lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Kuala Lumpur  
Petronas TowersKuala Lumpur, Malezjafoto: Krzysztof Stępieńźródło: transazja.pl
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

Aleppo battle: Syria rebels call for truce to evacuate civilians

Iraq conflict: Air strikes on IS-held border town 'kill dozens'

India doctor to operate on '500kg' Egyptian woman

Yemen ship sinking: 35 rescued off coast

Syria conflict: 'Israel missiles' hit Damascus military airport

Libya conflict: IS 'ejected' from stronghold of Sirte

Theresa May 'clear-eyed' over Iran threat

Netanyahu statue: Golden likeness of PM appears in Tel Aviv

Syria rebels 'withdraw from Old City' of Aleppo

Hospitals struggling to cope with Mosul casualties

Miasta Azji

 Pokhara

warto zobaczyć: 9
transport z Pokhara: 1
dobre rady: 9

wybierz
[opinieCount] => 0

 New Delhi

warto zobaczyć: 23
transport z New Delhi: 2
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 Jerozolima

warto zobaczyć: 9
transport z Jerozolima: 3
dobre rady: 12

wybierz
[opinieCount] => 0

 Tajpej

warto zobaczyć: 22
transport z Tajpej: 11
dobre rady: 39

wybierz
[opinieCount] => 0

 Katmandu

warto zobaczyć: 14
transport z Katmandu: 3
dobre rady: 21

wybierz
[opinieCount] => 0

 Szanghaj

warto zobaczyć: 18
transport z Szanghaj: 1
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 Xi'an

warto zobaczyć: 10
transport z Xi'an: 2
dobre rady: 19

wybierz
[opinieCount] => 0

 Stambuł

warto zobaczyć: 38
transport z Stambuł: 2
dobre rady: 40

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pekin

warto zobaczyć: 27
transport z Pekin: 4
dobre rady: 61

wybierz
[opinieCount] => 0

 Hua Shan

warto zobaczyć: 8
transport z Hua Shan: 3
dobre rady: 18

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,897,341,63
IndieINR68,1872,7116,19
IzraelILS3,834,080,91
MalezjaMYR4,454,741,06
RosjaRUB64,0668,3015,21
Sri LankaLKR151,37161,4135,94
SyriaSYP214,85229,1051,01
TajlandiaTHB35,6938,068,47
TurcjaTRY3,513,750,83
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Malezja
     kursy walut
     MYR
     PLN
     USD
     EUR
  •  Malezja
     wiza i ambasada
    Malezja
    ambasada w Polscetak
    wymagana wizanie
    Do 90 dni bez wizy

Wyprawa Borneo 2001

wtorek, 6 wrz 2005
  • dotyczy:  

Legenda tajemniczej wyspy Borneo. Dżungla, pijawki, łowcy głów... Była Marzeniem, które się spełniło. Była Przygodą, której nie zapomni się nigdy...

Spotykamy się w Rzepinie, przy granicy z Niemcami. Poznaliśmy się przez Internet i prawie się nie znamy. Na dworcu kolejowym czekają już koledzy ze Śląska: Zbyszek Rosiek z Gliwic oraz Witek Janiec z Wodzisławia Śląskiego i Arek Honysz z Żorów, dwaj nierozłączni przyjaciele. Okazuje się, że tym samym pociągiem z Poznania przyjechałem z Szymonem Michną z Trójmiasta. Jakiś czas później dołącza do nas Marta Starzak-ogrodnik z Wrocławia, jedyna kobieta w ekipie. W pociągu do Berlina mamy jeszcze spotkać Jarka Buczka z Rzeszowa. Ostatni, ósmy towarzysz podroży, Michał Koltonik, dołączy do nas już w Malezji, na lotnisku w Kuala Lumpur. Po półrocznych przygotowaniach nadchodzi wreszcie ta chwila, kiedy zaczyna się wyprawa. Jest ciepły, sobotni wieczór - 26 maja 2001 roku.

Pierwszy etap to podroż pociągiem do Berlina, skąd odlatujemy samolotem. Etap prosty i łatwy, gorzej z dostaniem się o godzinie jedenastej w nocy z Dworca Berlin Zoo-garten na lotnisko Tegel. Cale szczęście, jeżdżą jeszcze ostatnie autobusy. Lotnisko Tegel zaskakuje nas swoja wielkością - jak na stolice Niemiec jest niezwykle małe i wręcz prowincjonalne! Około pierwszej w nocy zamykają lotnisko na cztery spusty a garstkę podróżnych, głównie nas, oczekujących na poranne samoloty zaganiają do jednego pomieszczenia w dolnej kondygnacji. Wreszcie około szóstej rano otwierają lotnisko z powrotem i półtorej godziny później odlatujemy do Zurychu. Na nowoczesnym i wielkim lotnisku w stolicy Szwajcarii czekamy kolejne trzy godziny. Pozostał nam juz tylko przelot do Kuala Lumpur.

Dolatujemy tam po ponad dwunastu godzinach spędzonych w powietrzu, przeważnie na wysokości 10 kilometrów. I tu kolejne zaskoczenie - oddany niedawno do użytku port lotniczy KLIA jest supernowoczesny i ogromny (w porównaniu do Berlina zwłaszcza). Niestety, znajduje się on ponad 70 km od malezyjskiej stolicy. Ponieważ mamy aż dwanaście godzin oczekiwania na samolot do Kuczingu na Borneo, zabieram grupę do miasta, czyli do KL. Dojazd tam, oczywiście ten najtańszy, jest dwuetapowy. Najpierw jedziemy autobusem z lotniska na stację kolejową Nilai, gdzie przesiadamy się na pociąg podmiejski. Cała ta podroż trwa dwie godziny. Plecaki zostawiamy w poczekalni na dworcu głównym w KL i ruszamy w miasto. Idziemy najpierw do rejonu Central Market, żeby przekąsić coś niecoś. Później jedziemy metrem do najwyższego budynku na świecie (w swojej klasie...) - Petronas Towers. Bliźniacze wieże wznoszą się na wysokość ponad 450 m. W dalszym zwiedzaniu przeszkadza nam ulewa. Jest juz pora sucha, ale to nie znaczy, że wtedy nie pada... Wracamy na lotnisko.

Lot do Kuczingu, stolicy malezyjskiego stanu Sarawak na Borneo, jest dość krotki, ale lądujemy w środku nocy i jedynym sposobem, żeby się dostać do miasta, jest wzięcie taksówki. W hostelu B&B Inn czekają już na nas zarezerwowane wcześniej przeze mnie pokoje. Zmęczeni długą podróżą następny dzień spędzamy na leniuchowaniu i zwiedzaniu Kuczingu, np. wielkiego meczetu stanowego (Malajowie są wyznawcami islamu). Nazwa miasta w języku malajskim oznacza "kot", stad wiele tam kocich pomników, z których największy jest Wielki Kot z Kuczingu.

Pierwszą wycieczkę robimy drugiego dnia pobytu na Borneo - prowadzeni przez miejscowego przewodnika, Kenny’ego, odwiedzamy wioskę Dajaków z plemienia Bidayuh oraz Centrum Rehabilitacyjne Dzikich Zwierząt Semenggok. Jak inni Dajakowie, rdzenni mieszkańcy wyspy, Bidayuhowie mieszkają w tzw. długich domach. Cała wioska żyje w takim domu na palach pod jednym dachem a każda rodzina ma własną część, jakby "mieszkanie". W wiosce oglądamy również "dom czaszek", w którym plemieńcy trzymają czaszki zabitych wrogów. Kenny uspokaja nas, że nie musimy się niczego obawiać, ponieważ ostatnie polowania na głowy w tej części Borneo miały miejsce w czasach II wojny światowej. Odwiedzamy też wodza plemienia Bidayuh, zwanych "Dajakami lądowymi"(w przeciwieństwie do "morskich Dajaków"- Ibanów).

Niedaleko od wioski Dajaków znajduje się Centrum Rehabilitacyjne Dzikich Zwierząt Semenggok. Przyjeżdżamy tam specjalnie w porze karmienia orangutanów. Tylko wtedy można je zobaczyć, gdyż są półdzikie i dnie spędzają wędrując samotnie po dżungli. Możliwość zobaczenia naszych "krewniaków” z bliska i bez krat robi na nas wielkie wrażenie.

Następnego ranka opuszczamy Kuczing. Przewodnik Kenny zabiera nas do wioski Dajaków z plemienia Ibanów nad rzeką Lemanak, gdzie będziemy świadkami tubylczego święta zbiorów, zwanego Gawai Dayak. Nieprzypadkowo zaplanowałem wyprawę na Borneo właśnie w tym terminie. Pierwsze cztery godziny jedziemy samochodem, potem przesiadamy się do łodzi motorowych. Do długiego domu Ibanów nad rzeką Lemanak można się dostać tylko drogą wodną. Płyniemy godzinę rzeką wijącą się przez dżunglę.

W wiosce zatrzymujemy się w kwaterach przygotowanych dla gości. Orzeźwiamy się kąpielą w rzece, która jest czysta, choć ma kolor kawy z mlekiem. Nad rzeką zaprzyjaźniamy się z miejscowymi dziećmi. Po odpoczynku i lunchu przygotowanym przez Kenny’ego idziemy do długiego domu. Trafiamy tam na ceremonię składania hołdu przodkom. Odświętnie ubrani młodzi mężczyźni strzelają na wiwat ze sztucerów, podczas gdy starsi próbują odczytać przyszłość z wątrób prosiaków złożonych przed chwilą w ofierze. Dajakowie częstują nas tuakiem, winem palmowym własnej roboty. Tymczasem pod sufitem werandy zauważamy poczerniałe od dymu i starości "upolowane" czaszki wrogów. Ich widok wywołuje w nas dość mieszane uczucia. Kenny mówi, że wielu obecnych tu, starszych Ibanów polowało dawniej na głowy i niejeden z nich ma kilku zabitych na swoim koncie.

Wieczorem znowu idziemy do długiego domu. Rozpoczynają się właściwe obchody święta zbiorów, które traktowane jest tam jak Nowy Rok. Ludzie pozdrawiają się i składają sobie nawzajem życzenia. Choć są już chrześcijanami, to jednak wciąż praktykują część dawnych obrzędów i zwyczajów, a szczególnie mocno jest wśród nich zakorzeniona wiara w opiekuńczą moc przodków. Uczestniczymy w jednym z takich obrzędów - rytuale składania ofiary duchom przodków.

Potem jest "część artystyczna". Oglądamy tańce wojenne, zwane ngajat, w wykonaniu wojowników, którym towarzyszą partnerki. Wojownicy są półnadzy, za okrycie mają głównie przepaski na biodrach i wspaniałe, pełne piór nakrycia głowy. Starsi z nich są bardzo wytatuowani. W tańcu posługują sie obnażonymi mieczami i kolorowymi tarczami. Ich płynne ruchy mają przypominać lot herbowych ptaków Borneo - dzioborożców.

Niespodziewanie dowiadujemy się, że zaraz odbędzie się najprawdziwsza ceremonia zaślubin. Panna młoda okazuje sie dziewczyną z długiego domu, jej oblubieńcem zaś Chińczyk z Kuczingu. Oboje są bogato wystrojeni, sama ceremonia jest również bardzo ciekawa.

Dopiero później zaczyna się główna część święta. Każda rodzina wykłada poczęstunek złożony ze słodyczy, ryżu, różnego jadła i oczywiście tuaku na werandzie przed swoimi „mieszkaniami”. Wszyscy się nawzajem odwiedzają, składają życzenia, częstują jedzeniem i piją tuak. Toasty nie mogą się obyć bez głośnego okrzyku "uuuuuhhhaaaaa". Cały długi na 200 metrów dom rozbrzmiewa tymi okrzykami i śmiechem. Atmosfera staje się coraz weselsza, znikają wszelkie bariery kulturowe. Później dochodzą jeszcze wspólne tańce. Zabawa trwa do rana.

Nieco zmęczeni oglądamy rano pokaz walki kogutów i strzelania z dmuchawki. Dajakowie zatruwają swoje strzałki trucizną z drzewa ipoh. Choć coraz częściej stosują dziś broń palną, do tej pory jeszcze często polują za pomocą dmuchawek, które są niezawodną i cichą bronią w gęstwinie dżungli.

Przed odjazdem z długiego domu, Kenny zabiera nas na drugą stronę rzeki, gdzie na wzgórzu znajduje się stary cmentarz Ibanów. Ustawione na grobach dzbany są świadectwami zamożności zmarłych. Niektóre z najstarszych grobów są "podwójne" - mają zarówno chrześcijańskie krzyże, jak i rodzaj kapliczek z wizerunkiem dzioborożca, dawnego bóstwa Dajaków. Kenny mówi, że osoby te były po połowie animistami i chrześcijanami.

Sympatyczny Chińczyk zawozi nas jeszcze samochodem do Sibu, gdzie się rozstajemy. Następnego dnia, po prawie całym dniu jazdy autobusami na północ, docieramy do Parku Narodowego Niah. Słynie on z jednej z największych na świecie jaskiń krasowych. U wejścia ma ona 250 m szerokości! A w najwyższym miejscu liczy aż 60 m! Jesteśmy porażeni jej ogromem. Wielką Jaskinie zamieszkuje pól miliona nietoperzy i cztery miliony jaskółek! Gniazda tych ptaków są poszukiwanym i drogim towarem, z którego Chińczycy przyrządzają słynną zupę. Dlatego ze stropu jaskini zwieszają się drewniane drągi, po których wspinają się zbieracze gniazd jaskółczych. Natomiast archeolodzy odkryli w jaskini dowody na to, że ludzie zamieszkiwali ją juz 40 000 lat temu! U wejścia do Wielkiej Jaskini można zobaczyć wykopaliska archeologiczne, zaś w sąsiedniej Jaskini Malowanej - naskalne malowidła.

W PN Niah odbywamy jeszcze parę ciekawych wędrówek przez dżunglę, m.in. dość wyczerpujące wejście na strome wzgórze Gunung Subis, z którego roztaczają się wspaniałe widoki. Nocujemy w komfortowych dormitoriach dyrekcji parku, które przezornie zarezerwowałem wcześniej.

Po paru dniach spędzonych w PN Niah jedziemy dalej. Docieramy do położonego około 100 km na północ lotniska w Miri, skąd lecimy małym samolocikiem Twin Otter do leżącego w głębi wyspy Parku Narodowego Gunung Mulu. Już niedługo po starcie widzimy jak pod nami rozpościera się zielony dywan nieskończonego obszaru dżungli, który czasem przecina mleczno-kawowa wstęga meandrującej rzeki. Kiedy zbliżamy się do celu, otwierają się przed nami góry również pokryte dżunglą. Lądowisko w Mulu to zaledwie kawałek asfaltu i nieduży domek na wielkiej polanie wyciętej w sercu tej ogromnej puszczy.

Meldujemy się w dyrekcji parku i rozlokowujemy w zarezerwowanym wcześniej przez mnie, dużym dormitorium. Jeszcze tego samego wieczora idziemy pod Jaskinię Jelenia. Przed jej wejściem znajduje się "obserwatorium nietoperzy", które w pogodne wieczory wylatują wielkimi stadami z jaskini. Jest to niesamowite widowisko przyrody. Tysiące latających ssaków formują wtedy fantastycznie wijące się "strumienie", które z zapadającym zmrokiem rosną w coraz dłuższe i większe "rzeki" nietoperzy.

Samą Jaskinię Jelenia oglądamy następnego dnia. Ogromem dorównuje Wielkiej Jaskini z PN Niah, a nawet robi jeszcze większe wrażenie, gdyż ciągnie się w niej największe przejście na świecie, sięgające 90 m wysokości i tworzące gigantyczną halę, która przywodzi na myśl czasy dinozaurów. Wrażenia dopełniają rosnące przed jej wejściem drzewiaste paprocie. Odwiedzamy też trzy inne wielkie jaskinie PN Gunung Mulu: leżącą blisko Jaskini Jeleniej, najmniejszą z nich - Jaskinię Lang’a oraz Jaskinię Wietrzną i Czystej Wody, do których musimy wędrować godzinę przez dżunglę. W tej ostatniej płynie duża podziemna rzeka. Z orzeźwiającej kąpieli w niej korzystamy jednak dopiero po wyjściu z jaskini. Do dyrekcji parku wracamy łodzią motorową, mijając po drodze osadę Penanów, dawniej koczujących w lasach Borneo.

Naszym głównym celem wizyty w PN Gunung Mulu jest jednak trekking w dżungli. Pierwszy etap to podróż długą łodzią motorową w gorę rzeki Sungai Melinau do miejsca zwanego Long Berar, gdzie rozpoczniemy pieszą wędrówkę. Jest pora sucha i wartka rzeka w wielu płytszych miejscach odsłania groźnie wyglądające bystrzyny. Czasem pomocnik sternika wysiada i przepycha łódź po kamieniach. Musimy też uważać na liczne pnie powalonych drzew, które leżą w wodzie. Tymczasem zagłębiamy się w wibrujący przeróżnymi dźwiękami, zielony ogrom puszczy. Przed nami piętrzą się strome góry. 

Po godzinie zmagania się z rzeką docieramy do Long Berar. Wyładowujemy plecaki na brzeg, natomiast łódź wraca do dyrekcji parku. Przypłynie po nas dopiero za kilka dni. Zostajemy sami w sercu dżungli. Szybko odnajdujemy ścieżkę. Wchodzimy na Szlak Łowców Głów, którym w dawnych czasach poruszały się grupy wojowników z dajackiego plemienia Kayan podczas wypraw wojennych. Przed nami trzy godziny marszu do obozu Camp 5, naszej bazy na czas trekkingu.

Marsz przez dżunglę przypomina wędrówkę w krainie olbrzymów. Idziemy wąskim korytarzem ścieżki wyciętym w gąszczu dżungli, którego ściany tworzą potężne drzewa. Zwieszają się pokręcone liany a kolczaste palmy grożą poranieniem. Od czasu do czasu przechodzimy w bród strumienie. Ich woda często zabarwiona jest taniną z opadłych, rozkładających się liści i wygląda jak herbata. Przeprawy przez strumienie orzeźwiają nas nieco, bo ogólnie jest strasznie parno i gorąco, pot spływa nam po plecach i czołach. Na ramionach ciążą plecaki, których ciężar powiększył prowiant na okres trekkingu. W wielu miejscach jest błoto i rozległe kałuże, ślizgając się próbujemy je okrążać. Przełazimy przez upadłe kolosy drzew a gdzieindziej pod połamanymi naręczami bambusów. I jakby wszystkiego było mało... dopadają nas pijawki! Na postoju, podczas którego wykręcamy przesiąknięte potem koszulki, zrywamy przyssane do nóg pasożyty.

Jak na obóz zagubiony w bezmiarze puszczy równikowej, Camp 5 okazuje się bardzo komfortowy. Jest tam drewniany budynek z salami, w których znajdują się drewniane podesty do spania (przydają się nam karimaty), ponadto kuchnia i toalety. Położenie obozu jest niezwykle malownicze, otaczają go bowiem z jednej strony pionowe, wapienne ściany góry Gunung Benerat, z drugiej zaś - strome zbocza góry Gunung Api, tworząc majestatyczny wąwóz rzeki Sungai Melinau. Z kąpieli w krystalicznie czystej, choć rwącej rzece korzystamy też wkrótce po zakwaterowaniu się w obozie.

Wędrówkę Szlakiem Łowców Głów kontynuujemy następnego dnia. Tym razem idziemy bez bagaży, które zostają w Camp 5. Odciążeni możemy lepiej przyjrzeć się przyrodzie lasu deszczowego. Po dwóch godzinach marszu docieramy do miejsca zwanego Lubang Cina nad rzeką Sungai Terikan w jej górnym, jeszcze dość wątłym biegu. W przeszłości łowcy głów przeciągali swoje łodzie między rzekami Sungai Melinau i Sungai Terikan, a służył do tego szeroki na 3 m trakt, po którym została dziś tylko wąska ścieżka. W miejscu Lubang Cina przez rzeczkę przerzucony jest linowy most wiszący, po drugiej stronie jest zaś tylko bardzo spartańskie schronienie.

Jednym z głównych powodów naszego przybycia do obozu Camp 5 jest wejście na punkt obserwacyjny, skąd można zobaczy niezwykłe formacje skalne, tzw. Pinnacles. Sa to wysokie na 45 m iglice skalne, które wystają ponad sklepienie lasu na zboczach góry Gunung Api. Prowadzi do nich bardzo stromy, trudny i wyczerpujący szlak, którym można iść jednak tylko wtedy, kiedy nie pada deszcz. Jeżeli bowiem pada, wspinaczka, a zwłaszcza zejście z góry robią się zbyt niebezpieczne. Podczas wędrówki trzeba czasem korzystać z lin, a w kilkunastu miejscach znajdują się drabinki ustawione nad skalnymi rozpadlinami. Niebezpieczeństwa te uświadamiają nam dwie rangerki, które opiekują się obozem Camp 5. Mają one też obowiązek prowadzenia turystów na punkt widokowy. Ale - stawiają warunek - idziemy tylko wtedy, kiedy nie pada!

Niestety, następnego ranka kropi deszcz. Wprawdzie jest pora sucha, ale w górach wnętrza Borneo objawia się ona tylko mniejszą intensywnością i długotrwałością opadów. Praktycznie codziennie pada, albo rano albo popołudniu. Nie są to jednak wielodniowe ulewy pory deszczowej, które trudno nam sobie nawet wyobrazić.

Rangerki odmawiają prowadzenia nas na górę. - W takim razie idziemy sami, na własną odpowiedzialność i własne ryzyko. - Kilku zdesperowanych kolegów podejmuje decyzje. - Najwyżej zawrócimy, jeżeli będzie zbyt niebezpiecznie. - Popołudniu, po ich powrocie okaże się, że nie było tak źle, dotarli do punktu widokowego, choć nie obyło się bez drobnych skaleczeń na ostrych jak brzytwy skałach u wierzchołka.

Tymczasem rangerki proponują reszcie grupy alternatywną wycieczkę na wzgórze, na którym rośnie kilka gatunków dzbaneczników, dziwacznych roślin owadożernych o liściach przekształconych w swoiste „dzbanki”, do których zwabiają swoje ofiary. I ta wycieczka, nie tak ryzykowna jak wejście na punkt widokowy Pinnacles, okazuje się bardzo interesująca.

Po czterech dniach penetrowania okolic obozu Camp 5, wracamy do cywilizacji. Idziemy w strugach deszczu, brnąc przez błoto i kałuże, ukryci pod pelerynami, atakowani przez pijawki. Nad rzeką czeka na nas umówiona łódź, którą płyniemy do dyrekcji parku.

Następnego dnia odlatujemy do Miri. Na naszą prośbę pilot prowadzi samolot nad Pinnacles. Dzięki temu wszyscy możemy je zobaczyć z lotu ptaka. Resztę dnia spędzamy w autobusach, wieczorem docierając do Sibu. Nazajutrz, przed opuszczeniem miasta zwiedzamy chińską świątynię Tua Pek Kong. Do Kuczingu płyniemy dużą i szybką łodzią morską, najpierw do ujścia rzeki Batang Rejang a potem przez wody zatoki Telok Datu.

To nasze ostatnie dni na Borneo. Spędzamy je w Parku Narodowym Bako. Żeby się doń dostać, jedziemy najpierw autobusem do wioski Kampung Bako, skąd dalszą drogę przebywamy łodzią. Mkniemy, rozbryzgując fale, przez płytkie przybrzeżne wody Morza Południowochińskiego. Po przybyciu musimy wysiąść z łodzi przed plażą i brnąć do niej w wodzie po kolana. Jest odpływ i łódź nie może przybić do pomostu. To lądowanie ma jednak swój urok, witają nas pióropusze strzelistych palm kokosowych, biały piasek i okalające zatoczkę, fantastycznie zerodowane klify piaskowcowe. Jest rajsko... Znałem ten park narodowy już z poprzedniej wizyty na Borneo, wiedziałem więc co zostawić grupie na "deser" naszej wypraw.

Pamiętałem również, że PN Bako to najlepsze miejsce w Sarawaku do obserwacji dzikich zwierząt. Już idąc do naszych kwater, napotykamy wałęsające się po terenie dyrekcji parku, borneańskie świnie brodate. Wkrótce też zauważamy wszędobylskie i zuchwałe makaki jawajskie, małpy, które słyną ze swej złodziejskiej natury. Jednak prawdziwym rarytasem są żyjące wyłącznie na Borneo nosacze. Te dziwne małpy o nienaturalnie wielkich nosach obserwujemy w lesie namorzynowym, gdzie zajęte są zajadaniem liści. Nieco dalej widzimy też warana paskowego, jak płynie między stojącymi w morskiej wodzie drzewami namorzynowymi.

Wędrując ścieżką przez las deszczowy pokrywający nadbrzeżne klify, docieramy do małej, ukrytej wśród skał zatoczki Telok Paku. Odpoczywamy na plaży i delektujemy się kąpielą w ciepłych wodach Morza Południowochińskiego. 

Następnego dnia idziemy na inną, dalej położoną i jeszcze bardziej "tajemnicza" zatoczkę - Telok Pandan Kecil. Najpierw jednak musimy wdrapać się na płaskowyż, który wieńczy wzgórza półwyspu Bako. Roślinność na płaskowyżu różni się diametralnie od niżej położonego lasu deszczowego. Tworzy formacje zwaną kerangas, przypominającą busz złożony z odpornych na brak wody i składników odżywczych roślin, które radzą sobie bądź wchodząc w symbiozę z owadami (tzw. rośliny mrówkowe z charakterystycznymi "naroślami" gniazd mrówczych) bądź owady te zjadając (dzbaneczniki). Wspinaczka stromym zboczem a później godzinny marsz w upale przez suchy busz kerangas i place nagich skal, rekompensuje nam relaks na plaży, jakby wyjętej żywcem z opowieści o piratach mórz południowych. Wieczorem, po powrocie do dyrekcji parku, oglądamy wspaniały zachód słońca nad morzem. 

Przychodzi koniec naszego pobytu na Borneo. Wracamy do Kuczingu, dokonujemy ostatnich zakupów pamiątek w sklepach przy ulicy Main Bazaar, gdzie można kupić wszystko, począwszy od masek a skończywszy na dmuchawkach, i odlatujemy do Johor Bahru, które leży na Półwyspie Malajskim. Naszym ostatnim celem jest graniczący z Johor Bahru Singapur. 

I tak trafiamy z zielonej dżungli równikowej do miejskiej dżungli betonowo-metalowo-szklanej, w której królują wieżowce. Szczególnie ciekawie prezentują się one wieczorem, zwłaszcza "Manhattan" nad rzeką Singapore, naprzeciwko miejsca, w którym w 1819 roku wylądował Sir Thomas Stamford Raffles, założyciel współczesnego Singapuru. Dawna kolonia brytyjska jest dziś niepodległa i ma własny parlament.

Ale poza nowoczesnym centrum, jest w Singapurze wiele innych ciekawych miejsc, przede wszystkim świątynie rożnych religii. Zdecydowanie najwięcej jest świątyń chińskich, jako że miasto zdominowane jest bardzo wyraźnie przez Chińczyków. Najstarsza i jedna z najbardziej kolorowych to Thian Hock Keng. Również mniejszości żyjące w Singapurze mają własne świątynie. Jedną z najciekawszych hinduskich świątyń w dzielnicy Małe Indie jest Sri Veeramakaliamman, dedykowana bogini Kali. Natomiast w muzułmańskiej dzielnicy wokół Arab Street znajduje się Sultan Mosque, największy meczet w Singapurze. Żeby móc do niego wejść w przypadku, gdy odzienie nie jest dość zakrywające, należy założyć zielony płaszcz. I każdy turysta chętnie go przywdziewa. Buddyści też mają swoje świątynie, z których najsłynniejszą jest Świątynia Tysiąca Świateł.

Niestety, nasza wyprawa dobiega końca. Trzeba wracać. Do samolotu wsiadamy juz w Singapurze, ale lecimy na razie tylko do Kuala Lumpur. W wielkim porcie lotniczym stolicy Malezji czekamy parę godzin na samolot do Zurychu. Następnego dnia około południa jesteśmy już w Berlinie. Rozstajemy się, każdy wraca do kraju na własną rękę. Po trzech tygodniach wspólnych przygód i 2000 kilometrów przebytych na Borneo (nie licząc tych tysięcy kilometrów, które przelecieliśmy samolotami) nasza wyprawa kończy sie 17 czerwca 2001 roku.

Żegnaj Borneo! Żegnaj Wielka Przygodo!

słowa kluczowe: termin: 26 maja - 17 czerwca 2001
trasa: Berlin - Zurych - Kuala Lumpur - Kuczing - Park Narodowy Niah - Park Narodowy Gunung Mulu - Sibu - Park Narodowy Bako - Singapur - Kuala Lumpur - Berlin

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 0 / 5 (0)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 0 / 5 (0)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 13339 od 6.09.2005

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy