lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Ad-Dauha  
Katarska PerłaDoha, Katarźródło: Stock.XCHNG
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
czytasz blog:

14 zbyt krótkich dni - Indie Płn jesień 2006.



15mar
2007

Dzień drugi

1 0 0  
  New Delhi, Indie, prowincja NCT

Budzę się o 7 rano, czyli po dwóch godzinach snu, bo dobiegają mnie jakieś dziwne dźwięki. Otwieram oko, a tu za oknem ulewa szalona. A na kratach w oknie suszy się mój ręcznik i japonki (używane także jako klapki prysznicowe). Szybki zryw w łóżka, po wcześniejszym wymotaniu się z mojego magicznego prześcieradłowego śpiwora i już sobie oglądam przedostatnią burzę monsunkową w tym sezonie. Ręcznik i japomni oczywiście kompletnie mokre. Trudno. Idę z powrotem spać.
Dwie godziny później budzę się się tylko dzięki budzikowi w komórce (tej pożyczonej na wieczne nieoddanie). Prysznic, szybkie przepakowanie i jestem gotowa na podbój Nowego Delhi. Ponownie wychodzę na mój papierosowy balkon i staję oniemiała widząc to czego nie było widać w nocy. Na przeciwko mnie, w odległości około półtora metra! stoi inny budynek, a w połowie tej odległości wisi jedna wielka plątanina kabli. Spoglądam w dół, a tam uliczka szerokości dwóch metrów. Szybkie przepakowanie i mknę na dół schodami na ktróch można kopytka sobie połamać. Na dole w "recepcji" wymieniam sto dolarów, co daje 4,5 tysiąca rupii. Ciekawe jaką to ma wartość?
Wychodzę na ulicę i mam Indie, które tak bardzo chciałam.
Wyjście z hotelu blokuje mi krowa. A właściwie nie krowa, tylko duże cielę. Czując się nieco nieswojo przeciskam się obok tej czteronożnej świętości, niewiele niższej ode mnie. Okazuję się jednak, że zwierz ten przeszkadza wielu osobom. Skutery tudziez motory (lub to co z nich zostalo) hamują w ostatniej chwili i wściekle trąbią na mućkę, która i tak nic sobie z nich nie robi. Ale okazjue się że indyjskie krowy wcale nie są takie święte. Można klepnąć lub też palnąć w inny sposób żeby się przesunęła - obserwacja przydatna w późniejszym czasie.
Zbiera się cała grupa i ruszamy w kierunku "sprawdzonej" restauracji na śniadanie. Najpierw trzeba się jednak przebić do końca "naszej" uliczki, co okazuje się nie być takie proste. Człapiemy więc w błocie, które powstało po porannej burzy. "Na rogu" krzyżujących się ulic stoi coś, co wśród całej czeredy budzi ogólnie pojęte zdziwienie (w niektórych przypadkach, ale to nie ja, budzi nawet obrzydzenie). Otóż do ściany budynku, bez żadnej ostłony, na przeciwko i za razem obok sklepów, stoją dwa Kafelkowe pisuary. Ot tak, po prostu. Pan w potrzebie, romawiający przy okazji przez komórkę, patrzy na nas zdziwiony czemu my się tak przyglądamy. Tak więc zasada jest prosta - chcesz siku, stajesz sobie o tak, na ulicy i już. Szkoda że nie mam zdjęcia tego wynalazku. Po powrocie okaże się że nne mam zdjęć wielu dziwnych miejsc lub tworów, które z czasem zaczęły mi się wydawać normalnymi, a tutaj nikt nie chce wierzyć że coś takiego istnieje. No trudno.
Idziemy w kierunku restauracji.
I znowu zagwozdka. Początkowo idziemy prawą stroną ulicy - tak nakazuje logika (ale tylko w Europie) i okazuje się że idziemy po prąd w stosunku do wszystkich innych pieszych użytkowników ulicy. Otóż, pomimo że ruch jest lewostronny, tutaj nie chadza się "na przeciwko" pojazdów, ale w kierunku tym samym, w którym owe jadą. Wniosek który wysnułam pod koniec wyjazdu a propos ruchu ulicznego : największym zagrożeniem dla turysty w Indiach jest możliwość portącenia przez rikszę.
Po 15 minutach marszu i wysiłkach ażeby się nie pogubić docieramy do restauracji.
Tłocząc się w wejściu, bo to bardzo male miejsce, staramy się zjąć jakiekolwiek miejsce. Zasiadamy radośnie, no i zaczyna się śniadaniowa jazda. Menu w alfabecie łacińskim - i co z tego. Nie mam pojęcia co jest co. Zamawiam więc coś z polecenia Ady (siedziała w końcu przez rok w Indiach). Rzecz nazywa się masala dosa i okazuje się być sztywnym naleśnikiem z warzywną papą w środku. Do popicia pepsi. No i na deser jeden nifuroksazyd (profilaktycznie - takie mam założenie jedzeniowe). Zamówienie jedzenia nie było wcale takie trudne jak się okazuje. Trzeba się nauczyć jeść tylko prawą ręką skoro tutaj wszyscy tak jadają. Pierwsze podejście jest dość tragiczne, ale pewnie i tego się nauczę ;)
Po sniadaniiu ruszamy wynajetym autobusem na zwiedzanie.
Przede mną pierwsza świątynia (nazwa oczywiscie nie do wypowidzenia), która wygląda trochę jak przesadnie udekorowany tort weselny. Tłumy sprzedawców itp. - pełna komercja. Przy wejściu zostawiamy stertę butów i tu piersze zaskoczenie światynne - jedna z naszych pilotek musi zostać i pilnować butów, a że nie wolno do środka wnosić żadnego sprzętu, zostaje równiez na straży aparatów, kamer, telefonów i czego tam jeszcze. Wnetrze ładne aczkolwiek nie powalające. Grupa ładnie stoi i słucha opowieści o tym miejscu a ja, jak to ja, człapię sobie gdzieś za Hinusami, którzy z pewnością nie przybyli tu w celach turystycznych. Docieram do czegoś na kształt bocznej świątyni, gdzie (Mamo ratuj!)spotykam grupę Polaków z samolotu. Omijając w/w szerokim łukiem wrzucam pieniążek do skarbonki pod posągiem Kriszny i wdaję się w rozmowę z człowiekiem, ktory siedzi sobie na dywaniku i ma miseczkę z czymś. Po kilku kurtuazujnych zdaniach Pan ów prosi bym sie pochyliła i robi mi na czole czerwoną kropkę. Ucieszona jak dziecko powracam do grupy, w której wybucha kropkowy szał. Pożyczam nawet 5 rupii, aby jakaś dziewczyna mogła mieć kropkę też.
Opedzając się od sprzedawców wszystkiego, spotykając po drodze pierwszego świętego (tu drobny szok, a wtłumaczenie później), omijając z daleka zaklinacza węży (prawdziwa kobra) wracamy do autobusu.
Potem w kolejności Pałac Prezydencki (z okien autobusu) i India Gate (odpowiednik paryskiego Łuku Triumfalnego). Nic szczegolnego, za to zaczynam rozpracowywać indyjski system naciągania turystow. Pojawiają się też ku powszechnemu zdziwieniu pierwsze zaczepki z prośbą o zdjęcie.
Jedziemy do Katub Minar - ruin meczetu wpisanych na listę Unesco. Cudne miejsce. Minaret - najwyższy w Indiach podobno, robi faktycznie wrażenie. I tu dopada mnie pierwszy atak złości. Baterie do głupiego cyfraka, które nabyłam w drodze kupna przed wyjazdem, za bagatela 50 zł, super wytrzymałe cuda wianki, umierają tak sobie po prostu. Aaa!!! Pierwszy wyjazdowy zonk.
Zaczyna mnie dopadać zmęczenie, a tu jeszcze dwa obiekty przede mną.
Jedziemy do Lakszmi Narayan Mandir - swiątynia wybudowana w kształcie kwietu lotosu (jak się okazuje potrzeba dużej dozy wyobraźni). Żeby do niej dojść należy przebyć spory kawałek piechtobusem, a z chwilą wyjścia z autobusu zaczyna podejrzanie i mocno wiać. Parę chwil później zaczyna lać, nie padać tylko lać jak z cebra. Nie wiem kiedy ostatnio widziałam taki rzęsity deszcz i kiedy ostatnio tak szybko biegłam. Przed świątynia należy zdjąć buty i wrzucić je do wspólnego wora. Oddaję więc moje japonki Krzysiowi i nie bacząc na ich lod pędzę pod dach. I tak jestem totalnie przemoczona. Grupa się kompletnie pogubiła, nie mam pojęcia ile mamy czasu ani gdzie sa moje buty. Po bardzo czasochłonnym i wnikliwym przetrząsaniu worów zdobywam w końcu moje klapeczki :)
W autobusie zaczyna się batalia (demokracja to w takich momentach niedobry wynalazek) czy jedziemy do hotelu czy do Mauzoleum cesarza Hamayuana. Ludnośc marudzi że chcą jeść, że zmęczeni, że się umyć trzeba. Finał jest taki że jedziemy do Mauzoleum. I nie można żałować tej decyzji. Budynek bardzo ładny, za to to co dziej się na poburzowym niebie przechodzi ludzkie pojęcie. Chmurki, słońce i kolory nie do opisania.
Po krótkim zwiedzaniu ładujemy się z powrotem do autobusu i obieramy kierunek hotel, a przynajmniej nasza docelowa dzielnica, do której to docieramy już po ciemku.
O 21.40 mamy pociąg do Pathankot'u a jeszcze trzeba coś zjeść, wykąpać się, spakować i dotrzec na dworzec. O 20.30 mamy wyjść z hotelu, który jest trzy ulice dalej.
Dwie godziny to masa czasu.
Tak się przynajmniej wydaje ...
Mamy dwie godziny. Idziemy więc coś zjeść bo czeka nas dwunastogodzinna jazda pociągiem. Żmudny proces zamawiania potraw zostaje uwieńczony sukcesem. Wszyscy myślą o zakupie piwa do pociągu  no bo w końcu co tu robić przez tak długi czas. Razem z Krzysiem podejmujemy się bojowego zadania zakupu tego złotego trunku dla większości ekipy. Zjadamy więc kolację w pośpiechu i wychodzimy.
Jedna z naszych pilotek udziela nam instrukcji w którym +/- miejscu powinien znajdować się sklep z alkoholem do którego mamy dotrzeć. Skoro mamy zamiar zakupić piwo w większej ilości (po krótkich obliczeniach wychodzi, że będzie tego cała zgrzewka) postanawiamy wziąć rikszę. Pedałową  bo tańsza. Zatrzymujemy więc pierwszego lepszego rikszarza, pytamy czy wie gdzie jest Thaka (wspomniany wcześniej sklep), ustalamy cenę i jedziemy. I tak sobie jedziemy, jedziemy niespiesznie tylko coś mi kierunek jazdy nie pasuje. Po głowie cały czas kołace mi się , że pilotka mówiła w prawo, tymczasem kolej pedałuje w lewo. No ale nic to. Mamy cholernie mało czasu, ale na pewno zdążymy. Pytamy jeszcze raz czy wie gdzie ma jechać, a on oczywiście odpowiada że tak. Po około 10 minutach dziwnej jazdy, gdy wjeżdżamy w uliczkę, na której nie ma praktycznie ruchu kołowego koleś zatrzymuje sie przy jakimś straganiku i wdaje się w dyskusję z jego właścicielem. Błyskawicznie dochodzimy z Krzysiem że koleś nie ma zielonego pojęcia gdzie nas zawieźć więc najpierw ja wydzieram się pełną parą na rikszarza (który i tak pewnie rozumie połowę z tego w najlepszym wypadku) a potem zabieramy tyłki z jego cudnej rikszy.
No i co tu zrobić?! Do opuszczenia hotelu pozostało nam pół godziny a my jesteśmy w kompletnej dupie gdzieś w środku dzielnicy Paharganj. Pierwszym odruchem jest poszukiwanie wizytówki z adresem hotelu i myśl o złapaniu jakiejkolwiek rikszy. Zaraz potem stwierdzamy, że jeżeli trafimy na kolejnego bałwana pokroju naszego pierwszego rikszarza, to z pewnością nie zdążymy na pociąg.
Jedyną słuszna decyzją pozostaje droga na piechotę w kierunku hotelu. I w tej oto pięknej chwili Krzysiu wyznaje mi, że nie ma pojęcia gdzie jesteśmy. (Sic!). Po raz pierwszy (ale nie ostatni) dziękuję temu na górze za obdarzenie mnie jako taką orientacją w terenie. Klucząc uliczkami szukam charakterystycznego budynku, który widzialam rano. No i udaje się. Po drodze rozpoznaję cos na kształt malego placyku, a za nim wspomniany budenek. Po dwudziestu minutach marszu (bardzo zresztą żwawego) docieramy do hotelu. Pierwsza indyjska przygoda za mną.
Ekspresowe zakupy wody mineralnej i soku na podróż, prysznic, pakowanie i ledwo żywa jestem już na dole. Opowiadamy ludziom o naszej przygodzie z rikszarzem, w którą nikt nie chce wierzyć.
Ruszamy na dworzec kolejowy w Delhi. Plecak wydaje mi się być znacznie cięższy niż wczoraj. Krótki spacerek i jesteśmy na dworu. Dziewczyny idą załatwić sprawy biletowe, a nasze stadko grzecznie czeka. W końcu idziemy na peron i jak się okazuje to jeszcze nie koniec atrakcji dzisiejszego wieczoru. Zostajemy poinstruowani że mamy trzymać plecaki w jednym miejscu, pilnować ich i się nie rozdzielać. Brzmi wystarczająco złowrogo, więc bez gadania stosujemy się do zaleceń. Momentalnie skupia się wokoło nas zwarty tłum Hindusów i z zaciekawieniem się nam przyglądają. Wzbudza to uczucie bycia obiektem w zoo ale jak czas pokaże można się do tego przyzwyczaić. W ciągu dnia stwierdziłam, że nastawiałam się na coś znacznie gorszego. Dzielnica mnie nie przeraziła, ludzie i zwierzaki tez. Ale dopiero dworzec kolejowy spełnił moje oczekiwania. Syf, kiła i mogiła w jednym. Będzie to moje najbrzydsze wspomnienie, choc może teraz robiłoby to na mnie mniej piorunujące wrażenie. Niezliczona ilość peronów, tabuny ludzi, bagażowi, sprzątacze z kasty niedotykalnych, szczury biegające po torach (baby oczywiście robią wrzask) i cała masa żebrzących . Z zaciekawieniem obserwuję bagażowych, którzy nie wiedzieć jakim cudem potrafią unieść na głowie! dwie ogromne walizki starego typu. Kiedy wybija godzina planowego odjazdu pociągu, którego nigdzie nie widać, pani przez megafon informuje nas o dwudziestominutowym opóźnieniu. Ulega ono znacznemu wydłużeniu a ja zaczynam mieć drobną paranoję, która osiąga apogeum gdy pod moje kolana podjeżdża na mini wózku (u nas ma to odpowiednik podstawki na kółkach pod doniczkę) żebrzący chłopiec/mężczyzna praktycznie bez nóg  tak zmasakrowanych przez polio.
Chwała bogu zapowiadają wjazd naszego pociągu. Od naszych pilotek dostajemy krótki instruktarz wsiadania (dzielimy sie na dwie grupy) i hej przygodo, ładujemy się do środka. Ponieważ nasz pociąg należy do dalekobieżnych dostaje nam sie średnia przyjemność przeciskania się z plecakami prze z tłum wewnątrz pociągu. Ale w końcu udaje się. Każdy dotarł gdzie miał i po przypięciu plecaków pod siedzeniami łańcuchami do rowerów zasiadamy. Pomimo iż piwa brak, okazuje się że dotarła do Azji Gorzka Żołądkowa :) Kłopot mały tylko znaczyńkami - idzie więc w ruch mój garnuszek i kubek do mycia zębów. Oczywiście wszyscy sie nam przyglądają. W pociągach obowiązuje zakaz palenia, ale co tam, w końcu jesteśmy z Polski. Po paru godzinach biorą z nas przykład Hindusi i pali już chyba cały wagon. Międzynarodowa integracja nikotynowa ;-) Wieczór mija szybko i idę spać. Zawijam się więc w śpiwór (prawdziwy, nie prześcieradłowy) i mam nadzieję że uda mi się nie spaść z najwyższej leżanki, dzięki której oglądam sufit pociągu z odległości około 70 cm. Po raz kolejny zbawienna okazuje się moja mp3 bo wszystko dookoła huczy jak szalone.
Zasypiam.

 


Odległość pokonana od ostatniego punktu (New Delhi, Indie): ok , mierzona w linii prostej.
Całkowity przebyty dystans to ok. .

 
  • Opublikuj na:
15mar
2007

Komentarze

 
Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *



Na mapie

 

Spis treści

1
1. Katowice-Moskwa-Delhi New Delhi, Indie
sobota, 10 mar 2007
New Delhi, Indie Katowice-Moskwa-Delhi, New Delhi, Indie
1
2. Dzień drugi New Delhi, Indie
czwartek, 15 mar 2007
New Delhi, Indie Dzień drugi, New Delhi, Indie

Na skróty

Podsumowanie

ostatni wpis:15 mar 2007  (15 lat temu)
pierwszy wpis:10 mar 2007  (15 lat temu)
  
liczba tekstów:2
liczba zdjęć:0
liczba komentarzy:0
odwiedzone kraje:1
odwiedzone miejscowości:1

Uczestnicy

Skontaktuj się ze mną

strona jest częścią portalu transazja.pl
© 2004-2021 transazja.pl

Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2021 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone