lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Erywań  
Klasztor TatevTatev, Armeniafoto: Morten Knutsenźródło: Stock.XCHNG
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

Japanese space junk remover blasts off

Park Geun-hye: South Korea lawmakers vote to impeach leader

China: Xi calls for stricter ideological control of universities

Hong Kong leader CY Leung not to seek re-election

AgustaWestland: India ex-air force boss arrested for bribery

Mallya 'assets' published in hack

Australia's richest woman Gina Rinehart to buy Kidman estate

Solomon Islands tsunami warning lifted after powerful 7.8 quake

Sydney doctor murdered wife with insulin shot

Japan tracks dementia patients with QR codes attached to fingernails

Aleppo battle: UN says hundreds of men missing

Syria war: IS edge closer to Palmyra again

UAE investigators probe Ohio student killed by police

Boris Johnson: 'Profound concern' for people of Yemen

Turkey drops case against Israeli officers in Gaza flotilla killings

Egypt violence: Six police officers killed by militants in Cairo

Inside Yemen: Saudi air strikes and Britain's role

Aleppo: Families flee city through hole in the wall

Inside Saudi Arabia: On front line of war with Yemen

Hospitals struggling to cope with Mosul casualties

Miasta Azji

 Katmandu

warto zobaczyć: 14
transport z Katmandu: 3
dobre rady: 21

wybierz
[opinieCount] => 0

 Jerozolima

warto zobaczyć: 9
transport z Jerozolima: 3
dobre rady: 12

wybierz
[opinieCount] => 0

 Tajpej

warto zobaczyć: 22
transport z Tajpej: 11
dobre rady: 39

wybierz
[opinieCount] => 0

 Szanghaj

warto zobaczyć: 18
transport z Szanghaj: 1
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 New Delhi

warto zobaczyć: 23
transport z New Delhi: 2
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pekin

warto zobaczyć: 27
transport z Pekin: 4
dobre rady: 61

wybierz
[opinieCount] => 0

 Stambuł

warto zobaczyć: 38
transport z Stambuł: 2
dobre rady: 40

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pokhara

warto zobaczyć: 9
transport z Pokhara: 1
dobre rady: 9

wybierz
[opinieCount] => 0

 Xi'an

warto zobaczyć: 10
transport z Xi'an: 2
dobre rady: 19

wybierz
[opinieCount] => 0

 Hua Shan

warto zobaczyć: 8
transport z Hua Shan: 3
dobre rady: 18

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,897,341,64
IndieINR68,0672,5616,16
IzraelILS3,824,070,91
MalezjaMYR4,454,741,06
RosjaRUB63,8968,1115,17
Sri LankaLKR151,70161,7336,03
SyriaSYP214,85229,0651,02
TajlandiaTHB35,7738,148,50
TurcjaTRY3,533,770,84
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Armenia
     kursy walut
     AMD
     PLN
     USD
     EUR
  •  Armenia
     wiza i ambasada
    Armenia
    ambasada w Polscetak
    wymagana wizanie
    Od 10 stycznia 2013 bez wiz

Armenia 2003

niedziela, 7 lis 2004
  • dotyczy:  

Erewań
Podobne baraki jak po stronie gruzińskiej powitały nas na ziemi ormiańskiej. Jedynie urzędnicy byli nieco inni. Po pierwsze bardzo zasmucił ich fakt posiadania przez nas wiz, które dostaliśmy jeszcze w Warszawie za 50 USD. Strracili możliwość zarobienia. Pozostałych pasażerów odprawiono beż oglądania paszportów, ale z nami było więcej ceregieli. Załatwiało nas dwóch mundurowych. Starszy za bystry nie był, a spoczął na nim obowiązek wstukania naszych danych do komputera. Nie znał chyba za bardzo łacińskich liter i całe szczęście, że pomagał mu nasz kierowca. Trochę to trwało i gdy myśleliśmy, że wszystko załatwione przyszedł młodszy. Znaczącym głosem oznajmił, że teraz on będzie stemplował paszporty. Bardzo się ucieszyliśmy, ale oczekiwanej przez niego reakcji z naszej strony nie było. Wyszedł do sąsiedniego baraku i po chwili podszedł do nas kierowca i oznajmił, że bez 10 USD to stempli nie będzie i będą dzwonić do stolicy czy w ogóle nas wpuścić. Na szczęście nigdzie nam się nie spieszyło i wzięliśmy ich na przeczekanie. Minęło 15 minut i zrezygnowany pogranicznik wbił pieczątki. To była jedyna próba wymuszenia na nas pieniędzy w czasie całego wyjazdu.

Zaraz po przekroczeniu granicy droga znacznie poprawiła się i dość szybko jechaliśmy do Erewania. Po drodze jeszcze mały posiłek w knajpce przydrożnej. Podobnie jak w Akhalkalaki dominującą walutą był rubel. Według szefowej knajpki można u niej płacić każdą walutą. Ciekawe jak zareagowałaby na polskie złotówki. Szaszłyki zawinięte w cieniutki lawasz smakowały wyśmienicie za 20 rosyjskich rubli.

Minęliśmy Aragat po lewej i Ararat po prawej stronie i dojechaliśmy do dworca autobusowego u wylotu z miasta. Wymieniliśmy pieniądze, a miła kobietka podzwoniła jeszcze po hotelach. Niestety najtańszy kosztował 20 USD za dwójkę. Poszliśmy na postój taksówek i pierwszy napotkany taksiarz stwierdził, że za 1000 dram (1USD = 580 dram) zawiezie nas do mieszkania za 2000dram od głowy. Zawiózł nas na drugą stronę ulicy. Ale nie narzekaliśmy. W piętrowym domku na parterze mieszkała rodzinka, a na piętrze mieli sporo pokoików do wynajęcia. Wprawdzie jeszcze w trakcie budowy, ale my dostaliśmy jeden z bardziej wykończonych. Łazienka była obok, czysta pościel na łóżkach więc nie było co wybrzydzać. I tak mieliśmy tu tylko spać i od czasu do czasu umyć się. 

Wykąpani w zimnej wodzie pojechaliśmy marszrutką 68 do centrum, gdzie pierwsze kroki skierowaliśmy do agencji sprzedającej bilety lotnicze. Po odrobinie problemów ze znalezieniem połączenia w interesującym nas terminie w końcu dziewczyna za biurkiem znalazła połączenie do Odessy za 143 USD. Mieliśmy bilety w kieszeni i tydzień na zwiedzanie Armenii.

Cerkiew Zoravar Cerkiew Zoravar fot. Piotr Bułacz
Zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść i oczywiście zagadnęliśmy jednego z przechodniów. Levon (zdrobniale Ljowa) najpierw zaczął nam tłumaczyć, a potem stwierdził, że zaprowadzi nas do knajpki swoich znajomych. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze piękną cerkiew Zoravar z XVII wieku ukrytą między blokami. Architektura sakralna różni się znacznie od gruzińskiej - we wnętrzach dominują tu zwykle surowe mury z nielicznymi obrazami.

Doszliśmy do uliczki pełnej małych rodzinnych knajpek i udało się nam namówić Ljowę na wspólny posiłek. Wyszło trochę dziwnie zjedliśmy sporo, wypiliśmy troszkę, a Zaproszony przez nas Ljowa zapłacił za całość. Ot gościnność ormiańska. Mieliśmy okazję skosztować typowego dla Armenii napoju orzeźwiającego. Tan jest trochę podobny do serwatki, podobno specjalnie przygotowywany, doskonale gasi pragnienie.

Zaprzyjaźniliśmy się dość szybko i nasz przyjaciel postanowił pokazać nam miasto. Erewań jest miastem bardzo nowoczesnym i w związku z tym mało tu budowli zabytkowych. Pełno natomiast knajpek, parków i pomników. Mieliśmy trochę pecha, ponieważ akurat teraz miasto jest bardzo intensywnie remontowane. Rozebrane są ulice, place - ogólnie jeden wielki plac budowy.

Spotkaliśmy później rodzinę Ljowy - żonę lekarkę i dwie nastoletnie córy. Dalej zwiedzaliśmy już wspólnie. Kolejnym kościółkiem stojącym na blokowym podwórku był Katoghike z XII wieku - bodajże najstarszy w mieście. Aż dziwne, że nie został przeniesiony. Malutki kościółek dziwnie wygląda wśród wysokich bloków. 

W ramach rewanżu zaprosiliśmy całą rodzinkę na lody. Spacerując dalej po parkach Erewania doszliśmy do nowej, ogromnej katedry Grzegorza Iluminatora, założyciela kościoła ormiańskiego. Armenia jako pierwsze państwo świata przyjęła w 301 roku chrześcijaństwo jako religię obowiązującą.

Wzgórze Erebuni Wzgórze Erebuni fot. Piotr Bułacz
Oglądaliśmy pomniki, słuchaliśmy o wielkich Ormianach i czas mijał bardzo szybko. Historia okazała się być hobby naszego przewodnika. Nawet z historii Polski znał sporo faktów. Słońce zaczęło chować się za horyzontem, a Ljowa zabrał nas jeszcze na Tsitsenakabert. Mogliśmy spojrzeć z góry na miasto i dwie święte góry Ormian - Aragat i leżący aktualnie na terytorium Turcji Ararat. Swego czasu Turcy protestowali przeciwko umieszczeniu tej góry w herbie Armenii. Odpowiedź Ormian była prosta - dlaczego Turcy mają w herbie księżyc. Wzgórze poświęcone jest masakrze Ormian z 1915 roku i każdego roku 24 czerwca przybywają tu tłumy z całego świata by oddać hołd swoim ziomkom pomordowanym przez Turków. Oficjalni goście sadzą na wzgórzu choinki - znaleźliśmy nawet polskie akcenty. W 2001 roku swoje choinki posadzili tu Jan Paweł II i Aleksander Kwaśniewski.

Gdy myśleliśmy, że dzień dobiegł końca Ljowa najpierw zaprowadził nas na skałki z widokiem na piękny wąwóz, w którym o tej porze rozbrzmiewała muzyka i błyskały świata w licznych lokalach pełnych bawiących się Ormian. Podobno domów publicznych jest tam również sporo. My jednak pojechaliśmy do centrum, gdzie nasz przyjaciel zaprosił nas jeszcze na kolację do wspaniałej tradycyjnej, ormiańskiej restauracji. Stół się uginał. Mnóstwo wyśmienitych przystawek, pyszne sałatki, dania główne, znakomite wino Vernaszen, a do tego śpiew i taniec na żywo kapeli w strojach ludowych. Szkoda, że pojemność żołądka jest w moim przypadku dość ograniczona.

Garni i Geghard
Z trudem dotarliśmy poprzedniego dnia do mieszkania późną nocą i z jeszcze większym trudem przyszło ranne wstawanie. Na szczęście dworzec mieliśmy dość blisko i dużo stąd autobusów. Zapytaliśmy o drogę do Garni. Żadne bezpośrednie jednak tam nie jechał. Wsiedliśmy zgodnie z zaleceniami tubylców do żółtego autobusu 113, który w żółwim tempie przejechał przez cały Erewań. W końcu kierowca wskazał nam miejsce skąd odjeżdżały marszrutki do Garni. 

Okolice Garni Okolice Garni fot. Piotr Bułacz
Busik na parkingu stał, ale przechodnie powiedzieli nam, że odjeżdża za 1,5 godziny. Poszliśmy zatem kupić coś do zjedzenia. Gdy kupowaliśmy bułeczki gościu obok sprzedawcy zagadał do nas po polsku. Okazało się, że jak wielu Ormian handlował w Polsce ponad 2 lata. Jak zaczęliśmy dyskutować to stwierdził, że ma wolne popołudnie i może nas zawieź swoją Niwą do Garni i Geghard Monastery. Czekając na niego obejrzeliśmy jeszcze Abovian. Małe miasteczko, do którego jak się okazało dojechaliśmy. Syn Griszy pokazał nam hotel, pomnik, urząd miasta i pocztę oraz miłą knajpkę. Małe miasteczko powstało przy ogromnej fabryce w czasach ZSRR i jeszcze nie zdążyło się rozsypać po zamknięciu zakładu. Nawet przyjemnie się spacerowało, ale jak się żyje trudno powiedzieć.

Świątynia w Garni Świątynia w Garni fot. Piotr Bułacz
Zatankowaliśmy trochę paliwa i po górskich drogach o kiepskiej nawierzchni pojechaliśmy do Garni. Dziwne, że łady żiguli dają sobie radę na takiej drodze. My na szczęście jechaliśmy jak goście terenówką. W Garni zaraz poszliśmy obejrzeć odrestaurowane ruiny zaraostriańskiej świątyni przypominającej raczej budowle greckie. Reszta budowli to aktualnie jedynie fundamenty. Zaoszczędziliśmy na biletach - Grisza naopowiadał, że my z Białorusi - zamiast 1000 tylko 250 dram. Świątynia stoi nad pięknym urwiskiem, a widokami na płynącą dołem rzeczkę można się zachwycić.
Kolejnym punktem programu była świątynia Geghard. Po drodze jeszcze spotkaliśmy linoskoczków, którzy blokują drogę i spacerując po linie nie przepuszczają samochodu jak nie dostaną kasy.

Hadżkary Hadżkary fot. Piotr Bułacz
Początki cerkwi w Geghard sięgają VII wieku, ale obecna budowla datuje się na wiek XIII. Kompleks jest niesamowicie położony u podnóża góry, wokół zielono ze względu na przepływającą rzeczkę. Mury obronne otaczające kościółek dodają mu znacznie uroku. W świątyni nastrój podreślany przez półmrok i skromność. Można przejść przez kilka kaplic. Od głównej do bocznych. W jednej z nich wypływa święte źródełko, a w drugiej ustawia się na specjalnych stołach świeczki ofiarne. Na zewnątrz stoją bardzo liczne "hadżkary" czyli kamienne krzyże. W Armenii zamiast tradycyjnych krzyży stawia się tablice z krzyżem i bogato zdobionymi motywami, którch symbolika jest podobno ściśle określona - winorośla, granaty, kwiaty to jedne z wielu motywów widocznych na płaskorzeźbach. Za murami nad strumieniem, przy mostku byliśmy świadkami zarzynania ofiarnego koguta. Rodzina zabiera go potem do domu i ma obowiązek podzielić się posiłkiem z sąsiadami. Przed klasztorem duża grupa przekupek sprzedających głównie słodkości. Kupiłem sznur orzechów w masie winogronowej. Nawet smaczne, ale najeść się tym trudno.

Wróciwszy do Abovian pożegnaliśmy się z Griszą i marszrutką pojechaliśmy do Erewania. Zdążyliśmy jeszcze na wernisaż - bazar odbywający się na ulicach miasta w ostatni weekend każdego miesiąca. Klientów już za dużo nie było, a sprzedawcy dopiero zaczynali się zbierać. Stoisk było wiele i na szczęście poustawiane według asortymentu. Stare książki, porcelana, dywany, instrumenty, obrazy, szkło, drewno to tylko część sprzedawanych towarów. Nie mając zamiaru nic kupić wydałem jednak pieniądze na obraz, obrus, płyty kompaktowe i solniczkę. Za miękki jestem przy zakupach - szczególnie pamiątek. Ania też skusiła się na obrus i może dlatego było trochę taniej.

Ponownie spotkaliśmy się z Ljową, który tym razem zabrał nas do resztek najstarszej części miasta - Erebuni. Kiedyś na wzgórzu stała tu twierdza, ale aktualnie zostały z niej ruiny murów z resztkami fresków i kamieniami z pismem klinowym. Muzeum, w którym zgromadzono wykopane tu eksponaty o tej porze ( dobrze po 20 )było już zamknięte. Poszliśmy jeszcze z Ljową na kolacyjkę i tym razem to my stawialiśmy. Jedzenie również ormiańskie, ale już nie w tak wykwintnym lokalu jak wczoraj. Ljowa znał nasze możliwości finansowe. Ponownie zabawiliśmy prawie do rana dyskutując z Ljową o historii i obecnej sytuacji politycznej. W odróżnieniu od Azerów i Gruzinów, Ormianie nie wyobrażają sobie istnienia bez poparcia Rosjan. Pomogli im oni w wojnie z Azerbejdżanem i pomagają utrzymać pokój, a przede wszystkim są od nich uzależnieni gospodarczo.

Echmiadzin
Procesja z katholikosem Procesja z katholikosem fot. Piotr Bułacz
Celem wycieczki kolejnego dnia był ormiański Watykan - Echmiazin. Autobus 111 zatrzymywał się wprawdzie pod naszą kwaterą, ale poinformowani błędnie przez tubylców wsiedliśmy do niego w centrum. Ponownie był to niestety żółty "żółw". Kierowca ma tu chyba dwubiegową skrzynię biegów - więcej nie używał. Na szczęście nie było daleko. Z głównego placu udaliśmy się bezpośrednio do głównej katedry, gdzie akurat trwały uroczystości mszy niedzielnej. Taka uroczysta msza trwa tutaj 3-4 godzin i jest bardzo ciekawie celebrowana. Wiele chórów, procesji i innych obrzędów. Wielu Ormianom nie przeszkadzało to jednak w zwiedzaniu świątyni i nawet wykonywaniu fotografii. 

Katedra w Echmiadzin Katedra w Echmiadzin fot. Piotr Bułacz
Nie byliśmy zatem gorsi i też obejrzeliśmy katedrę. W odróżnieniu od pozostałych kościołów w Armenii które widziałem, była ona bogato zdobiona. Na ścianach żywokolorowe mozaiki, piękny ołtarz na środku, żyrandole i niesamowite sklepienie przyjemnie oglądało sie zwłaszcza przy śpiewie żeńskiego chóru. Przed katedrą podszedł do nas elegancki, tęgawy Ormianin i po angielsku spytał czy my przypadkiem nie jesteśmy z Polski. Okazało się, że Ania kontaktowała się internetowo z nim otrzymawszy adres od Polaka, który był tu w ubiegłym roku. Samuel okazał się być diakonem, który postanowił pomóc nam zwiedzać Armenię. By bardzo uduchowiony i jak na nasz gust trochę za bardzo narzekał na sytuację materialną swojej rodziny. Cały dzień rozmalwialiśmy po angielsku co po dwóch tygodniach rosyjskiego szczególnie dla mnie nie było zbyt proste. Nad angielskim muszę kidyś popracować. Wiara Samuela była bardzo silna - twierdził nawet, że dzięki mocy od Boga uzdrowił dzieciaka przez nałożenie rąk.

Najpierw poszliśmy do położonego najbliżej kościółka św. Gayane. Była to jedna z świętych dziewic, które w IV wieku przyniosły religię chrześcijańską do Armenii z Rzymu. Świątynia jest pięknie położona w ogrodzie wśród kwiatów i winogron. Wnętrze typowe dla świątyń ormiańskich - bardzo surowe. Zeszliśmy do podziemi, gdzie przy grobie Gayany Samuel pobłogosławił nas na ziemi ormiańskiej. Wokół kościółka można podziwiać grobowce patriarchów kościoła ormiańskiego zwanych katolikhosami. Hadżkarów także tu mnóstwo.
Odwiedziliśmy także drugi z kościołów poświeconych świętym dziewicom - św. Hripsime. Ten leży już po drodze z Echmiadzin do Erewania. Wystrój podobny - tu akurat trafiliśmy na uroczystość zaślubin, ale nie wiedzieć czemu na wesele nas nie zaproszono.
 
Przy ostatnim z zabytkowych kościółków w Shoghakat spotkaliśmy miejscowego proboszcza i trochę porozmawialiśmy o różnicach między naszymi religiami. Okazuje się, że w kościele ormiańskim celibat obowiązuje tylko na wyższych szczeblach hierarchii. Proboszczowie, diakoni mają żony, rodziny.
Odwiedziliśmy jeszcze mieszkanie Samuela. Poznaliśmy rodziców, poczęstowano nas ziemniaczkami, sałatką. Co ciekawe na zimę ludzie sami muszą sobie ogrzać mieszkania w blokach. Na korytarzu ustawia się piec opalany drewnem i przez pół mieszkania do balkonu poprowadzone są rury odprowadzające dym. W czasie ciężkich zim (ostatniej temperatura spadła do minus 30 stopni) zdesperowani ludzie często wycinają drzewa w parku. Ale podobno idzie ku lepszemu. Nawet gaz czasami już włączają, a elektryczność jest na okrągło.

Pomiędzy Echmiadzin i Erewaniem znajduje się jeszcze Zvartnots. Znajduje się tu lotnisko międzynarodowe i ruiny olbrzymiej katedry. Na miejscu pogańskiej świątyni w VII wieku wybudowano trzykondygnacyjną, 45 metrową katedrę. Niestety w X wieku, w czasie trzęsienia ziemi mury runły. Aktualnie można jedynie podziwiać kolumny z resztkami łuków, które obrazują jedynie powierzchnię jaką zajmowała budowla. Bilet wstępu kosztuje 1000dram.

Pojechaliśmy jeszcze do Erewania, gdzie w knajpce Złota Rybka zjedliśmy imieninową kolację - akurat wypadało Piotra i Pawła. Kuchnia ormiańska bardzo mi odpowiada - jadłem wieprzowinkę z łososiem - szaszłyk Sindbad.
Przed snem trzeba było jeszcze załatwić transport na kolejną wycieczkę. Próbowaliśmy dogadać taksówkę z polecanego przez Ljowę biura, ale po podliczeniu kasy za dojazd i za czas oczekiwania, gdy my będziemy łazić po górkach stwierdziliśmy, że dla nas za drogo. Na szczęście miałem jeszcze numer do Artura - kierowcy, który pokazał nam kwaterę pierwszego dnia. Umówiliśmy się na 3.30 rano.

Aragat i Abmberd
Czerwona łada żiguli podjechała punktualnie, a my również byliśmy gotowi. Oczywiście od razu zaczęliśmy dokładnie uzgadniać zapłatę. Za ponad 100 km i około 10 godzin czekania na nas dogadaliśmy się na 25 USD. Noc była ciemna, ale gwiazdy było widać. Wróżyło to niezłe widoki. Droga na górę okazała się być stroma, ale nie najgorszej jakości i po 1,5 godzince byliśmy na wysokości ponad 3000 metrów. Przy jeziorze zaczęliśmy naszą wspinaczkę na najwyższą górę Armenii - Aragat. Dobrze, że miałem czołówkę - bez niej byłoby ciężko iść. Na tej wysokości naet pod koniec czerwca temperatura spadała nocą poniżej zera. Pod nogami miejscami sporo śniegu i od czasu do czasu lekko zmrożone strumienie górskie. Minęliśmy jezioro z lewej strony i powoli szliśmy w górę. Mapa nawet za bardzo nie była potrzebna. Gdy doszliśmy do grani zrobiło się całkiem widno. 

Niestety dane z przewodnika nie otwierdziły się. Podobno chmury nadciągają na szczyt około 10. Tym razem już o 6 było ich wszędzie pełno. Dobrze, że zdążyliśmy obejrzeć piękny wschód słońca, ale dalej już szliśmy w mlecznej mgle intensywnie korzystając z kompasu. Podejście w sumie bardzo łatwe i dość szybko dotarliśmy do szczytu oznakowanego krzyżem i kamiennymi kopczykami. Były nawet flagi rosyjska i libańska. My niestety polskiej ze sobą nie mieliśmy. Był to jednak najniższy z czterech szczytów Aragatu - południowy 3879m. Niestety widoczność zerowa. Próbowaliśmy jeszcze zejść do przełęczy między szczytami południowym i zachodnim, ale przy żadnej widoczności i dość sporym śniegu doszliśmy do wniosku, że to żadna frajda marznąć tu dla idei zdobycia szczytu bez możliwości podziwiania widoków i zawróciliśmy. Najwyższy szczyt Armenii musi jeszcze na mnie poczekać.

Niżej widoczność znacznie poprawiła się. Orientację znacznie ułatwiało jeziorko widoczne w dole. Tym razem obeszliśmy je z drugiej strony obok budynków stacji meteorlogicznej i budowanego podobno kompleksu wypoczynkowego. Zamiast 10 godzin w górach byliśmy jedynie 5 . Kierowca spał w ładzie tak mocno, że mieliśmy kłopot go obudzić. Zaraz gdy ruszyliśmy zaczął marudzić o pieniądzach, a jak mu powiedziałem, że chcemy jeszcze trochę odbić w bok by zobaczyć ruiny twierdzy Amberd to stwierdził, że umowa nieważna i musimy dogadać się od nowa. Faktycznie zamiast 100km zrobiliśmy w sumie około 140, ale czekał na nas 5 godzin krócej. Trochę się wkurzyliśmy, bo zamiast podziwiać śliczne widoki musieliśmy dyskutować o pieniądzach. Uspokoił się dopiero gdy mu powiedziałem, że zarabia na nas sporo kasy, a jak będzie dyskutował za dużo to w kolejne dni będziemy szukać na wycieczki innego taksówkarza.

Ruiny twierdzy Amberd Ruiny twierdzy Amberd fot. Piotr Bułacz
Ruiny zamku i położona obok cerkiew stały wśród bardzo ukwieconych łąk. Dominowały piękne, czerwone maki. Twierdza i kościółek pochodzą z XI wieku i przez lata był to strategiczny punkt obronny Armenii. Nie chcieliśmy już drażnić Artura i przespacerowaliśmy się jedynie do cerkwi i z powrotem i ruszyliśmy w dół. Żeby było ciekawiej po pewnym czasie brakło nam paliwa. Artur marudząc pod nosem, że to przez nasze wycieczki, wyjął półtoralitrową butelkę z bagażnika i dolał benzyny. Jechaliśmy w dół ze zgaszonym silnikiem kiedy tylko się dało, ale i tak paliwa po kilku milometrach brakło. Nam już było wszystko jedno, odpoczywaliśmy na tylnym siedzeniu, a brak paliwa nas nie interesował zupełnie. Na szczęście byliśmy już na nieco główniejszej drodze i dość szybko uczynny kierowca pożyczył nam trochę benzyny i już do najbliższej stacji dojechaliśmy. Brakło nam wcześniej 2 km. Udało się wrócić na kwaterę w całości.

Odpoczęliśmy nieco i ruszyliśmy jeszcze do centrum. Na zwiedzanie jednak nie mieliśmy już ochoty i poszliśmy na obiadek. W ogrodowej knajpce rodzinnej trafiliśmy na bardzo oryginalną obsługę. Otyła szefowa cały czas mówiła do nas "rebiata". Gdy podała sałatki, szaszłyk i ser co chwila odchodziła mówiąc "no i co dobre nie? ". przy drugim piwku zapytała się czy to nie za dużo.  Atmosfera była luźna, ale tanio wbrew naszym oczekiwaniom nie było - 3700 dram. Zajrzeliśmy jeszcze do internetu i na pocztę, gdzie Ania zadzwoniła do Samuela w miarę delikatnie dziękując mu za pomoc w zwiedzaniu Armenii. Dawaliśmy sobie doskonale radę sami, a Samuel był nieco uciążliwy - co do tego byliśmy bardzo zgodni .

Goshavank, Hagartsin
Tym razem pogoda nie była najlepsza, ale pomimo tego nie zamierzaliśmy rezygnować z naszych planów. Szukaliśmy marszrutki na naszym dworcu Kilikia, ale niestety wszystkie miejsca były zajęte i musieliśmy pojechać na drugi miejski dworzec w kierunku Abovian. Ponownie naszym ulubionym, żółtym autobusem 113. Marszrutka do Dilijan czekała na nas. Gdy wszystkie miejsca zapełniły się ruszyliśmy za 1000dram od głowy. Droga do Sevana rewelacja, ale potem wjeżdżając na przełęcz znacznie się pogorszyła. Dwie godzinki i byliśmy na miejscu. Dilijan za czasów ZSRR było górskim kurortem, ale teraz widać, że czasy świetności minęły. Od razu zagadał do nas taksiarz, ale nie był chętny do targów, a za zaplanowaną przez nas wycieczkę do Goshavank i Hagartsin chciał 7000 dram.

Postanowiliśmy poszukać czegoś tańszego. Zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy szukać transportu. Do Gosh jechała marszrutka za 300 dram od głowy, ale powrót z tamtąd i odbicie do Hagartsin były w ciągu krotkiego czasu mało prawdopodobne. Kierowca marszrutki zagadał, że za 7000 zawiezie nas tam gdzie chcemy. Stwierdziliśmy jednak, że wolimy nową wołgę niż rozlatujący się busik, tym bardziej że za te same pieniądze. Wróciliśmy więc na dworzec i po chwili jechaliśmy piękną wołgą.

Najpierw dojechaliśmy do Gosh, wioski w górach, gdzie po zabudowaniach było widać, że standart życia nieco niższy tu niż w miastach. Ale egzotyczny klimat miała. W wiosce znajduje się bardzo zaniedbany kompleks klasztorny Goshavank zbudowany w XII wieku przez Mkhitar Gosha, który w średniowieczu był ważnym centrum kulturalno - naukowym Armenii. Oprócz świątyni św. Grzegorza Iluminatora można też obejrzeć pozostałości szkoły klasztornej, a szczególną uwagę zwracają bardzo stare hadżkary z XIII wieku. Gdy oglądaliśmy kompleks przyszło zaraz jakieś babsko i zaczęło wołać pieniędzy. Najpierw za przewodnictwo, a kiedy podziękowaliśmy - za wstęp w ogóle i za robienie zdjęć. W miarę naszego oporu cena spadała i w końcu zapłaciliśmy 500 dram na cele renowacji, która bardzo przydałaby się kompleksowi. Tak wspaniały zabytek stoi zaniedbany, zapomniany na zupełnym pustkowiu, podczas gdy w Europie byłby odwiedzany przez tłumy turystów. Ma to swoje dobre i złe strony. Ale pieniądze z turystyki na pewno przydałyby się nie tylko budowli, ale i okolicznym mieszkańcom. Na przeciwległym wzgórzu obejrzeliśmy jeszcze kaplicę grobową Mkhitara. Ale warto tu wejść choćby dla widoku na cały kompleks.

Wracając do Dilijan po kilkunastu kilometrach odbiliśmy w prawo by zobaczyć kolejny kompleks klasztorny w Haghartsin. W odróżnieniu od Goshavank mieszka to kapłan i odprawiane są msze święte. Trzy cerkwie stoją również daleko od cywilizacji, pięknie położone na zalesionych wzgórzach. Najstarsza świątynia św.Grzegorza jest datowana na X wiek, kościół św.Stefana na 1244 rok, a kościół św.Marii na 1281. Oprócz wspaniałych kościółków znajduje się tu jedna z najstarszych zachowanych w Armenii zakonnych jadalni - 1248 rok. Spotkaliśmy zwiedzając mieszkającego tu księdza i zamieniliśmy kilka zdań. Porównując nasze religie opowiedział nam, że żegnając sie od lewa do prawa zarówn Ormianie, jak i katolicy wypowiadają najpierw "Ducha" a potem "Świetego". Gruzini i Rosjanie żegnają się od prawa na lewo, ale słowa też wypowiadają odwrotnie. Tak czy inaczej "duch" jest zawsze przy sercu. Obejrzeliśmy budynki i trzeba byo wracać do Dilijan.

Marszrutka do Sevana stała na przystanku, a kierowca zapytany o czas odjazdu stwierdził że zaraz. I tak czekaliśmy na kolejnych pasażerów ponad godzinkę. Bus nie zapełnił się całkowicie, ale pasażerowie zaczęli okazywać już poważne oznaki zdenerwowania, więc ruszyliśmy. Niestety zaczęło ostro padać i nie zanosiło się na poprawę, więc zrezygnowaliśmy ze zwiedzania kościółka w Sevanie. Pojechaliśmy do Erewania. Wysiedliśmy jednak przy Abovian, by odwiedzić ponownie naszych znajomych i pogadać trochę po polsku. Najpierw jednak w Arindżi z trasy było widać dwie ciekawe budowle. Poszliśmy na górę i okazało się, że pierwszy pałac to nie zabytek, ale rezydencja podobno najbogatszego w Armenii człowieka Gaghika. A druga budowla to ufundowany przez niego współczesny kościólek pod wezwaniem św. Marii Bogurodzicy. Miejscem godnym zobaczenia były jednak również położone obok ruiny świątyni z VIII wieku z figurką Marii pośrodku. Wokół znajdowało się dużo starych hadżkarów.

Dojechaliśmy do Abovian i tu w sklepiku z kwiatami spotkaliśmy matkę i ciocię Griszy. Zadzwoniły one po niego, ale w międzyczasie przyjechał jego brat Samuel i zabrał nas busem do Arzni. Znajduję się tam piękne uzdrowisko, w którym firma Samuela właśnie wymienia okna. Uzdrowisko bazuje na wypływających tu mineralnych wodach leczniczych. Dzięki Samuelowi mogliśmy obejrzeć budynek. W czasie oglądania pokoi załapaliśmy się nawet na wódeczkę i szaszłyka w jednym z pokoi, gdzie akurat pensjonariusze mieli imprezę. Obejrzeliśmy sale zabiegowe, przespacerowaliśmy się po parku, a w końcu poznaliśmy szefa kompleksu dr Guevorkiana. Oczywiście znów on też zaprosił nas na poczęstunek i ponownie poimprezowaliśmy przy wódeczce. Bimberek z plastikowych butelek smakował nienajgorzej. Doktor serdzecznie zapraszał kuracjuszy z Polski - 18 dniowy pobyt kosztuje z zabiegami 250 USD w pokoju normalnym i 450 USD w luksusowym apartamencie. Dostałem kontakt, ulotki i wszystkich moich chorych mogę tam już kierować.

Po imprezie Samuel zabrał nas do swojego mieszkania w Abovian, gdzie poznaliśmy jego przemiłą żone Florę i brata Armena z żoną Grażyną. Oczywiście stanęło na tym, że tej nocy śpimy u nich. W czasie gdy dziewczyny szykowały jedzenie, my wyszliśmy jeszcze na nocny spacer po Abovian. Do 3 rano jedliśmy kurczaka, piliśmy winko i rozmawialiśmy o Polsce, do której szczególnie Flora bardzo tęskniła. Okazało się, że ich dzieci urodzone w Polsce mają obywatelstwo polskie, ale władze robią im problemy by mogli z dziećmi wyjechać do Polski.

Tatev, Noravank
Bardzo wczesnym autobusem wróciliśmy do naszej kwatery i koło 8 byliśmy już na dworcu Kilikia. Dowiedzieliśmy się, że marszrutka do Goris odjeżdża o 9. Zaczęliśmy od razu dyskutować z kierowcą o możliwości jazdy do Tatev, Noravank i Khor Virap. Chcieliśmy w ciągu krótkiego czasu zobaczyć bardzo dużo a poza tym jeszcze przejechać sporo kilometrów. Negocjacje trwały długo, ale początkowo stanęło na niczym. Zapłaciliśy zatem za bilet do Goris po 2000 dram i wsiadliśmy do marszrutki nie martwiąc się co będzie dalej. Jak tylko odjechaliśmy z dworca, spod oka kierownika kierowca poprosił mnie na przednie siedzenie. Zaczęliśmy negocjacje od nowa i po dłuższej chwili dogadaliśmy się na 25000 dram. Sporo pieniędzy, ale jak sie później okazało nie żałowaliśmy. 

Kierowca, kolejny Samuel, wyjaśnił mi dokładnie na jakich zasadach jeżdżą w marszrutkach. Bus jest własnością firmy. Wyjeżdżając na początku jest spisywany licznik i przykładowo za trasą do Goris musi dać firmie 30000 dram. On dostaje 8% z tego oraz wszystko co ponad to zarobi. Niestety za każdy kilometr powyżej limitu na każdej trasie musi zapłacić 100 dram. Dlatego nie za bardzo na rękę było mu zjeżdżanie do klasztorów, bo nie były one przy drodze. Ale za coś płaciliśmy mu przecież prawie 50 USD. Bardzo miło się nam gawędziło i dostałem nawet w prezencie kasetę z muzyką ormiańską. 

Widoczność była słaba i w okolicy Khor Virap ledwo było widać potężny szczyt Araratu. Miałem nadzieję, że w drodze powrotnej będzie lepiej. Widoczki były piękne - góry, jeziorka, irańskie krążowniki szos i mnóstwo różnokolorowych kwiatow na łąkach. Po przejechaniu dość wysokiej przełęczy wjechaliśmy do południowej części Armenii - Zangezour. Po ponad 4 godzinach dojechaliśmy do wiecznie zielonego miasteczka Goris. Mieliśmy jednak czas jedynie rzucić nań okiem z góry i pojechaliśmy do Tatev. Główna droga z powodu wojny w Górnym Karabachu jest w idealnym stanie, ale do Tatev trzeba było z niej zjechać 35 km. O jakości drogi najlepiej świadczy fakt, że jechaliśmy te 35 km półtorej godziny. 

Widoki niesamowite. Bardzo głębokie wąwozy pokonywaliśmy długimi serpentynami, a kierowca stwierdził, że następny raz i za 100 USD nie jechałby tędy. Zjechaliśmy na sam dół i po przekroczeniu "Czarciego mostu" nad rzeką Vorotan ponownie serpentynami wspinaliśmy się na samą górę do klasztornego kompleksu. Jest to niezmiernie ważne miejsce w historii Armenii. Już od X wieku była tu siedziba biskupa regionu Syunik. W czasach największej świetności mieszkało tu 600 mnichów, artystów, filozofów. Przechowywano tu relikwie św. Jana Chrzciciela, św. Grzegorza Iluminatora, św. Stefana, św. Hripsime i relikwie Krzyża Św. Tatev by jednym z ważniejszych centrów edukacyjnych Armenii. Kościół św. Piotra i Pawła pochodzi z początku X wieku, a św. Grzegorza z XIII. Aktualnie trwają intensywne prace renowacyjne, dlatego panoramę kościołów otoczonych przez obronne mury na wysokiej skale psuje nieco wysoki dźwig. W kompleksie można spacerować po labiryncie pomieszczeń obok kościołów dość długo. Interesujące są tu również tutejsze hadżkary. Najlepszy widok na klasztor jest z sąsiedniego wzgórza. 

Nie oparłem się pokusie i aby wykonać fotografię poszedłem na trochę dłuższy spacer. Ania z Samuelem musieli na mnie sporo poczekać, ale za to zdjęcia będą piękne. 

Wracając, zrobiliśmy sobie jeszcze postój przy "Czarcim moście". Vorotan płynie tu po skałach tworząc piękny wąwóz i nieco dalej wpływa do jaskiń. My zrobiliśmy tylko mały spacer i nawet w naturalnej kamiennej wannie z siarkową wodą nie mieliśmy czasu się wykąpać. Spotkaliśmy jeszcze ciocię Samuela, której udzieliłem kilku medycznych porad. 

Opuściliśmy piękne wąwozy i wracaliśmy trasą do Erewania. Drugi z kościółków w Noravank Drugi z kościółków w Noravank fot. Piotr Bułacz
Po drodze zebraliśmy kilka osób do Erewania i trafiła się im wycieczka do Noravanku. Jechaliśmy kolejnym wąwozem, tym razem jego dnem. Nie był tak głęboki, ale kolorowe skały, według Ani doskonałe do wspinaczki, w świetle wieczornego światła wyglądały bardzo malowniczo. Po kilku kilometrach zobaczyliśmy ulokowane na skałach kościoły. Związana jest z nimi legenda. Pewien architekt zakochał się w córce księcia i książe obiecał mu rękę córki, jeśli zbuduje kościół na skale. Gdy ten ukończył dzieło, został strącony ze skał na których stoi kościół w przepaść. Pierwszy kościół powstał tu w początkach XII wieku. Został jednak zniszczony w walkach między rywalizującymi książętami. Dlatego gdy w XIII i XIV wieku zbudowano nowe kościoły otrzymały one nazwę Noravank "Nowy kościół". Piękne słońce oświetlalo jasne, kamienne ściany kościółków. Mniejszy jest dwupoziomowy, a na górny wchodzi się po schodkach ciekawie ulokowanych nad wejściem na pierwszy poziom. W drugim kościółku jest bardzo dużo nagrobnych płyt, a wokół przepiękne hadżkary. Niestety znów czas nas trochę gonił i musieliśmy wracać na drogę do Erewania.

Pogoda popsuła się niestety cakiem i zaczęło padać. Zrezygnowaliśmy zatem z obejrzenia Khor Virap. A szkoda, bo tu chyba najpiękniej widać szczyt Araratu. Ta ogromna góra wyrasta z ziemi tak wysoko, że ośnieżony szczyt widać jakby wśród chmur. Niestety widzieliśmy to tylko na pięknych fotografiach. No cóż, będzie po co wracać do Armeni.

Sevan
W ostatni dzień w Armenii poumawialiśmy się z naszymi znajomymi. Najpierw pojechaliśmy do Abovian. Tu zapakowaliśmy się do łady żiguli i razem z Samuelem, Florą i ich kumplem pojechaliśmy na biwak nad jezioro. Bagażnik był pełen żarcia. Zastanawiałem sie kto to wszystko zje. Chociaż poprzedniego dnia w czasie wyprawy na południe nie mieliśmy czasu porządnie się najeść. W Sevanie wjechaliśmy na półwysep i zaparkowaliśmy w lasku przy plaży, gdzie pełno specjalnych miejsc na grillowanie. Widać, że miejsce jest popularne wśród Ormian. Drewno na grilla trzeba jednak było kupić przy drodze.

Najpierw jednak poszliśmy obejrzeć Sevanvak - kościółek na wzgórzu nad jeziorem. Jego początki to VI wiek. Urzędował tu słynny Mashtot - tworca ormiańskiego pisma i katholikos w ormiańskim kościele. Mieliśmy szczęście, gdyż w świątyni trwały akurat nabożeństwa. Oprawa muzyczna ormiańskiej mszy jest przepiękna. Zwłaszcza liturgiczne śpiewy z towarzyszącymi im dzwoneczkami, a do tego płonące świeczki ofiarne i dym z kadzideł wytwarzają niesamowity nastrój. Sasza z Florą stwierdzili tylko, że ich księża są znacznie mniej pazerni na pieniądze. Nie ma tu żadnych ofiar za pogrzeby, śluby, chrzciny itp. Spotkaliśmy, w odróżnieniu od innych miejsc przez nas odwiedzanych, sporo turystów. Między innymi Kanadyjczyków pochodzenia ormiańskiego, którzy pokazywali swoim potomkom rodzinny kraj.

Po serii fotek zeszliśmy z powrotem do jeziora. Amatorów kąpieli nie bylo. Ja nie mogłem sobie odmówić i popływałem chwilę w wodzie o temperaturze 17-18 stopni. Na szczęście słoneczko mocno przygrzewało i mogłem się szybko rozgrzać. Szaszłyki, rybki, bakłażany i pomidory piekły się na grillu, ja leżałem, a reszta wybrała się na wycieczkę po półwyspie. Wrócili głodni i zaraz usiedliśmy do wyżerki. Z pieczonego pomidora, bakłażana i ostrej papryki każdy robi sobie sałatkę na własnym talerzu rozgniatając i mieszając wszystko razem. Mięso było wyśmienite, sałatka również, a na ryby w moim żołądku brakło już miejsca. Po jedzeniu obowiązkowe leżakowanie na plaży. Takie dni leniuchowania są również na wakacjach potrzebne. Czas płynął bardzo szybko i musieliśmy wracać. Wypiliśmy jeszcze pożegnalną, ormiańską kawę w Abovian i wróciliśmy do Erewania.

Tu byliśmy z kolei umówieni z Ljową i jego żoną. Zabrali nas na pożegnalną kolację do jednej z knajpek nad rzeczką Hazdar. Nie miałem pojęcia gdzie zmieszczę następne porcje jedzenia. O dziwo znalazło się jeszcze sporo miejsca, może dlatego, że jedzenie było wyjątkowo smaczne. Dyskutowaliśmy jeszcze długo po zachodzie słońca popijając smaczne winko Vernaszen. Na koniec zaprosiliśmy jeszcze Ljowę z rodziną do Polski i wróciliśmy na kwaterę pakować się.

Odessa
Elbrus Elbrus fot. Piotr Bułacz
Taksówka na lotnisko zabrała nas po 6 rano i kosztowała 2500 dram. Przy odprawie nie było problemów i celnik jedynie zapytał mnie czy w butelkach widzianych na monitorze to koniak. Kupiliśmy i dostaliśmy dość dużo wina.
Żegnaliśmy Zakaukazie z łezką oku, a szczególnie wspominaliśmy niezwykle serdecznych ludzi, którzy niezależnie od ststusu społecznego byli bardzo gościnni. Widocznośc z samolotu była bardzo dobra i podziwialiśmy najpierw niezdobyty przez nas Aragat i potężny Kaukaz z doskonale widocznym Elbrusem. Być może to cel mojej przyszłorocznej podróży.

Wylądowaliśmy na lotnisku w Odessie bez problemów, aczkolwiek pilot przed lądowaniem zafundował nam nieco wesołego miasteczka. Ustawiając się do lądowania postawił samolot na łuku w pionie. Jeszcze tak nie lądowałem. Ale może za mało latam samolotami.

Dojechaliśmy marszrutką do dworca, gdzie zostawiliśmy bagaże w przechowalni. Znałem już miasto z ubiegłorocznej podróży na Krym. Pomimo pięknych kamienic, nadmorskiego deptaka nie robi ono na mnie dużego wrażenia. Warto je obejrzeć, ale jak dla mnie raz wystarczy. Co innego ukrainskie dziewczyny - aż ślinka cieknie. Wszystki eleganckie i zadbane, a przede wszystkim poruszają się pięknie.
 
Myśleliśmy o kinie, ale na "Terminatora" nie mieliśmy ochoty. Pojechaliśmy zatem po dluższym spacerze na plaże i tu znów zażyłem kąpieli. Woda brudna, ale ciepła. Na plaży troche za dużo ludzi i przez to tłok.
Nie wiem czy to przez kąpiel, czy to już trzytygodniowa podróż, ale stwierdziliśmy wspólnie z Anią, że siły nam się skończyły. Zamiast jechać do Kijowa by zobaczyć stolicę Ukrainy, zamieniliśmy nasze bilety i pojechaliśmy bezpośrednio do Lwowa. Tu nad ranem wsiedliśmy w autobus do Przemyśla gdzie niestety musieliśmy się pożegnać. Ja przesiadłem się w autobus do Krakowa, a Ania pojechała dalej do Jarosławia, gdzie już czekali na nią rodzice. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wybierzemy się na wspólną wyprawę, bo dogadywaliśmy się dość dobrze. Jestem jej wdzięczny za wspólnie spędzone wakacje. 

Wieczorem jeszcze załapałem się na świętowanie zaległych imienin brata i własnych.

Przed wyprawą do Armenii polecam przewodnik z mapami: rediscovering armenia guidebook 

Piotr Bułacz

słowa kluczowe: termin: czerwiec 2003
trasa: Erewań, - Garni, Echmiadzin, Gosh, Tatev, Sevan -,  Erewań, Odessa,

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 0 / 5 (0)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 0 / 5 (0)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 10103 od 7.11.2004

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy