Front, skąd pakujemy się do autobusu, jak się okazuje darmowego, którym po 20 minutach dojeżdżamy na wyspę. Pomiędzy poszczególnymi dostępnymi tam atrakcjami kursuje kilka lokalnych linii autobusowych oznaczonych kolorami. Zdecydowaliśmy się na Underwater World aquarium – 20$S. Dosyć długi, kilkudziesięciometrowy zatopiony częściowo przeszklony tunel daje jakie – takie złudzenie suchego nurkowania. Szkoda tylko, że nie jest to jeden zbiornik, a kilka oddzielnych, aby zapewnić separację żyjących tam gatunków – istnienia niektórych okazów nawet nie podejrzewaliśmy. Największe wrażenie zrobiły na nas ryby w kolorze srebrny/złoty metalic wyglądające jak spłaszczone ludzkie czaszki (tylko trochę większe) – prawdopodobnie drapieżniki i wyglądają naprawdę makabrycznie. Ruchomy chodnik wewnątrz tworzącego okrąg tunelu wymusza cofanie się co kilkanaście sekund – trochę przesadzają z tym luksusem.

Po wyjściu z aquarium podjechaliśmy do innego miejsca, na występ tresowanych delfinów albinosów. Tym razem już totalne rozczarowanie, aż trudno uwierzyć, że w tym miejscu, gdzie wszystko jest nastawione na dążenie do doskonałości odstawili taką partaninę. Zamiast przyzwoitego basenu o dobrej widoczności, małe jeziorko – bajorko o zamulonej wodzie, przezroczystość porównywalna do smoły. Delfin zanurzył się na 10cm i tyle go widzieli. Aby cokolwiek zobaczyć, trzeba było zostawić swoje krzesło i po chwili wszyscy tłoczyli się przy brzegu. Niewiarygodne, widziałem ciekawsze delfinaria w państwach dużo biedniejszych od Singapuru. Cóż, gdyby świat był tak 100% logiczny, to można byłoby umrzeć z nudów...

Po powrocie z Sentosy, wieczór spędziliśmy spacerując po Chinatown, a potem do późnej nocy kręciliśmy się jeszcze między wieżowcami w centrum. Przy okazji lekkie spięcie – Kamila zapomniała wymienić US dolary na singapurskie i zapowiada się, że nie zdążymy na ostatnią kolejkę MTR do dworca kolejowego. Mieliśmy do północy być już na terminalu granicznym, tymczasem dopiero po jedenastej wskoczyliśmy do kolejki na stację Tanjong Pagar, w okolicy dworca kolejowego. Przechowalnia była już zamknięta i musieliśmy czekać kilka minut, aż ktoś znajdzie klucz. Na szczęście zdążyliśmy jeszcze na ostatni pociąg do stacji Woodlands. Jesteśmy potwornie zmordowani, od dworca kolejowego do stacji MTR jest jednak spory kawałek, poza tym mamy porządnie w nogach tych kilkanaście godzin latania po Singapurze. Szkoda, że byliśmy tu tylko jeden dzień, bo ta niewielka wyspa zasługuje co najmniej na drugie tyle, ale niestety nie jesteśmy „jednostkami budżetowymi” i w przeciwieństwie do rządu nie możemy sobie pozwolić na deficyt. Na szczęście Kamila jest tak zachwycona tym podwodnym akwarium, że nawet nie wypomina mi tego morderczego, całodziennego maratonu po wielkim mieście. 

Z powrotem w Malezji i znów na wyspie

10.07 NIEDZIELA

Autobusem 913 do terminalu granicznego i pół godziny później, kilka minut po 1-ej wchodzimy na most do Malezji. Spod terminalu są jakieś autobusy do Johor Bahru, ale nie chciało nam się czekać i płacić za ten kilometr z kawałkiem. Johor rzeczywiście zaczyna się zaraz za mostem i bez problemów trafiamy na główną ulicę. Poszukiwanie hotelu kończy się fiaskiem, jest ich tu co prawda kilka, ale ceny wprost niewiarygodne – od 80 RM za pokój. Jest już prawie pół do drugiej w nocy, ale miasto nie śpi. Na głównej ulicy, przy kawiarnianych stolikach bawią się (i to ostro) spore grupki mężczyzn. Piją wyczynowo niemal jak rodacy i są bardzo głośni, a kręcąc się wkoło z naszymi plecakami coraz bardziej zwracamy na siebie uwagę. W sklepie „7/11” spotykamy młodego Angola, który informuje nas o tanim hotelu w jakimś wysokim budynku na końcu ulicy. Kiedy tam doszliśmy, gmach wyglądał na wymarły. W pobliskim sklepiku potwierdzili, że jakiś hotel tam jest, ale o tej godzinie recepcja już jest zamknięta. Weszliśmy mimo to do środka, budynek był już ostro wysłużony, prawie rudera. Hotel podobno mieścił się na 13 piętrze, gdzie wjechaliśmy dużą kilkunastoosobową windą. Zaraz po wyjściu na korytarz usłyszeliśmy krzyki. Oczywiście, ani śladu żadnej recepcji, za to coraz intensywniejsze odgłosy jakiejś awantury. Nie zdążyliśmy schować się z powrotem do windy (odjechała), nagle otworzyły się drzwi w korytarzu i wyleciało z nich jakieś stworzenie w samej bieliźnie, dosyć skąpej zresztą.

Z rysów twarzy i wylewających się z koronkowego biustonosza piersi wynikało, że powinna być to kobieta, ale jeden rzut oka na dolną część bielizny z dosyć sporą wypukłością niespotykaną raczej w tym miejscu u większości kobiet (w każdym razie tych, z którymi miałem do tej pory do czynienia) zachwiał moją pewność, co do płci owego osobnika. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy prawdziwego „tranzystora” i to w jak najbardziej naturalnym środowisku. Nie zdążyliśmy się nadziwić, bo chwilę później wybiegł za nią/nim jakiś facet i chyba raczej nie spodziewał się, że nas tu zobaczy. Odruchowo zacisnąłem pięści, ale na szczęście gość nie wykazywał złych zamiarów. Zapytał, co tu robimy, a potem wyjaśnił nam, że recepcja jest gdzie indziej i niepotrzebnie się trudziliśmy, bo o tej godzinie nic już nie załatwimy. Założył koszulę i zaproponował, że pokaże nam inny hotel niedaleko. Nie bardzo mieliśmy ochotę na jego towarzystwo – baliśmy się, że po zaprowadzeniu nas w miejsce, które niekoniecznie musi nam przypasować, może nas molestować o kasę za pomoc. Jednak facet z góry powiedział, że nie chce żadnych pieniędzy, a nie powinniśmy się szwendać nocą po tym mieście, bo nie jest to zbyt bezpieczne. Obserwując towarzystwo pijące na ulicach i różnorodność tutejszego sektora erotycznego, w to akurat byłem skłonny uwierzyć. Różnica między Singapurem, a Johor Bahru jest porażająca, to jak granica innych cywilizacji, niewiarygodne, że te dwa światy dzieli zaledwie kilka kilometrów. Kiedy zjeżdżaliśmy z facetem windą, ta zatrzymywała się tym razem dosłownie co kilka pięter, a wchodzący do niej tubylcy przyprawiali mnie o kolejną porcję adrenaliny i mimowolne napinanie mięśni. Szczególnie jeden, z kilkoma bliznami na twarzy – włos zmierzwiony, wzrok dziki, suknia plugawa... (co za postać – to nie postać, to posiedzieć...). Musi tu być niezła mordownia.

Okazało się, że facet pokazał nam jeden z hoteli, który już wcześniej sprawdzaliśmy (bezskutecznie) i po krótkiej naradzie postanowiliśmy przesiedzieć noc w jednej z knajp. Właściciel, muzułmanin był dosyć miły i nie naprzykrzał się z zamówieniami. Porozmawialiśmy kilkanaście minut, okazało się że pochodzi z Kannyakumari na południu Indii, więc znaleźliśmy kilka wspólnych tematów.

Rano, kilka minut przed szóstą właściciel pokazał nam przystanek miejskich autobusów do dworca Larkin – pół godziny jazdy, 1.9RM. Postanowiliśmy pojechać na Perhentian, wyspę na wschodnim wybrzeżu Malezji, tuż przed granicą tajską, polecaną przez chłopaków podczas naszego niespodziewanego spotkania w Kuala Lumpur. Przed nami jakieś 500 km. jazdy do Kota Bharu, niestety autobus odjeżdża dopiero o 20.00 (45RM). Oznaczałoby to trzecią z kolei noc spędzoną na siedząco zamiast w łóżku, to już troszkę ponad nasze siły. Postanowiliśmy jechać od znajdującego się mniej – więcej w połowie drogi Kuantan (23.8RM) licząc, że stamtąd znajdziemy jakiś transport dalej. Autobus powinien odjechać o 9.30, ale dyspozytorzy nie traktowali swoich obowiązków zbyt poważnie. Stanowiska odpraw są co prawda ponumerowane, ale rozłożone dosyć chaotycznie, poza tym autobus spóźniał się ponad godzinę. Okazało się przy tym, że nie jedzie jeden, ale co najmniej dwa, a dyspozytor upychał pasażerów do autobusu według dosyć kumoterskich kryteriów. Do pierwszego, wyglądającego dosyć solidnie i komfortowo nie udało nam się dostać, chociaż byliśmy jednymi z pierwszych oczekujących na stanowisku. Kilkanaście minut później podjechał drugi, ale gruchot straszliwy. Kierowca z miną kelnerki z „Misia” Barei pokazał nam luk bagażowy – syf niesamowity, kałuża oleju rozlanego z odkrytego i pełnego w ¾ wiadra. Kiedy postanowiliśmy zabrać plecaki do środka, okazało się, że fotele z naszymi miejscami różnią się trochę od pozostałych – mniejsze, wyrwane z podłogi i kiwające się na wszystkie strony, no i oczywiście zionąca nad nimi ostro klima z powyłamywanymi klapkami. Pierdolca można już dostać z tą klimą (jeżeli kiedyś trafię do czubków, to na 100% z tego powodu), autobus wygląda jak poradzieckie koszary, ale klima musi pracować na maxa. Nie wytrzymałem i odebrałem z kasy pieniądze za bilet. Postanowiliśmy jednak zaczekać do 20.00 na ten bezpośredni do Kota Bharu.

11.07 PONIEDZIAŁEK

Znów to samo, naprawdę można z nimi ocipieć. Biały pasażer trafia się tam raz na tysiąc, więc wszyscy z kierowcą na czele wypytują się dokąd jedziemy i kilka razy wymieniamy nazwę Kota Bharu. Pół do szóstej rano budzimy się pod granicą tajską, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Zawsze wydawało mi się, że natura wyposażyła homo sapiens w możliwość artykułowania różnorodnych dźwięków umożliwiających porozumiewanie się kodem rozbudowanym po to, aby łatwiej przekazywać sobie myśli, nawet te bardziej skomplikowane, niż nazwy miast. Czy natura nie jest jednak zbyt rozrzutna?

Kilkanaście minut później złapaliśmy inny autobus jadący od granicy – 2.7RM i po godzinie byliśmy w Kota Bharu. Jest to jedyne miasto w Malezji, gdzie 99% większość stanowią muzułmanie. Wszyscy przypadkowo poznani pasażerowie na dworcu w Johor ostrzegali nas przed tym miastem – podobno tutejsi muzułmanie zaczynają się burzyć i ostatnio głośno tu było o jakichś terrorystycznych ekscesach, na tle oderwania się od reszty kraju.

Autobus zatrzymał się w centrum miasta i po kilku minutach błądzenia z mapką znaleźliśmy hotel Backapkers Lodge Two – 20RM za dwójkę bez łazienki. Podczas prysznico – prania zwracam uwagę na kolor wody, lekko żółtawy. Tajemnica wyjaśniła się, kiedy wszedłem na dach, aby rozwiesić pranie. Zajrzałem do mieszczącego się tam zbiornika i włos mi się lekko zjeżył na głowie i nie tylko. Zbiornik miał wymiary trzy metry na trzy i wysoki na jakieś dwa. Był niczym nie przykryty, a kafelki wewnątrz pokryte kilkumilimetrową warstwą grzyba i pleśni, do tego pływające liście, owady, kawałki gałązek i wszystko inne, co mogło być przyniesione przez wiatr. Zbiornik znajduje się dokładnie nad pionem łazienkowym, a rury prowadzące z niego nie pozostawiały wątpliwości, skąd pochodzi nasza woda. I pomyśleć, że jako dziecko bałem się zastrzyków i szczepionek...

Kota Bharu nie jest jakimś szczególnie ciekawym miastem, to tylko baza wypadowa na pobliskie wyspy, poza tym upał był niemożliwy (skóra dosłownie piekła mimo, iż mieliśmy już na ciele kilka warstw opalenizny) i staraliśmy się ograniczyć ilość spacerów. Zakupy najlepiej robić w pobliskim supermarkecie Mydin – trafiliśmy na kilka promocji: woda1.5l – 0.7RM, duży chleb tostowy – 2.4RM, rogaliki z czekoladą – 0.5RM, słoik dżemu – 4.5RM. Wyładowani żarciem jak wielbłądy wróciliśmy do hotelu – to zapas na kilka dni, które mamy spędzić na Perhentian, podobno nie ma tam za dużo sklepów i jest dosyć drogo. Przy okazji zapoznaliśmy się z tutejszą siecią fastfoodową, taki muzułmański odpowiednik McDonalds’a – stanowczo dużo gorszy i droższy – wolałbym jednak wydać te 9RM u Amerykanów.

12.07 WTOREK

Bilet powrotny na wyspę (prom) kosztuje 40RM (do nabycia w każdym hotelu) i odchodzi o 9.30 i 15.00. Jest jeszcze kilka innych, ale droższych i szybszych. Przystań leży kilkadziesiąt kilometrów od Kota Bharu i trzeba znaleźć kogoś, aby wspólnie wynająć taxi. Nie jest to trudne, gdyż większość gości to biali lub Japończycy, udający się stąd na wyspę. O 8.00 rano wychodzimy z hotelu i z parą poznanych przy recepcji Kanadyjczyków pakujemy się do czekającej taksówki – 7RM od łebka. Na przystani okazuje się, że trzeba jeszcze dopłacić 5RM jakiejś opłaty „ekologicznej” bo Perhentian wchodzi w skład parku narodowego.

Łódź jest strasznie stara, trzeszczy i kołysze dość mocno, trudno mi się pisze, ale trzeba nadrobić dwudniowe zaległości...

Kompletna porażka. Chłopaki roztaczali przed nami wizję bajecznych plaż, z krystalicznie czystą wodą i drobniutkim piaskiem, a tu tymczasem other way of round... Są tam dwie wyspy – mniejsza i większa, radzili nam wybrać Long Beach, na mniejszej. Owszem, z łodzi wyglądało to bajecznie, ale kiedy wylądowaliśmy na brzegu miny trochę nam zrzedły. Kompletny śmietnik, plaża roi się od turystów i to hołoty w najgorszym gatunku – dosłownie na naszych oczach młoda paniusia, jakiś papierek po ciastkach i skórkę od banana – ciach – prosto w wodę, do pływającej już bogatej kolekcji petów, foliowych reklamówek i puszek. Przy okazji mnóstwo zanieczyszczeń naturalnych, woda lekko zielonkawa od glonów, zamiast piasku kilkucentymetrowa warstwa połamanych korali i muszli. Z tą nazwą Long Beach to też przesada – najwyżej 150 metrów i klify po obu stronach. Koszmar. Opowiadali, że takiej plaży nie widzieli nawet na wybrzeżach Afryki, więc spodziewałem się nie wiem jakich cudów, a tu taki pasztet. Figlarze cholera, no...

Postanowiliśmy popłynąć na drugą wyspę, ale tutejsze taksówki wodne są dosyć drogie (2$), więc na razie próbowaliśmy jeszcze szczęścia po drugiej stronie wyspy. Nasi znajomi Kanadyjczycy dowiedzieli się, że można przejść wyspę na przełaj lasem, jakiś kilometr na Coral Beach. Niezbyt miła perspektywa, bo oprócz plecaków byliśmy dosłownie objuczeni rwącymi się już powoli reklamówkami z prowiantem. Przypłynęliśmy tu kwadrans przed południem i znów będziemy musieli zmarnować ponad pól dnia i kilka dolców zanim znajdziemy jakiś kąt.

Coral Beach okazała się prawie taka sama (może tylko mniej turystów i pozostałości po ich gastronomii), ale zanieczyszczenie glonami i koralami podobne. Przy okazji, podczas półgodzinnego marszu przez las nieoczekiwane spotkanie z jaszczurką o wymiarach małego krokodyla. Nagle usłyszeliśmy głośny tupot w krzakach i chwilę potem, kilka metrów od nas przeleciała dwumetrowa jaszczurka. Nie wiedzieliśmy, czy po prostu spłoszona uciekała przed nami, czy też chciała na nas zapolować i w ostatniej chwili się rozmyśliła, ale odetchnęliśmy z ulgą. Nawet zakładając, że byliśmy w czwórkę, to gdyby zaatakowała, komuś z nas nieźle by się oberwało...

Kanadyjczycy skapitulowali i zostali, my postanowiliśmy poszukać jeszcze szczęścia na większej wyspie. Tym razem łódź kosztowała 10RM od łebka i po kwadransie wylądowaliśmy na ABC Beach. I znów jak poprzednio – z daleka raj, a po wyjściu na brzeg brodzimy w kawałkach połamanych muszli i korali, oraz innych morskich odpadków wyrzucanych przez ocean. Było już po 13-tej, a promy powrotne, za które zapłaciliśmy odchodzą o 8.00 i 12.00 – poza tym, dzień wcześniej trzeba zawiadomić via hotel, na którą plażę mają podesłać motorówkę – prom przybija tylko tam, gdzie mają zlecenie. Ostatni odchodzi o 16-tej, ale express i trzeba byłoby dopłacić prawie drugie tyle. Musieliśmy rozejrzeć się za jakimś noclegiem. Hotel znaleźliśmy bez większych problemów, szyld „Seahorse Cottage” zaraz przy plaży, na baraku ze sprzętem do nurkowania (ten sam właściciel). Prosty drewniany domek z surowych desek, kryty słomą, na tyłach plaży – 20RM. Między deskami w ścianach i podłodze kilkucentymetrowe prześwity, łóżko (jedyny mebel) uzbrojone w podziurawioną miejscami moskitierę. Nie bardzo mi się tu podoba, ale jedną noc musimy tu zostać – nocleg, czy dopłata do promu o 16.00, wyjdzie na to samo. Co tu robić na zanieczyszczonej, najdalej 150 metrowej plaży? Chociaż Kamila twierdzi, że jej się tu podoba. Chyba jest chora. 

13.07 ŚRODA

Rankiem okazało się, że Kamila naprawdę nie najlepiej się czuje i być może trzeba będzie zostać jeszcze jedną noc. Nie bardzo mi się to uśmiecha, żarcie tu drogie, chleb skończył się już po dzisiejszym śniadaniu, a wydawało nam się, że mamy wałówkę na tydzień. Całe szczęście, że sympatyczny właściciel zapewnia non – stop gorącą herbatę lub kawę do wyboru, termos z wrzątkiem stoi na stoliku przed domkiem uzupełniany co kilka godzin. Obok jest jeszcze kilka chaotycznie rozrzuconych, takich samych chatek należących do tego właściciela, wspólne prysznice i toalety znajdują się kilkanaście metrów od naszego, co jest dosyć wygodne, szczególnie w nocy. Nad drzwiami domków, na zewnątrz, wiszą gołe żarówki oświetlające okolicę w promieniu kilkunastu metrów, ale nikt ich nie nadużywa, aby nie przyciągać insektów. Przy okazji, jeszcze wczoraj, na moskitierze naszego łóżka zauważyłem sporego, włochatego pająka, niebezpiecznie blisko dziury w siatce. Próbowaliśmy kleić te rozdarcia Taśmą Do Zatykania Klimatyzacji (z dużej litery, bo to już nazwa własna), ale bez większego skutku. W nocy, Kamila wychodząc do łazienki po ciemku zaplątała się w tę moskitierę zrywając ją i wywaliła prosto na mnie (spałem). Kilka minut miotaliśmy się jak ryby w sieci, przy okazji pokłóciłem się z nią, że zamiast wziąć latarkę wyprawia takie cyrki.

Nie ma tu za wiele do roboty, choć słońce praży niesamowicie – jedyne co pozostaje, to łażenie po niewielkiej plaży między klifami (niczym pomiędzy ścianami ciasnej celi) i zbieranie muszli. Próbowałem zalegnąć na piasku, ale szybko porzuciłem ten pomysł – jakbym leżał na jeżu. Woda niebyt przejrzysta i w dodatku niewiarygodnie zimna – jak na panującą temperaturę – fale duże, a dno opuszcza się bardzo gwałtownie. Kamila molestuje mnie o jeszcze jeden dzień tutaj, bo źle się czuje. Wolałbym darować sobie już tę wyspę i zamienić tych kilka dni i dolców na odwiedzenie Krabi w Tajlandii. Ale cóż, kobieta – siła wyższa...

Wieczorem nie mieliśmy już nic do jedzenia i wybraliśmy się do restauracji na plaży, prowadzonej przez rodzinę naszego gospodarza. Kamila raz po raz uśmiecha się pod nosem i puszczając mi dyskretne oko wskazuje jednego z kelnero – kucharzy, najdalej 16-to letniego chłopaczka. Jego „panienkowate” uśmieszki i ruchy kojarzą się ze skrajnie przekontrastowaną parodią homoseksualnej manifestacji, ale u niego są całkowicie naturalne. Kamila twierdzi, że jego starszy brat kręcący się również między stolikami jest z tej samej „parafii”, choć nie demonstruje tego tak ostentacyjnie. Ich rodzice patrzą na te popisy dosyć obojętnie, w przeciwieństwie do reszty gości (w większości białych), którzy już nie są w stanie dłużej udawać, że nie dostrzegają jego zachowania. Kolacja była nadspodziewanie dobra (ryba prosto z morza), choć oczywiście za mało – 12RM.

W Bangkoku bez zmian


16.07 SOBOTA

Tym razem było naprawdę ostro, jak tak dalej pójdzie, to wyląduję tu albo w szpitalu, albo w celi śmierci. Autokar był klasy delux, co oznaczało klimatyzację tej samej jakości. Wyjechaliśmy z Hat Yai o 20.00 i już po godzinie siedzenia pół metra od tego kurestwa rozbolały nas głowy i jako bonus dostałem ostrego kataru. Różnica między temperaturami na zewnątrz i w autobusie wynosiła ponad 15 stopni – na zewnątrz 30, w środku góra 15. W nocy było potwornie zimno, nauczeni doświadczeniem przed wejściem do autokaru wybebeszyliśmy plecaki wyciągając długie spodnie, skarpetki, swetry i polary, ale przy panującej wewnątrz temperaturze mogliśmy liczyć co najwyżej na efekt placebo. Zaczęło się już w Chinach (pociągi), od tego czasu dosłownie co kilka dni mamy objawy infekcji nosa, gardła i zatok. Teraz już rozumiem, dlaczego wszyscy tu tak zapamiętale plują i smarkają. W jednym z przewodników o Chinach przeczytałem, że ich zwiększona podatność na infekcję dróg oddechowych wynika ze spłaszczonych nosów, charakterystycznych dla rasy skośnookiej.

Gdyby mądrala, który to napisał przejechał choć godzinę tutejszym autokarem lub pociągiem, to nie bredziłby o „kształcie nosa” jako przyczynie tych chorób. Kilka razy, najuprzejmiej jak tylko potrafiłem prosiłem obsługę autokaru o przynajmniej godzinę amnestii od tego cholerstwa, ale mieli miny jakbym prosił ich o oddanie narządów do transplantacji. Co za popieprzone bezmózgi. Przecież nie chodzi o siedzenie w zaduchu i smrodzie, ale można byłoby chyba ustawić ten nawiew na temperaturę nie narażającą na utratę zdrowia. Najbardziej irytujący jest dowód ich kretynizmu – rozdają wszystkim małe koce do przykrycia, co znaczy, że doskonale zdają sobie sprawę z uciążliwości jaką wywołują nastawiając to gówno na maxa. Religia zabrania im to przykręcić, czy jak? Przykrycie kocem pozwala ogrzać się od szyi w dół, ale lodowaty wiatr cały czas atakuje głowę i trzeba go wciągać w płuca, a zarzucenie koca na głowę nie pozwala swobodnie oddychać. Nad ranem już nie wytrzymałem i zwymyślałem kierowcę tak, że naprawdę niewiele brakowało do rękoczynów.

Na South Terminal w Bangkoku przyjechaliśmy kilka minut przed 8-mą i spławiając natrętnych taksówkarzy postanowiliśmy poszukać miejskiej komunikacji. Nareszcie coś miłego na dzień dobry. Facet, którego pytaliśmy o autobus na Khao San zaproponował nam podwiezienie swoim samochodem – było mu po drodze. Pół godziny później byliśmy na miejscu. Kamila chciała dać mu na pamiątkę jakąś pocztówkę z Polski – zabrała kilkanaście na drobne prezenty dla wszystkich, którzy wyświadczyli nam jakąś uprzejmość, ale kiedy zaczęła grzebać w plecaku facet chyba pomyślał, że szukamy pieniędzy by mu zapłacić i pośpiesznie odjechał.

Tym razem znaleźliśmy dużo lepszy hotel – Sweety Guest House (160 bathów, dwójka bez łazienki, ale czysta) – niedaleko Khao San, wejście również od głównej ulicy, przez zakład fryzjerski. Dziś sobota, więc nie ma po co bujać się do konsulatu kambodżańskiego. Po tych dwóch koszmarnych nocach w autokarach miło będzie teraz zalegnąć aż do jutra rana...

17.07 NIEDZIELA

Śniadanie na ulicy (smażony makaron z kiełkami sojowymi - 15 bathów i bananowy naleśnik – 15 bathów) i na zakupy. Już od kilku godzin staram się kupić klapki po prysznic na którymś z setek kramów i zaczyna to być odrobinę irytujące. Nawet w Polsce, w dowolnym większym sklepie lub na bazarze można je kupić za góra 7-8 PLN, tymczasem tu wszyscy żądają min. 4$. Może gdybym miał jakiegoś znajomego tubylca, to kupiłby za pół tej ceny, ale niestety... Wreszcie trafiłem na jakąś wyprzedaż i zapłaciłem 80 bathów, czyli 2$.

Obiad w McDonaldsie – duży zestaw 85 bathów. Z dwóch McDonaldsów w okolicy polecam raczej ten koło ronda, niż ten na samym Khao San – taniej i luźniej.

Wieczorem kolacja na ulicy (tym razem żuków z dużymi oczami nie było, a szkoda) i piwo w „7/11” (50 bathów butelka 0.5l) – Kamila stawia na moje urodziny (o cholera, jak to szybko leci) sprzed trzech dni. Prawdziwa kobieta zawsze wie, czego potrzeba facetowi przeżywającemu kryzys wieku średniego...

18.07 PONIEDZIAŁEK

Od rana staramy się wymienić dolary i niestety nie jest to proste zadanie. Wszystkie tutejsze banki i kantory nie wydają reszty w wymienianej walucie. I tak podając 100$ nie masz co liczyć na to, że wymienisz sobie 20$ na walutę tajską, a 80$ otrzymasz z powrotem. Wymieniają w całości banknot, jaki im podasz, najwidoczniej takie mają przepisy. Mamy już tylko wysokie nominały, jutro wyjeżdżamy i nie potrzebujemy wymieniać całej setki. Próbujemy rozmienić u któregoś z białych, ale nikt nie pali się do takiej charytatywnej transakcji. Nic dziwnego zresztą, Khao San to Mekka wszelkiej maści szulerów, cwaniaczków i naciągaczy, nikt nie ma zaryzykuje wymiany 100$ banknotu niewiadomego pochodzenia. W końcu okazało się, że wymieniając jedną setkę na pół powinniśmy wyjść na styk, bez konieczności płacenia prowizji, za wymianę w drugą stronę. Ale są trochę bezczelni i nawet nie starają się ukrywać swojej pazerności na dolary – nie bardzo to rozumiem, bo tutejsza waluta jest dosyć mocna i ceniona w okolicznych krajach, a takich praktyk nie stosują nawet w pięć razy biedniejszym Laosie.

Później, podczas śniadania denerwująca porcja innego tutejszego buractwa. Drugą, najpopularniejsza tu siecią sklepów jest „Family mart”, gdzie wstąpiliśmy zachęceni reklamą promocji hot-dogów o dość sporych rozmiarach – 14 bathów. Zamówiłem jednego i sprzedawca (gówniarz z głupkowatym uśmieszkiem) podliczył mnie na 22 bathy. Spytałem go o cenę wydrukowaną wołami na tablicy reklamowej przy kasie i stoisku z hot-dogami, ale tylko wzruszył ramionami. Zdążyłem już napocząć bułkę, więc dopłaciłem te brakujące 8 bathów, zwracając mu uwagę, że powinien usunąć tę tablicę i nie wprowadzać klientów w błąd. Kamila, widząc jaka jest sytuacja zrezygnowała z zakupu. Zaraz po tym jak wyszliśmy, Kamila przypomniała sobie, że na ladzie przy kasie zostawiła prawie całą półtoralitrową butelkę wody kupioną kilka minut wcześniej w innym sklepie. Weszła po nią z powrotem i za chwilę wybiegła oburzona mówiąc, że ten typek z tym swoim cynicznym uśmieszkiem nie chciał oddać jej butelki.

Wpadłem do środka i pofatygowałem się do niego za ladę, pytając o naszą wodę. Tym razem instynkt samozachowawczy nakazał mu schować ten złośliwy uśmieszek do kieszeni, ale w dalszym ciągu robił sobie z nas jaja, tłumacząc z niewinną minką, że żadnej wody na ladzie nie było. Inny sprzedawca z drugiej strony lady (zachowujący się troszkę grzeczniej) cofnął się przezornie kilka kroków jakby przeczuwając, że jego koleś może za chwilę przemieścić się kilka metrów w poziomie bez dotykania podłogi, ale perspektywa możliwości nawiązania w ten sposób bliższego kontaktu z tutejszymi służbami penitencjarnymi powstrzymała mnie od takiego rozwiązania. Otworzyłem najbliższą lodówkę, wyjąłem z niej pierwszą – lepszą półtoralitrową butelkę wody i naśladując jego bezczelny uśmieszek wyszedłem. Byliśmy tak zaskoczeni tą historią, że ponad pół godziny zastanawialiśmy się, czemu to miało służyć i na co ten koleś liczył? Można tu spotkać tysiące naprawdę sympatycznych, uprzejmych, chętnych do pomocy ludzi, ale czasami znajdzie się taki pawian, że aż trudno uwierzyć. Oni chyba nie posiadają elementarnych mechanizmów samokontroli i to już na takim najbardziej podstawowym poziomie.

Rozgrzani tym incydentem jedziemy po wizę Kambodżańską, z Khao San autobusem nr 15 (6 bathów) do National Stadium Skytrain Station, skąd kolejką dwa przystanki do stacji Rathadamri (15 bathów). Po zejściu z estakady jeszcze jakieś 200 metrów i potem w lewo. Wejście do konsulatu nie jest zbyt dobrze wyeksponowane i trzeba ostro czaić, żeby nie minąć. Wnioski przyjmują do godziny 12.00, odbiór między 17-18.00. Wiza kosztuje 1100 bathów, a więc tylko 50 bathów taniej, niż w dowolnym biurze podróży na Khao San – nie bardzo opłaca się zatem jechać do konsulatu, choć z drugiej strony zawsze to jakaś okazja do zwiedzenia miasta. Do tej pory poznaliśmy stare miasto z kompleksem królewskim, tu mieliśmy okazję rzucić okiem na Bangkok XXI wieku. Z okien kolejki Skytrain wygląda to miejscami naprawdę imponująco, ale nie trzeba się specjalnie wysilać, aby w okolicach „szklanych domów” dostrzec rozlatujące się ze starości obskurne rudery.

Wracamy na Khao San, na obiad w McDonaldsie – znienacka całe miasto roi się od tysięcy dzieciaków w szkolnych i „skautowskich” mundurkach, wszędzie się kręcą i trudno chodzić chodnikami. Równocześnie pojawiły się setki ulicznych kramów z książkami i szkolnymi przyborami – wygląda to na rozpoczęcie roku szkolnego, ale przecież kilka tygodni temu podczas poprzedniego pobytu w Bangkoku widzieliśmy dzieciaki wychodząc ze szkoły. A zresztą co nas to obchodzi, my jesteśmy na wakacjach. Wakacje... tak się może wydawać komuś, kto będzie to czytał siedząc w fotelu... To ciężka praca...

W biurze na Khao San kupiliśmy bilety na autobus do Siem Reap w Kambodży – 270 bathów, prawie darmo. Przed 17-tą odbieramy nasze wizy i ze stacji Ratchadamri jedziemy jeszcze jeden przystanek kolejką do Silom, tutejszej dzielnicy czerwonych latarni – od momentu przyjazdu do Bangkoku obiecywaliśmy sobie wizytę w którejś z tutejszych jaskiń zepsucia. Spacerując trafiliśmy na małą ulicę rozpusty – kilkanaście burdeli, w drzwiach których młode i stare roznosicielki AIDS uśmiechając się zalotnie czekają na brzuchatych pięćdziesięciolatków, niczym barwne rosiczki na tłuste muchy. Niektóre są wystrojone w długie, kolorowe suknie z falbanami, inne trzymają image niegrzecznych lolitek. Podaż zdecydowanie przewyższa popyt, pora jest już właściwa, ale klienteli jak na lekarstwo. Nie zdecydowaliśmy się na odwiedzenie żadnego z barów – nigdzie przy wejściu nie ma informacji, że wstęp jest płatny, ale mam dziwne przeczucie, że po przekroczeniu drzwi wydostanie się stamtąd kosztowałoby nas przynajmniej kilkadziesiąt dolców. W drzwiach każdego z nocnych lokali stoją grupki tutejszych „dresiarzy” (to oczywiście określenie dotyczące walorów intelektualnych, a nie designu, bo mają na sobie lśniące jedwabne garnitury) – alfonsów, napakowanych i czekających tylko na nieostrożnego frajera, któremu widok gołego biustu lub czegoś jeszcze zakłóci podstawowe procesy myślowe. Po kwadransie mieliśmy już dosyć i wróciliśmy na przystanek 15-ki, a po czterdziestu minutach, około 21-ej byliśmy z powrotem pod hotelem.

Wieczorem na Khao San małe zamieszanie, pod McDonaldsem stoi karetka i wóz policyjny. Na ławce leży „zwymiotowana” młoda, biała dziewczyna, a wokół niej krzątają się sanitariusze i policjanci. Od razu widać, że przedawkowała i sądząc po tym zamieszaniu, i obecności policji, raczej narkotyki, niż alkohol. Wybraliśmy się na ostatni spacer po Bangkoku, nie był to zbyt mądry pomysł, bo godzina była już późna. Wychodząc na główną ulicę w kierunku Pomnika Demokracji (brrrr...) przeżyliśmy szok większy od tego, doświadczonego podczas poszukiwania hotelu w Johor. Ulica była już wyludniona, chodnikami przemykały nieliczne szczury, a bezdomni układali się do snu na ławkach. Usłyszeliśmy kroki za nami i odwróciliśmy się mimowolnie – Kamila aż zapiszczała z wrażenia, mi odruchowo zacisnęły się palce. To była prostytutka, aczkolwiek dokładne określenie, czy było to on, czy ona, mogłoby być potwierdzone chyba tylko podczas sekcji. Po rysach około 40-letniej twarzy pokrytej centymetrową warstwą pudru trudno było rozpoznać płeć, gdyż była ona koszmarnie zniekształcona kilkoma najprawdopodobniej operacjami plastycznymi – z męskiej na damską i z powrotem. Najgorsze były oczy, puste, trupie. Ta twarz przypominała mi trochę te "ryby – czaszki" z Underwaterworldu w Singapurze. Już w świetle dziennym jej/jego widok mógłby przyprawić o palpitacje serca, a co dopiero zostanie z nią/nim, sam na sam, w ciemnym pokoju... Nic, tylko wyobrazić sobie zakrzywione kły wampira wysunięte w kierunku szyi...

Zapuściliśmy się w okolice Wat Saket ze złotą stupą na wzgórzu, ale po ciemku szybko straciliśmy orientację w kiepsko oświetlonych, długich i ślepych uliczkach. W końcu wpakowaliśmy się między jakieś rudery, taki tutejszy odpowiednik czarnego trójkąta: Brzeska – Ząbkowska – Kijowska (warszawiacy wiedzą, o co chodzi). Na szczęście nie powtórzyła się sytuacja z Kuala Lumpur i nie zaczepieni przez nikogo po prawie godzinnym błądzeniu wróciliśmy do hotelu. 

19.07 WTOREK

Rankiem, kilka minut po 7-mej, po wymeldowaniu z hotelu idziemy kilkadziesiąt metrów pod biuro. Khao San wygląda na wymarłe – o tej godzinie powinno się już tu roić od handlarzy i ich kramów, a tu nawet jednego wózka, za to kilka policyjnych motocykli. Wygląda na to, że po tej wczorajszej historii z naszprycowaną dziewczyną, teraz robią ostry kipisz i albo popędzili wszystkich kupców, albo ci sami wynieśli się, żeby uniknąć bliższego kontaktu z węszącymi funkcjonariuszami. Setki wszechobecnych dotąd kramów wyparowały, nawet jednej kuchni z makaronem lub naleśnikami. Na szczęście są jeszcze hot-dogi w „7/11”.

Autokar kategorii VIP, czyli znów ta pieprzona klima w wersji hardcore – na szczęście konstrukcja wylotów umożliwia zapchanie ich plastikowymi reklamówkami z pomocą taśmy. Jest to rozwiązanie połowiczne, bo po pewnym czasie zaczyna się „pocić” – lodowate powietrze nie znajdując ujścia zaczyna się skraplać. Trzeba będzie pomyśleć o kleju błyskawicznym – nie miałbym żadnych skrupułów przed potraktowaniem tego świństwa „kropelką”, aby zamknąć je na wieki wieków amen.

Na granicy kambodżańskiej jesteśmy punkt 14-ta. Przedtem półgodzinny postój w knajpie przed posterunkami, gdzie można w kwadrans wyrobić wizę za 1200 bathów. Nawet nie trzeba mieć zdjęcia, bo urzędnik ma polaroida.

Posterunek tajski po prostu koszmar, stoi nas tam ponad 50 osób (nasz autokar i jeszcze jakiś inny), w pełnym słońcu, ścisk taki, że nie da się nawet zdjąć plecaka. Najgorsze, że aby przetrwać tę chłodnię w autokarze, mamy na sobie długie spodnie, dodatkowe koszule i polary. Nie było czasu i możliwości przebrania się (plecaki w luku), przez co teraz prawie toniemy we własnym pocie. Nawet w tym ścisku, kiedy ledwo możemy się poruszyć, miedzy naszymi nogami przeciskają się żebrzące kambodżańskie dzieci. Ponad godzinę zajęło dopchanie się do okienka imigracyjnego dla foreginersów – tylko jednego zresztą. Potem jakieś 200 metrów do posterunku kambodżańskiego – to chyba najdziwniejsza granica jaką widziałem. Na ponad dwustumetrowej ulicy łączącej oba punkty odpraw toczy się bujne życie biznesowe i towarzyskie, niczym na bazarze. Z jednej strony ta piaskowa ulica pełna najdziwniejszych pojazdów wzbijających tumany kurzu, typowo wiejskie stragany z owocami i kawałek dalej (najprawdopodobniej też w pasie transgranicznym) jakiś luksusowy hotel z kasynem. Jeżeli te odprawy tyle tu trwają, to hotel rzeczywiście by się przydał... 

14.07 CZWARTEK

Dziś, w samo południe odpływamy z wyspy – jak na złość powoli plaża zaczyna się oczyszczać, choć potrwa to jeszcze pewnie z kilka dni, zanim będzie przypominała najlepsze momenty swojej świetności. Susu (właściciel domków) zadzwonił po prom i o 13.00, z godzinnym opóźnieniem, odpłynęliśmy z wyspy. Dwie godziny później jesteśmy z powrotem na znajomej przystani i nagle Kamila zaczyna zataczać się ze śmiechu, a mi wyrywają się fragmenty niecenzuralnej polszczyzny. Na żwirowej ścieżce leży mój zgubiony klapek. Zapomniałem napisać, że po przypłynięciu na wyspę, już w naszym domku zorientowałem się, że brakuje mi jednego klapka. Były mokre i przypiąłem je do bocznej kieszeni plecaka. Sądziłem, że musiał zerwać się podczas tych rejsów motorówkami pomiędzy wyspami – tubylcy rzucali naszymi plecakami dosyć niedbale. Dziś rano, kiedy wyprowadzaliśmy się z chatki wyrzuciłem tego pojedynczego, który został. Kamila znając naszego „pe-cha” żartowała, że pewnie ten zgubiony znajdzie się na dnie motorówki, która po nas przypłynie. Kiedy okazało się, iż płyniemy na prom inną łodzią ucieszyłem, że uniknę przynajmniej nerwów. Tiaaaa...

Taksówka z przystani do Kota Bharu kosztowała po 10RM od łebka (nie było kogo dokooptować) i o 16.15 byliśmy na dworcu autobusowym. Do granicy tajskiej na wschodnim wybrzeżu (Sungai Kolok) jest zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, ale planowaliśmy podjechać z powrotem w kierunku zachodnim, aby w drodze do granicy przejechać pociągiem po wąskiej grobli na jeziorze.

Niestety, ostatni tego dnia autobus do Butterworth odjechał ponad godzinę temu i pracownik biura skierował nas na inny dworzec, niedaleko dużego hipermarketu, kwadrans spacerem. Tam kupujemy bilety do Butterworth (25.2RM), na 22.00.

15.07 PIĄTEK

Noc w autobusie koszmarna – nie trzeba chyba powtarzać dlaczego. Chciałbym kiedyś stanąć oko w oko z idiotą, który wymyślił klimatyzację.

Kilka minut przed piątą przyjechaliśmy do Butterworth. Dworzec kolejowy jest nieopodal autokarowego. O tej godzinie jest jeszcze zamknięty i siedzimy pod drzwiami opędzając się – ja od komarów, a Kamila od ciem, z którymi już od dawna ma na pieńku, a tutejsze okazy są imponujące - rozpiętość skrzydeł średnicy płyty CD.

Kwadrans przed 6-tą otwierają kasy – pierwszy pociąg do Hat Yai w Tajlandii odchodzi o 6.05, niestety bilet, jak wynika z rozpiski na kasie, kosztuje 65RM. Rozkład jazdy na tablicy nie pokrywa się z tym wywieszonym na kartce u pani w okienku – trzeba się ostro wysilić, bo kasjerka (dosyć młoda) raczej niemrawo rozpoznaje najprostsze angielskie słowa dotyczące czasu, miejsca i liczby. Kiedy wreszcie udało mi się z niej wyciągnąć, że na ten pociąg są również bilety po 19RM w najniższej klasie, była punkt 6-ta. Jak zwykle nasz współczynnik „pe-cha” był w normie i okazało się, że mamy za mało ringitów, a dolarów nie przyjmują. Szukanie o tej godzinie kantoru nie miało sensu, poza tym pociąg odjeżdżał za kilka minut. Jeden z pracowników stacji zaproponował nam wymianę, ale dawał tak skandalicznie bezczelny kurs (2RM za dolara, czyli niewiele ponad połowę), że trudno było mu odmówić bez wtrącenia dodatkowego komentarza, po którym pan się obraził. I pies mu lizał co trzeba.

Następny odjeżdża o 14.20 i kilka minut po 7-mej (już po wymianie dolarów w otwartym kilka minut wcześniej dworcowym kantorze) ponownie meldujemy się przy okienku. Kasjerka tym razem informuje, że nie ma już najtańszych, siedzących miejsc do Hat Yai. Panią trzeba wziąć na męki – ignorując zniecierpliwienie kilku innych osób stojących w kolejce zmuszam ją do dalszej konwersacji po angielsku, co najwyraźniej sprawia jej niemal fizyczny ból. W końcu dowiaduję się, że istnieje możliwość kupna biletu na ten pociąg tylko do granicy (12RM), skąd po przejściu jej na piechotę możemy łapać inny. No proszę, jak chce, to potrafi. Swoją droga, to trochę dziwne – pani siedzi na tle reklamowego plakatu Eastern Oriental Express – najbardziej luksusowego pociągu dla „milionerów” kursującego między Bangkokiem, a Singapurem. Ciekawe, czy najtańsza klasa kolei malezyjskiej różni się od tajskiej, mam nadzieję, że tak, bo jesteśmy po nieprzespanej nocy.

Plecaki zostawiliśmy w poczekalni (prowadzonej zresztą przez tego speca od złotych interesów) – po 3RM (coś mi się wydaje, że ta cena również stanowi przejaw nadaktywności biznesowej tego cwaniaczka) i ruszyliśmy w miasto. Butterworth, a w każdym razie okolice dworca, to dziwne miejsce. Długie, puste ulice – można przejść ponad 2 kilometry w dowolnym kierunku i minąć po drodze najwyżej kilka małych sklepów, czy restauracji. Nasz przewodnik LP South – East Asia nie obejmuje Butterworth i nie wiemy, jak duże jest to miasto i gdzie leży ten dworzec, ale wnioskujemy, że na obrzeżach. Po godzinie spaceru i skromnym śniadaniu w jakiejś hinduskiej knajpce mamy dość – dookoła jedno wielkie, puste nic.

Godzinę przed odjazdem poszliśmy na obiad do knajpki przy małym targowisku niedaleko dworca. To było naprawdę coś. Zawsze mi się wydawało, że lubię ostre potrawy, ale to co serwują tutaj naprawdę uczy pokory. Zupa którą zamówiłem była tak ostra, że nawet po dolaniu do miseczki ponad pół litra wody z naszej butelki, każda łyżka zatykała mnie na kilka sekund. W pewnym momencie poczułem się już jak smok wawelski – im więcej wody dolewałem, tym bardziej paliła. W połowie miseczki skapitulowałem. Okazało się, że przesadzają tu nie tylko z pieprzem i papryką – herbata stanowiła roztwór cukrowy nasycony mimo, iż zamawiając ją dosyć wyraźnie prosiłem „no suger”. Zdolność porozumiewania się przy pomocy rozbudowanego katalogu dźwięków zwanego mową, odróżnia nas od zwierząt. Muszę to siebie gdzieś zapisać wielkimi literami, żeby nie zapomnieć...

Przez ten obiad o mało nie spóźniliśmy się na pociąg, bo mój żołądek nie wytrzymał tego eksperymentu i ze trzy razy dawałem zarobić ajentowi dworcowej toalety – on chyba musi być z zmowie z tymi kucharzami z knajpy.

Pociągi malezyjskie mają troszkę wyższy standard, niż tajskie i w naszym na szczęście nie otwierają się okna. Jedziemy już ponad dwie godziny i mam ochotę palnąć sobie w łeb. Najwyraźniej jezioro, o którym opowiadałem Kamili musiało leżeć jednak na południe od Butterworth i należało się cofnąć dalej. Cholera, ten przewodnik LP też nie jest rewelacyjny, żeby na całostronicowej mapie Malezji, tak spore i nietypowe jezioro nie było zaznaczone, ani nawet słowa wzmianki. To moja wina, bo powinienem był to sprawdzić na jakiejś większej mapie w hotelu lub na dworcu, ale kojarzyło mi się z odcinkiem między Butterworth, a granicą. Teraz już po ptakach, powoli dojeżdżamy do Tajlandii, do tego strasznie irytują nas dwie tutejsze „blondynki” z małymi dziećmi. Siedzą zaraz obok i bawią się w niepojętą dla nas zabawę – kiedy tylko dzieci na chwilę przestaną wyć i zajmą się czymś siedząc spokojnie i cicho, to one natychmiast zaczynają je zaczepiać i tarmosić, aż na powrót zaczną ryczeć wniebogłosy, aż łeb pęka. Wtedy one zaczynają się na nie drzeć jednocześnie przytulając, a kiedy w końcu dzieci się uspokoją, to po minucie zabawa zaczyna się od nowa, przy czym one same są głośniejsze od tych wyjących dzieci. Przecież te nieszczęsne istoty wychowywane przez takie idiotki wyrosną na psychopatów...

O 17.30 jesteśmy na granicy, przelatujemy ją na piechotę w kwadrans i przechodzimy na drugą stronę peronu, gdzie już czeka nasz pociąg (ten sam). Na posterunku tajskim kupujemy bilety do Hat Yai (190 bathów) i na miejscu jesteśmy kilka minut po 19-tej, a raczej 18-tej, bo trzeba cofnąć zegarek o godzinę. Na dworcu sprawdzamy od razu ceny biletów do Bangkoku (najtańsza leżanka 760 bathów, odjazd 19.05). Na wszelki wypadek idziemy jeszcze do znajomego biura podróży, gdzie poprzednio kupowaliśmy bilety do Kuala Lumpur. Tym razem niemiłe zaskoczenie, bilet na autobus kosztuje aż 750 bathów, więc lepiej będzie spędzić tę noc w pociągu sypialnym. Wracamy na dworzec i znów szok – zamknięty na głucho, a przecież byliśmy tu zaledwie pół godziny temu i był pełen ludzi. Teraz wejście zagrodzone kratą i żywego ducha. Nie ma jeszcze 19-tej, więc jak z tym pociągiem? Odjeżdża, czy nie i gdzie są ewentualni pasażerowie? Azja.

Kambodża dawniej i dziś, czyli nie od razu Angkor zbudowano...

Pierwszy kontakt z tubylcami i od razu nabieramy do nich uprzedzenia. Nasz autokar, którym przyjechaliśmy wraca do Bangkoku, a my podzieleni na kilka mniejszych grupek dalej pojedziemy lokalnymi furgonetkami. Wcześniej kambodżańscy kierowcy zalecają nam wymianę dolarów w tutejszym kantorze. To też jeden z najdziwniejszych kantorów, jakie widziałem – żadnej tablicy z podanymi kursami, za to aż dwóch uzbrojonych żołnierzy. Kambodżański riel jest prawie bezwartościowy, unikają go sami obywatele tego kraju. Z naszego Lonely Planet wiemy, że większość cen hoteli i transportu podawana jest w dolarach, ale trudno będzie płacić dolarami o dużych nominałach za drobne zakupy. Pytam o aktualny kurs, ale kasjer zbywa mnie mamrotaniem - OK, OK. Wymieniam 25$ podając 50-kę. Facet w okienku namawia mnie do wymiany całości, w końcu bardzo niechętnie wydaje mi 25$ reszty i 100 tys. rieli. Czyli oferowany kurs to zaledwie jakieś 3000 rieli za dolara. Nasz przewodnik podaje, że powinno być co najmniej 4000, a przecież to wydanie sprzed roku, podczas gdy inflacja jest tutaj co najmniej dwucyfrowa. Chcę cofnąć tę transakcję, ale kasjer tłumaczy, że co najwyżej może dokonać wymiany w drugą stronę. Mam ochotę wyciągnąć tego małego karalucha zza okienka i zgnieść w palcach, ale insekt przezornie posyła ostentacyjne spojrzenia w kierunku uzbrojonych żołnierzy. Bandytyzm w biały dzień i to całkiem legalny. Trzeba tu będzie uważać na każdym kroku, to kraj w którym kilkanaście tysięcy byłych komunistycznych zbrodniarzy nadal jest na wolności, a niektórzy nawet ciągle pracują w aparacie państwowym.

Droga spod granicy tajskiej do Siem Reap to klasyk gatunku, chyba najgorsza droga na świecie. Pokryta rdzawym piaskiem przypomina te góry z Yahgshuo w miniaturce, dosłownie dziura na dziurze. Średnia prędkość jaką osiągamy, to w porywach 20km/h, a mimo to furgonetka podskakuje tak, że odbijamy się od ścian, podłogi i sufitu furgonetki jak piłeczki pingpongowe. W środku jest strasznie ciasno, plecaki zajmują cały tył pojazdu i siedzeń jest za mało, kilku z nas siedzi na niewygodnych i połamanych „dostawkach”. Za oknami monotonny krajobraz, tylko pola uprawne ciągnące się po horyzont, aczkolwiek ich niesamowicie fluorescencyjny zielony kolor przyciąga wzrok. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy traw o tak intensywnie zielonym kolorze – kambodżańska zieleń, nawet tumany czerwonego kurzu wzbijane przez nasz bus w promieniu kilku metrów nie są w stanie jej przyćmić.

Dochodzi 19-ta, według rozkładu powinniśmy być już na miejscu, tymczasem podobno przejechaliśmy zaledwie 120 km, a od granicy do Siem Reap jest jakieś 200. Zatrzymaliśmy się na kolację w przydrożnej restauracji – ceny jak na Azję horrendalne. Puszka coli dolar. Smażone kluski instant (takie jak z torebkowej zupku) posypane kilkoma anemicznymi warzywkami – 8000 rieli. Przy okazji potwierdził się rzeczywisty kurs – 4000 za dolara.

Na miejscu jesteśmy dopiero kilka minut przed północą – wjeżdżając do miasteczka przecieramy oczy. Nigdy nie widziałem jeszcze tylu luksusowych hoteli w takiej dziurze, naliczyłem chyba z piętnaście, kontrast z resztą tubylczej zabudowy porażający. Kierowca podwiózł nas od razu do hotelu, prawdopodobnie „po linii familijnej”. Kiedy wyciągnęli nasze plecaki z busa, nie wytrzymałem – mój był dosłownie cały przemoczony rudym błotem. Kierowcy na granicy układali je kiedy byliśmy w „kantorze”, na podłodze pod siedzeniem musiała być spora kałuża wody (skąd się tam wzięła?), co w połączeniu z czerwonym piaskiem jakiego nazbieraliśmy kilkanaście kilogramów podczas jazdy dało taki miły efekt. Szofer był najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją – aby skłonić go do chwilowej refleksji nad swoim samozadowoleniem zadałem mu kilka kontrolnych pytań na temat różnic między mózgami ludzkimi, a oślimi i czy ze swoimi rzeczami też postępuje w podobny sposób. Zrobił minę z gatunku „spotkamy się w ciemnej uliczce koleś”, ale tylko schował się obrażony do samochodu. Bałwan. Najpierw zachęcał nas do wymiany pieniędzy w tej mafijnej spelunie, teraz nie umie uszanować cudzej własności.

20.07 ŚRODA

Pobudka o 11-tej. Hotel nazywa się Pagn Gna Angkor – spore, w miarę czyste pokoje z łazienkami (zimna woda) – dla nas tylko po 4$. Myślałem, że po tej wczorajszej awanturze pod furgonetką zaśpiewają nam dwa razy drożej, a tu okazało się, że od innych rzeczywiście brali więcej. Holendrzy z którymi jechaliśmy zapłacili 6$ za taki sam pokój. Być może właściciel chciał nas trochę udobruchać i wynagrodzić te zniszczenia, chociaż mógł przypuszczać, że po północy nie będziemy błądzić po obcym mieście z nieoświetlonymi ulicami szukając innego.

Wyszliśmy na spacer po miasteczku – droga nędza, chyba tak to można określić. Za to wszędzie coś budują, nawet solidnie, a niekiedy nawet bardzo elegancko, ale wszystko to stoi przy brudnych, zapuszczonych i piaszczystych ulicach. Regularnych sklepów z podanymi cenami niewiele, a na ulicznych kramach cena dla białego X3. Ale nawet w normalnym sklepie też niezbyt tanio – nieduży chleb 1$, mały słoik dżemu 1.5$, puszka coli 0.5$, 1.5l wody – 0.6$. Podaję ceny w dolarach, bo tak są oznaczone na półkach, przyjmują też riele po kursie 4000. Nieopodal jest duży targ, gdzie kupujemy owoce. Oczywiście miejscowi nie znają ani słowa po angielsku, więc targowanie na migi. Jest w tym coś niesamowitego, zaobserwowaliśmy to zresztą już wcześniej w Chinach, Laosie, Tajlandii, czy Malezji – otóż w przypadku bariery języka jedynym dostępnym i najbardziej logicznym sposobem zapytania o cenę, jest wzięcie czegoś do ręki i zrobienie „pytającej” miny. Z uwagi na to, że w sklepach, czy na ulicznych stoiskach, gdzie nie ma podanych cen, od białych na ogół żądają więcej, niż od tubylców, takie zachowanie jest w pełni uzasadnione. Reakcja sprzedawców w ponad 70% przypadków jest rozbrajająca – odpowiadają takimi samymi zdziwionymi minami, nawet kiedy dla ułatwienia pokazujemy pieniądze i palce wyprostowane do liczenia. Nic nie pomaga, nie rozumieją, o co tym białym dziwadłom chodzi? Przecież to oczywiste, że on bierze, np. wodę, podaje jakiś banknot, ja wydaję tyle, ile mam ochotę (lub wcale) licząc mu 2 razy więcej i wszystko gra. A tu białe dziwadło robi jakieś głupie miny, o co im chodzi?

Obiad w hotelowej restauracji – ryż z symbolicznymi warzywami i drobiowymi skwarkami (podobno kurczak) – 1.5$. Właśnie przestało lać i wybieramy się na mały rekonesans do Angkoru, przed jutrzejszą całodniową wyprawą. Bilet jednodniowy kosztuje 20$, ale po południu, przed zamknięciem można wejść za darmo na jakąś godzinę i obejrzeć zachód słońca. Trzeba tylko wynająć rikszę za średnio 3$ – świątynie są kilka kilometrów za miastem. Dwaj Koreańczycy z naszego hotelu częstują mnie swoim obiadem – polowym fast foodem. Otwierają spory słoik z grubego szkła i sypią z niego jakieś ćwierć szklanki proszku wyglądającego na bułkę tartą. Dolewają wody i mieszają, zawartość puchnie w oczach – wygląda to teraz na jakiś kisiel z grudkami. Smak nie jest rewelacyjny, nie tyle ostry, co „szorstki” – nie potrafię tego inaczej opisać. Tłumaczą, że proszek składa się z mielonych warzyw, orzechów, mięsa i całej gamy ziaren. Najważniejsze, że jest to bardzo pożywne, tanie i łatwe w przygotowaniu w trudnych warunkach. Ze względu na te zalety, takich odżywek używa również armia. Kilogramowy słoik kosztuje jakieś 10$, a można na nim przeżyć tydzień. Tłumaczą, że gdybym zamiast odżywiać się kuchnią tubylczą miał kilka takich słoików, to nie schudłbym 10 kilko podczas tych dwóch miesięcy...

Jazda do Angkoru zajmuje jakieś 20 minut. Po przyjeździe na miejsce jestem trochę zdziwiony, nigdzie nie ma budki z biletami, poza tym kiedy przekraczaliśmy wrota pierwszej bramy nikt nie sprawdzał żadnych biletów. Wygląda, jakby każdy mógł sobie wejść bez płacenia. Pytałem naszego rikszarza, ile kosztuje wstęp dla tubylców, ale chyba nie zrozumiał lub udawał, że nie rozumie...

Zachód słońca nie robi aż takiego wrażenia, świątynie leżą na wschodzie i nad ruinami można obejrzeć co najwyżej wychodzący powoli księżyc. Wschód słońca byłby o niebo ciekawszy. Jak ktoś jest chętny, trzeba wyjść z hotelu pół do piątej... 

21.07.CZWARTEK

Nie zdobyliśmy się na taki heroiczny wyczyn. Kamila twierdzi, że to niezgodne z naturą, a człowiek dobrowolnie opuszczający łóżko o tej porze musi być dewiantem... W dodatku wczoraj do północy tłukliśmy dziesiątki komarów w naszym pokoju. Nie mam pojęcia, którędy wlatują, bo w oknach są siatki wyglądające na szczelne. Kiedy wreszcie poszliśmy spać, to po pierwszej w nocy zwaliła się kolejna grupa turystów (głównie Niemcy), kwaterowali się strasznie głośno wydzierając się w niebogłosy i trzaskając drzwiami. Byli bardzo zdziwieni, kiedy otworzyłem drzwi i kazałem im się w końcu zamknąć. Kilku ze szczerym oburzeniem wymieniało komentarze na temat takiego braku kultury. Nowa Lepsza Kultura bezstresowego wychowania – cywilizacja białego człowieka chyli się ku upadkowi.

Wczorajsza ponad półgodzinna praca poszła na marne, kiedy dziś rano poruszyłem kontrolnie zasłoną, wyleciało znów przynajmniej z dziesięć moskitów, a w łazience aż się od nich roi. Czyżby przyłaziły kanalizacją? Cholera wie, ale tłuczenie ich co dzień będzie trochę uciążliwe, a preparaty do smarowania powoli się kończą. Jeżeli jeszcze każdej nocy przez hotel będą przewalać się hordy takich krzewicieli kultury, to czarno to widzę.

Kilka minut po 7-mej z rikszarzem z naszego hotelu pojechaliśmy do Angkoru. Trasa za 10$ (po 5 od łebka) + bilety po 20$ obejmowała pięć obiektów. Angkor został założony przez króla Khmerów Jayavarmana II (jako stolica państwa) około 800r. czyli stosunkowo późno w porównaniu do wielkich metropolii antycznego świata śródziemnomorskiego. Miasto może jednak zaimponować swoim rozmachem - w czasach świetności mieszkało tu ponad milion ludzi, na powierzchni ok. 100km/kw. Nie należy mylić całego kompleksu miejskiego Angkor (w tłumaczeniu "stolica") z Angkor Wat (świątynią) zbudowaną w połowie XIIw. przez króla Suryavarmana II i poświęconą hinduskiemu bogowi Wishnu. Na przełomie XII i XIII w. król Jayavarman VII na gruzach zniszczonego przez Czamów (lud pochodzący z południowego Wietnamu) Angkoru, wzniósł nową stolicę Angkor Thom, otoczoną murami 3/8 km, z główną świątynią Bayon. Król ten nazywany był ostatnim wielkim budowniczym Angkoru - za jego panowania wybudowano jeszcze kilka innych świątyń, między innymi Ta Phrom, zaś buddyzm stał się religią państwową. Wyjaśnia to religijno - architektoniczny mętlik panujący w świątyniach Angkoru, gdzie buddyzm przeplata się z wcześniejszym hinduizmem.

Stolica Khmerów była kilkakrotnie oblegana i częściowo niszczona przez armie sąsiedniego Syjamu. Około roku 1430 po ostatecznym podboju dokonanym przez Syjam, miasto zostało z niewiadomych przyczyn opuszczone (naukowcy jak dotąd nie potrafią odgadnąć przyczyny - epidemia, susza, zanieczyszczenie wody?), a stolica khmerskiego królestwa została przeniesiona do Phnom Penh. Zapomniane i ukryte w dżungli miasto przez setki lat popadało w ruinę - agresywne rośliny wdzierały się każdą szczelinę oplatając kamienne ściany. Odkrył je dopiero w 1860r. francuski podróżnik Henry Mahout, a już na początku XXw. kilka z nich zostało oczyszczonych z roślin i częściowo odrestaurowanych. Podczas II wojny światowej (inwazja japońska) prace zostały wstrzymane i kiedy wreszcie ponownie przystąpiono do przywrócenia miastu dawnej świetności, rozpoczęła się inwazja komunizmu. Najgorsze, że podczas prac rozebrano doszczętnie część świątyń na czynniki pierwsze. Kamienne bloki opisywano i numerowano, aby później po oczyszczeniu terenu i poprawieniu wszystkich usterek złożyć je z powrotem. Niestety, objęcie władzy w Kambodży przez szajkę Pol Pota wypłoszyło archeologów i inżynierów, dokumentacja techniczna przepadła, a dodatkowo Czerwoni Khmerzy wykorzystujący ruiny jako składy amunicji dokonali sporych dewastacji i obecnie powrotne złożenie kamiennych "klocków" jest już niemożliwe.

Po wyjściu z Angkor Wat udaliśmy się do świątyni Bayon z XIIIw. ozdobionej setkami twarzy przedstawiających najprawdopodobniej fundatora króla Jayavarmana VII skrzyżowanego z Buddą, gdzie musieliśmy przepychać się przez setki japońskich turystów. Oczekiwanie aż miejsce się wyludni było bezsensowne, to przerób taśmowy, jedna wycieczka za drugą, a szkoda, bo miejsce jest wybitnie stworzone do przynajmniej chwilowego „zagubienia się”.

Potem świątynia „schodkowa” przypominająca aztecką piramidę – kompletnie zniszczona, pozbawiona jakichkolwiek detali, wrażenie robi tylko jej ogrom – w jaki sposób tysiąc lat temu zdołano wykonać taki projekt inżynieryjny.

Następna Ta Phrom (XIIIw), najlepsza zaraz po Bayon, z kikutem drzewa, które oplotło korzeniem część budowli. Tam udało nam się wyczekać moment, kiedy wszystkie wycieczki znikły w czeluściach lasu i przez chwilę byliśmy tam sami. Uciekając przed deszczem znaleźliśmy nieopodal jeszcze kilka pomniejszych ruin porośniętych drzewami. Nawet pomimo tego deszczu miałem straszną ochotę posiedzieć tam kilkanaście minut, niestety uporczywe myśli - czy nasz kierowca czeka w umówionym miejscu, czy stracimy po raz kolejny z pół godziny na poszukiwanie go - potrafią zepsuć całą przyjemność przebywania w tym miejscu.

I wreszcie ostatnia (taka sobie), której nazwy nie znam, ponieważ nasz rikszarz – przewodnik potrafił się bezproblemowo porozumieć tylko w kwestiach finansowych. Mimo dosyć młodego wieku mieszka tu jednak trochę, niestety nie potrafił powiedzieć nawet kilku zdań o żadnej z nich. Na domiar złego zaczął się oddalać bez uprzedzenia i dwa razy musieliśmy na niego czekać ponad pół godziny, a potem jeszcze szukać go w strugach deszczu. W warunkach azjatyckich 10$ za 8 godzin jazdy rikszą na ograniczonej przestrzeni to spory zarobek i nawet tego nie potrafią wykonać solidnie – liczenie na dodatkowe walory w postaci kilkuzdaniowej informacji, to już zbytek optymizmu. Oni są jednak koszmarnie leniwi.

Po powrocie zarezerwowaliśmy bilety do Phnom Penh na jutro – po 4$. Podczas kolacji właściciel proponuje nam załatwienie noclegu w stolicy, w hotelu u jego krewnych, po tej samej cenie i z bezpłatnym dowozem spod dworca. Ponadto obiecał, że zadzwoni do nich, aby sprawdzili godziny otwarcia konsulatu wietnamskiego, byśmy w razie czego nie pocałowali klamki. Internet dość drogi – dolar za godzinę, a łącza katastrofalne, po 15 minutach nie otworzywszy poczty daliśmy sobie spokój. Właściciel hotelu pociesza nas, ze droga do Phnom Penh jest już o niebo lepsza i podróż potrwa góra 5 godzin.

22.07 PIĄTEK

Wystartowaliśmy kilka minut po 8-mej i punkt 14-ta byliśmy w stolicy, gdzie już czekali na nas dwaj kierowcy z hotelu. Autobus jak na warunki kambodżańskie w miarę sensowny (z silnym akcentem na te warunki), a wrażenia z jazdy godne wnikliwszych badań. Zaczęło się już na początku, podczas ładowania naszych plecaków do luku bagażowego - kierowca kopał w nie bezmyślnie, próbując upchnąć w przestrzeni ponad połowę mniejszej, niż była do tego konieczna. Później zatrzymaliśmy się przydrożnym zajeździe na posiłek, gdzie jednym z głównych dań były pieczone pająki wielkości dziecięcej dłoni, poukładane na talerzach stertami jak faworki. Kiedy już tubylcy najedli się do syta i wrócili do autobusu, bez żadnego skrępowania dawali upust fizjologii. W niektórych kulturach bekanie po jedzeniu należy do dobrego tonu, ale czy uwalnianie powietrza końcowym odcinkiem przewodu pokarmowego również? Wnioskując ze skali zjawiska, to puszczanie bąków w autokarze chyba jednak należy do tutejszej etykiety, bo robili to dosłownie wszyscy i bez żadnego skrępowania – pierwszy raz żałowaliśmy, że w klimatyzacja w autobusie ledwo dyszała, a okna się nie otwierały. Nawet w najkoszmarniejszych snach nie przypuszczałem, że kiedyś będę modlił się o klimę, jak to jednak człowiek mało o sobie wie... Każdemu to, na czym mu najmniej zależy...

O historii najnowszej tego nieszczęsnego kraju i obecnym systemie politycznym napiszę jeszcze później, ale jednego nie sposób od razu nie skomentować. W każdej mijanej, nawet zgniłymi dechami zabitej wiosce najokazalszym budynkiem jest siedziba Kambodżańskiej Partii Ludowej (postkomunistycznej), dosłownie wszędzie wiszą kolorowe, wyczesane szyldy reklamujące Kambodian People’s Party. Po ich ilości można wnioskować, że skupiają sporą część społeczeństwa. Może gdyby zamiast komunistycznym głupotom, więcej czasu poświęcali rzetelnej pracy, to ten kraj wyglądałby inaczej. Tu jak widać, też wszyscy są specami od polityki, jeszcze się dobrze podpisać nie potrafią, ale już „pomysłów w głowie pół tysiąca, jak rozpie...lić świat do końca...”.

Tragedia kraju zaczęła się od połowy lat 60-tych, z powodu komunizującego króla – idioty Sihanouka, który uprawiał Amerykanom dywersję wspomagając komunistów z Vietcongu, a potem obalony przez amerykańskiego agenta, generała Lon Nola, błąkał się po Chinach zachęcając komunistów do aktywniejszych działań. Niestety Lon Nol nie potrafił utrzymać władzy w pogrążającym się coraz bardziej w anarchii kraju i Sichanouk na czele Zjednoczonego Frontu Kambodżańskiego powrócił na tron tylko po to, by oddać go w prezencie jednemu z największych psychopatów nowożytnej historii – wychowankowi skomunizowanej Sorbony Salothowi Sarowi, vel Pol Potowi.

O 14-tej jesteśmy na dworcu i dwoma motorami przysłanymi z hotelu OK! Guset House jedziemy w okolice Royal Palace. Pokój na antresoli, z oknem na... kuchnię, wysoki na jakieś 1,7m – problem w tym, że mam ponad 1.8m. Przyda mi się trochę pozycji pokutnej... Grunt, że jest czysty, z własną łazienką i setkami mrówek – 5$. Hotel leży w bocznej uliczce, po wyjściu na główną, jakieś 60 metrów na prawo jest spory supermarket, ceny do przełknięcia – puszka coli 0.3$, woda 1.5l – 0.35$, chleb od 0.5$.

23.07 SOBOTA

Z hotelu wynajęliśmy dwie motocykle na cały dzień (6$ każdy), kierowcy mają pokazać nam cztery dowolne miejsca w stolicy – wybraliśmy Killing Fields (pola śmierci), muzeum – więzienie Tuol Sleng, Wat Phnom i jakiś meczet.

Killing Fields leżą na peryferiach Phnom Penh, jakieś pół godziny jazdy, z czego ostatnie 10 minut przypomina ten kawałek od granicy, do Siem Reap. Wstęp kosztuje 2$, a przy wejściu rejestracja danych personalnych (imię i kraj z którego przybyłeś). Jak zwykle jestem trochę rozczarowany – spodziewałem się czegoś więcej. Jest to jeden z największych masowych grobów, które są pamiątkami po czasach reżimu Pol Pota, tymczasem tu stoi tylko niewielka wieżyczka (stupa) z kilkoma poziomami zebranych tu czaszek. Niewielka tablica pamiątkowa i tylko tyle, chociaż to miejsce jednej z największych kaźni w historii. Zresztą sporo było tych największych – w sumie, ilościowo to „kropla w morzu” ofiar komunizmu na całym świecie. Dopiero przeliczenie liczby ofiar na liczebność ówczesnej populacji tego kraju daje inną perspektywę – ¼ ludności wymordowana przez własny rząd.

Dołączamy do jakiejś kilkuosobowej grupy prowadzonej przez tutejszego przewodnika i drepcząc za nim słuchamy jego opowiadania. Wydobyto tylko czaszki (8 tys.), reszta kości nadal leży w ziemi, niezbyt głęboko zresztą, po każdym kolejnym deszczu piasek odsłania fragmenty szkieletów. Na potwierdzenie swoich słów przewodnik schyla się i podnosi z ziemi ludzki ząb osadzony na centymetrowym kawałku kości. Pytam przewodnika, dlaczego wydobyli tylko same czaszki i odpowiada – bo nie byłoby miejsca na wszystkie kości. Trochę dziwne to wytłumaczenie, w tutejszej kulturze najpopularniejszym sposobem pochówku jest kremacja, z drugiej strony może chodzi właśnie o ten szokujący efekt, jakiego doświadczają tu zwiedzający dosłownie stąpając po wystających z ziemi kościach? Rozmawiam z nim kilka minut – o obecnych władzach również nie ma najlepszego zdania, teoretycznie potępiają komunistyczne zbrodnie, ale więcej w tym słów, niż czynów. Kambodian People’s Party i kilka innych o podobnym rodowodzie i ideologii, wygrywające każde kolejne wybory głosami ogłupionego motłochu... Demokracja... Mówię mu, że jesteśmy z Polski i kiwa ze zrozumieniem głową – więc wam nie muszę wszystkiego wyjaśniać... Nie chce uwierzyć, że u nas też partia postkomunistyczna bez problemu może wygrać wybory, nawet przy poprawce na skalę zbrodni tu i tam.

Po obaleniu przez wojska sąsiedniego Wietnamu dyktatury Pol Pota, większość czerwonokhmerskich zbrodniarzy zrzuciła mundury i wmieszali się w zwykłą ludność. Nie było to takie trudne, bo oprawcy na ogół nie mordowali w stronach rodzinnych, gdzie mogliby zostać rozpoznani. Podobnie było z ofiarami, wywożono je na drugi koniec kraju i dopiero tam zabijano, aby utrudnić ewentualną identyfikację. Tylko kilku wyższych funkcjonariuszy komunistycznej dyktatury zostało osądzonych, sam Pol Pot dożył sędziwej starości, okolicach granicy laotańskiej. Dopiero w wieku 84 lat, czyli ponad 5 lat po obaleniu został zabity w tajemniczych okolicznościach – być może z zemsty, a być może za dużo wiedział i ktoś przestraszył się jego ewentualnych zeznań. Większość mieszkańców Kambodży niechętnie rozmawia o tamtych czasach, zresztą taka rozmowa może być dużo trudniejsza dla zadającego pytania cudzoziemca – skąd ma wiedzieć, czy rozmawia z rodziną którejś z ofiar (prawie wszyscy stracili wówczas jakiegoś członka rodziny – oprawcy też), czy ze zbrodniarzem? Lustracja? Nie da rady, reżim Pol Pota w większości opierał się na analfabetach – za umiejętność czytania i pisania dostawało się kulkę w łeb, archiwa prowadzono tylko na wyższych szczeblach systemu, szeregowi „bojownicy rewolucji”, czyli bezpośredni oprawcy często nie byli ewidencjonowani, wystarczyło, że po prostu się znali. Kości ofiar przykryła ziemia, zbrodniarze przebrali się w cywilne ubrania i po wszystkim.

Przewodnik opuszczając oczy mówi, że z jego rodziny przeżył tylko on, jednego z braci zabito na jego oczach – za zerwanie banana bez pozwolenia. Ma 40 lat, tłumaczy, że nigdy się nie ożeni, bo nie może mieć pewności, kim byli rodzice żony. Jego postawa nie jest jednak reprezentatywna, większość Kambodżan udaje, że temat nie istnieje – było minęło, popularność partii postkomunistycznych i tych planujących budować „nowy socjalizm bez wypaczeń” (zresztą innych partii tu nie ma) w pełni to potwierdza. Nie potrafię zacytować mu na pocieszenie nauk naszych rodzimych „autorytetów moralnych” – zapomnijmy o przeszłości, razem idźmy w świetlaną przyszłość trzymając się radośnie za ręce i pojednajmy się – mordercy z ofiarami, dupa z batem, doprowadzeni do nędzy i upodleni z obecnymi „biznesmenami” zawdzięczającymi majątki swoim zbrodniom i rabunkom, a wszystkie jagnięta niech zasną spokojnie w objęciach swoich wilków... Tffu, co za szambo i pomyśleć, że nawet za 20-30 lat ten cały syf podmieciony pod dywan nadal będzie cuchnął. My możemy i nie chcemy tego posprzątać – uczył Marcin Marcina i przyganiał kocioł garnkowi...

Godzinę później jesteśmy w Tuol Slang – jednym z największych i najważniejszych więzień śledczych. Przewinęło się tu kilkanaście tysięcy ludzi – „wrogowie ludu”, ale też i funkcjonariusze reżimu, którzy popadli w niełaskę (w myśl zasady, że rewolucja pożera własne dzieci). Kiedy Wietnamczycy tu wkroczyli, zastali setki zmasakrowanych ciał. W prawie każdej celi na pryczach leżeli ludzie zatłuczeni tępymi lub ostrymi narzędziami – łomami, szpadlami. Jedynymi pamiątkami są te łóżka i zdjęcia z tamtego okresu. Te robione przez dokumentalistów i te z archiwów reżimu – zdjęcia ewidencyjne wszystkich tu więzionych. Jedno ze zdjęć ewidencyjnych przedstawia kilkuletniego chłopca, metkę z numerem więziennym ma przypiętą agrafką bezpośrednio do ciała na torsie. Większość z nich ma smutne i ponure miny ludzi świadomych okrutnego losu, jaki ich czeka. Niektórzy jednak uśmiechają się, jakby pozowali do rodzinnego albumu. Jest tu z nami ten przewodnik poznany na polach śmierci, nie potrafi tego wytłumaczyć. Nie rozumieli swojego położenia? Niemożliwe. A może... Nie... Chyba jednak nie, raczej nie zadawaliby sobie trudu, aby marnować klisze na fabrykowanie dokumentacji ewentualnych konfidentów.

Więźniów było tak dużo, że nie wszyscy mieli swoje cele, leżeli więc na podłodze przykuci za kostki stalowymi klamrami do długich prętów, ściśnięci jeden przy drugim. Najpopularniejszą torturą oprócz bicia, było wieszanie na wykręconych do tyłu rękach lub topienie, czasami z użyciem prądu. Niemowlęta zabijano rzucając nimi o ściany. Więzienie składa się z kilku budynków – przewodnik mówi, że zachowały się tu jakieś archiwa, ale rząd nie ma pieniędzy, aby je zbadać, poza tym nie wiadomo, czy nawet chce...

Wat Phnom to jedna z najważniejszych świątyń w Phnom Penh, mieści się na wzgórzu, skąd jednak nie roztacza się zbyt ciekawy widok. Przy głównej ścieżce prowadzącej na wzgórze stoi kasa, w której pani pobiera od nas po dolarze do łebka. Podczas spaceru dookoła wzgórza trafiamy na ścieżkę bez kasy. Na wzgórzu zaczepia nas strażnik i pyta o bilet. Z tą kasą, to chyba jakaś ściema, bo dopiero teraz zaskoczyliśmy, że po zapłaceniu nie dostaliśmy żadnych biletów. Tłumaczymy, że zapłaciliśmy w kasie po drugiej stronie wzgórza. Patrzy na nas podejrzliwie, ale w końcu odchodzi. Jeżeli pani nie wydaje żadnych biletów, to muszą tu mieć fenomenalną pamięć...

Sama świątynie nie powaliła nas na kolana. Troszkę już nam się opatrzyły te buddyjskie klimaty – świątynie w Tajlandii, Laosie i tu wyglądają prawie tak samo, różniąc się co najwyżej jakością użytych materiałów i starannością wykonania.

Pół godziny czekania pod wzgórzem na naszych kierowców – pojechali na obiad, mieli wrócić o 14.30 i trochę się spóźniają, a tu dosłownie nie da się wysiedzieć spokojnie pięć minut, bo natychmiast zlatują się gromadki żebrzących dzieci. Najgorsze jest to, że nie wyglądają na nędzarzy. Kambodża jest krajem bardzo biednym, ale te dzieci są przynajmniej w miarę czysto ubrane i nie zdradzają śladów patologicznego niedożywienia – nędzy, którą można zaobserwować np. w Indiach, gdzie widziałem setki umierających powoli z głodu. Te tutaj, żebrzą z bezczelnymi minami, bo tak je wychowano – biały ma dużo dolarów, więc ma dać, bo nam się należy...

Meczet to już kompletne nieporozumienie, na turystycznej mapce, którą dysponowali nasi kierowcy – przewodnicy, opisany jest jako największy w mieście. Na miejscu okazało się, że to opustoszała rudera o niezbyt ciekawej architekturze. Wiedzieliśmy, że islam jest tu tylko marginesem, aczkolwiek tym bardziej liczyliśmy na coś więcej. Niepotrzebnie.

Kwadrans po 15-tej byliśmy z powrotem w hotelu i obiad w hotelowej restauracji. Kelnerów bardziej interesuje film wyświetlany na dużym telewizorze obok recepcji, niż goście. Przyjmują zamówienia niedbale, wpatrzeni w ekran. Kilka minut później przynoszą mi danie zamówione przez innego klienta. Zacząłem już jeść (te potrawy są do siebie tak podobne, że konia z rzędem temu, kto by się połapał) i myślałem, że będzie jakaś zabawa gratis, na szczęście Koreańczyk dla którego ten talerz był przeznaczony okazał się wyrozumiały i przejął moje zamówienie (na szczęście ceny były podobne).

Wizy do okolicznych krajów można załatwić w recepcji hotelu – pobierają co prawda kilkudolarowe prowizje, ale załatwiają piorunem. Wczoraj wieczorem zostawiliśmy paszporty i dziś po 18-tej odbiór (weekend, piątek na sobotę) – wietnamska 35$. Gdybyśmy chcieli załatwiać sami w konsulacie, to dopiero w poniedziałek. Wiza tajska też 35$, laotańska 45$. Przy okazji zamawiamy bilety do Sajgonu na pojutrze – 6$. To najtańsza i najkrótsza opcja, przez Bavet/Moc Bai. Jak ktoś ma jeszcze troszkę więcej kasy i czasu, to może sobie wydłużyć trasę do przejścia w Kaam Samnor/Vinh Xuong w delcie Mekongu – autobus i prom – jakieś 20-30$, w zależności od szybkości promu. To nam przypomina, że jesteśmy w trasie już ponad 2 miesiące i niedługo kończą się nasze wizy – mamy niecały miesiąc na wyjechanie z Mongolii i Rosji, a przed nami jeszcze Wietnam i powrót przez Chiny.

Wieczorem spacer wzdłuż pobliskiego nabrzeża rzeki Tonle Sap, uchodzącej niedaleko stąd do Mekongu. Po drugiej stronie ulicy Royal Palace, ale to zostawiliśmy sobie na jutro. Pasaż pełen jest zawodowych żebraków, młodych, zdrowych, zdolnych do pracy, ale natrętnych i bezczelnych. Ojcowie i matki uczą żebrać swoje dzieci. Czy oni się kiedyś pozbędą tych zdegenerowanych nawyków? Kambodian People’s Party i jej władza wygłosowana demokratycznie przez takich cwaniaczków... Ale czy u nas jest inaczej...? Są naprawdę bezczelni i prowokują otwartymi zaczepkami. Kiedy podejmuję rękawicę i koncentruję się na tym najbardziej zadziornym pytając, czy ma jakiś problem, cwaniaczek natychmiast chowa się za plecami kolesiów, zbijają się w grupkę i nabierając w ten sposób animuszu ponawiają zaczepki. Jest już ciemno, ale to centrum miasta – po ich bezczelnych minach widać, że w ciemnej uliczce, pewni swojej przewagi byliby gotowi na rozbój. Lata niewyobrażalnego zwyrodnienia, jakiego doświadczyli za Pol Pota zbierają żniwo. Nawykli do okrucieństwa, zdemoralizowani, nauczeni bez skrupułów uderzać z tyłu, kiedy nie mają śmiałości spojrzeć w oczy, do tego anonimowo pomieszani – byli zbrodniarze z ofiarami. Ilu byłych komunistycznych aktywistów przerzuciło się teraz na rozboje, już nie w imię obłąkanej ideologii, ale dla zysku? Przecież oni nic innego nie potrafią i nawet chyba nie chcą się tego oduczyć, a władzy nie zależy specjalnie na tym, by ich wychować, bo i po co? Kto by na nich wtedy głosował? Koszmar, kółko zwyrodnienia i kretynizmu się zamyka.

24.07 NIEDZIELA

Rano kilkugodzinny spacer po mieście i po południu do Royal Palace. Tym razem o mało co nie trafiłem za kratki, muszę się jednak nauczyć znosić spokojnie ich półjawne złodziejstwa, bo kiedyś to się naprawdę źle skończy. Znów typowa dla nich zagrywka, coraz bardziej mi się tu podoba. Wstęp 3$ + jeszcze 2$ za bilet fotograficzny. Kiedy weszliśmy do królewskiej świątyni jeden ze strażników nakazał mi schować aparat. Pokazałem mu bilet za 2$, ale strażnik stwierdził, że nic go to nie obchodzi i tu zdjęć robić nie wolno. Ciśnienie zaczęło mi się powoli podnosić – trasa zwiedzania jest bardzo krótka, a najciekawszego nie wolno fotografować, nawet po zapłaceniu tych dodatkowych 2$. Wróciłem do wejścia i zapytałem jednego ze stojących tam strażników, po co naciągają zwiedzających na te dodatkowe bilety, jeżeli potem i tak nie wolno robić zdjęć – chyba nie płaci się tych 2$ za przywilej fotografowania toalet i parkingu. Facet odpowiedział, że dlaczego nie, i że to doskonały pomysł, poczym z cwaniackim uśmieszkiem wskazał ręką na najbliższą toaletę. Zażądałem zwrotu tych 2$, ale śmiejąc się złośliwie odmówili. Nawet nie zdobyli się na jakąkolwiek próbę wytłumaczenia tego, zadowoleni z siebie, że oskubali kolejnego frajera byli tak bezczelni, że tym razem nie wytrzymałem i nie bacząc na różnicę sił podszedłem do jednego z nich wtykając mu ten bilet w wykrzywione śmiechem usta. Zaczął coś wrzeszczeć, a czekający w kolejce inni turyści obserwujący całą scenę rozstąpili się przezornie. Było ich dwóch, w mundurach, ale bez broni.

Kilka sekund patrzyliśmy się na siebie, ale na krzykach się skończyło. Straciłem ochotę na dalsze zwiedzanie i umówiłem się z Kamilą pod bramą. Jedno mnie tylko pociesza, żadna z osób które czekały tam w kolejce na pewno nie zapłaci im tych dodatkowych 2 dolców. Cieszę się, że już jutro wyjeżdżamy z tego kraju. Ludzie koszmarni – chciwi, leniwi, bezczelni, zdemoralizowani. Obserwując dzisiejszych mieszkańców Kambodży zastanawiam się, czy coś ich może jeszcze łączyć z przodkami tej potężnej i wielkiej cywilizacji, która stworzyła Angor? Raczej już nic. Komunizm w tak skrajnym wydaniu doszczętnie przewrócił do góry nogami całą społeczną strukturę – jeżeli elitę tego kraju (jakakolwiek by ona wcześniej nie była) eksterminowano już od szczebla umiejących pisać i czytać wzwyż, a w ich miejsce zajęła szumowina, to skutek musi być taki. Czy społeczeństwo, którego struktura była przez dziesiątki lat kształtowana w oparciu o zasadę selekcji negatywnej może jeszcze się pozbierać? Komunizm jest dla kraju tym, czym gwałt dla kobiety. Już nigdy nie będą takie same. Z drugiej strony, Chińczykom trudno zarzucić takie chamstwo i lenistwo - można się irytować z powodu bałaganu jaki potrafią zrobić dookoła (szczególnie w pociągach i autokarach), aczkolwiek różnica między nimi a Kambodżanami jest porażająca. Pewne państwa powinny jednak pozostać koloniami i to dla własnego dobra.

Good morning Vietnam...


25.07 PONIEDZIAŁEK

Rano śniadanie w hotelu i o 7.00 pakujemy się do furgonetki. Autokar odjeżdża spod innego hotelu i czekamy pod nim jeszcze jakieś pół godziny. Obserwacja poczynań kierowców potwierdza nasze uczucie ulgi, że już stąd wyjeżdżamy. Kamila, w porównaniu do mnie to anielę niewinne, ale też ma ich już powyżej uszu – jeżeli potrafili ją doprowadzić do takiego stanu, to mogę się pocieszyć, że nie uprzedziłem się do nich „na kredyt”. Jakaś młoda Angielka klęcząc przy luku bagażowym mocuje się z plecakiem, wzrokiem prosi kierowcę o pomoc i ten z obrażoną miną rzuca go na ziemię prosto w błoto – pół metra dalej czysty chodnik. I jak ich nie pokochać?

Na granicy jesteśmy 0 12.30 – posterunek kambodżański prymitywny, ale przejście go zajęło niecałe pół godziny. Strona wietnamska – luksusowy koszmar. Budynek przejścia prawie jak chiński dworzec, niestety czynne tylko dwa okienka, z czego jedno dla tubylców. Tutejsi celnicy traktują swoje obowiązki albo zbyt poważnie, albo zbyt nonszalancko – nie wiadomo, co gorsze. W każdym razie trwa to strasznie długo – jedna osoba kwadrans, a przed nami 15 metrowy ogonek. Urzędnik biorąc do rąk paszport każdego białego, ogląda go najpierw kilka minut wertując wszystkie kartki i z lubością wczytując się we wszystkie pieczątki, potem rozmarzony zamyka oczy zapadając w kilkuminutowy letarg, wreszcie budzi się i znów wertuje kartki... Jakiś „przedsiębiorczy” tubylczy kierowca przeprowadza swoich protegowanych pasażerów do naszego okienka z pominięciem kolejki, używając przejścia służbowego udostępnionego mu przez jednego z ziewających celników, który po każdej takiej operacji chowa do kieszeni niezbyt dyskretnie wsunięty banknot. Teraz już przynajmniej wiem, dlaczego to tyle trwa, ktoś w końcu musi nie wytrzymać i udzielić celnikom dotacji zgodnie z naukami księcia Sałtykowa – Szczedrina (rosyjskiego patrona spraw beznadziejnych, który twierdził, że wystarczy kilka rubli wsuniętych do właściwej kieszeni, aby sprawa przestała być beznadziejna).

Po ponad dwóch godzinach wreszcie przebrnęliśmy przez ten posterunek (pobierają po pół dolara, nie wiadomo za co) i w strugach deszczu pognaliśmy pod odległy o kilkadziesiąt metrów daszek, gdzie oczekiwaliśmy na nasz dalszy transport i resztę pasażerów. W pobliskiej knajpce chcieliśmy kupić coś do picia, szybko nam jednak przeszło. Dosłownie kilka sekund wcześniej jakieś dwie amerykańskie panienki bez słowa zapłaciły po dolarze za puszkę coli i od tej pory sprzedawczyni najwyraźniej zaczęła snuć marzenia o kupnie luksusowego jachtu za jednodniowy utarg.

Pół godziny później zapakowali nas do dwóch furgonetek i ruszyliśmy do Sajgonu. Jazda nie trwała długo, bo to zaledwie niecałe 100 km. W miarę zbliżania się do celu przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Zarówno mijane po drodze mniejsze miasteczka, jak przedmieścia Sajgonu prezentują się niezwykle efektownie. Dość estetyczne i bardzo kolorowe wille, albo ciągnące się dziesiątkami metrów, połączone ścianami segmenty. Nie tylko lśniące nowymi, jaskrawymi farbami, ale i o wymyślnej architekturze – balkony, fikuśne gzymsy i zdobienia, kopuły – po prostu miniaturowe pałacyki. Tylko drogi odrobinę zaniedbane, aczkolwiek ciągnące się kilometrami roboty drogowe oznaczają, że to niedługo się zmieni.

Około 19-tej nasz furgon zatrzymał się pod hotelem TNK. Wejście przez firmowe biuro podróży organizujące wycieczki po okolicy i transport. Duży pokój z łazienką (zimna woda) i lodówką – 5$. Okna się nie otwierają, co pozwala zapomnieć o komarach, duże szafy, na łóżkach czysta pościel, a w przestronnej łazience tak samo czyste, puszyste, białe ręczniki. Jak za tę cenę, to rewelacja. Przy okazji poznaliśmy aktualny kurs, 1$ = 15.800 dongów. Z mapki wnosimy, że jesteśmy w okolicach centrum miasta. Przedziwna kombinacja Azji z francusko – amerykańskimi wpływami sprzed kilkudziesięciu lat. Tutejsze domy nie są już tak kolorowe jak na przedmieściach, typowo azjatyckie wąskie, „umowne”, lekko zaśmiecone chodniki przechodzące w jezdnie pełne samochodów i kłębiących się motocykli i skuterów. Po kilkuminutowej włóczędze okolicznymi ulicami trafiamy na najtańszy tu chyba sklepik – od skrzyżowania przy hotelu, jakieś 150 metrów ulicą wzdłuż klubu – dyskoteki „606” i na kolejnym skrzyżowaniu kilka metrów w prawo. Puszka coli – 4.000 dongów, woda 1.5l – od 4.000, piwo 0.5 „Sajgon” – 6.000. Żyć, nie umierać. W recepcji powiedzieli nam, że niedaleko jest supermarket, więc mimo późnej pory zapuściliśmy się we wskazanym kierunku, niestety w okolicach dużego ronda, gdzieś koło New World Hotel pogubiliśmy się zupełnie i prawie godzinę wracaliśmy do hotelu. Poruszanie się po tym mieście, to spore wyzwanie – nie chodzi nawet o to, żeby nie błądzić, bo po kilku dniach problem przestanie istnieć – po prostu samo przechodzenie przez jezdnię wymaga refleksu i opanowania godnego pilota myśliwca.

Teoretycznie powinno być to proste, na większych skrzyżowaniach są światła, ale ich synchronizację można uznać za dosyć pionierskie rozwiązanie w zakresie regulacji ruchu – światła czerwone i zielone na przecinających się ulicach palą się równocześnie, toteż nikt nie zwraca na nie większej uwagi. Szerokimi, kilkupasmowymi ulicami śmigają tysiące motocykli i skuterów – 75% wszystkich pojazdów, żadnego z kierowców nie obchodzi nic, co dzieje się poza ich góra 15 stopniowym kątem widzenia. Już po minucie obserwowania ich zachowania na drodze zrozumieliśmy, że jedynym co może zmusić ich do zatrzymania, czy choćby zwolnienia, jest tylko perspektywa nieuchronnego zderzenia się z pojazdem o masie większej od własnej. Wchodząc na jezdnię po zapaleniu się zielonego światła dla pieszych zapomnij, że zdołasz przebiec dalej, niż do połowy ulicy zanim ono się zmieni i w tym momencie zostaniesz natychmiast otoczony z obu stron mijającymi cię o centymetry motorami. Jedyne co pozostaje, to stać nieruchomo i modlić się, aby żadnemu z motocyklistów ręka nie zadrżała podczas manewru. Wypatrujesz 2-3 metrowej dziury w przelewającej się obok ciebie niczym prądy wezbranej rzeki kolumnie motocykli i samochodów, obliczasz tempo i szybkimi susami pokonujesz kilka kroków, po czym gwałtownie zamierasz rozpłaszczając się jak deska i mamrocząc zdrowaśki, albo inne zaklęcia. Potem znów 2-3 kroki i kiedy po paru takich cyklach dobrniesz wreszcie do krawężnika, to nie możesz się doczekać kolejnej ulicy... Z tą polisą na pokrycie kosztów leczenia za granicą to nie był taki głupi pomysł – 230 zł za 3 miesiące, ale naprawdę warto...

26.07 WTOREK

Pobudka o 9-tej, nasze przyhotelowe biuro załatwia chińskie wizy, ale cena 55$ nie zachęca do skorzystania z oferty. Zorientowaliśmy się, że polski konsulat mieści się mniej – więcej w połowie drogi do chińskiego i postanowiliśmy zasięgnąć tam najpierw języka na temat ceny wizy chińskiej. Po 15 minutach doszliśmy do Sajgon Center, jednego z nielicznych tu wieżowców, konsulat mieści się na 11 piętrze. Na szczęście w godzinach porannych ruch uliczny jest o połowę mniejszy, co oszczędziło nam kilku stanów przedzawałowych. Wita nas miły tubylec około 50-ki, doskonale mówiący po polsku. Facet najwyraźniej się tu nudzi i jest zachwycony naszą wizytą, na pytanie o cenę wizy chińskiej natychmiast łapie za telefon i chwilę później informuje, że pojedyncza 30$ i cztery dni czekania, za każdy dzień przyspieszenia ok. 10$ więcej. Czyli bezpośrednio w konsulacie dużo taniej. Spacerem wracamy do hotelu po mapę – tak to jest, kiedy robi się wszystko we dwójkę – burza mózgów i spychologia. Spoglądając na kręte uliczki wątpimy, czy trafimy tam nie tracąc zbyt dużo czasu. W końcu, kwadrans przed 11-tą łapiemy dwie motocyklowe taksówki (8.000 dongów od osoby) i jedziemy do konsulatu chińskiego, aby pocałować klamkę – 10 minut temu zamknęli (czynne od 8.00 – 11.00). Pracusie cholera. Piechotą wracamy do hotelu orientując się na górujący nad niską zabudową miasta wieżowiec Sajgon Center. Przynajmniej teraz już sami trafimy bez problemów do konsulatu chińskiego, jakieś 40 minut na piechotę. Śniadanio-obiad w restauracji nieopodal hotelu – spora porcja frytek, dwa jajka sadzone, mała kostka sera topionego i rogal – 20.000 dongów. Doskonałe sheaki już od 5.000 dongów.

Po południu wyruszamy na poszukiwanie tego supermarketu, tym razem już prosto w dziesiątkę – jakieś 20 minut od hotelu. Okazało się, że wczoraj poszliśmy dokładnie w przeciwnym kierunku. Spory chleb tostowy już od 10.000, wędlina (znośna, ale trzeba uważać na daty) 200g – od 15.000, australijskie masło 250g – 17.500, cola 1.5l – 8.500. Nie ma to jak lodówka w pokoju i ta świadomość, że na śniadanie lub kolację, zamiast smażonych noodli kanapka z szynką i pomidorem. Herbata lipton 20 torebek – 7.400.

27.07 ŚRODA

Rano 7.30 idziemy piechotą do konsulatu. Trochę pokpiliśmy sprawę, wyrobienie wizy trwa 4 dni robocze, czyli prawdopodobnie byłaby dopiero na poniedziałek, a mamy coraz mniej czasu. Jeżeli nie zrobią na piątek, to nie ma sensu siedzieć tu tyle dni, tylko trzeba będzie w piątek stąd wyjechać, aby w poniedziałek być w Hanoi i w tamtejszym konsulacie zacząć całą tę procedurę od początku tygodnia. Okazuje się, że za odebranie wizy w piątek trzeba dopłacić aż 15$, zatem nic tu po nas. W drodze powrotnej do hotelu Kamila szaleje w tutejszych sklepach z akcesoriami plastycznymi. Dziesiątki gatunków doskonałych pędzli i pędzelków, a wszystko ponad 3 razy tańsze, niż w Polsce. Zresztą plastyczne uzdolnienia Wietnamczyków widać dosłownie na każdym kroku – dookoła dziesiątki pracowni – galerii. Obrazy olejne to najczęściej całkiem niezłe, jak twierdzi Kamila, kopie dzieł europejskich klasyków, solidne, rzemieślnicze „jelonkarstwo” i troszkę kiczowatych wariacji na tematy popkulturowe. No i mistrzowskie lokalne akwarele. Chyba dobrze udało mi się to powtórzyć...

Tutejsze hotele oferują wycieczki dookoła Sajgonu (np. delta Mekongu, lub tunele z czasów wojny) w cenie przeciętnie ok. 10$, jesteśmy już jednak prawie spłukani, ostatnie „rezerwy” trzymamy na dwudniowy rejs statkiem po zatoce Ha Long, koło Hanoi. Poza tym relikty komunistycznej partyzantki wietnamskiej mało mnie podniecają, może nawet byłbym w stanie zapłacić za obejrzenie tego, ale udawanie przed przewodnikiem zachwytu nad „bohaterstwem” komunistycznych bojowników, to jednak dla mnie trochę za dużo. Gdyby nie głupota Amerykanów, którzy dali się zgwałcić intelektualnie „pożytecznym idiotom” spod znaku zachodnioeuropejskiego lewactwa roku’68, zachwyconego czerwonymi książeczkami Mao i wsłuchanego w „pacyfistyczne” pobrząkiwanie rozmaitych naćpanych, muzykalnych przygłupów, nie byłoby kilku milionów ofiar tutaj i w Kambodży. Można mieć zastrzeżenia do obecnej polityki amerykańskiej na bliskim wschodzie, ale interwencja w Wietnamie była przykładem prawie bezinteresownego (tu nie ma ropy) poświęcenia życia i pieniędzy własnych obywateli, aby obronić miliony innych ludzi przed hordą zbrodniarzy – nie licząc perspektywicznego zdławienia komunistycznej zarazy w zarodku, zanim zacznie zagrażać im samym. Po wycofaniu się wojsk amerykańskich z południowego Wietnamu, komuniści bez problemu opanowali resztę kraju, rozsyłając „bratnią pomoc” do Kambodży, dzięki czemu banda tamtejszych degeneratów zdołała objąć władzę. Dlaczego ci posiadający największe muskuły, mają zawsze najmniejsze mózgi? Bo w naturze musi panować równowaga. Prawie śmieszne...

No i się w końcu doigraliśmy. Wypadek z naszym udziałem, mieliśmy sporo szczęścia, że sami nie trafiliśmy do szpitala. Po południu byliśmy w supermarkecie, aby uzupełnić lodówkę i pod wieczór poszliśmy poszukać prezentów dla rodziny. Niektóre ulice nieopodal Ben Thanh Market są naprawdę szerokie, a świateł tam nie ma. Zmagając się tutejszymi kierowcami nabraliśmy już podczas tych dwóch dni pewnej wprawy w przekraczaniu jezdni – tak nam się do tej pory zdawało – i nagle rutyna nas zawiodła. Nauczyliśmy się już tego, że obojętnie, czy na światłach, czy na pasach, nikt się nie zatrzyma, więc trzeba wchodzić na ulicę korzystając z każdej kilkumetrowej luki w rzece pojazdów, licząc na swój refleks i mocne nerwy. Błędnie jak widać zakładaliśmy, że skoro są takimi drogowymi „twardzielami” i nie odczuwają potrzeby zatrzymania się lub zwolnienia, aby umożliwić przechodniowi przekroczenie ulicy, to są w tym przynajmniej dobrzy, czyli jeżeli tylko nie spękasz na widok mknącego prosto na ciebie roju pojazdów i się nie poruszysz, to nic ci nie grozi. Po kilku minutach czekania na pasach wypatrzyliśmy małą lukę w potoku motocykli i weszliśmy na jezdnię. Udało nam się dojść do połowy, chwilę potem znów otoczył nas rój kłębiących się pojazdów i staliśmy między pasami wypatrując kolejnej luki. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że było ich zbyt dużo i jechały zbyt blisko siebie, aby w takiej sytuacji skutecznie manewrować, a my nie mieliśmy już odwrotu. Z nerwami naciągniętymi jak struny staliśmy nieruchomo, czując nieomal dotyk prawie ocierających się o nas motocykli. Tym razem jednak się nie udało. Dwa jadące bardzo blisko siebie i prosto na nas motory były dosłownie zakleszczone między dziesiątkami innych i na jakieś trzy metry przed nami ich kierowcy zrozumieli, że nie zdołają nas już ominąć, ani wyhamować. Jeden z nich skręcił gwałtownie kierownicą zderzając się z sąsiednim.

Pierwszy wyłożył się na płasko i przeszorował po asfalcie kilka metrów, zdążyliśmy uskoczyć dosłownie w ostatniej chwili. Drugiego wyrzuciło ze dwa metry w górę i robiąc w powietrzu prawie pełną pętlę grzmotnął o ziemię. Jeszcze przed chwilą słyszałem ogłuszający huk zderzenia obu pojazdów, teraz miałem wrażenie jakby to wszystko działo się w niemym kinie. Ten, który przetarł kilka metrów asfaltu wygramolił się powoli spod swojego motoru i próbował stanąć na nogach, drugi po tym potężnym uderzeniu o ziemię leżał nieruchomo koło potrzaskanego jednośladu. Okrzyk Kamili – o Boże, on nie żyje! – przywrócił mi pracę bębenków w uszach. Na drewnianych nogach podszedłem do niego – młody facet w moim wieku – i przyłożyłem mu ucho do ust i palce do tętnicy szyjnej. Po kilku długich sekundach wyczułem rytmiczne pulsowanie pod palcami i słaby oddech. Żyje, ale jakie ma obrażenia? Wstrząs mózgu na 100%, a kręgosłup? Jeżeli nie przeżyje, to nas tu zlinczują, albo wsadzą do paki za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, czy kogoś tu będzie obchodziło, że przechodziliśmy prawidłowo na pasach? Wątpię. Kątem oka zauważyłem przejeżdżającą karetkę – w pierwszej chwili pomyślałem, że wezwał ją któryś innych kierowców lub przechodniów, ale przecież od całego zdarzenia minęło zaledwie może ze dwie minuty. Teraz wszystkie auta i motocykle omijały nas szerokim łukiem, a dookoła zaczął gromadzić się tłumek gapiów. Wybiegłem na ulicę próbując zatrzymać tę karetkę, ale kierowca patrząc obojętnie na to pobojowisko minął mnie dodając gazu. Ten pierwszy, który wstał już o własnych siłach, miał kilka krwawych otarć na rękach i twarzy, ale poza tym wyglądało, że nic mu nie jest. Drugi nadal leżał nieruchomo, a nad nim pochylali się zaciekawieni gapie. Dopiero teraz zauważyłem, że na spodniach mam dwie spore kropelkowe smugi jasnej krwi, jakby po gwałtownym przecięciu tętnicy. Wróciłem do leżącego, rozpinając mu koszule i spodnie szukałem oznak krwotoku, ciemna krew z otarć tego pierwszego nie mogła być raczej przyczyną śladów na moich spodniach. Nie zdążyłem obejrzeć go dokładniej, bo kilku z gapiów złapało go pod ręce i potrząsając nim gwałtownie usiłowali postawić go na nogach. Kiedy to nie pomogło, zaczęli na zmianę naciskać mu klatkę piersiową i brzuch. Próbowałem ich odpędzić, ale nie dało rady.

Kompletni szaleńcy, jeżeli facet ma jakiś uraz kręgosłupa, albo inne wewnętrzne obrażenia, to zaraz będzie po nim. Ale oni traktowali to jak doskonałą zabawę i śmiejąc się szarpali nim coraz mocniej. W pewnym momencie otworzył oczy, a ja na sekundę zamknąłem swoje obawiając się, że zobaczę jak facet dostaje konwulsji. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło, oczy miał co prawda otwarte, ale widać było, że mózg nie odzyskał jeszcze kontroli nad ciałem. Wietnamczycy zachęceni tymi postępami w terapii trzymając go pod ręce postawili do pionu, kilka razy osuwał się bezwiednie na ziemię, w końcu oprzytomniał i nadal podtrzymywany pod ręce wodził otępiałym wzrokiem dookoła próbując zrozumieć, co się stało. Pierwszy z poszkodowanych podszedł do nas wraz z kilkoma gapiami i powiedział, żebyśmy sobie poszli. Inni też uśmiechając się lekceważąco pokazywali nam, abyśmy się stąd ulotnili. Nie bardzo nam się to podobało, jeżeli zjawiłaby się policja, to dopiero mielibyśmy przechlapane, chcieliśmy zostać przynajmniej do przyjazdu pogotowia, aby mieć pewność, że facet otrzyma fachową pomoc. Oni jednak chyba nie spodziewali się przyjazdu karetki, bo pierwszy podniósł swój motocykl, posadził na nim tego półprzytomnego drugiego i przytrzymując go odpalił maszynę, a po chwili razem odjechali. Ten drugi, poważniej uszkodzony motocykl odsunęli na chodnik i po chwili gapie zaczęli się rozchodzić. Widząc, że nic tu już po nas, również odeszliśmy. Mamy nadzieję, że mieli na tyle rozumu, by pojechać do szpitala na dokładniejsze badania.

Pewnie już się nie dowiem, skąd ta krew na moich spodniach. Chyba, że będzie z nim źle i wtedy policja może zacząć nas szukać. Czasami zdarza się, że kilka minut po takim wypadku szok pozwala znieczulić ból ostrzegający o poważniejszym urazie i jeżeli pomoc nie zostanie udzielona na czas... Lepiej o tym nie myśleć, na pewno pojechali do szpitala, chyba nie są tacy głupi, by to zlekceważyć... Cholera, człekokształtni na motocyklach, pozabijają się, ale nie zatrzymają, a my teraz przez nich nie będziemy mogli spokojnie zasnąć zastanawiając się, czy wyszedł z tego bez szwanku, czy nie.

28.07 CZWARTEK

Rano spacer do katedry Notre Dame, niedaleko chińskiego konsulatu. Jak na katedrę, to nie jest one zbyt wielka. Katolicy stanowią 10% mniejszość, ale radzą sobie nieźle. Jak na tych klika dni w Sajgonie (zwolennikom nazwy Ho Chi Minh proponuję, by Katowice nadal nazywali Stalinogrodem) widzieliśmy kilka kościołów, wszystkie starannie utrzymane i niezależnie od pory dnia zawsze kilkanaście modlących się osób – starsze kobiety, ale i sporo młodzieży. Pewne różnice kulturowe są jednak nie do przeskoczenia – postacie świętych, poza Jezusem, mają ewidentnie skośnookie rysy – zakładam, że nie są to tylko rzeźby kanonizowanych tubylców, o ile tacy są. No cóż, skoro powstają już czysto komercyjne wizerunki Buddy z twarzą Dawida Beckhama, to trudno mieć do Wietnamczyków pretensję, że dostosowują panteon świętych do swojej estetyki, ale wygląda to trochę zabawnie.

Ciągle zastanawiamy się, co się dzieje z tym facetem z wczorajszego wypadku i dlaczego tak szybko chcieli nas stamtąd spławić, zarówno ten z lżejszymi obrażeniami, jak i reszta gapiów. Nie chodziło chyba o uchronienie nas przed jakimś samosądem, bo nie okazywali wrogości, może po prostu bali się konfrontacji z policją? Mogłoby to oznaczać, że jakieś reguły kodeksu drogowego jednak tu obowiązują (choć naprawdę trudno w to uwierzyć) – na pasach pierwszeństwo mają najczęściej piesi. Dopiero teraz zaczęliśmy się zastanawiać, jak przechodzą tu przez jezdnię dzieci i starcy – rozwiązanie okazało się banalnie proste, po prostu nie przechodzą. Jeżeli już, to tylko na światłach, poza tym, przy tych największych ulicach nie widać zbyt wielu starszych ludzi. Może po prostu chodzą dookoła dłuższą drogą, aby unikać przechodzenia ruchliwych ulic.

Spore zakupy w dużym sklepie koło katedry i objuczeni jak wielbłądy wracamy do hotelu. Po drodze zaglądaliśmy do sklepów z pamiątkami i symptomatyczna historia. Kamila wzięła do ręki jakąś podstawkę pod kadzidełka – tandetny, pomalowany gipsowy odlew udający nieudolnie rzeźbiony kamień. Podając mi to „cudo” do obejrzenia nie wiedziała, że składa się to-to z dwóch części i oczywiście dokonaliśmy nieumyślnej dewastacji. Jasne było, że trzeba będzie zapłacić „frajerskie”, ale pani zażyczyła sobie dolara więcej, niż wtedy, kiedy widząc „zainteresowanie” Kamili wyceniła przedmiot na 2$. Bez słowa podałem jej 2$ i wyszliśmy. Ręce, nogi i członek opadają...

29.07 PIĄTEK

Rano rezerwacja biletów do Hanoi – najtańsza opcja 19$. Szkoda tylko, że młoda i bardzo miła dziewczyna w biurze ma tak koszmarny akcent, w ogóle nie idzie jej zrozumieć, poza tym niewiele wiedzą o biletach, które sprzedają. Na najprostsze pytania dotyczące czasu odpowiada z zakłopotaną miną „yes” lub „no”, albo słowotokiem łamanej angielszczyzny, z którego nic nie wynika. Wiemy tylko, że bilet jest łączony, bo odległość jest zbyt duża (ponad 1800 km), aby pokonać ją jednym autokarem i będą cztery przesiadki: Sajgon – Nhatrang – Hoi An – Hue – Hanoi. Tłumaczymy dziewczynie, że zależy nam na czasie i zapewniła, że czas oczekiwania na kolejny autobus nie przekroczy 10 godzin i oczywiście tylko w ciągu dnia. Wyjazd dziś o 20.00, a w Hanoi w poniedziałek rano – to jakieś 60 godzin.

W południe wyprowadzka z hotelu i ostatnich kilka godzin łażenia po mieście, mżawka i chłodno.

Kilka minut po 20-tej podjeżdża autobus, raczej podrzędnej marki. Małe, ciasne i niezbyt miękkie siedzenia, noc nie będzie zbyt wesoła. Na szczęście nie ma klimatyzacji, a ruchome szybki w oknach są małe...

Zatoka Ha Long - jak zepsuć jedno z piękniejszych miejsc na swiecie?

30.07 SOBOTA

Postój o 1-ej w nocy pod jakimś hotelem, część pasażerów wysiada, a wsiadają nowi. Okolica przepiękna, widać to nawet po ciemku. Droga prowadzi wzdłuż plaży porośniętej palmami, widać, słychać i czuć morze. Cholera, że musimy jechać ten odcinek akurat nocą. Według naszej rozpiski na bilecie, o 6.00 mamy przyjechać do jakiegoś innego biura i 10 godzin czekania kolejny autobus – w sam raz, aby poszwędać się po Nhatrang. Potem znów cała noc jazdy i parę godzin czekania na przesiadkę. Czyli będziemy jechać głównie nocami, niewiele zobaczymy a szkoda, bo krajobrazy są przepiękne – droga prawie cały czas wiedzie wzdłuż morza.

Azjatycka organizacja, kiedy przyjechaliśmy pod biuro kilka minut po 7-mej, okazało się, że następny autobus (do Hoi An) odchodzi nie o 18.30 jak na naszym grafiku, ale już za kwadrans. Pani przy pomocy korektora dokonała poprawki na naszym bilecie i po sprawie. Pytałem, co będzie dalej, na którą tam dojedziemy i kiedy następny autobus, bo z rozkładu wynika, że są tylko dwa dziennie – 7.30 i 12.30, a prawdopodobnie dotrzemy tam w nocy. Tego pytania pani już nie zrozumiała, albo co bardziej prawdopodobne udała, że nie rozumie. To dla nich charakterystyczne, kiedy namawiają klienta do skorzystania ze swoich usług, to aż promieniują profesjonalizmem. Dopiero kiedy coś schrzanią lub zakombinują zmieniając jednostronnie warunki umowy, to natychmiast przestają cokolwiek rozumieć. Ale może skoro tutaj pani jednym ruchem długopisu przesunęła autokar o 10 godzin, to tam też mogą dysponować podobną mocą...

Niestety nie, za dużo byłoby tych cudów. Po 19-tej podjechaliśmy pod jakiś hotel w Hoi An i kierowca poinformował, że przesiadka dopiero jutro rano. Najtańszy pokój na strychu 6$. Co za zbieg okoliczności, gdyby nie czarodziejski długopis pani w biurze, to obyłoby się bez tego noclegu. To na pewno zbieg okoliczności. Pytam kierowcę, czy jutro rano autobus przyjedzie po nas do hotelu – nie, trzeba się pofatygować do biura (T.M Brother’s Cafe – podaję nazwę ku przestrodze), a chwilę potem zagaduję recepcjonistę w hotelu, czy może zadzwonić do biura, aby się upewnić o której i skąd odjeżdża autokar. Odpowiedział, że nie zna numeru do biura. Jak miło – nie zna numeru do biura, z którego kierowca przywozi mu pełen autokar gości. Dokładnego adresu też nie zna – pokazuje ręką „gdzieś tam”. „Gdzieś tam” żaden z przechodniów nawet nie słyszał o „T.M Brother’s”. Było kilka innych biur, ale wszędzie gdzie pytałem o nasze kręcili tylko głowami. W którymś z kolei jedna pani lepiej zorientowana wyjaśniła, że interesy „T.M Borother’s” prowadzi tu biuro „Camel”. Na miejscu pani potwierdziła, że autobus jest dopiero jutro rano o 7.30 i ewentualnie 12.30, spod biura.

31.07 NIEDZIELA

Znów od rana sensacje. Wstaliśmy wcześnie, by pojechać tym o 7.30. Następny, z Hue do Hanoi odjeżdża o 18.00 i znając realia tutejszej komunikacji nie chcieliśmy ryzykować spóźnienia. Na miejscu niemiła niespodzianka – pani (góra 16-latka, inna niż wczoraj) mówi, że nie ma nas na liście pasażerów. Pokazując mi bilet tłumaczy, że potwierdzenia trzeba dokonać 24 godziny przed odjazdem autobusu. Pytam ją, w jaki sposób, skoro przyjechaliśmy tu wczoraj wieczorem, a już kupując bilet w Sajgonie dokładnie wyjaśniliśmy, że się spieszymy i chcemy wskakiwać z jednego autokaru do drugiego – w takim razie po jaką cholerę im te komputery na biurkach? Poza tym byłem tu wczoraj i bynajmniej nie po to, by pytać o cenę trzciny cukrowej, ale o godzinę i miejsce odjazdu porannego autobusu. Pani odpowiada, że nie ma już nawet miejsc na ten 12.30, co oznaczałoby kolejny nocleg. Już nawet nie chodzi o te drugie 6$, tylko nasze wizy powoli się kończą. Tym razem solidna awantura, aż szef pofatygował się sprawdzić, o co chodzi. Dosyć młody jak na szefa, góra 25 lat. Nie mam nic przeciwko umożliwianiu młodym ludziom robienia kariery na kierowniczych stanowiskach, pod warunkiem, że pełnią swe obowiązki dobrze, tymczasem całe to biuro to potworna amatorszczyzna. Wszystkie pracownice to dosłownie „gówniary” góra 16 lat – na tym tle 25 letni kierownik nie dziwi – żadna nie rozumie po angielsku więcej, niż 10 słów (nawet z poprawką na to wygodne „palenie głupa”). Można odnieść wrażenie, że oni po prostu się tak bawią. Nie pracują, ale właśnie bawią. Bawią się w biuro podróży. Jak coś im nie wyjdzie, to trudno, zresztą „trudno” oznaczałoby, że przynajmniej się tym choć trochę zmartwią, ale nic z tych rzeczy. Poważna firma popełniwszy błąd postarałaby się go jak najszybciej naprawić i dbając o reputację pójść klientowi na rękę. Tu wręcz przeciwnie, obrażona do sześcianu pani (jaka tam pani, smarkula) zaczęła się na nas wydzierać, a szef tylko mruczał pod nosem, że jak znajdą się wolne miejsca, to pojedziemy. W końcu Kamila nie wytrzymała tych wrzasków i zaproponowała pani zmianę pracy na jakąś bardziej odpowiednią, i nie wymagającą choćby podstawowych kwalifikacji umysłowych. Poprosiłem o ewentualne potwierdzenie kolejnego, końcowego już etapu (ach, jak oni ze wszystkim robią łaskę), niestety okazało się to niemożliwe. Komputer i telefony na biurku pełnią jak widać wyłącznie funkcje reprezentacyjne. Amerykanie popełnili duży błąd wycofując się stąd i to jeszcze w takim stylu, to stąd u nich ta bezczelność – „pokonaliśmy” Amerykę, to i wy możecie nam naskoczyć...

Autobus zatoczył kółko po okolicznych hotelach (to odbierają w końcu tych pasażerów spod hoteli?) i okazało się, że akurat dwa miejsca są wolne. Na szczęście Kamila nie oddaliła się za daleko, bo to dopiero byłby pasztet. Po oczach pani z biura widzieliśmy, że sprawiło jej to fizyczny ból, tak chciała nas tu jeszcze przeczołgać ze dwa dni pod swoim Biurkiem, abyśmy się nauczyli, kto tu rządzi. Socjalizm, czy tam komunizm (czym się różni socjalizm od komunizmu – komuniści od razu strzelają w łeb, a socjaliści gnębią człowieka całe życie) jest wszędzie taki sam, czy się stoi, czy się leży...

Godzinę później postój niedaleko jakiejś jaskini. Trudno powiedzieć, czy naturalnej, czy wydrążonej ludzkimi rękami, bo wkoło kilkanaście dużych warsztatów rzeźbiarskich i sklepów z dosyć tanimi i ciekawymi „handcraftami”. To jednak bardzo zdolny naród, najpierw to malarstwo i teraz rzeźby. Szkoda tylko, że pracownicy szeroko rozumianego handlu (turystycznego też) rekrutują się ze zdemoralizowanego lumpenproletariatu i na każdym kroku trzeba się z nimi użerać. Jaskinia byłaby warta dłuższej eksploracji, niestety kierowca powiedział, że postój potrwa tylko 20 minut, a z doświadczenia wiemy już, że jeżeli oni mówią 20, to równie dobrze może to oznaczać 5. W głębi jaskini na pewno nie usłyszelibyśmy przywołującego klaksonu – po tych przejściach w biurze trudno podejrzewać, żeby kierowca poszukiwał nas zbyt energicznie – a autobus wygląda mi na skonstruowany w taki sposób, że może za nim biec dowolna ilość spóźnionych pasażerów...

Do Hue nie jest daleko – jakieś 100 km z hakiem. Widoki tak przepiękne – połączenie gór i wybrzeża, że nawet przeszła nam trochę złość na te niekompetentne biurowe panienki. Szkoda, że mijamy Wietnam w takim pośpiechu, dużo tu malowniczo położonych nad morzem małych miasteczek z jaskiniami i cudownymi plażami, a sama trasa należy do najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek dotąd przemierzałem. Na te kilkadziesiąt godzin jazdy, góry cały czas przeplatają się z morzem. Gdyby tylko wziąć poprawkę na niekompetencję pracowników tutejszego sektora turystycznego, to podróż przez ten kraj byłaby bajkowa. Właśnie minęliśmy chyba ponad pięciokilometrowy tunel pod górami, niestety nikt wkoło nie zna słowa po angielsku, więc nie można się dowiedzieć niczego więcej.

W Hue jesteśmy równo o 13.00 i znów porcja nerwów. Zamiast najpierw podjechać pod biuro, kierowca robi rundkę po zaprzyjaźnionych hotelach, gdzie ma pewnie prowizję od przywiezionych łebków. Dla pasażerów szukających noclegu jest to pewnie dosyć wygodne, bo nie muszą pałętać się po mieście na własny koszt, ale dla przejeżdżających tranzytem to udręka. Tym bardziej, że trwa to strasznie długo, bo najpierw kilkuminutowe oględziny pokojów, potem negocjacje cenowe, a jak się komuś nie spodoba, to z powrotem do autokaru i do następnego hotelu. I weź tu potwierdź następny etap jazdy, zanim podjedziemy w końcu pod to biuro, to wolnych miejsc na pewno już nie będzie. Nie mogli najpierw zawieźć pod biuro tych, którym się spieszy na przesiadkę i dopiero potem zająć się kwaterunkiem? I jak tu na nich nie wrzeszczeć? Właściwie to chyba jedyny sposób na załatwienie tu czegokolwiek. Tylko tak da się na nich wymusić dotrzymania jakiejkolwiek umowy.

Po dojechaniu do biura ta sama śpiewka – nie ma już wolnych miejsc, dlaczego nie zarezerwowaliśmy wcześniej? Ta amatorszczyzna naprawdę już nas dobija. Czułem, że jeżeli jeszcze raz będę musiał zadać pani (jak zwykle góra 18-letniej) retoryczne pytanie, że niby jak mieliśmy to zrobić, skoro ich komputery i telefony w poszczególnych filiach służą im co najwyżej zabawy, a kierowca opóźnia dojazd do biura o prawie godzinę, to w końcu nie wytrzymam i będę zmuszony do bliższego zapoznania się z tutejszym kodeksem karnym. Pani siedząca za biurkiem ma minę dziecka bawiącego się lalką i adekwatne podejście do pracy. Jak oni je werbują? To musi być chyba wpływ tej typowo azjatyckiej, plemiennej mentalności opartej na bezwzględnej lojalności wobec członków rodziny. Nie ważne, czy się nadaje, ważne że NASZ. Żadna z nich nie przeszłaby normalnej selekcji opartej na sprawdzeniu kwalifikacji, poza tym jak widać, właścicielowi firmy nie zależy na lepszym personelu, wystarczy że są po kądzieli... Widać to również po organizacji firmy na wyższym szczeblu – jeżeli szefostwo nie odczuwa potrzeby zapewnienia szybkiej wymiany danych między poszczególnymi filiami, to jak można mieć pretensje do tych dzieci bawiących się w biuro? Jeżeli mimo tego nadal nie zbankrutowali, może to oznaczać tylko tyle, że reszta firm działa na tych samych zasadach. Pocieszające...

Straszę panią, że mamy bilet lotniczy na jutro rano i świadków gotowych potwierdzić dokonanie rezerwacji w Hoi An – jeżeli spóźnimy się na samolot, to pozwiemy ich o odszkodowanie za niewykorzystany bilet. Dzieci na ogół boją się dorosłych ubranych w togi, więc nastolatka myśli chwilę i proponuje nam byśmy zapłacili kierowcom po dolarze, w zamian za co odstąpią nam swoje miejsca i będą spać na podłodze. Dobre i to, zapłaciliśmy i dopilnowałem, aby wpisała nas na listę na autobus o 18.00.

Kilka godzin włóczenia się po miasteczku (całkiem niezły obiad 20.000 dongów) i o 18.00 startujemy do Hanoi. Okazało się, ze w autokarze było jeszcze kilka wolnych miejsc i kierowcy wcale nie musieli tarzać się między fotelami. Na zwrot tych 2$, bez rękoczynów nie ma co liczyć. Czyżby w tym szaleństwie była metoda?

1.08 PONIEDZIAŁEK

Kilka minut po 6-tej rano jesteśmy w na miejscu. Na szczęście klimatyzacja zapewniała tylko cyrkulację powietrza o naturalnej temperaturze, więc dało się spać bez owijania szmatami. Hanoi sprawia jak na razie wrażenie zlepku ruder, daleko mu do Sajgonu. W schowku na bagaże ogromna kałuża, której przy pakowaniu nie było (deszczu chyba też nie) i mój plecak jest do połowy przemoczony, dlaczego mnie to nie dziwi? Nieopodal autokaru czekają już taksówkarze i oferują gratisowy dowóz do hoteli. Wybieramy jednego proponującego hotel Lucky Eden – 6$ (TV, lodówka i własna łazienka z ciepłą wodą, choć ciśnienie anemiczne). Tanio, aczkolwiek kawałek od centrum (jakieś pół godziny spacerem). Szybki prysznic i piechotą do konsulatu chińskiego (jakieś 20 minut). Po drodze mijamy mauzoleum Ho Chi Minha – nie mam już ochoty oglądać truchła kolejnego zbrodniarza. Symptomatyczne – im większa kanalia, tym większe pomniki sama sobie stawia.

W konsulacie dowiadujemy się, że dla obywateli polskich wiza jest bezpłatna. Całe szczęście, bo Kamila już chyba zapomniała o tej przemarzniętej nocy na nabrzeżu w Hongkongu, ale o 30$ za utraconą wizę raczej nie. Swoją drogą to ciekawe, że w jednym mieście za wizę trzeba płacić, a drugim już nie – wydawało mi się, że przepisy imigracyjne są ujednolicone. Odbiór w czwartek, więc mamy czas na rejs po zatoce Ha Long.

Kilka godzin spaceru po centrum Hanoi – koszmarnie drogo, ceny porównywalne do kambodżańskich. Do tego niewiele sklepów spożywczych, trzeba się sporo nałazić by kupić wodę za 5.000 dongów (0.5$). Wreszcie wśród przeważających tu sklepów (AGD, ciuchy, pamiątki) znaleźliśmy w miarę tanią knajpę – frytki, kotlety sojowe, sałatka, cola 0.33l – 22.000 dongów. Cola 1.5 litra – 8.000. Centrum to plątanina małych uliczek wokół jeziorka Hoan Kiem, gdzie bez dokładnej mapy już po 5 minutach straciliśmy orientację i powrót do hotelu zajął prawie godzinę.

Rezerwujemy w hotelu bilety na dwudniowy rejs statkiem po zatoce Ha Long i jak zwykle zgrzyty. Kiedy rano pytaliśmy o cenę, właściciel hotelu podał cenę 28$, teraz zażądał 30$ i nie potrafił sobie przypomnieć rozmowy sprzed kilku godzin. W końcu wydając resztę próbował mnie orżnąć na 2$ i to w sposób tak prostacki, że powinienem nim potrząsnąć za samą głupotę. Pralnia 1$/kg, najdrożej jak do tej pory. Rzadko korzystam z tych usług, ale w naszym pokoju ewidentnie nie ma gdzie suszyć.

2.08 WTOREK

Pobudka kilka minut po 6-tej, chińskie zupki i chleb z masłem, zakupione wczoraj w supermarkecie w centrum. Prysznic w pośpiechu, recepcjonista woła nas na dół pół godziny przed wyznaczonym wczoraj terminem wyjazdu. Przy okazji przynosi mi rzeczy z prania, wszystko jest tak samo brudne, jak wczoraj – na brudnych i zakurzonych spodniach ciągle plamy krwi, podkoszulki przepocone. I za to „pranie” zapłaciłem 2.5$. Są tak bezczelni, że już nawet nie mam siły go opieprzyć, bo gdybym się do tego zebrał, to złożyłbym go w kostkę – jest mały, poręczny do duszenia. Od nauczenia go szacunku dla pracy – własnej i cudzej – powstrzymała mnie tylko konieczność pozostawienia tu plecaków na te dwa dni. W pokoju wisi kartka zabraniająca samodzielnego prania, więc tym bardziej powinni traktować swoje usługi serio. Bawią się w biura podróży, bawią się w hotel, bawią się pralnię...

Na dole w recepcji spotykamy parę rodaków, mają podobne doświadczenia, w dodatku pościel jaką dostali była tak brudna, że woleli spać na gołym materacu. Recepcjonista popędza nas do furgonetki, zerkając ze zdziwioną miną na nasze plecaki. Zaledwie kilka minut temu pytałem go o możliwość pozostawienia ich w schowku, co zostało skwitowane potakującym skinieniem głowy – jak oni to robią? Czy rozumieją słowa, które wypowiadają, czy tylko powtarzają bezmyślnie naśladując fonetykę? W końcu zrozumiał i zaniósł je do komórki obok recepcji. Mam nadzieję, że będą tu jeszcze gdy wrócimy, chociaż z nimi to nic nie wiadomo...

Furgonetka oczywiście przeładowana i część osób musi czekać na inną. Po niecałych dwóch godzinach jazdy zatrzymujemy się pod jakimś dużym sklepem z pamiątkami – do morza jest jakieś 170 km, jazda potrwa jeszcze drugie tyle i nie płaciliśmy chyba za marnowanie tu czasu na głupoty – próbuję dać to dyskretnie do zrozumienia kierowcy, ale jak zwykle udaje, że nie rozumie. Nawet nie starają się ukryć swojego cwaniactwa i pazerności. Wreszcie kwadrans po 11-tej dojeżdżamy do portu i znów bałagan – prawie godzina czekania na wejście na statek. Kilkunastu tutejszych „speców” od logistyki ze stertą papierów w rękach biega bezradnie dookoła. Ach, ta ich organizacja...

Łódź jest przyzwoita, kajuty czyste, tyle że zamki do niczego, można otworzyć scyzorykiem. No i woda w łazienkach tylko kilka godzin dziennie. Obiad wliczony w cenę, ale podany w najgłupszy możliwy sposób, czyli kolektywnie – po 6 osób przy stole, a jest nas tu 18-tu. Dwie większe rodziny po 4 osoby reszta luźne pary. Ponieważ weszliśmy do „kambuza” ostatni, załoga łodzi nas rozdzieliła, dokwaterowując mnie do stadka Francuzów, a Kamilę do rodziny Szwedów. Jedzenie jest podane dosyć „intymnie” – wspólne półmiski z niewielką ilością jedzenia (nie to, żeby ogólnie było mało, tylko spory wybór małych porcji) i nakładając sobie na talerz każdy czuje wzrok pozostałych biesiadników – no weź sobie jeszcze kilka frytek, śmiało... nie krępuj się... Oni jako rodziny stanowią zwarte grupy i czujemy się głupio – 5:1 do przerwy... Druga połowa przy kolacji, a dogrywka jutro przy śniadaniu...

Godzinę po obiedzie dobijamy na wyspę z dwoma ciekawymi jaskiniami i kapitan naszej łodzi oznajmia, że mamy 40 minut na ich obejrzenie. Pierwsza z jaskiń jest ostro „podrasowana” jaskrawymi, różnokolorowymi lampami. Naturalne światło tu nie dociera, więc aby udostępnić ją szerszej publiczności, trzeba było zainstalować te reflektory. Zresztą jak na ich zdolności, mogło być gorzej. Druga jest już bardziej naturalna, jeżeli nie liczyć drewnianych pomostów z barierkami, które są niezbędne do poruszania się w gąszczu skał. Z tego co się dowiedziałem, tę pierwszą odkryto stosunkowo niedawno – najpierw znalazł ją jakiś tutejszy rybak i wziąwszy sprawy we własne ręce obwoził samodzielnie zwerbowanych turystów. W końcu interes musiał zwrócić uwagę władz i przedsiębiorczy odkrywca musiał pożegnać się z dodatkowym źródłem dochodów i prawdopodobnie także z wolnością (chyba, że odpalił odpowiednią działkę komu trzeba), ale o tym już nikt nie chce opowiadać. Te 40 minut to w sam raz, aby przemierzyć obie dosyć szybkim krokiem bez żadnego postoju – po prostu kryminał. Prawie godzina zmarnowana po drodze na wizytę w sklepie z tandetą u jakiegoś pociotka kierowcy, a teraz oglądanie takich pięknych miejsc w biegu, z wywieszonymi językami – to jakaś pieprzona mafia.

Po 45 minutach jesteśmy z powrotem na łodzi i po półgodzinnym kluczeniu między okolicznymi skałami docieramy na małą wysepkę z mikroskopijną (dosłownie 20 metrową) plażą. Cumujemy tam godzinę, choć nie bardzo wiem po co, bo nic ciekawego na niej nie ma. Woda nie jest zachęcająca do kąpieli – zielona od glonów i pełna śmieci wyrzucanych z przepływających tędy łodzi – począwszy od turystów, po głupich tubylców. Osobiście, będąc kapitanem nie przywoziłbym tu gości, a nawet omijał to miejsce z daleka. Lepiej byłoby spędzić dodatkową godzinę w tych jaskiniach. No cóż, mentalność azjatycka.

A jednak było po co. Kiedy po 10 minutowym spacerze po tej wysepce wróciłem do jadalni żeby poświęcić się „kochanemu dzienniczkowi”, spod pokładu, w towarzystwie mamy wyszły te dwie młode Francuzki (po około 18 i 20 lat). Rozłożyły podręczne torby na stoliku obok i nie zważając na moją obecność zaczęły przebierać się w kostiumy kąpielowe. Nawet nie musiałem specjalnie podnosić wzroku znad zeszytu, aby zapoznać się bliżej z ich wdziękami, z którymi z resztą się wcale nie kryły – jedynie mama była skromniejsza, bo zakładając dolną część bikini usiadła na ławce za stołem – no cóż, wiek wymusza najwyraźniej pewne ograniczenia. Dlaczego nie przebrały się w swojej kajucie? Oto pytanie. Szwedzi mają dwóch podrastających synów, oni z pewnością również ucieszyliby się na taki peep show, ale ganiali już po tej plaży, a więc ten pokaz tylko dla mnie? To miłe, dobrze że Kamili tu nie ma, bo dopiero bym sobie popatrzył... O cholera, przecież ona i tak to przeczyta...

Wreszcie stamtąd odpłynęliśmy, choć z kilkuminutowym poślizgiem. Kamila wdrapała się na pobliskie wzgórze i nieźle musiałem nadwyrężyć struny głosowe, bo inaczej by tu została.

Nareszcie coś sensownego, już ponad dwie godziny płyniemy między pięknymi skałami. Obszar jest tak rozległy, że rzadko kiedy natykamy się na inne łodzie, chociaż muszą tu być ich setki, boć to cały przemysł.

Pod wieczór łódź zawija na wyspę Cat Ba, gdzie 8 osób wysiada, wybierając nocleg w hotelu. Dwie rodziny – francuska i szwedzka – zostają i jest nas 10. Druga połowa meczu stołowego i ta sama historia – musimy siedzieć pojedynczo, doczepieni do czteroosobowych rodzin. Francuzi przy stole, temat rzeka. Nakrycia nie są pozbawione widelców, ale oni czując się we własnym sosie wolą używać palców, nie to żebym się tam jakoś specjalnie brzydził, ale używając wspólnych półmisków mogliby wziąć poprawkę, że przy stole siedzi jeszcze ktoś obcy. Kątem oka widzę, że Szwedzi poważniej traktują stołową etykietę i jako - tako liczą się z obecnością Kamili. Skoro już jedzenie z jednej miski należy tu do dobrego tonu, to mogliby sobie zadać przynajmniej odrobinę trudu i podzielić nas trzy grupki – jak widać, to już przekracza ich możliwości. Francuzi okazują się zresztą dość mili (w każdym razie nie pobiliśmy się o co lepsze kąski), ale z romantycznej kolacji we dwoje nici.

Wreszcie docieramy do otoczonego skałami miejsca, gdzie zatrzymamy się na noc. Przepiękny zachód słońca, woda ma już kolor smoły i odbija resztki pomarańczowej poświaty. Jak można było wybrać nocleg w hotelu?

Jak zwykle nasze szczęście nie trwało długo, po niecałej godzinie nieopodal przybiła druga łódź, a kwadrans później było ich już dookoła ponad 10. Najgorsze, że jedna z nich zaatakowała nas abordażem i staliśmy przycumowani burtami. Zaczęło się najlepsze – spektakl z cyklu „dźwięk i światło”. Z prawie wszystkich łodzi woda przynosiła głośną muzykę, część z nich wygasiła przynajmniej światła do niezbędnego minimum, niestety te najbliższe błyskały złowrogo jarzeniówkami, nie pozwalając nacieszyć się czarnym, rozgwieżdżonym niebem. Cholera, oni potrafią zepsuć absolutnie wszystko – począwszy od stalowej kulki, po taką piękną noc na morzu. Jest tu tyle miejsca, że każda z łodzi mogłaby rzucić kotwicę kilka kilometrów od drugiej, tym bardziej, że setki okolicznych skał ułatwiają znalezienie zacisznego kąta. Rozumiem, że u Azjatów instynkt stadny jest rozwinięty aż do absurdu, ale do jasnej cholery mogliby przynajmniej raz zrobić jakąś frajdę białym przybyszom, którzy im w końcu płacą. Romantyzm kolektywny – na randki też umawiają się stadami? Kamila nie wytrzymała i zapytała kapitana, co przy naszej burcie robi ta druga łódź, pozbawiająca nas z jednej strony widoku na morze i świecąca prosto w oczy, na co szyper z nie ukrywanym zdumieniem odparł, że wszystko jest OK, bo obie są z jednaj firmy. Tak ją zatkało, że krztusiła się ze „śmiechu” prawie pół godziny. Czy oni są jeszcze ssakami, czy już owadami? Staramy się wytłumaczyć mu o co chodzi – cisza, spokój, wsłuchiwanie się w szum fal i wpatrywanie w gwiazdy w ciemności, ale ten tylko kręci czułkami i pocierając skrzydełkami o odwłok pobzykuje – bzzz. bzzz... kolektyw... bzzz... bzzz... stado.... bzzzz... bzzz... my z jednej firmy... bzzzz... bzzz... Termit cholera.

Zaledwie kilka minut później popis przedstawicieli naszej cywilizacji. Na tej przylegającej do nas łodzi kilku tamtejszych rozwrzeszczanych, francuskich młodzieńców płci obojga urządziło sobie przemyślną zabawę – rzucanie papierami (samolociki), kto dalej – raz po raz do wody, raz po raz na nasz pokład. Każde lądowanie takiego śmiecia na naszym pokładzie nagradzane było dzikim wyciem. Zwróciłem im uwagę po angielsku, ale z mizernym skutkiem – trudno powiedzieć, czy po prostu mnie olali, czy nie zrozumieli. Postanowiłem nie angażować się jednak dłużej w tego typu dyskusje, bo już klika dni wcześniej obiecałem sobie i Kamili, że wrócę do domu bez bliższego zapoznawania się z tutejszymi sądami, ale czasami ręce naprawdę świerzbią. Trzeba było zabrać przynajmniej pluszowe kajdanki... Ten numer z „łodziami z jednej firmy” już wcześniej rozgrzał Kamilę do czerwoności i teraz straciła resztki wrodzonej anielskiej cierpliwości. Korzystając ze swojej francuszczyzny puściła im taką litanię, że momentalnie przerwali „zabawę” i zamilkli, a Francuzowi z naszego statku (ojcu tych dwóch ponętnych dziewoj) butelka piwa o mało nie wypadła z rąk. Po jego wzroku widziałem, że musi mu być przykro i wstydzi się za swoich rodaków, bo razem z żoną powiedzieli nam „good night” i zeszli pod pokład.

3.08 ŚRODA

Śniadanie o 7.00 i mimowolnie o mało nie parsknęliśmy śmiechem. Zeszliśmy na pokład już pół godziny wcześniej, popatrzeć na wschód słońca. Przechodząc koło jadalni zauważyłem przez okno, że przy obu stolikach siedzą już małżonki z obu rodów i pilnują miejsc – dosłownie leżały na ławkach i wyglądały jakby spędziły tam całą noc. Tym razem jednak okazało się to niepotrzebne, gdyż śniadanie podano już indywidualnie – talerzyk z rogalikiem, jajkiem sadzonym, masłem, i plasterkiem wędliny dla każdego, dzięki czemu można było sobie wybrać stolik. „Każdemu to, na czym mu najmniej zależy...”.

Potem znów powrót na wyspę, by zabrać tych z hotelu i jeszcze kilku nowych – znów godzina w zawieszeniu. Potem jeszcze z pół godziny dookoła farmy małż (kilkanaście baraków na wodzie, połączonych pływającymi chodnikami) i powrót do portu. Bardzo szybki powrót, bo już o 11.30 byliśmy na miejscu. Jak na dwudniowy rejs, to troszkę się pospieszyli, na łodzi spędziliśmy niecałe 24 godziny. Dobrze, że przynajmniej pogoda była wspaniała, słońce grzało tak, że aż piecze skóra, chociaż mam już solidny brązowy podkład. W portowej restauracji ostatni obiad wliczony w cenę – tym razem znakomity, stół dosłownie uginał się od półmisków i nie trzeba było oglądać się na resztę biesiadników.

Powrót do hotelu o 16.30, tym razem obyło się już bez stręczenia zakupów, chociaż organizacja nie zawiodła i znów czekaliśmy pół godziny na furgonetkę. Żeby zbytnio nie grymasić, jak na te 28$, to impreza była udana – rejs, nocleg, 4 posiłki. Jednak najbardziej irytujące jest to, że doprowadzenie całej wycieczki do perfekcji nie kosztowałoby ich ani grosza więcej, wystarczyłoby tylko troszkę więcej wyobraźni, ale to jak zawsze najdroższy i najbardziej deficytowy towar...

W hotelu nie ma już wolnego pokoju, przy okazji znów spotykamy tę parę rodaków. Są, najdelikatniej mówiąc wzburzeni (jak to jest, że kiedy sam przeklinam, tak mnie to nie razi?), okazało się, że zapłacili za jakąś wycieczkę, a właściciel hotelu wyekspediował ich na inną, o dużo gorszym standardzie i teraz awanturują się o zwrot nadpłaconej ceny. Z jednej strony jest mi ich troszkę szkoda, z drugiej cieszę się, bo mam jakieś potwierdzenie, że to nie ze mną jest coś nie tak, tzn. nie czepiam się ich cały czas bez powodu.

Szef hotelu proponuje nam bezpłatny dowóz do filii hotelu bliżej centrum – cena pokoju taka sama. Rodacy wyjaśnili już sprawę zwrotu nadpłaconej kasy i razem z nami jadą do tego drugiego hotelu. Pokój całkiem przyzwoity, a nawet lepszy, niż poprzedni.

Cały wieczór łazimy po okolicznych biurach podróży, starając się kupić bilet na pociąg lub autobus do Lao Cai (granica chińska w kierunku zachodnim - Kunming). Okazało się, że autobusy tam nie kursują i jedynym środkiem transportu jest kolej – niestety bilety należało zarezerwować przynajmniej ze dwa dni wcześniej. Latamy od jednego biura do drugiego licząc na to, że gdzieś mają lepsze dojścia, lub nie wykorzystali swojego przydziału. W końcu w jednym trafiamy na gościa, który twierdzi, że załatwi nam bilety na 100%. Znając ich profesjonalizm pytamy ponownie, upewniając się, że wie o rzekomym braku miejsc. Jak na razie pełen profesjonalizm – gość wszystko rozumie i potwierdza, że bilety załatwi na 100%. Płacimy po 5$ zaliczki (bilet kosztuje 9$ - z wliczoną taksówką na dworzec). Dobre i to, najgorsze gdybyśmy utknęli tu na kilka dni – na nieplanowane kilkudniowe postoje i nowe wizy (mongolska i rosyjska) nie mamy już pieniędzy.

4.08 CZWARTEK

Rankiem w strugach deszczu po wizy do chińskiego konsulatu – naprawdę darmowe (mimo zapewnień ciągle trudno było w to uwierzyć). Mijając stojący w parku pomnik Lenina zataczamy się ze śmiechu – podpis głosi „Lee – Ninh”. Nie ma to jak lokalny folklor.

Po powrocie do hotelu problemy z przechowaniem bagażu. Pani w recepcji wymieniając mi dolary z kamienną miną przekręca mnie na jednego prezydenta. Chrząkam znacząco, pytając jeszcze raz o możliwość przechowania plecaków do wieczora – pociąg odjeżdża o 21.30. Recepcjonistka (oczywiście małolata) w końcu pokazuje nam „skrytkę” w schodach na półpiętrze – żeby się tam dostać trzeba uważać, aby nie skręcić karku, a w środku syf koszmarny, typowa graciarnia poryta kilogramami kurzu i pajęczyn i robactwa. Ale dolar dobry...

Idziemy do tego biura podróży odebrać bilety – już wiem, co musiał czuć Kolumb szukając drogi do Indii. Centrum Hanoi (i najbliższe okolice) to istny labirynt – gubimy się dosłownie co kilka minut. Niska zabudowa pozbawiona charakterystycznych, widocznych z daleka budynków utrudnia orientację w plątaninie wąskich uliczek. Być może poszczególne domy różnią się od siebie, ale trudno to dostrzec, bo fronty budynków zasłonięte są szczelnie setkami identycznych kramów i straganów. Wreszcie trafiliśmy, za biurkiem już inny chłopaczek i odnalezienie naszych biletów zajmuje kilkanaście minut. Przy okazji okazało się, że w innych biurach też już nie ma problemów w biletami. Azja.

Kilka ostatnich godzin łażenia po mieście, a raczej błądzenia – pod wieczór Kamila zgubiła się w tym labiryncie nie mogąc znaleźć kafejki internetowej, gdzie się rozdzieliliśmy. W końcu trafiła cudem, na dwie godziny przed odjazdem pociągu. Internet dosyć tani (10.000 dongów) za godzinę.

W hotelu przykra niespodzianka (a to coś nowego...). W tym schowku, gdzie i tak nie było zbyt czysto, teraz burdel totalny. Kilka minut zajęło mi wtedy ułożenie plecaków w najczystszym miejscu, teraz leżą przywalone startą jakichś śmieci. Gorzej, że brakuje też moich sandałów, które położyłem koło plecaka, aby wyschły po porannym deszczu. W recepcji za ladą stoi para tubylców, których wcześniej nie widzieliśmy – panienka w fartuszku sprzątaczki i młodzieniec o mało rozgarniętym spojrzeniu. Pytam o sandały, oczywiście żadne z nich nie rozumie słowa po angielsku. Na migi wyjaśniam, co zaginęło i odpowiadają zgodnym rechotem. Mi również jest wesoło, ale ponawiam pytanie i panienka nie tracąc humoru dzwoni po koleżankę. Ta zjawia się po pięciu minutach i „recepcjonistka” przesłuchuje ją w swoim języku. Po chwili obie panienki i młodzieniec znów dają popisy dobrego samopoczucia, raz po raz wybuchając śmiechem – każde moje kolejne pytające spojrzenie kwitowane jest radosnym rykiem. Pytanie o kierownika, nie miało sensu – zostawiłem im adresowany do szefostwa list opisujący sytuację i zachowanie personelu, oraz kilka niebyt miłych określeń opisujących poziom ich inteligencji, oraz solenne zapewnienie, że każdemu napotkanemu turyście odradzę wizytę w LUCKY EDEN HOTEL. Podejrzewam zresztą, że niewiele ich to obejdzie, bo to w końcu nic poważnego, przecież oni tylko bawią się w hotel... Czasem można odnieść wrażenie, jakby to nie były istoty rozumne, tylko małpiatki. Mógłbym im jeszcze wybaczyć te zaginione sandały, gdyby przynajmniej przeprosili i wykazali chociaż odrobinę życzliwości i zakłopotania z powodu całego incydentu, ale słuchając tego złośliwego rechotu nie potrafię określić ich inaczej. Nawet nie ma komu urządzić awantury, bo jak można mieć pretensje do człekokształtnych?

A jednak można i niestety nawet trzeba. Kilka minut po 20-tej byliśmy w biurze, gdzie miała na nas czekać taksówka, za którą zapłaciliśmy w cenie biletu. Dwaj chłopaczkowie za biurkiem są kompletnie pijani, dosłownie się zataczają i oczywiście są niesłychanie rozbawieni pytaniami o taksówkę – ewidentnie się z nas śmieją. Już nawet nie chodzi o to, że naciągają i kręcą, ale ta ich bezczelność naprawdę może pozbawić człowieka hamulców. Złapaliśmy sami jakąś taksówkę (3$) i kwadrans później byliśmy na dworcu.

Powrót do Chin - Kamienny Las trzyma się mocno...


5.08 PIĄTEK

Na miejscu byliśmy o 6.30. Pociąg zdumiewająco czysty i nawet przy moim wzroście w miarę komfortowy. Dostaliśmy oddzielne miejscówki i zrobiło się małe zamieszanie, obok nas siedziały dwie młode Japonki i zamieniły się miejscami, potem okazało się, że jeszcze jeden tubylec musi się przesiąść. Jeszcze zanim wyjaśniliśmy mu sytuację zrozumiał, o co chodzi i z uśmiechem usadowił się na moim siedzeniu. Zwykli ludzie są tu naprawdę mili, dlaczego więc do branży turystycznej trafiają prawie same buraki? Może ktoś kiedyś dostanie Nobla za wyjaśnienie tego.

Spod dworca taksówką dzieloną z Japonkami (po 0.5$) do granicy, gdzie okazuje się, ze Kamila zgubiła „departure card”, co niesłychanie rozgniewało wietnamską celniczkę. Ja już przeszedłem odprawę, a Kamilę odstawili na bok i przestali się nią interesować. Po kilku minutach pomyślałem, że gotowi są ją naprawdę zatrzymać – to dopiero byłby cyrk. Na szczęście pół godziny później celniczka uznała, że wystarczy już tych popisów i mrucząc coś pod nosem wystemplowała Kamili wyjazd z Wietnamu. Po stronie chińskiej jakaś jej odpowiedniczka terroryzuje dwie spore oczekujące do odprawy kolejki. Lata po całym terminalu i rozstawia wszystkich po kątach, przynajmniej ze trzy razy sprawdzała mi wszystkie deklaracje i paszport, przestawiając z jednej kolejki do drugiej. Robi tyle bezsensownego zamieszania, że zupełnie poważnie zastanawiam się, czy ma obluzowane jakieś klepki, czy po prostu tak lubi swój mundur i posiadaną dzięki niemu władzę, że nie może się powstrzymać od najbardziej dziecinnych odruchów.

Wreszcie w Chinach. Poprzednio cieszyłem się, że już z nich wyjeżdżamy, teraz odczuwam ulgę, że tu wracamy. Może to zabrzmi trochę „rasistowsko”, ale teraz, mając jaki-taki przegląd pozostałych tutejszych nacji, wydaje mi się, że Chińczycy są jednak bardziej „stylowi”. Mimo kłopotów z porozumiewaniem się i pewnymi trudnymi do zaakceptowania różnicami kulturowymi, w jednym przewyższają Laotańczyków, Tajów, Kambodżan i Wietnamczyków – trudno zarzucić im świadome chamstwo i bezinteresowną złośliwość. Mimo spustoszeń jakich dokonał komunizm pozostała duma, że należą do wielkiej, starej cywilizacji – „noblesse oblige”.

Spod granicy do Kunmingu kursują tylko autokary – 10.50 i warto od razu popchnąć zegarek do przodu o godzinę. Bilet dosyć drogi (185Y), to jedna z najbardziej irytujących tu rzeczy – ceny transportu są w Chinach horrendalne i trudno tłumaczyć to ceną benzyny, bo ta mieści się w granicach 60 centów z litr. A może to tylko moje subiektywne złudzenie? Przecież to ogromny kraj i olbrzymie dystanse, a szacowanie odległości na podstawie mapy może być mylące, zwłaszcza w górach.

Niecałe dwie godziny do odjazdu wykorzystujemy na śniadanie. W jednym ze sklepów poznaliśmy parę Kanadyjczyków, z których jeden miał żonę Chinkę i zaprosili nas do wybranej przez nią restauracji. Spory półmisek pierożków z mięsem (lepiej nie wiedzieć jakim) – 3.5Y, prawie darmo. Około 50-letnia Chinka opowiada o zmianach zachodzących w kraju – jeszcze kilkanaście lat temu nie do pomyślenia byłby ślub z cudzoziemcem z zachodu – ona poznała swojego męża w Kanadzie, gdzie była tłumaczką i tam wzięli ślub, Kiedyś bałaby się wrócić w takiej sytuacji do Chin, teraz nie musi tego ukrywać. Młodszy z Kanadyjczyków – Kyle, wsiada z nami do autokaru i ruszamy w 12-godzinną drogę do Kunmingu.

Na miejscu jesteśmy kilka minut po 22-ej, po drodze, około 18-tej minęliśmy dziką wersję Kamiennego Lasu – ciekawe, czy ten prawdziwy będzie równie piękny. Z okien autokaru mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne – niekiedy kilkumetrowe kamienne gwoździe, albo dla odmiany większe formy prawie przypominające ruiny zamków. I to wszystko ciągnące się kilometrami na odludziu. Niestety zapadał zmrok i kierowca nie chciał zrobić nawet pięciominutowego postoju.

Spod dworca, razem z Kylem i Hitoshim (Japończyk poznany w autokarze) bierzemy taksówkę do hotelu Hump – po 2Y. Ośmioosobowe dormitorium – 25Y (3$) od osoby. Pokoje duże i takież zamykane na klucz szafki dla każdego lokatora, a przy recepcji spora sala mieszcząca bar, parkiet i taras ze stołem bilardowym. Szkoda tylko, że dosyć głośno, w sąsiednim budynku całonocna dyskoteka, wygląda na to, że miasto wcale nie śpi. Ten hałas w nocy będzie troszkę uciążliwy nawet jeżeli trzeba będzie słuchać... Budki Suflera!!!! Przez moment myślałem, że śnię, dopiero po kilku minutach zaczęło mi się kojarzyć, że skądś znam linię melodyczną dobiegającej za okien piosenki. No tak – „bo do tanga trzeba dwojga” śpiewane po chińsku – przez moment nie możemy uwierzyć, ale to na pewno piosenka Budki Suflera.

Kyle ma dopiero 17 lat, ale wygląda dosyć, hmm... dojrzale. Dopiero zaglądając mu w paszport zmuszony jestem uwierzyć, że nie jesteśmy rówieśnikami. Jak tysiące Anglosasów z całego świata przyjechał do Chin uczyć języka angielskiego. Każdy native speaker bez problemu znajdzie tu pracę, nawet jeżeli nie ma trzech klas podstawówki. Stąd to istna Mekka dla nudzących się u siebie w kraju Anglików, Amerykanów, Kanadyjczyków lub Australijczyków. Większość z nich i tak nie miałaby problemów ze znalezieniem pracy w ojczyźnie, ale tu nie muszą posiadać jakichkolwiek kwalifikacji, sam język jest przepustką do płaconych im tu kilkuset dolarów miesięcznie, plus pełne utrzymanie. Jeżeli jeszcze któryś ma jakikolwiek dyplom, to może już wykładać angielszczyznę nawet na uniwersytecie. Chińczycy wychodzą z założenia, że każdy biały, niezależnie od narodowości zna angielski lepiej, niż tutejszy lingwista z kilkoma fakultetami, co może być po części prawdą. Duża podaż Anglosasów sprawia jednak, że od innych narodowości, dla których angielski jest drugim językiem, coraz częściej wymagają certyfikatów i bez tego, w większych miastach nie ma już raczej czego szukać. Gdzie te czasy, kiedy każdy biały przybysz z zachodu wchodząc do restauracji mógł zarobić worek dolarów tylko za to, by jako żywa reklama kilka godzin posiedział przy stole obżerając się za darmo. Trzeba było tu przyjechać kilka lat wcześniej... Teraz tego typu opowieści można już traktować z dużym przymrużeniem oka, aczkolwiek tablice informacyjne w hotelach pełne są ogłoszeń o castingach dla białych cudzoziemców, a to reklamy, a to do „tokszołow” i innych produkcji telewizyjnych.

6.08 SOBOTA

Od rana deszcz, nici z wyprawy do Kamiennego Lasu. Łazimy godzinę po okolicy, ale w końcu przemoczeni odpuszczamy sobie to zwiedzanie. Spod hotelu autobusem nr.3 jedziemy na dworzec kolejowy (15 min) kupić bilety do Pekinu, na jutrzejszą noc 22.03 – 320Y, hard seat. Kuszetki 550Y, niestety brak już miejsc, czyli czekają nas dwie noce w pociągi na siedząco – już się cieszę. Tym razem transakcji dokonaliśmy bez problemu, jakaś młoda dziewczyna z kolejki przepisała nam po chińsku kluczowe słowa ze słowniczka. Kamila wymiękła – swoją drogą to niesamowite, przecież ona jako artysta – plastyk nie powinna mieć problemów z kopiowaniem tych chińskich hieroglifów, ale już po kilku znaczkach miała dość. Mi szło trochę lepiej, toć jam przecież absolwent technikum i choć nie przepadałem za rysunkiem technicznym, to pomimo kilkuletniego „humanizowania” na studiach, coś jeszcze w łepetynie i rękach zostało.

Wieczorem, siedząc w hotelu przy komputerze, jakieś dwa metry dalej słyszę nagle soczystą polszczyznę. Para w moim wieku, aczkolwiek nie wyglądają na trampów – ona ubrana jak z butiku i facet w garniturze, choć na szczęście bez krawata. Nie pasują za bardzo do tego miejsca, okupowanego w większości przez obdartych plecakowiczów. Załatwiają jakieś porachunki sercowe – chyba wzajemne zarzuty o niewierność i brak miłości – banał, tylko forma niesamowita. Co chwila ostre bluzgi, ale wykrzykiwane z natchnionymi minami bohaterów południowoamerykańskiej telenowel. Gdyby wyłączyć im fonię, to wyszłaby z tego niezła pantomima, która równie dobrze mogłaby sprawiać wrażenie namiętnego romansu, ale ostry motyw werbalny rozwiewa to złudzenie. Drą się tak głośno, że ich głosy przebijają się nawet przez ogłuszającą muzykę spod baru i pobliskiej dyskoteki, i zaczynają zwracać na siebie uwagę pozostałych gości. Siedzę nieruchomo, nie dając po sobie poznać żeśmy rodacy, zdradza mnie tylko polskojęzyczny portal na ekranie. Na szczęście są tak zajęci sobą, że nie zwracają uwagi na monitor nieopodal i w końcu wychodzą nadal sobie wymyślając, bo ich głosy mimo hałasu dobiegają jeszcze z oddalonego o kilka metrów korytarza... Ufff...

7.08 NIEDZIELA

Ranek pochmurny, choć padać chyba nie powinno. Kyle odsypia całonocną balangę, budzimy Japończyka i jedziemy „trójką” pod dworzec kolejowy, skąd wracamy się kawałek do autobusowego. Znalezienie transportu do Shi Lin (Kamiennego Lasu) to wyższa szkoła jazdy – najpierw nikt oczywiście nie rozumie o co chodzi, mimo iż podajemy chińską nazwę (niestety zapomnieliśmy przewodnika ze słownikiem) i odsyłają nas od jednego okienka do drugiego. W końcu stojące pod dworcem naganiaczki zrozumiały i zaczęły wydzierać nas sobie na siłę, ciągnąc w kierunku oddalonych o kilkaset metrów furgonetek. Po porównaniu cen wybieramy jedną z nich i ta znów prowadzi nas na drugą stronę dworca, po czym zostawia samych i znika. Kilka minut później pojawia się znowu, ale zupełnie się nami nie interesuje. Zadała sobie tyle trudu tocząc o nas wojnę z pozostałymi naganiaczmi, tylko po to, by teraz nas olać? Niesamowite, kto odgadnie tajniki ich psychiki?

Wracamy do grupy naganiaczy i wybieramy innego (20Y w jedną stronę), wsadza nas do busa i teraz trzeba tylko czekać, aż furgon zapełni się do ostatniego siedzenia. W pewnym momencie słyszymy język ojczysty, na szczęście to nie ta para z hotelu. Też przyjechali Transsyberią, ale więcej czasu poświęcili Mongolii, co bardzo sobie chwalą.

Wyruszamy o 9.00 (ostatni odchodzi o 10.30) i po godzinie jazdy dobijamy do sklepu z pamiątkami, na to nigdy nie jest za mało czasu (najlepsza recepta na mendy – polubić). Kolejny przystanek pod klasztorem buddyjskim na zboczu góry – to już miało więcej sensu, choć oczywiście postój trwał połowę czasu spędzonego w sklepie.

Wreszcie kilka minut po 12-tej dojeżdżamy – kierowca nie dowozi nas jednak pod samą bramę, tylko wysadza jakieś 2-3 kilometry przy przydrożnej restauracji, tłumacząc, że jak ktoś nie ma ochoty na obiad i nie chce czekać pół godziny, to w pięć minut dojdzie do wejścia. Chińskie 5 minut, to znaczy ponad kwadrans, a wstęp kosztuje 80Y – dla studentów chińskich 55Y. Hitoshi wyciąga jakąś „transazjatycką” legitymację zniżkową, ale nic nie pomaga.

Pierwsze wrażenie nie jest zbyt pozytywne, skały są imponujące, ale to wygląda na jakiś „wygłaskany” park z ogrodzonymi trasami do zwiedzania, do tego setki turystów, nie da się zrobić kroku bez wpadania na kogoś. Potworny tłok i hałas nie do zniesienia – daleko temu miejscu do skał, które widzieliśmy wtedy z okien autobusu – cholera, i pomyśleć, że tam mogliśmy sobie oglądać za darmo, nawet jeżeli trzeba byłoby troszkę dalej pojechać.

Na szczęście ze szczytu jednaj ze skał, mimo „chińskiej mgły” dostrzegliśmy olbrzymie skupisko skał oddalone od głównego zatłoczonego parku. Po kilkunastu minutach marszu zagłębiamy się w skalny labirynt i oddychamy z ulgą – wkoło kamienna cisza i żywego ducha, obszar jest tak ogromny, że nawet dziesiątki turystów mogą tu spacerować nie wchodząc sobie w drogę.

Po 15-tej wychodzimy i zajęci rozmową (Hitoshi zna tylko kilka słów po angielsku – dziwne, Japończycy na ogół są dwujęzyczni) dosyć bezmyślnie kierujemy się pod restauracje, gdzie wcześniej wysadził nas kierowca. Nie ustalaliśmy miejsca ponownej zbiórki (tylko godzinę) i wydawało nam się, że będzie czekał właśnie tam, oczywiście fatalna pomyłka. Mijające nas w drodze powrotnej busy są pełne i nie chcą się zatrzymać. Znów maszerujemy 20 minut do miasteczka. Bez problemów łapiemy inny bus (też 20Y) i po 17-tej po zapełnieniu ostatniego fotela startujemy do Kunmingu – ostatni odchodzi o 17.30.

Z powrotem było szybciej, już po dwóch godzinach, czyli kilka minut po 19-tej byliśmy po dworcem kolejowym. Ciągniemy Japończyka na kolację do muzułmańskiej knajpy, gdzie wczoraj jedliśmy pierogi, ale nie bardzo mu smakują. Krążymy pół godziny po innych, ale Hitoshi za każdym razem rzucając okiem na menu rezygnuje. Kiedy trafiamy wreszcie na taką, gdzie asortyment przypada mu do gustu, to po chwili stwierdza, że już nie jest głodny – z nimi naprawdę trudno dojść do ładu, czy mówi prawdę, czy to menu też mu nie jednak pasuje i po prostu jest po „japońsku” grzeczny, by nie robić nam przykrości.

Po 20-tej w hotelu, szybki prysznic i prawie półgodzinne wyjaśnianie pomyłki w recepcji – pani pomyliła się w zapisywaniu naszych nazwisk przy depozycie kluczy do skrytek – i z powrotem na dworzec. Hitoshi był nam bardzo wdzięczny za wycieczkę do Kamiennego Lasu i teraz czekał pół godziny na wyjaśnienie tej pomyłki w recepcji, żeby odprowadzić nas do autobusu. Czy Japończycy to jeszcze Azjaci? Uprzedzająco grzeczni, liczący się z potrzebami współtowarzyszy, nie paplający bezmyślnie i zdolni do kontemplacji. Na tle reszty azjatów, oni i Singapurczycy (choć to przecież tygiel ras i kultur), to jakby inne cywilizacje. Japończycy mieli co prawda okres szaleństwa podczas II wojny, ale wniosków jakie wyciągnęli z te tragedii (pracowitość i kultura) mogłoby pozazdrościć im wiele państw europejskich.

W pociągu jesteśmy 20 minut przed odjazdem, ale i tak mamy problemy ze złożeniem plecaków – Chińczycy ładują się chyba ze dwie godziny wcześniej, aby móc zająć wszystkie półki. Przed nami dwie noce w tym pociągu, ciasno jak cholera, kolana zgięte pod kątem prostym i ani stopnia więcej, do tego ten śmietnik. Oni w ciągu dosłownie godziny potrafią zrobić pierdolnik idealny – nowoczesny pociąg zmienia się w karykaturę symbolu III świata. Jeżeli odczuwasz potrzebę skorzystania z toalety, zrób to w ciągu pierwszej godziny, bo później będziesz potrzebował skafandra OP1 (ci, którzy byli w wojsku wiedzą, o co chodzi). Dwa dni...

8.08 PONIEDZIAŁEK

Straszna noc. Byliśmy i tak dosyć mocno zajechani po całodniowym maratonie w Kamiennym Lesie i ledwo przeżyliśmy ten nocleg na siedząco. Oczywiście ostra klima i ciasnota nie pozwalająca poruszyć ręką, ani nogą. Przypominały mi się mumie zmarłych Indian chowanych w pozycji skulonej na siedząco – tak musieliśmy wyglądać nad ranem, a stopień zesztywnienia również był porównywalny. Nawet kiedy udało się zamulić na kilka minut, to kręcący się bez przerwy Chińczycy budzili nas bezceremonialnymi kuksańcami. Na nieszczęście mamy miejsca koło kipiatoka i toalet – wiadro ze śmieciami już dawno przestało być widoczne spod lawiny papierowych kubków, miseczek, butelek i wszelkiego rodzaju odpadków organicznych. Lawina śmieci bezlitośnie posuwa się w kierunku naszych foteli. Nie wiem jak to możliwe, ale wydaje mi się, że pasażerów jest dużo więcej, niż wczoraj, kiedy startowaliśmy mimo, iż pociąg był już wtedy wypchany do ostatniego siedzenia. Teraz, oprócz pasażerów w fotelach, w korytarzach na tekturach i tobołkach koczują dziesiątki wieśniaków (sądząc po garderobie) i trudno zrobić kilka kroków między fotelami. Jest dopiero 7-ma rano, jeszcze cały dzień i kolejna noc, a już zaczyna mi się wydawać, że jestem Napoleonem i mam ochotę wyjść na spacer ze szczoteczką do zębów na smyczy.

Wieczór, nareszcie coś się dzieje, czas szybciej leci – najpierw dosyć drobiazgowa kontrola dokumentów przez policję (nasze paszporty pokazywali sobie chyba z 10 minut), potem po raz pierwszy podczas podróży Kamila zaczęła rysować. Od dwóch miesięcy bezskutecznie próbowałem ją zapędzić do ołówka, aż tu po patrzę, skrobie na kawałku gazety portret jednego z Chińczyków. Od razu robi się sensacja, całe procesje ciągną do naszych foteli – pociąg trzęsie, gapie się pchają, a Chińczyk wiedząc, że jest portretowany śmieje się do kumpli i robi głupie miny – ciekawe, co z tego wyjdzie. Po minie Kamili widzę, że jest zadowolona z efektów pracy i nie bez powodu – jak na takie warunki portret jest niezły. Rozlegają się „ochy i achy” podziwu, a uradowany właściciel zawija pieczołowicie wydartą z gazety stronę – nabrali dla nas szacunku na tyle, żeby nie wpychać się z nogami na nasze siedzenia, dobre i to.

Kilka minut później przychodzi maszynista (siedzimy w pierwszym wagonie) i zaprasza mnie do swojej kabiny na lekcję angielskiego – oni mają jednak straszny akcent, od razu widać różnicę w budowie krtani, to chyba nie do przeskoczenia bez pomocy logopedy – ale chwała mu za dobre chęci. Niby prosty maszynista, a łapie każdą okazję, żeby się dokształcić, w przeciwieństwie do „inteligencji okienkowej” wszelkiego autoramentu, z którą w ogóle nie ma szans się porozumieć nawet w najprostszych sprawach. Rozglądam się z zazdrością po maszynowni – pełno miejsca i czysto, gdyby tak rozłożyć gazety na podłodze, to byłby królewski nocleg. Niestety maszynista z żalem odmawia, i tak nie powinien mnie tu wpuszczać, a wojskowe patrole co kilka godzin kręcą się po pociągu.

9.08 WTOREK

Druga koszmarna noc, teraz jest już tak ciasno, że kilkunastu Chińczyków śpi już na stojąco między fotelami – i do tego ten burdel, po prostu nie do opisania. Kibel ciągle zajęty, nawet kiedy już się do niego dopchasz (ten koło nas już na szczęście zamknięty), to jesteś ...nasty w kolejce. Wieśniaczki z małymi dziećmi ułatwiają sobie życie wysadzając je (w obu wersjach) bezpośrednio do umywalek przed toaletą - odechciało mi się mycia zębów, a ręce umyłem resztką wody w butelce.

Tuż przed Pekinem robi się luźniej, można już nawet wyciągnąć nogi na siedzenie naprzeciwko, ale słaba to pociecha – stopy ledwo mieszczą mi się w buty.

O 13.00 jesteśmy w Pekinie – z jednej strony ulga, ale i żal, że podróż już się kończy, teraz tylko prosto do domu. Spod dworca autobusem 703 (3Y) pod stację metra Quianmen, skąd 102 jedziemy do naszego znajomego hotelu Jinghua (bezpośredni autobus 741) – pada deszcz i nie chce nam się szukać innego, poza tym tu się zaczęło i tu niech się skończy. Młoda dziewczyna z recepcji poznaje nas od razu i cieszy się jak dziecko, my też – polubiliśmy Pekin i nawet ten zagrzybiały z wilgoci hotel bez drzwi w toaletach. Co ciekawe, pokoje powyżej parteru są już suche (jak na chińskie warunki), ale dolne kondygnacje tego sporego budynku to już prawie rudera.

Powinniśmy od razu wrócić do centrum i rozejrzeć się za biletami do Moskwy, ale po tych dwóch nocach w pociągu padliśmy na pyski zaraz po wejściu do pokoju – wcześniej zmuszając się tylko do piętnastominutowego polowania na spore stado moskitów ukrytych w zasłonach. Pod wieczór po przebudzeniu stwierdzamy, że pokój jest tym razem wyjątkowo obleśny – wszystko dosłownie w nim gnije pokryte grubą warstwą grzyba. Kolacja w znajomej restauracji (doskonale przyrządzony ryż z warzywami) – już nie mogliśmy się doczekać smaku chińskiego piwa za 2.5Y – butla 0.6l. 

Pekin - kłopoty z biletami i byle do przodu


10.08 ŚRODA

Rano wyprowadzka, bardziej życzeniowo – profilaktyczna, niż uzasadniona. Ciągle nie mamy pojęcia jak będzie z biletami na pociąg do Moskwy, a czas nagli, bo wiza mongolska kończy się 13-go, czyli najdalej pojutrze powinniśmy już siedzieć w pociągu, albo będzie kicha. Śniadanie w hotelowej restauracji – zestaw: 2 jajka (sposób podania do wyboru), 2 tosty, centymetrowy plaster podejrzanej wędliny i kawa/herbata – 12Y. Oczywiście kelnerka nie potrafi podać śniadania prawidłowo, tzn. wszystkiego razem. Najpierw przynosi herbatę, a kiedy ta już prawie ostygnie podaje same jajka, potem wędlinę, na końcu donosi chleb.

Jedziemy do centrum szukać biletów, najpierw do kas międzynarodowych w Beijing International Hotel (pełen 5-gwiazdkowy wyczes, nawet karaluchy chodzą tam w smokingach) – jak „pe-ha” to „pe-ha”, pociąg bezpośredni do Moskwy (1390Y) odjechał dziś rano. Tylko jeden w tygodniu i jeden (w poniedziałek?) do Ułan Bator. Akurat tyle kasy nam zostało – po 175$.

Idziemy na dworzec główny pytać o bilety do Errenchot, pod granicą mongolską. Pod jedną z kas spotykamy młodą Chinkę, która zna angielski i sama oferuje nam pomoc. Dowiaduje się w kasie, że najbliższy pociąg do Errenchot odjeżdża 15.08, czyli dwa dni po wygaśnięciu naszych wiz. Robi się ciekawie. Chinka chciał się dowiedzieć czegoś więcej, ale pani w kasie nie była zbyt miła nawet dla swojej rodaczki i trzasnęła jej okienkiem przed nosem – od razu widać, że w tym oceanie młodego i dynamicznego kapitalizmu koleje są jeszcze państwowe.

W końcu docieramy do kasy dla VIP-ów i cudzoziemców, jest ona sprytnie ukryta w głębi dworca i trudno jest ją znaleźć nawet, jeżeli ma się pojęcie o jej istnieniu, bo większość napisów informacyjnych jest po chińsku. Poza tym dworzec jak już poprzednio pisałem jest spory i podzielony na kilka sektorów, a łączące je szklane drzwi są pozamykane, ewentualnie strzeżone przez strażników, wpuszczających tylko posiadaczy biletów. No i do tego wszystkiego tłumy Chińczyków. Dopiero po kilkunastu minutach, kiedy w ogóle udało nam się wejść na halę, odnaleźliśmy angielski drogowskaz.

W kasie potwierdzają datę tego bezużytecznego dla nas pociągu, ale mieści się tu też biuro organizujące łączone przejazdy do Ułan Bator (razem jakieś 390Y, zaliczka 250Y). Codziennie o 16-tej autokar. Jest 14.35, a nasze plecaki w hotelu – nawet taksówką się nie wyrobimy. Pani w biurze stwierdza, że na dzisiejszy autokar na pewno nie zdążymy i każe wrócić jutro. Cholera. Autobus jedzie znacznie wolniej, niż pociąg, do tego przesiadki i cała podróż potrwa ze dwa dni (na miejscu 13.08 rano), a Ułan Bator to dopiero środek Mongolii i będziemy już mieli czas tylko do północy. Na styk, albo i nie, bo kto wie, czy złapiemy pociąg do Rosji?

W okolicznych supermarketach zakupy na jutrzejszą podróż, zupki chińskie (bardzo duża XXL – 3Y) i napoje (cola 2 litry – 6Y). Przy okazji próbujemy tutejszych słodyczy – choć w tym przypadku jest to określenie stanowczo na wyrost. Niby normalne cukierki w papierkach, pytamy czy czekoladowe i młoda sprzedawczyni potwierdza (wydawało się, że rozumie pytanie). Kamila będąc rasowym łasuchem wie doskonale, że Chińczycy nie produkują czekolady i nie jest ona tu zbyt popularna, podobnie jak produkty mleczne, więc ciekawość zwycięża i kupujemy po kilka deko. Oczywiście w środku zamiast czekolady jakaś preparowana na różne sposoby masa owocowa – raz mdła, raz kwaśna, to znów coś jak pieczona śliwka. Ohyzda. Dopiero po 2 puszkach coli (1.5Y) odzyskałem smak.

Ostatni wieczór na Placu Tienanmen, trudno się nam pogodzić z tym, że to już ostatnia noc w Pekinie.

11.08 CZWARTEK

Ponownie check out, teraz już na 100%, śniadanie i zakupy, ostatni obiad i kilka minut po 15-tej jesteśmy w biurze na dworcu i szok – pani mówi, że jesteśmy spóźnieni, bo autobus nie odjeżdża z dworca kolejowego, tylko autobusowego w innej części miasta i powinniśmy tam być już o 14.00. Mamy już dosyć ich niekompetencji, cholera jasna, oni powinni jednak nadal pasać kozy i wyplatać koszyki. Przecież byliśmy tu wczoraj już po 14.30 i gotowi byli nas przyjąć do 16.00, poza tym ani słowem nie wspomnieli o miejscu i godzinie zbiórki. Może jednak myliliśmy się co do Chińczyków, zupełnie jakbyśmy byli z powrotem w wietnamskim biurze podróży. Tym razem już nie wytrzymałem, jeżeli nie wyjedziemy stąd dziś, to po ptakach. Awantura. A jednak różnią się od Wietnamczyków, bo pani była szczerze zmartwiona i obiecała coś poradzić, jak tylko szef wróci. Szef wrócił, zadzwonił i powiedział, że musimy dojechać do dworca taksówką na własny koszt. Mogło być gorzej. Kazał nam poczekać w poczekalni, taksówkę sprowadzi sam. To jednak naprawdę niesamowite, bo czekaliśmy w poczekalni prawie godzinę i dopiero po 16.30 byliśmy na tym dworcu. A podobno tak im się spieszyło. Azjatyckie podejście do czasu...

Przy okazji scenka, która zachwiała nasze dotychczasowe opinie o Chińczykach – chyba jednak myliliśmy się co do poziomu intelektualnego odróżniającego ich od reszty azjatów – prędzej pomyślałbym, że to mogło się wydarzyć w Kambodży lub Wietnamie. Szef biura wyprowadził nas przed dworzec, negocjując z szoferami najkorzystniejszą cenę w/g taksometru i pokazując na plecaki. Wszyscy kręcili głowami i odmawiali. Taksówki to duże limuzyny z pojemnymi bagażnikami, więc w czym problem? Wtedy jakiś taxi-idiota zaczął robić do mnie słodkie minki, poklepując mnie po policzkach i innych miejscach, cukierkowym głosikiem i z minką na granicy zaczepki piszczał – hallo sir... Nie miałem czasu, by zastanawiać się, czy to jakiś „kochający inaczej”, czy po prostu półmózg szukający guza. Tego mi jeszcze było trzeba, facet był tak męczący i bezczelny, że nie sposób było go zignorować. Wydarłem na niego pysk i podkulił na chwilę ogon, a w tym czasie jeden z kierowców zgodził się nas zabrać. Wkładając plecaki do bagażnika poczułem, że znów mnie zaczepia z tym swoim uśmieszkiem i kiedy już miałem zabrać się za niego na serio, nasz szofer machnął mi ręka w geście „nie warto” i wepchnął mnie do środka.

Na miejscu okazało się, że ci w autokarze siedzą tam już ponad 3 godziny i nie jest im z tego powodu zbyt wesoło. Większość pasażerów to Mongołowie z setkami tobołków, które kierowcy bezskutecznie próbują upchnąć w schowkach. Starają się jeszcze zmieścić nasze plecaki i klapa odstaje otwarta pod kątem 45 stopni. Kierowca jest mimo tego bardzo z siebie zadowolony i wygląda na to, że uważa sprawę za załatwioną i autobus gotowy do jazdy, dopiero kiedy zacząłem pukać się w czoło troszkę się zreflektował i wyciągnął jeden z mongolskich tobołków polecając właścicielce zabrać go do środka. Jak dzieci, dosłownie jak dzieci...

Ostatnia symptomatyczna scenka burząca nasz poprzedni obraz Chińczyków. Kilkanaście metrów od autokaru mieściło się biuro rezerwacji biletów lotniczych, obserwując postępy w pakowaniu bagaży pomyślałem, że mam jeszcze kilkanaście minut i postanowiłem tam zajrzeć. Biuro oprócz połączeń lokalnych, według sporej, podświetlanej mapy świata z zaznaczonymi połączeniami powinno obsługiwać również loty do Europy i chciałem sprawdzić ceny. Za biurkiem siedziały dwie młode panienki ubrane w sposób mało reprezentacyjny jak dla tej profesji i wpatrzone w zawieszony na ścianie telewizor zajadały zupki instant. Na mój widok skamieniały i nawet przestały połykać, chwila ciszy i pytam, czy mówią po angielsku. Odpowiada mi zbiorowy rechot, a wykrztuszone kawałki klusek strzelają w powietrze. Dowiedziałem się wszystkiego, czego chciałem. Jeszcze raz rzuciłem okiem na profesjonalną, podświetlana mapę świata pełną modeli samolotów i linii łączących dziesiątki miast na wszystkich kontynentach, oraz loga kilku największych linii lotniczych, biurko z komputerem i rechoczące nad zupkami panienki. Biuro rezerwacji biletów lotniczych. Międzynarodowych. Szkoda, że tam wszedłem, chciałem zachować zupełnie inny obraz Chińczyków, nawet zdając sobie sprawę, że nie była to próbka reprezentatywna.

Odjazd dopiero o 19-tej, gdybym siedział w tym autokarze od 14-tej, to chyba musieliby mnie zapakować w kaftan. Autobus sypialny oznacza klimatyzację niecałe pół metra od twarzy, ale w podręcznym plecaku mam kilka przygotowanych na tę okazje foliowych torebek. Nasz sąsiad Zeew (Amerykanin) skombinował taśmę klejącą i udało się poskromić potwora, przynajmniej na jakiś czas.

12.08 PIĄTEK

Kilka minut przed 9-tą jesteśmy w Errenchot i teraz już trzeba na własną rękę kombinować transport do granicy i dalej. Miasteczko wygląda na typowo „przelotowe”, jakby nikt tu nie mieszkał – same sklepy. Trafiamy jakiegoś kierowcę busa i targujemy 50Y od łebka za przewiezienie przez granicę. Młody mongolski kierowca gra na naszych nerwach jeżdząc w kółko i bez celu po miasteczku, raz po raz urządzając kilkunastominutowe postoje – widocznie szuka jeszcze innych chętnych. Wreszcie po 10-tej tłumaczę mu dosyć dosadnie, że jeżeli nie odjedziemy w ciągu pięciu minut, to wyskoczy z naszej zaliczki i facet z niepocieszoną miną odpala silnik. Okazało się, że do granicy nie jest tak daleko (jakiś kwadrans jazdy) i tuż przed posterunkami nasz kierowca odsprzedaje nas swojemu koleżce z innej furgonetki – nie opłaca mu się przekraczać granicy tylko z dwoma pasażerami. Teraz jedziemy w 10 i siedzimy sobie piętrami na kolanach, na szczęście tylko kilkaset metrów.

Strona chińska w miarę szybko – nasz kierowca zebrał paszporty i karty wyjazdowe, po kilkunastu minutach wrócił w towarzystwie celnika, który policzył nas po łebkach i było po wszystkim. Po stronie mongolskiej trwało to ponad półtorej godziny – najgorsze były deklaracje celne (moje ulubione) w języku mongolskim i jego „cyrylicznej” transkrypcji – pozostali pasażerowie wypełnili je za nas. Wreszcie nasz kierowca załatwił wszystkie formalności i po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się pod dworcem kolejowym w Zamin Ude, gdzie znów popychamy zegarki o godzinę do przodu, z 13.00 na 14.00. Stary i najbardziej rzucający się w oczy budynek dworca jest już opuszczony, teraz kasy mieszczą się w nowym szklanym sześcianie nieopodal. Pociąg do Ułan Bator odjeżdża 0 17.40 i kosztuje 5.500 MNT (mongolski tugrik). Migiem wymieniam dolary w banku na dole – 1$=11.800 MNT i wracam do kasy, gdzie dzieją się mongolskie sceny. Kamila została pilnować kolejki, gdzie raz po raz ktoś próbował wpychać się „na krzywy ryj”, co kończyło się rękoczynami, a Mongołowie są dosyć pokaźnej postury. W końcu udało nam się dotrzeć do okienka bez uszczerbku na ciele – niestety były już tylko najgorsze miejsca. W okolicznych sklepach ceny żywności podobne jak w Polsce, zresztą sporo naszych towarów – słodycze, przetwory.

O 17-tej próbujemy wepchnąć się do pociągu – beznadzieja. Wszystkie wejścia otoczone setkami Mongołów z tysiącami bambetli – królowie bazarów i hurtownicy. Średni rozmiar bagażu to metr sześcienny, a każdy z nich ma przynajmniej z 15 takich tobołów. Razem tworzą kilkumetrowe piramidy – wyższe, niż pociąg. Ci, którzy utknęli z tym majdanem w wąskich drzwiach lub korytarzu nie wycofają się nawet o milimetr, zdając sobie sprawę, że nie mają żadnych szans na ponowne dopchanie się do wejścia. Z kolei z peronu napiera kilkumetrowa ciżba desperatów tratujących wszystko na swojej drodze. Na oko widać, że pociąg nie jest w stanie pomieścić nawet połowy tych bagaży, co jeszcze bardziej determinuje chętnych. Mongołowie raczej nie zaliczają się do ułomków, „najmniejszy cham” wygląda na takiego, co może rzucić koniem kilka metrów w górę – średni wzrost 195 i masa ponad 100 kilo, bicepsy grubości mojego uda, rzucają tymi kilkudziesięciokilogramowymi pakunkami jak puchowymi poduszkami. Zupełnie jakbym obserwował stado galopujących słoni – biada temu, kto stanie im na drodze, jak wejdziemy do środka?

Wreszcie udało nam się wypatrzyć jakąś dziurę. Wskutek jakiegoś zamieszania pod drzwiami powstał kilkumetrowy wąwóz i wykorzystując okazję dopchaliśmy się do drzwi. Przejście kilku metrów korytarza zajęło parę minut, ale nasze miejsca o dziwo jeszcze puste. Wpakowaliśmy plecaki do schowków pod siedzeniami (zajmując w nich po połowie miejsca) i w napięciu czekaliśmy na inwazję. Hordy barbarzyńców wdarły się w końcu do naszej wnęki (to taki „plackartny”) i depcząc po nas (dosłownie) w ułamku sekundy zagospodarowali wszystkie górne półki. To po prostu niesamowity widok – coś jak napad szału wariata z siekierą – klapki na oczach i cały świat przestaje istnieć, nie są zdolni odbierać żadnych bodźców z otoczenia, jedyny cel to upchnąć gdzieś swoje bambetle. W tym amoku nie są już w stanie racjonalnie myśleć i oceniać wymiarów, kształtów i masy. Kilka waliz wepchniętych „życzeniowo” w zbyt małe luki spada nam na łeb na szyję, a każda waży kilkadziesiąt kilo. Niezrażeni tym spychają nas z siedzeń i ponawiają próby. Wreszcie odkryli schowki pod siedzeniami, jeden z nich złapał mój plecak i bezceremonialnie wyrzucił ze schowka, aby ulokować tam pozostałe kilka swoich pakunków. Nie zdążyłem pomyśleć, że konfrontacja nawet z jednym takim osiłkiem może skończyć się ciężkim kalectwem – a co dopiero z całym stadem? – i wydarłem się na niego tak, że na sekundę zapanowała cisza. Wyrzuciłem ze schowka jego pakunek i z powrotem położyłem plecak. Facet był tak zdziwiony moją gwałtowną reakcją, że na moment zbaraniał tak, jak może zbaranieć lew zaatakowany przez podwórkowego kota. Wymamrotał coś niezrozumiale i spróbował zmieścić swoje pakunki obok mojego plecaka – skutek wiadomy, siedzenie pozostało otwarte do połowy, a facet próbował nauczyć je pokory przy pomocy masy swojego ciała sprzężonej z ruchem jednostajnie przyspieszonym potężnego kolana. Zaraz pod klapą zostawiłem statyw, a cała góra plecaka wypchana jest kartonowymi miseczkami z chińskimi zupkami – nasze jedyne żarcie na kilka dni. Jeszcze raz naderwałem struny głosowe (inna próba zwrócenia ich uwagi mogłaby odnieść najwyżej taki skutek, jak kopanie słonia w kostkę) i osiłek rad – nierad zabrał część swoich tobołków. Kamila miała więcej szczęścia – po dołożeniu do jej schowka kolejnego pakunku klapa zamknęła się bez przeszkód i obyło się bez większych kłótni. Dopiero teraz, ochłonąwszy zdałem sobie sprawę ze swojej „odwagi” lub raczej lekkomyślności – przy mojej obecnej wadze każdy z nich byłby w stanie zawiązać mnie na supeł jedną ręką. Oni również, ostudzeni już z kwaterunkowego amoku zaczęli nam się uważnie przyglądać zaciekawieni, cóż to za dziwnie stworzenia stanęły im na drodze. A okazji jest sporo, bo udało im się poupychać zaledwie połowę swojego dobytku i porozkładali go gdzie się tylko dało, co i tak ograniczyło niewielką przestrzeń między siedzeniami. Siedzimy skuleni jak sardynki i powyginani jak chińskie ideogramy, raz po raz odpychając od siebie napierające pakunki, co nie wprawia Mongołów w zachwyt. Dochodzi 20-ta, a przed nami jeszcze calutka noc, na siedząco w tym pierdolniku, jeszcze tylko kozy tu brakuje... Spokój, tylko spokój może nas uratować...

13.08 SOBOTA

Nie będę opisywał wrażeń z nocy, bo nadawałyby się najwyżej do wykropkowania i jeszcze mógłbym zostać uznany za jakiegoś nacjonal-szowinistę. W Ułan Bator byliśmy o 10.25 i dosłownie w ostatniej chwili wskoczyliśmy do pociągu do Suche Bator (granica rosyjska), wskazanego przez jednego z konduktorów. Bilet kupiliśmy u „kanara” 10.000 MNT, czyli jakieś 9$, („kupiejny”), do tego pociąg prawie pusty. Po tej nocy należy nam się odrobina luksusu. Przy okazji podróż do Ułan Bator kosztowała mniej, niż te 390Y, o których informowano w dworcowym biurze w Pekinie. Zaliczka obejmowała tylko pierwszy etap, a resztę kosztów kalkulowali licząc najwyższą klasę pociągu. Na miejscu mamy być ok. 20-tej, czyli o ile nie będziemy mieli spóźnienia, to zdążymy na styk.

Na miejscu o 20.15 i przykra niespodzianka – granica już zamknięta i dziś nie ma już żadnego pociągu na stronę rosyjską, a piechotą nie odprawiają. Spotykamy parę rodaków i radzą nam wziąć taksówkę i jechać do przejścia drogowego w Kjachcie. Taksówką spod dworca jakieś 20 minut (4.000MNT) do terminalu drogowego i klęska, też już zamknięty. Poznane w przygranicznym hotelu Rosjanki radzą nam powrót do Suche Bator i czekanie na jutrzejszy poranny pociąg, co decydujemy się zrobić. I znów 20 minut przez pustą drogę „in the middle of nowhere”. Przy okazji chwila grozy, dookoła pustkowie, a jadący za nami samochód zaczyna nas wyprzedzać, kierowcy dają sobie jakieś znaki i po chwili oba auta się zatrzymują. Zaczynam szukać noża w kieszeni, ale na szczęście fałszywy alarm, w drugim samochodzie cała rodzinka z małymi dziećmi – przypadkowe spotkanie znajomych...

Pod dworcem kolejowym pytamy znajomą naszego taksówkarza o najbliższy posterunek milicji, aby potwierdzili naszą obecność na granicy i dali alibi na wypadek jutrzejszych kłopotów za przekroczony termin wizy. Jest już po 22-ej i pani twierdzi, że o tej porze na komisariacie nie ma już żywego ducha, ale prowadzi nas do dworcowego biura. Wszystko już pozamykane i pani rozmawia chwilę z jakąś wychodzącą właśnie kasjerką i ta wskazuje właściwe drzwi. W biurze siedzi jakiś kompletnie zalany cywil (powinien być celnik, jak wskazywał napis na drzwiach), bierze od nas paszporty z dolarową wkładką i stawia pieczątkę z datą 13.08. Resztką sił informuje nas, że pociąg odjeżdża jutro o 10.45.

Chcieliśmy spędzić noc w dworcowej poczekalni, ale wszystkie okienka były już zamknięte, a z dobiegających nieopodal odgłosów wywnioskowaliśmy, że miejsce to w nocy zmienia się prawdopodobnie w melinę tutejszego dresiarstwa. W jednym ze sklepów informują nas o pobliskim hotelu – właścicielka żąda 300 rubli za pokój – nie mamy tyle przy sobie, a miejsce wygląda na niezłą mordownię i lepiej nie chwalić się dwucyfrowymi dolarami. Płacimy 130 rubli zaliczki i ostatnie 1.000 MNT – reszta jutro rano. Pani (Rosjanka) patrzy na nas podejrzliwie, ale się zgadza. Budynek wygląda jak poradzieckie koszary, odrapane ściany, obie łazienki z poobtłukiwanymi kafelkami kompletnie zarzygane – w restauracji na dole głośna dyskoteka, w korytarzu mijają nas dwie panienki na godziny. Pani wprowadza nas do pokoju – spore, głębokie rosyjskie łóżka i na szczęście w miarę czysto. Około czterdziestoletni synalek właścicielki ma do nas jakiś interes. Jest zalany w trupa i najwyraźniej ma ochotę napić się jeszcze, ale nie bardzo ma za co, bo jego molestowanie rodzicielki o kilka otrzymanych od nas rubli pozostało bez odpowiedzi. W jego oczach widać krańcową desperację, bierz nas pod ręce i z niewyobrażalnym wysiłkiem usiłuje wymówić choćby jedno słowo prośby o dolara, które bylibyśmy w stanie zrozumieć. Zaczyna kilka sylab po rosyjsku, przerywa i próbuje po angielsku (money, dolar), ale znów się zacina i tylko oczy zdradzają jego ukryte pragnienia. Mamuśka stara się go poskromić i wyprowadzić z naszego pokoju, ale gość jest naprawdę zdeterminowany, próbuje spoufalić się z Kamilą i muszę interweniować. Ledwo wcisnąłem się między niego a Kamilę, do pokoju wpadł jakiś potężny facet wezwany przez właścicielkę i życząc nam dobrej nocy wyprowadził natręta. Zostawiam klucz w zamku.

4.08. NIEDZIELA

Od rana znów niemiłe niespodzianki, o 8-mej jesteśmy na dworcu, kasy nadal zamknięte (powinny być otwarte), a pociąg już stoi na peronie, zresztą to ten sam, którym wczoraj przyjechaliśmy. Rozmieniamy kasę u konduktora i wracamy do hotelu po plecaki. Na dworcu z powrotem 8.30, kasa już otwarta, ale pani toczy prywatną rozmową telefoniczną i nie ma zamiaru sobie przeszkadzać. Czekamy z 10 minut aż skończy, tylko po to by dowiedzieć się, że biletów już nie ma. Cholera, zaczynam mieć już dość tej dziury, utknęliśmy tu jak w smole i w dodatku ciągle nie wiadomo, jak będzie z ta naszą wizą, co mamy odpowiedzieć, jak zapytają, kto podstemplował nam paszporty?

Znów taksówką do przejścia drogowego w Kjachcie – tym razem po 25 rubli. Pokazujemy nasze paszporty przechodzącym celnikom i ci patrzą zdziwieni na stemple. Tłumaczymy, że byliśmy na granicy już wczoraj przed końcem wizy, ale było zamknięte i dworcowy urzędnik podstemplował nam paszporty, byśmy nie mieli kłopotów. Pani w mundurze kiwa głową, że rozumie, ale czy na pewno? Z nimi zawsze ten sam problem. Za chwilę przychodzi komendant i ta sama śpiewka. W końcu oznajmia, że jest OK, ale musimy znaleźć kogoś, aby nas przewiózł przez granicę, bo odprawiają tylko zmotoryzowanych i poleca przygotować na ten cel 100 rubli od łebka. Podchodzi do najbliższego samochodu, rozmawia chwilę z kierowcą i chwilę potem siedzimy w aucie – jakieś małżeństwo z synem (Mongołowie). Po chwili żądają od nas po 150 rubli od łebka i trzeba ich postraszyć konkurencją, żeby w końcu zgodzili się na te 100 zaproponowane przez celnika.

Po stronie mongolskiej poszło dosyć szybko (jeżeli nie liczyć oczekiwania) i tuż po 10-tej byliśmy na posterunku rosyjskim. Tu zeszło dłużej, chyba ze trzy razy sprawdzali nasze paszporty i na koniec zrobili nam prowizoryczną rewizję, co miało też swoje dobre strony, bo dało okazję wyjąć z plecaka polar i koszulę – było koszmarnie zimno, góra z 10 stopni.

W końcu Mongołowie wyrzucają nas jakiś kilometr za szlabanem na przystanku autobusowym w Kjachcie (a więc to nazwa strony rosyjskiej), pięć minut potem przyjeżdża zdezelowany autobus (6 rubli) i kwadrans później jesteśmy na dworcu autobusowym, skąd jeżdżą autobusy do Nauszek. Zastanawiamy się, czy uda nam się dogonić ten pociąg, na razie 2:0 dla niego. 

Ostatnie dni w największym państwie świata

Jest południe, podobno jeden autobus do Nauszek właśnie odjechał, kiedy następny nie wiadomo, bo na rozkładzie taki punkt docelowy nie figuruje i nawet miejscowi nie mają zielonego pojęcia, choć jakieś dwie kobiety też czekają. Swoją drogą, czekanie na autobus, którego nie tylko godziny odjazdu, ale nawet istnienia nie można być pewnym, to nie jest najmądrzejsze zajęcie. Taksiarze chcą po 150 rubli od łebka i byliśmy nawet w końcu skłonni z nimi pojechać, ale w końcu trafiła się jakaś starsza pani, która stwierdziła kategorycznie, że autobus (25 rubli) odjeżdża o 15.00, jedzie pół godziny, a pociąg z Nauszek do Irkucka odjeżdża jakiś kwadrans po 16-tej (prawdopodobnie nasz uciekinier). Starsza Rosjanka wie to stąd, że jej córka studiuje w Irkucku i jeździ tą trasą kilka razy w miesiącu, ale żeby się jeszcze upewnić poszła do automatu zadzwonić do domu. Na takie uprzejmości nie liczyliśmy, jednak co biali ludzie, to biali ludzie... Przy okazji, już dawno nie rozmawiałem tak intensywnie po rosyjsku i jestem z siebie bardzo dumny.

Autobus przyjechał o 14-tej i godzina czekania. Przy okazji rozmowa z kierowcą – sympatycznym i rubasznym „mieszańcem” mongolsko – rosyjskim. Pyta skąd jesteśmy i skąd jedziemy. Opisujemy mu trasę i gwiżdże z podziwem pytając, czy było fajnie. Odpowiadamy, że bardzo i na dowód pokazuję mu swoje zdjęcie z paszportu (gęba „wypasiona” i ze 20 kilo więcej, niż obecnie), gość zatacza się ze śmiechu.

W końcu ruszamy, kierowca przed odjazdem zbiera po 25 rubli za bilety, mijając nas puszcza oko i idzie dalej. Coraz bardziej mi się ta Kjachta podoba...

Na dworcu punktualnie 15.30, nasz kierowca z szacunkiem pomaga wyjąć Kamili plecak z bagażnika i ściska nas jak własną rodzinę. Na dworcu już troszkę mniej miło, pani w kasie po raz kolejny ogłasza, że biletów (490 rubli) już nie ma. 490 rubli, to ponad 100 rubli więcej, niż w drugą stronę, kiedy poprzednio podczas postoju w Nauczkach pytałem o cenę, widocznie była podwyżka. Co z tego, kiedy biletów nie ma, a teraz musimy gonić wizę rosyjską, która wygasa 20.08. Pytam, ile kosztuje bilet Irkuck – Moskwa, pani odpowiada, że „kupiejny” 6.000 rubli, „plackartny” jakąś połowę mniej. Poprzednio za bezpośredni, międzynarodowy „kupiejny” do Pekinu zapłaciliśmy 5.400, a teraz 6.000 Moskwa – Irkuck? Albo pani spędzała zbyt dużo czasu na słońcu, albo musiała być przez ten czas spora podwyżka, cholera może nam zabraknąć kasy...

Pociąg odjeżdża 16.20 i mamy jeszcze ostatnie 20 minut na wymyślenie czegoś. Zaczepiam „prowadnicę” na peronie i pytam o wolne miejsca – w kasie nie sprzedają biletów, że niby komplet. Prowadnica każe czekać i wskakuje do pociągu, a po chwili oznajmia, że 5 minut przed odjazdem się okaże. Dziesięć minut później pakuje nas do środka. To niesamowite, ale mijamy kilka wolnych leżanek, jak oni sprzedają te bilety?

Na szczęście nie wpakowali na w „kupiejny”, bo musielibyśmy chyba oddać organy do przeszczepów (zostało nam już po 130$, czyli po jakieś 3.300 rubli) – za „plackartny” zapłaciliśmy po 580 rubli – pewnie z jakimś dodatkowym karnym narzutem, ale i tak jesteśmy wniebowzięci. Mamy sąsiada Rosjanina około 50-ki. Wołodia jest bardzo sympatyczny, częstuje nas obiadem („nu rebiata, kuszajtie”) – kurczak z kilogramami ogórków i pomidorów – i oczywiście znów kilka godzin opowiadania, skąd jedziemy. Prowadnik, facet około 40-ki pyta, czy życzymy sobie pościel na noc – 120 rubli (ponad 4$) – odmawiamy. Jest uprzejmy i doskonale zorganizowany, dosłownie jak automat. Kiedy pytam o kipiatok, przeprasza za niedopatrzenie i obiecuje, że za 10 minut będzie gotowy. Normalnie, każde tego typu pytanie do pań z obsługi pociągu byłoby traktowane jak niewyobrażalna zniewaga (choćbyś nie wiem jak pokorną minę przybrał) i groziłoby „zmarginalizowaniem” przez całą podróż, oraz, np. wychowawczym odizolowaniem od toalety – pretekstów mogą być tysiące, ale nasz prowadnik jest niczym steward na luksusowym jachcie. Widać, że lubi swoją robotę (żadna praca nie hańbi, o ile wykonuje się ją dobrze – z wyjątkiem pracy społecznej) i nie brał jej po to, by wyżywać się na pasażerach. Wołodia dużo jeździ i przyznaje, że to wyjątkowe podejście do pracy. Cholera, jednak ten mój rosyjski to tragedia, dosłownie co drugie zdanie na migi, ręce mi już omdlewają od tej konwersacji...

Wieczorem prowadnik z uśmiechem wręcza nam po komplecie pościeli, a na nasze zdziwione miny odpowiada skinieniem głowy w kierunku Wołodii. Głupia sytuacja, Wołodia wiedząc, że jedziemy już na końcówce kasy zapłacił 8$ za naszą pościel (Wołodia jest z ... Kjachty – co za miasto, no, no...) i głupio teraz nie przyjąć tego prezentu. Materace i tak są dosyć czyste, bo prowadnik wzorowo dba o swój skład, więc nie byłoby problemu, a my nie mamy za bardzo czym mu się zrewanżować.

Krajobraz już dawno przestał być mongolski i teraz mijamy rzędy typowo rosyjskich drewnianych wiosek. Wołodia zapewnia, że możemy spokojnie iść spać, bo Bajkał będziemy mijali w nocy, a ta będzie na 100% bezksiężycowa i nic nie zobaczymy. Szkoda.

15.08 PONIEDZIAŁEK

Pobudka o 7.00 – oddajemy prowadnikowi pościel i koce staranie złożone w kostkę, za co dziękuje nam uśmiechem, raz po raz spoglądając teatralnie ku niebiosom, kiedy któryś z pasażerów rzuca mu niedbale pod nogi bezkształtny, pomięty tłumok. Mruczy bezgłośnie pod nosem „Wot, Rassija” i coś jeszcze, czego już nie łapię – nie znam na tyle rosyjskiego, ale rozumiemy się bez słów, pewne rzeczy są uniwersalne. Widząc jak trzęsiemy się z zimna oddaje nam koce i wyjaśnia, że na dworze jest 5 stopni, skład jest stary i bez ogrzewania, a szpar w oknach sporo. Pytam, dlaczego nie uszczelnią silikonem i znów odpowiada ze śmiechem – Wot, Rassija...

Godzinę później jesteśmy w Irkucku – pierwsze kroki do kasy i pierwsze od kilku dni zwycięstwo, bilety do Moskwy są i kosztują 2.000 rubli „plackartny”. Może kasjerka w Nauszkach ma spore wydatki?

Musimy wypuścić się w miasto, aby znaleźć kantor i wymienić resztę dolarów na ruble, pół godziny później mamy w garści bilety na wieczorny pociąg do Moskwy. Mamy zatem kilka godzin (trzeba uważać, bo w Irkucku obowiązują dwa czasy – lokalny i moskiewski i trzeba uważnie czytać bilety) na obejrzenie miasta. Piechotą przemierzamy most na rzeką Angarą, dziwne to miasto. Z mostu wygląda na duże, rozległe o całkiem sporych budynkach, ale kiedy wejdzie się w uliczki, to jakby szło się większą wioską – aczkolwiek wszędzie dość czysto, ludzie zadbani, żadnych zapitych meneli w bramach, wszędzie ruch i krzątanina. Za to niewiele restauracji, na obiad musimy wejść do sklepu spożywczego – chleb 8 rubli, masło (margaryna) 16, ser żółty wędzony 90/kilo. Wszędzie można kupić dosyć tanio każdy rodzaj alkoholu, ale gastronomia dno. Jakieś nieapetyczne zestawy na aluminiowych tackach, do odgrzania w mikrofali, niektóre wyglądają tak, jakby sprzedawca zupełnie świadomie chciał odstraszyć klientów. Widać, że jedzenie to tutaj jeszcze przykry obowiązek i dodatek do picia (w każdym sklepie alkohole zajmują najwięcej miejsca, na ogół na głównym regale, a każdy szyld zaczyna się od „wodka, piwo...), aczkolwiek żadnych oznak spożywania ponad miarę jeszcze nie widzieliśmy.

W pociągu mamy lekkiego pecha – miejsca nie są numerowane (dziwne i dopiero teraz to zauważyliśmy) i prowadnica – młoda dziewczyna podobna do blondynki z „13 posterunku” przydziela nam oddzielne leżanki – jedną regularną i drugą (krótszą) wzdłuż korytarza. Wszystkie miejsca są zajęte i to już od paru dni, stąd większość pasażerów (na ogół seniorskie rodziny) zdążyła się już zainstalować i poczuć jak w domu, okupując wszystkie półki i stoliki. Zresztą starsze panie nie odczuwają potrzeby złożenia na dzień dolnych łóżek służących normalnie jako siedzenia i wszystko razem sprawia wrażenie zaniedbanego szpitala, a będziemy jechać cztery pełne dni i noce.

16.08 WTOREK

Rano na jakiejś stacji zwalnia się kilka miejsc i pasażerowie będący w podobnej sytuacji jak nasza szybko korzystają z okazji przenosząc się, więc też idziemy za ich przykładem. Za pięć minut przychodzi prowadnica i od razu wyjeżdża do nas z wrzaskiem, dlaczego zmieniliśmy miejsca. To samo zrobiło kilku innych pasażerów, ale tylko my jedziemy na „innostrańskich” paszportach – przyjechały „polskie pany” i myślą, że wszystko im wolno. Wiemy już, że mamy u pani przechlapane, a zostały jeszcze 3 dni. Po tym poprzednim doświadczeniu z pociągiem do Irkucka, to niezbyt miły kontrast – bilans musi wyjść na zero, chociaż raczej na minus, bo w tym będziemy dłużej. Może się czepiam, ale wydaje mi się, że prowadnica spędza więcej czasu przy lusterku, niż swoich obowiązkach. Kipiatok już od kilku godzin zimny, syf na podłodze koszmarny, bo mimo swoich groźnych min pani nie ma autorytetu skłaniającego pasażerów do powstrzymania się od śmiecenia, a sprzątać się jej ewidentnie nie chce. Dziś już od rana paraduje z pięknie nakręconymi lokami (wczoraj miała zwykłe, proste włosy) – Kamila twierdzi, że zrobienie takiej fryzury w polowych warunkach musiało jej zająć kilka godzin. Nikt nie każe jej wyglądać jak kocmołuch, ale chyba za coś jej tu płacą. Średnio co trzy godziny zatrzymujemy się na kilka minut na jakiejś stacji i potem ponad godzinę trzeba czekać, aż pani zechce z powrotem otworzyć toalety. Już nawet nie chodzi o nas, bo jesteśmy na „wojennej ścieżce”, ale kiedy jakaś starsza Rosjanka zapytała ją o jakieś szczegóły rozkładu, to też o mało jej nie zwymyślała. Idąc korytarzem roztrąca wszystkich bezceremonialnie nie siląc się na „przepraszam” i jeszcze spogląda wymownie spode łba, co to za idiota nie zdążył się uchylić. Ewidentnie robi łaskę, że żyje – z jej oczu można odczytać, że strasznie się męczy w swojej pracy, w myślach zasiadając już na fotelu prezesa Łukoilu, albo innego Gazpromu. Może rzeczywiście już „zgredzieję”, ale coraz bardziej mam już „potąd” nastolatek na „ważnych” stanowiskach, wykorzystujących swoją władzę jedynie do wyżywania się. Dresiara na „kierowniczym” stanowisku - i pomyśleć, że ma dopiero ze 20 lat, to co będzie jak przekroczy 40-kę? Strach się bać. Dlaczego tamten facet potrafił swoją „czarną robotę” wykonywać z klasą, w sposób perfekcyjnie zorganizowany, zyskując szacunek i sympatię pasażerów – to tylko różnica osobnicza, a może kwestia wieku, albo płci?

No, popsioczyłem sobie na panią – to doskonale robi na apetyt, a zupka chińska czeka już od godziny na zaparzenie, tylko kiedy kipiatok będzie wreszcie gorący? Poprosiłbym ją o napalenie, ale jeżeli akurat robi sobie jakiś peeling, albo inny „manikiur”, to znów będzie na mnie, że się czepiam...

Jeden z naszych sąsiadów - Siergiej, ma 42 lata i tatuaże od czoła, po palce u nóg. Z rozmów toczonych przez niego półgłosem z innymi pasażerami usłyszałam, że ostanie 15 spędził w „tiurmu”, przez delikatność nie pytamy za co, bo mamy z nim dość dobre układy – jak każdy Rosjanin, ma przy sobie tony pomidorów i ogórków, którymi nas częstuje. Chyba tylko przed nim prowadnica czuje jakiś respekt, bo jak do tej pory chyba tylko jego nie odważyła się potraktować łokciem w przejściu. Przy okazji praca domowa, dlaczego Rosjanie nie obierają ogórków, jedząc je razem ze skórą? Może to niewiarygodne, ale poza trzema typkami na początku wagonu, brak jakichkolwiek oznak spożywania alkoholu (w znaczeniu rosyjskim) – owszem, jest piwo i wino, ale wszystko w normie i pełna kultura.

Te anomalie czasowe są dosyć męczące – pociąg mija chyba razem ze 6 stref czasowych, teraz mam 22.00 czasu irkuckiego i słońce dopiero powoli zachodzi. Spać, czy już wstawać?

17.08. ŚRODA

O 4-tej nad ranem obudził mnie kobiecy wrzask zza ściany. W pierwszej chwili myślałem, że ktoś miał zły sen, albo złapał złodzieja. Wychyliłem się ze swojego wyrka i zobaczyłem jak młoda dziewczyna z leżanki oddzielonej ode mnie ścianką szamocze się z jakimś facetem wciskającym jej rękę między uda. Wszystko działo się zaledwie metr dalej, wychyliłem się bardziej i kantem dłoni walnąłem go pod kolano. W tej samej chwili facet dosłownie oderwał się od ziemi i wylądował na podłodze. Zanim zdążyłem pogratulować sobie tej interwencji, zobaczyłem wycofującą się zza ściany pięść dosyć pokaźnych rozmiarów. Za chwilę pokazał się jej właściciel i rozpoznałem towarzysza dziewczyny, gościa wyglądającego na zapaśnika wagi ciężkiej, pochodzenia kaukaskiego sądząc po rysach i kolorze skóry. Po chwili jedną ręką podniósł niespełnionego erotomana i trzymając go nad ziemią w wyciągniętej ręce zaniósł pod pokój prowadnicy, skąd po chwili ochrona wyprowadziła go w kajdankach. To był jeden z tych trzech, którzy całą noc pili gorzałę i teraz po pijaku przyszedł „poderwać” jedną z trzech rzucających się w oczy wagonowych lasek. Tylko dlaczego wybrał akurat tę, pod opieką takiego Terminatora? Eto psych, skwitował Siergiej...

Pani prowadnica zaczyna udzielać pasażerom lekcji dobrych manier – trzaskając drzwiami w korytarzu koło nas. Robi to w specyficzny i przemyślny sposób – na tyle głośno by poderwać z grobu nieboszczyka, ale i nie wystarczająco mocno, by je domknąć, a wieje zimny wiatr. Co tylko zdążymy zamknąć, to „pierwsza dama” roztrącając wszystkich przemierza całą długość wagonu (po co?), chwilę później ŁUBUDU!!!! i znów przeciąg. Może by tak wynająć Siergieja, żeby ją...

18.08 CZWARTEK

Nic się nie dzieje, nawet pani prowadnica nie daje się we znaki, nie widzieliśmy jej już kilka godzin, może ktoś ją w końcu „sprzątnął”. Koszmarnie zimno i cały czas śpimy owinięci kocami.

19.08 PIĄTEK

Pobudka o 2.30 czasu moskiewskiego, za dwie godziny będziemy na miejscu. Zimno jak diabli, do tego część pasażerów podchwyciła nauki prowadnicy - łażą ciągnąc za sobą ogony (nie domykają drzwi) i przeciąg jest okropny, bo jakiś palący idiota otworzył na korytarzu koło ubikacji okno, a potem nie miał już dość siły, by je zamknąć (zacięło się). Jesteśmy jednymi z nielicznych, którzy pozostawili po sobie zrolowane materace i koce złożone w kostkę (pościeli oczywiście nie zamawialiśmy, co jeszcze bardziej pogrążyło nas w oczach „pierwszej damy”), jednak nawet to nie pomogło i prowadnica rzuciła nam ostatnie pogardliwe spojrzenie na pożegnanie...
Do 5.40 czekaliśmy w poczekalni dworca Jarosławskiego na otwarcie metra i za 13 rubli pojechaliśmy na Białoruski. Na pociągi do Brześcia o 15.00 i 19.00 mają już tylko miejsca w „kupiejnym”, na który nas nie stać i dosłownie do ostatniego rubla spłukujemy się na „plackartny” o 22.57. Przechowalnia bagażu – 60 rubli. Zostało nam po kilkadziesiąt rubli, w sam raz na jakiś obiad...

Knajpy w Moskwie, podobnie jak hotele, zaczynają się dopiero od kilkudziesięciu dolarów i szybko daliśmy sobie spokój – znów chleb i ser żółty w jednym ze sklepów niedaleko dworca. Jest potwornie zimno – góra 10 stopni – choć słońce świeci. Patrząc na mieszkańców Moskwy przecieramy oczy. Mamy na sobie po kilka podkoszulek, polary i szczękamy zębami, a tu wszyscy tylko koszulkach z krótkimi rękawami, niektórzy w krótkich spodenkach i samych sandałach. Kobiety w lekkich sukienkach i wszyscy zachowują się, jakby było ponad 20 stopni. Niezniszczalny naród...

W napotkanym po drodze na Plac Czerwony McDonaldsie zostawiamy resztę rubli (potwornie drogo – frytki i mały hamburger 120 rubli, czyli ponad 4$) i resztę dnia spędzamy włócząc się między Placem Czerwonym, a cerkwią Chrystusa Zbawiciela, gdzie w końcu udaje mi się wejść – naprawdę warto i spędzamy tam ponad pół godziny. W tym czasie temperatura podniosła się o jakieś dwa stopnie, co skłoniło Rosjan do jeszcze odważniejszego pozbywania się zbędnej garderoby – a podobno te kawały o polarnych niedźwiedziach chodzących ulicami Moskwy są mało wyszukane.

Wieczorem spod Kremla ponad godzinę drałujemy na piechotę pod dworzec Białoruski (nie mamy już na metro) i kilka minut po 23-ej Moskwa znika w mrokach nocy.

20.08 SOBOTA

Noc w pociągu znów koszmarnie zimna, dopiero około południa wyjeżdżamy ze strefy zimna, na Białorusi słońce i upały. Próbowaliśmy wypatrzyć granicę rosyjsko – białoruską, ale bezskutecznie.

Na terminalu w Brześciu jesteśmy o 13.05, czyli po przekroczeniu granicy zyskamy godzinę cofając zegarki, dobre i to.

Niestety, znów pech – musimy czekać ponad 3 godziny na pociąg celny do Terespola. Pod punktem kontroli białoruskiej poznajemy Polkę pracującą jako „mrówka” – kiedyś była urzędniczką, po utracie pracy całkowicie zmieniła światopogląd i klnie swoich byłych kolegów po fachu – banda pasożytów pogardzających takimi ciężko pracującymi na siebie ludźmi jak ona. No proszę, większa w niebie radość z jednego nawróconego...

Białoruscy celnicy wyrywają od nas jeszcze po 3$ wyjazdowej opłaty „ekologicznej”, a mnie zatrzymują na kilka minut podczas kontroli paszportowej. Zleciało się ich ze czterech z pobliskich stanowisk i przenosząc wzrok ze zdjęcia w paszporcie na moją szlachetną facjatę porośniętą trzytygodniową brodą mają poważne wątpliwości, co do tożsamości stojącego przed nimi indywiduum. Przez moment mnie to bawiło, ale po chwili pomyślałem, że jeżeli naprawdę nabiorą podejrzeń, to jeszcze spędzimy tu noc zanim potwierdzą moje dane. Proponuję im porównanie podpisu i w końcu dają za wygraną. Kolejna godzina oczekiwania na pociąg celny. Ci funkcjonariusze (tym razem nasi) patrzący pogardliwie z góry na ludzi (którzy ich w dodatku ze swoich podatków utrzymują) starających się uczciwie zarabiać na swoje utrzymanie na handlu transgranicznym, to naprawdę żałosny widok. Chyba umyślnie uczą ich takiego chamstwa, a może oni zdążyli już nabrać przekonania, że należą do jakiejś wyższej rasy albo kasty (pasożytniczej) co pozwala im traktować tych drobnych, samodzielnych kupców jak śmiecie - skąd takie nawyki u "demokratów"? Z jednej strony radość z powrotu do kraju, ale i przypomnienie wszystkich rodzimych kretynizmów „demokratycznego państwa prawa urzeczywistniającego surowe zasady sprawiedliwości społecznej” i „kapitalizmu socjalnego” z którymi przyjdzie się teraz zmagać... Jak to pisał Andrzej Bobkowski w swoich nieocenionych „Szkicach piórkiem” – Czas zepsuł się jak stary budzik, ale w końcu trzeba będzie oddać go do zegarmistrza, nastawić na godzinę TERAZ-tą i wtedy zacznie dzwonić przeraźliwie...

słowa kluczowe: termin: 22 maja 2006 - 20 sierpień 2006
trasa: Rosja, Chiny, Laos, Tajlandia, Malezja, Singapur, Melezja, Tajlandia, Kambodża, Wietnam, Chiny, Rosja

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 5 / 5 (2)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 5 / 5 (2)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 34001 od 5.08.2006

Komentarze

Liczba komentarzy: 1
Albert Jumlinski

O żesz kurde... jak ja zazdroszczę takiej podróży :D Zawsze jakoś mi się marzyło zwiedzić Azję... Takich widoków w polskich miastach niestety nie uświadczę :/

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy