lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Delhi  
Naturalne barwnikiMysore, Indiefoto: Krzysztof Stępieńźródło: transazja.pl
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

India Jayalalitha death: Masses mourn 'iron lady'

North Korea 'hacks South's military cyber command'

Hong Kong rainbow lions spark LGBT rights debate

Samsung tells South Korea corruption inquiry of 'gift horse'

Pisa tests: Singapore top in global education rankings

White House looks to reassure China after Trump-Taiwan call

Breakthrough in 46-year mystery of missing toddler

Australia Day: Fremantle banned from citizenship ceremonies

Shinzo Abe to be first Japanese PM to visit Pearl Harbor

Trump attacks China in Twitter outburst

Fifteen Saudi Shia sentenced to death for 'spying for Iran'

Europol to investigate mass drowning

Netanyahu statue: Golden likeness of PM appears in Tel Aviv

Egypt arrests 'organ trafficking ring'

Aleppo battle: Russia and China veto UN truce resolution

Israeli MPs advance bill to legalise West Bank outposts

Iran fashion workers jailed for 'spreading prostitution'

100 Women 2016: The Arab women told 'Girls don't do maths'

Syria: Celebrations as families return to homes in Aleppo

The desperate families fleeing eastern Aleppo

Miasta Azji

 Qufu

warto zobaczyć: 7
transport z Qufu: 1
dobre rady: 11

wybierz
[opinieCount] => 0

 Kaifeng

warto zobaczyć: 6
transport z Kaifeng: 1
dobre rady: 10

wybierz
[opinieCount] => 0

 Shaolinsi

warto zobaczyć: 5
transport z Shaolinsi: 1
dobre rady: 10

wybierz
[opinieCount] => 0

 Hua Shan

warto zobaczyć: 8
transport z Hua Shan: 3
dobre rady: 18

wybierz
[opinieCount] => 0

 Luoyang

warto zobaczyć: 4
transport z Luoyang: 5
dobre rady: 13

wybierz
[opinieCount] => 0

 Lanzhou

warto zobaczyć: 4
transport z Lanzhou: 3
dobre rady: 8

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pekin

warto zobaczyć: 27
transport z Pekin: 4
dobre rady: 61

wybierz
[opinieCount] => 0

 Labrang

warto zobaczyć: 5
transport z Labrang: 2
dobre rady: 11

wybierz
[opinieCount] => 0

 Xi'an

warto zobaczyć: 10
transport z Xi'an: 2
dobre rady: 19

wybierz
[opinieCount] => 0

 Szanghaj

warto zobaczyć: 18
transport z Szanghaj: 1
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,897,311,64
IndieINR68,3972,5916,26
IzraelILS3,834,070,91
MalezjaMYR4,474,741,06
RosjaRUB63,9967,9215,21
Sri LankaLKR152,18161,5136,18
SyriaSYP214,85228,0251,08
TajlandiaTHB35,7537,948,50
TurcjaTRY3,463,670,82
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Indie
     kursy walut
     INR
     PLN
     USD
     EUR
  •  Indie
     wiza i ambasada
    Indie
    ambasada w Polscetak
    wymagana wizatak
    e-Tourist Visa (promesa wizowa aplikowana on-line) - 60 USD ważna 30 dni bez możliwości przedłużenia

Himalaje 2001

poniedziałek, 29 sie 2005

Czas trwania naszej wyprawy: 9 sierpnia - 9 września 2001
Uczestniczyły 2 osoby: Aśka, Olo i ja.

Katowice - Praga - Paryż - Delhi - Kathmandu

Jeszcze nie wróciłem z zeszłorocznych wakacji a już wiedziałem dokładnie gdzie w tym samym czasie, ale za rok spędzę kolejne. Ekipę na wyjazd nie było specjalnie trudno znaleźć - większość moich znajomych ma dużo wspólnego z górami, ale tradycyjnie im bliżej było wyjazdu tym mniej było chętnych, także koniec końcem została nas trójka. 

W kwietniu kupiliśmy w Ostrawie bilety Praga - Paryż - Delhi - Paryż - Praga na łączony bilet czeskich linii lotniczych CSA i indyjskich Air India, po w sumie dość atrakcyjnej cenie 600 USD, która obejmowała również wszelkie opłaty lotniskowe. Kolejnym etapem było załatwienie gratisowej (!!!) wizy indyjskiej. Dopiero mając bilet w ręce i wizę w paszporcie, wiedziałem, że coraz bliższy jestem spełnienia mojego marzenia, jakim jest zobaczenie Mt. Everestu. Tymczasem miesiąc przed naszym wyjazdem, w Nepalu doszło do tragedii, w której zginęła cała rodzina królewska. W Kathmandu wybuchły zamieszki, sytuacja stała się niepewna, polski MSZ odradzał wyjazdu. W takiej oto atmosferze 9 sierpnia 2001 wyruszyliśmy z Katowic na podbój Himalajów.

Indie Indie fot. Krzysztof Byrski
Ponieważ był to piątek, wystartowaliśmy z Olem po pracy i późnym wieczorem dojechaliśmy do moich przyjaciół ze studiów w Jeleniej Górze. Tam zostawiłem Piotrowi auto na miesięczne przechowanie. Rano przekroczyliśmy granice w Jakuszycach i z Harrachova pojechaliśmy liniowym autobusem do Pragi (120 KC). Wieczorem spotkaliśmy się z Aśką, która wraz ze znajomymi dobiła do nas z Warszawy. Oczywiście zaliczyliśmy skromną imprezkę, skromną, ponieważ wcześnie rano musieliśmy stawić się na lotnisku. 

W niedzielę na 2 godz. przed odlotem zjawiliśmy się na lotnisku. Odprawa poszła sprawnie, także o czasie wystartowaliśmy i po niecałej 1,5 godz. znaleźliśmy się w Paryżu. Tam zmieniliśmy terminale i prawie 5 godz. koczowaliśmy na lotnisku czekając na swój samolot do Delhi. Przy wejściu do naszego Beinga 747 powitała nas słowami „namaste” stewardesa w sari, także na dzień dobry zrobiło się już bardzo klimatycznie. Samolot w środku wyglądał delikatnie mówiąc na lekko wyeksploatowany, toteż przeszył mnie lekki dreszcz niepokoju czy aby wybraliśmy właściwe linie lotnicze. Pocieszył mnie Olo, że to nic w porównaniu z Syberia Airlines, którymi leciał w maju, do Tomska. Mój stres całkowicie minął po pysznym posiłku i sporej ilości piwa. Tak się też składało, że samolot był wypełniony pasażerami w 50%, także stewardesy pozwoliły zająć po kilka wolnych miejsc i położyć się na noc na kilku fotelach, więc praktycznie do samego Delhi wygodnie spałem.

O godzinie 6:00 rano czasu miejscowego (+3,5 godz. w stosunku do Polski) wylądowaliśmy po 8 godzinach lotu na lotnisku Indira Gandhi w Delhi. Zaraz po wyjściu z klimatyzowanego samolotu, buchnęła w nas fala bardzo gorącego i wilgotnego powietrza, jednak po chwili znów znaleźliśmy się w klimatyzowanym budynku lotniska, gdzie czekała nas odprawa, którą bez żadnych przygód przeszliśmy dość szybko i sprawnie. Po odebraniu bagażu, wymieniliśmy wspólnie 150 USD na rupie indyjskie (1 USD = 46 RI - nie wyrzucajcie wydruku potwierdzającego dokonanie operacji wymiany walut - będzie wam potrzebny!!!) i wzięliśmy taksówkę (180 RI) z lotniska, dostępną w systemie pre paid, czyli z góry opłaconą w biurze na lotnisku, do centrum miasta a dokładnie na Main Bazaar (bezpośrednie sąsiedztwo dworca kolejowego New Delhi), gdzie mieści się mnóstwo tanich hoteli. Tam specjalnie nie wybrzydzając ulokowaliśmy się w Royal Guest House (100 RI za łóżko) w trzyosobowym pokoju z łazienką, albo raczej czymś, co przypominało łazienkę.

Po kąpieli, poszukaliśmy jakiegoś lokalu, w którym można było w miarę higieniczny sposób zjeść posiłek. Na Main Bazaar jest kilka takich miejsc, łatwo je poznać, bo siedzą w nich biali i skośnoocy. Ceny dań wahają się od 30 do 60 RI i są całkiem niezłe, aczkolwiek chowają się w porównaniu z tym, co jedliśmy w Kathmandu. Po bardzo wczesnym obiedzie kierujemy się na pobliski dworzec kolejowy New Delhi w celu zakupienia biletów na pociąg do oddalonego 100 km od granicy nepalskiej - Gorakpur. 

Po drodze setki naganiaczy próbują wręcz siłą odciągnąć nas od budynku dworca i skierować do jednej z licznych agencji turystycznych (z gwarancjami rządu indyjskiego!!!), które znajdują się naprzeciw dworca. Oczywiście agencje te to zwykła lipa, by nie rzec jawne złodziejstwo. W końcu jednak udaje nam się dotrzeć na pierwsze piętro dworcowego budynku, gdzie mieści się biuro obsługujące turystów. Tam grzecznie ustawiamy się w kolejce, wcześniej sprawdzając połączenia kolejowe i wypisując odpowiedni formularz, wymagany przy rezerwacji biletów. Totalna biurokracja - trzeba oprócz tego dokąd się jedzie, podać jeszcze min. adres, wiek a nawet płeć pasażera (!!!). W końcu nasza kolej, urzędnik sprawdza nasze bazgroły, coś tam jeszcze dopisuje, po czym każe nam pokazać paszporty i rachunek jaki dostaliśmy przy wymianie pieniędzy. Na szczęście mam go wraz z dokumentami i reszta idzie już gładko, płacimy w sumie 825 RI i mokrzy z potu, z ulgą wracamy do hotelu.

Tego i następnego dnia trochę kręcimy się po Delhi, zwiedzając miasto, muzeum narodowe, meczet. Wszędzie towarzyszy nam straszny brud, sterty śmieci, spaliny z dwusuwowych silników, oraz mieszanka przeróżne zapachów, głównie tych, które raczej nie uchodzą za przyjemne. Do tego tłumy ludzi, masa żebraków, potworny upał i od czasu do czasu deszcz, który bynajmniej nie przynosi ulgi. No i jeszcze jedno: hałas, który po prostu Hindusi uwielbiają, klaksony, wrzask i krzyk. Jak to dobrze, że już niedługo wyjeżdżamy z tego miasta. Wieczorem pakujemy się i ugięci pod ciężarem plecaków idziemy na dworzec. Na dworcu wprost kosmiczne tłumy ludzi, z trudem znajdujemy wolne miejsce by postawić nasze plecaki na ziemi. Wreszcie podstawiają nasz pociąg. Na każdym z wagonów przyklejona jest lista pasażerów (!!!), upewniwszy się, że jesteśmy na niej, wsiadamy do sypialnego wagonu drugiej klasy. W środku jest straszny brudno, w dodatku śmierdzi okrutnie z toalety na cały wagon, przy tym jest potwornie gorąco i duszno. Wkrótce okazuje się, że rezerwacja jest fikcją, tłuszcza wali do środka i zajmuje wszystkie wolne miejsca, także pociąg w minutę jest kompletnie zapełniony.

W końcu ruszamy, robi się trochę chłodniej, zwłaszcza że u sufitu włączyły się wiatraki, które dają odrobinę chłodu i powietrza. Teraz dopiero możemy pomyśleć jak się ulokować na naszych miejscach i przepędzić z nich tubylców. Nieoczekiwanie pomaga nam w tym kanar, który pojawił się nagle koło nas. W końcu rozkładamy leżanki, przypinamy plecaki na kłódki do jakiegoś żelastwa (to jedyne zabezpieczenie przed złodziejami) i zajmujemy w miarę wygodne pozycje do spania. Po paru godzinach jazdy, robię się głodny, zwłaszcza, że dookoła tubylcy zajadają się różnymi "przysmakami". Na którymś postoju nie wytrzymuje i kupuje czapati czyli soczewice z plackiem podaną na liściu bambusa. Do tego biorę jeszcze herbatę w glinianym kubku, niczym nie różniącym się od małej doniczki. Jeżeli przeżyje po tej potrawie, to chyba będę mógł jeść potem wszystko. W nocy udaje mi się zasnąć na parę godzin niemniej w obawie o mój bagaż śpię bardzo czujnie. 

O 6:00 rano dojeżdżamy do Gorakpur. Pierwsze co robimy to zmywamy z siebie warstwę brudu i potu, którą wynieśliśmy z pociągu. Następnie udajemy się do kas i po krótkiej naradzie kupujemy powrotny bilet na 6 września (samolot z Delhi mamy 9 września). Oczywiście towarzyszy nam ta sama procedura biurokratyczna. Wychodzimy z dworca i udajemy się w poszukiwanie autobusu do Sonouli czyli granicznego miasteczka po stronie nepalskiej. Daleko nie musimy szukać, naganiacze potrafią nawet w języku polskim (!!!) skierować nas do odpowiedniego busa. Płacimy około 60 RI za bilet i bagaż, i gdy autobus zapełnił się całkowicie - ruszamy. Przed nami 3 godzinna podróż w niesamowitym upale, oczywiście o żadnej klimatyzacji nie może być mowy. Wydaje się, że bardziej komfortowo mają się nasze plecaki jadące na dachu.

Nepal Nepal fot. Krzysztof Byrski
Około 10:00 jesteśmy na miejscu, jeszcze nie udało nam się porządnie wysiąść z busa a już dopadło nas stado rikszarzy. Ponieważ nie chcą dużo za dowiezienie do granicy zgadzamy się i około 1km przejeżdżamy rikszą, każdy oddzielnie. Na granicy czeka na nas sterta papierów do wypełnienia, nie mniej wszystko idzie w miarę sprawnie. Po indyjskiej kontroli granicznej czas na nepalską, która praktycznie niczym się nie różni od poprzedniej. Musimy jednak kupić 60 dniową wizę nepalską uprawniającą nas do jednorazowego wjazdu do Nepalu (30 USD). W końcu wszystkie formalności mamy za sobą. Po zasięgnięciu języka dowiadujemy się, że autobusy do Kathmandu jeżdżą albo wcześnie rano albo późno wieczorem. Postanawiamy zatem zostać w jednym z licznych hotelików i nazajutrz rano jechać dalej. Wymieniamy pieniądze (1 USD = 74 RN) i lokujemy się w przeciętnym hotelu płacąc za trzyosobowy pokój 150 RN. Od razu załatwiamy też bilety do Kathmandu, płacąc 250 RN za osobę. 

Cieszymy się że zostawiliśmy za sobą beznadziejne Indie, w Nepalu jest czyściej, nie ma tylu natrętów i wścibskich żebraków. Można kupić w każdej knajpie piwo, a na ulicy co chwile ktoś proponuje kupno marihuany, bądź haszyszu. W dodatku wszystko jest wprost niewyobrażalnie tanie. Nic dziwnego więc, że tego wieczoru bawimy się mocno na bogato i to do późna w nocy. 

Wcześnie rano, jemy śniadanie w hotelu, po czym wraz z innymi turystami pakujemy się do jeepów, które zawożą nas do oddalonego 3 km od granicy dworca autobusowego. Tutaj część osób przesiada się do busa, jadącego do Pokhary, a reszta, pośród której my jesteśmy, do Kathmandu. Na początku droga wiedzie po zielonej równinie, gdzie aż po horyzont ciągną się pola ryżowe. Po 3 godzinach jazdy zaczynają się góry, nasz autobus mozolnie pnie się w górę, wyprzedzając masę ciężarówek, motocykli i rowerów. W Nepalu i Indiach obowiązują nieco odmienne prawa dotyczące ruchu drogowego niż ogólnie przyjęte - generalnie pierwszeństwo ma pojazd większy i mający głośniejszy klakson. Aż dziw bierze, że nie zaliczyliśmy po drodze żadnej czołówki. Mijamy Mugling - miasteczko gdzie odbija droga do Pokhary. Teraz jedziemy już dość ostro pod górę wzdłuż rzeki Trisuli. W paru miejscach droga nasza była zasypana olbrzymimi głazami, które musiały się sypnąć ze stromych urwisk, albo podmyta przez rzekę. Na miejscu pracował ciężki sprzęt, próbujący przywrócić płynny ruch. Po około 11 godzinach (po drodze były dwie 20 min. przerwy) dojechaliśmy do Kathmandu.

Na miejscu, tradycyjnie powitali nas naganiacze. Wśród mnóstwa ofert, tanich noclegów w najlepszych hotelach, wybraliśmy jedną, po czym wsadzono nas to taksówki, która bezpłatnie dowiozła nas do Hotelu Namche w turystycznej dzielnicy Thamel. Rzeczywiście hotel okazał się niezbyt drogi (100 RN za osobę) i dość przytulny dlatego postanowiliśmy w nim zostać. 

Jeszcze tego samego wieczoru ruszyliśmy na podbój Kathmandu. Na Thamelu znajduje się mnóstwo sklepów ze wszystkim o czym turysta może tylko pomarzyć. Są tu agencje turystyczne, księgarnie z mapami, pocztówkami i książkami o Himalajach, sklepy z bajecznie tanim sprzętem turystycznym, mnóstwo pamiątek i rękodzielnictwa, internet cafe (30 RN za godzinę!!!) oraz mnóstwo knajp z pysznym jedzeniem, live music i fantastycznie zimnym i dobrym piwem. Po prostu raj na ziemi. Późno w nocy zaliczając olbrzymią kolację, kilka Carlsbergów i rewelacyjny wprost koncert miejscowej kapeli. 

Na drugi dzień, poprzez nasz hotel załatwiamy bilety na samolot do Lukli (91 USD w jedną stronę), oraz bilet do Sagharmata National Park. (1000 RN), trochę zwiedzamy miasto, a po południu, już sam, ruszam na zakupy. Kupuję min. kurtkę z goretexu (10 USD), drugą kurtkę z goretexu podszytą polarem firmy North Face dla mojej dziewczyny (50 USD - taka sama z Alpinusa kosztuje 1200 w Polsce zł!!!), rękawiczki z goretexu na snowboard (7,5 USD - w Polsce podobne kosztują 300 zł), kamizelkę z polaru North Face (10 USD), spodnie i bluzę z polaru (10 USD). A oto orientacyjne ceny turystycznego ekwipunku, który można kupić w Kathmandu: kurtka puchowa z goretexu North Face - 50 USD, śpiwór puchowy Salewa - 50 USD, plecak Salewa - 50 USD, mniejsze plecaki 10 - 20 USD, podobnie buty. Oczywiście sporo trzeba się nachodzić żeby znaleźć coś konkretnego, gdyż w większości sklepów jest tandeta, ale generalnie można naprawdę nieźle się wyposażyć. Ja, drugi raz wybierając się do Nepalu pojadę tylko z podręcznym bagażem - resztę kupię na miejscu, łącznie z plecakiem. Wieczorem znów przesiadujemy w knajpie (polecam New Orleans) bawiąc się przy nepalskiej kapelce, grającej różne standardy rockowe.

Nepal Nepal fot. Krzysztof Byrski
Nazajutrz wstajemy z Olem wcześnie rano, gdyż mamy samolot już o 7:00. Aśka nie leci z nami - ma inne plany co do Nepalu i rezygnuje z trekkingu na rzecz jogi i medytacji. Tymczasem w strugach deszczu dojeżdżamy taksówką na lotnisko (200 RN), gdzie po kilkugodzinnym czekaniu okazuje się, że samolot nie poleci ze względu na fatalną pogodę. Na drugi dzień sytuacja powtarza się, znów nie lecimy. Robi się coraz bardzie nieciekawie, gdyż może nam po prostu zabraknąć czasu na trekking, a tym samym główny cel naszego wyjazdu weźmie w łeb. W dodatku mamy już dość wstawania o 5:00 rano oraz jazdy taksówką tam i z powrotem po całym Kathmandu. 

Na trzeci dzień przyjeżdżamy na lotnisko bez specjalnego entuzjazmu gdyż znów leje. Okazuje się jednak, że chmury w Lukli ustąpiły i możemy lecieć. Malutkim, 16 osobowym samolocikiem linii Yeti Airlines po godzinie lotu lądujemy w Lukli, która ma chyba jedno z najmniejszych lotnisk na świecie. Pas startowy zaczyna się nad stromym urwiskiem, po czym idąc lekko pod górę po około 300 m kończy się skałami. Pilot jednak ląduje pewnie, choć nam lekko jeżą się włosy na głowie. W Lukli załatwiamy bilety na powrót, po czym jemy skromne śniadanie i ruszamy w drogę.

Treking: Lukla - Namche Bazar - Pheriche - Kalapathar 5545 mnpm - Lukla

Na początku idziemy powoli, gdyż ciążą nam nieźle plecaki a i upał wciąż jest jeszcze dość duży, mimo że jesteśmy na wysokości 2840 mnpm. Niemniej z minuty na minutę rozkręcamy się coraz bardziej i mijając kolejne wioski nabijamy kilometry. Dookoła nas wznoszą się góry, których szczyty giną w chmurach, od czasu do czasu przechodzimy po wiszących mostach nad rwącą rzeką, mijamy też sporo Szerpów i nielicznych jeszcze o tej porze roku turystów. W Pheriche spotykamy Anglika i Nepalczyka, z którymi zamieniamy kilka słów. Jak się później okaże, będziemy ich spotykać niemal każdego dnia naszego trekkingu a pod koniec będziemy wędrować nawet razem. Po około 6 godzinach marszu docieramy do Monjo (2835 mnpm) - ostatniej osady przed wejściem do Sagharmata National Park i tu zostajemy na nocleg w Himalayan Pilgrimage Home za który w sumie płacimy 100 RN. Tego dnia załatwiamy jeszcze formalności związane z wejściem do parku narodowego. Na ścianie budynku wisi szereg informacji co wolno a czego nie wolno oraz taki oto fajny napis:

When you are in the Park
Take nothings, but photographs
Leave nothings, but foot prints
Kill nothings, but times


Wieczorem szybko robi się ciemno, dlatego z braku jakichkolwiek rozrywek oraz światła w naszej lodge kładziemy się spać. Rano bynajmniej nie spieszymy się ze wstawaniem, nic dziwnego więc, że w czasie naszego śniadania pojawiają się idący z dołu wspomniany wcześniej Anglik (Martin) i Nepalczyk (Kamal). Wypijają z nami herbatę i idą dalej do Namche Bazar, my tymczasem kończymy śniadanie, pakujemy się i ruszamy również do Namche Bazar. Droga początkowo idzie w miarę płaskim terenie, po czym zaczyna się kilkugodzinne podejście do Namche, które leży na wysokości 3440 mnpm. Spoceni i głodni dochodzimy do Namche, gdzie zjadam pyszne zasmażane ziemniaki z serem, a Olo pizze. Ponieważ jest jeszcze dość wcześnie postanawiamy iść dalej, żeby spać możliwie jak najwyżej. Pogoda jednak raptownie się psuje i zaczyna padać rzęsisty deszcz, w związku z czym decydujemy się na nocleg w położonym na wysokości 3600 mnpm osadzie Teshinga. Płacimy 200 RN za przytulny dwuosobowy pokój. Ceny powoli rosną w miarę tego jak znajdujemy się coraz wyżej, widać to zwłaszcza po jedzeniu i wodzie mineralnej. Rano pogoda się poprawia, także przyjmujemy śniadanie na tarasie. Nawet specjalnie się nie dziwimy jak w trakcie naszego posiłku zjawiają się Martin i Kamal, którzy spali w Namche. Znów pijemy wspólną herbatę w bardzo miłym towarzystwie.

Kolejny nasz etap to Pangboche na 3930 mnpm, który najpierw zaczyna się ostrym 300 m zejściem, z 3600 mnpm na 3300 mnpm po czym bardzo stromym, długim i monotonnym wejściem do bardzo małej osady Tengboche na 3860 mnpm. Tam zostają na nocleg Martin i Kamel, a my idziemy jeszcze 2 godz. właśnie do Pangboche i tutaj nocujemy tylko za 40 RN od głowy. W nocy robi się już dosyć chłodno, w dodatku dostaję strasznego kataru, który nie pozwala mi długo zasnąć. 

Nazajutrz idziemy do Pheriche. Jest to bardzo krótki etap, ale boimy się iść wyżej ze względu na wysokość. Ja cały czas mam nadzieję, że działa moja aklimatyzacja z maja, kiedy to miałem przyjemność jeździć na snowboardzie w Kaukazie. W Pheriche zatrzymujemy się w Himalayan Hotel położonym na wysokości 4240 mnpm. Czuję się coraz gorzej, ale nie przez wysokość, tylko przez katar. Boję się żeby nie dopadła mnie grypa i gorączka bo wtedy nici z wejścia na Kalapathar. Na szczęście z pomocą przychodzi mi Martin, a dokładnie zawartość jego apteczki. W nocy jest już bardzo zimno temperatura spada blisko zera stopni. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze parę dni temu upały dochodziły do 40oC.

Rano czuję się dużo lepiej, chyba dzięki lekarstwom Martina. Mój nastrój dodatkowo poprawia widok pięknych gór, które nareszcie wyłoniły się zza chmur. W obawie przed tym, że pogoda może się znów popsuć robię kilkanaście zdjęć. W tym czasie Kamal pokazuje nam okoliczne szczyty i podaje nazwy tego co mamy możliwość zobaczyć. Bardzo fajnie jest mieć ze sobą kogoś takiego jak Kamal, który zna te góry jak własną kieszeń, jest przy tym zawsze wesoły i uśmiechnięty. Wynajęcie takiego przewodnika nie jest specjalnie drogie (200 RN za dzień + opłacenie noclegów i wyżywienia) i dla kogoś kto sam przyjedzie w Himalaje może być naprawdę niezłą sprawą. My mieliśmy to szczęście, że szliśmy mniej więcej w tym samym czasie i po prostu po którymś tam z kolei spotkaniu na szlaku, przyłączyliśmy się do Martina i Kamala. Zupełnie inną sprawą jest natomiast wynajęcie, zwłaszcza popularne wśród amerykańskich turystów, Szerpy wyłącznie jako tragarza.

Indie Indie fot. Krzysztof Byrski
Widok uginającego się pod ciężarem trzech plecaków Szerpy, idącego za trójką amerykanów mających jedynie przy sobie aparaty fotograficzne był dla mnie czymś zarówno niedorzecznym jak i po prostu niemoralnym. Osobiście uważam, że jak ktoś nie ma siły nieść swoich rzeczy, które mu są potrzebne podczas trekkingu, nie powinien w ogóle pchać się w góry. Oczywiście uwaga ta nie dotyczy wszelkiego rodzaju wypraw wysokogórskich, gdyż jest to po prostu zupełnie inna bajka. 

Tego dnia zaliczamy najkrótszy odcinek, gdyż po 1,5 godzinie marszu jesteśmy już w Tughli (4620 mnpm), gdzie wyrównuję mój dotychczasowy rekord wysokości. O dziwo czuje się w miarę dobrze podczas gdy Olo i Martin nie wyglądają najlepiej. Wieczorem nasz gospodarz napalił w piecu, także zrobiło się całkiem miło. Ponieważ wysoko w górach nie ma już drzew dlatego wszyscy palą wysuszonymi odchodami jaka, które palą się mniej więcej tak jak węgiel.

Przy ciepłym piecu i gorącej herbacie długo rozmawiamy z gospodarzem praktycznie o wszystkim. Dowiadujemy się też, że zdobył on wraz z wyprawami 2 razy Mt. Everest, czym mi niesamowicie imponuje. Rano budzi mnie potworny ból głowy i żołądka, czuje się fatalnie. Wiem, że dopadła mnie wysokość i z ciężkim sercem podejmuję decyzję o zejściu do położonego 400 m niżej Pheriche. Reszta ekipy zostaje tego dnia w Tughli. Gdy tylko znajduję się w hotelu piję herbatę i kładę się na parę godzin do łóżka. Wieczorem ból mija i wracam do siebie, odzyskując powoli siły. Postanawiam, że nazajutrz spróbuję wejść jak najwyżej i odpowiednio nisko zejść, żeby się lepiej zaaklimatyzować. Wcześnie rano wstaję w fantastycznym nastroju, nic nie pozostało z wczorajszych dolegliwości, w dodatku pogoda jest jeszcze lepsza niż dzień wcześniej, a widoki są takie, że aż zapierają człowiekowi dech w piersiach. Długo się nie zastanawiam, jem lekkie śniadanie, wrzucam mojego Karrimora na plecy i zasuwam z powrotem do Tughli. Czuje, że mam dziś szczyt formy, mój organizm wypoczął i zregenerował się w pełni, nic więc dziwnego, że droga, którą normalnie idzie się 2 godziny do Tughli zajmuje mi tylko 1,5 godziny. Na miejscu w hotelu, w którym spałem poprzednią noc znajomy gospodarz wręcza mi kartkę od Ola, z której wynika, że postanowił wraz z Martinem i Kamalem dzisiaj zaatakować Kalapathar. To działa na mnie jak płachta na byka i dodatkowo mnie mobilizuje.

Zostawiam sporo rzeczy na miejscu i z lekkim plecakiem idę już naprawdę bardzo szybko, bo tylko 1 godzinę zamiast dwóch do Lobuche (4910 mnmp). Już wiem, że tego dnia ja też wejdę na Kalapathar. Na miejscu w Lobuche spotykam chłopaków, którzy poza Kamalem nie wyglądają jednak na specjalnie silnych i gotowych do dalszej wspinaczki. Jednak Olo decyduje się iść ze mną. Długo i mozolnie pniemy się do położonego na 5140 mnpm Gorak Shep, tutaj naprawdę czuć już wysokość i po kilkunastu metrach trzeba robić małe przerwy. Olo zaczyna zostawać w tyle, widać że ma głęboki kryzys, natomiast ja powoli aczkolwiek systematycznie idę do przodu. Tymczasem pogoda z minuty na minutę robi się coraz gorsza, miejscami zaczyna padać śnieg z deszczem. Jednak w pewnym momencie wydaje z siebie okrzyk radości - zza chmur, bardzo słabo wyłania się najwyższa z gór - Mt. Everest (8848 mnpm). To co zobaczę pozostanie w mojej pamięci na całe życie. W momencie gdy robię zdjęcie dochodzi do mnie Olo, ale jest na tyle słaby, że nawet nie ma siły specjalnie się cieszyć. Przyznaje się, że zaczynają mu dokuczać ptaki zwane pawiami, czyli że wysokość daje mu naprawdę nieźle popalić. Jesteśmy w końcu w Gorak Shep - ostatniej osadzie, w której można przenocować. Dalej można dojść tylko do Everest Base Camp oraz wejść na Kalapathar. Ja długo nie zastanawiam się - zostawiam plecak w schronisku i tylko z aparatem fotograficznym zaczynam bardzo strome podejście na Kalapathar. Co kilkanaście metrów muszę robić przerwy, gdyż po prostu nie mogę złapać oddechu (na wysokości 5500 mnpm jest równo o połowę mniej tlenu niż nad poziomem morza).

Nepal Nepal fot. Krzysztof Byrski
Pod samym już szczytem zaczyna się lekka wspinaczka i w końcu po godzinie osiągam cel, bijąc tym samym mój dotychczasowy rekord. Jestem szczęśliwy, 5545 mnpm to już naprawdę coś i pewnie nie szybko znajdę się wyżej. Na szczycie robię zdjęcia, jednak stwierdzam, że nie będę czekał na Ola, gdyż mam nieco dłuższą drogę powrotną. Schodząc na dół spotykam go, ambitnie wchodzącego pod górę, życzę mu powodzenia i umawiam się z nim na następny dzień. Bardzo już zmęczony docieram do Gorak Shep, skąd zabieram mój plecak i idę dalej do Lobuche. Trzy gorące herbaty trochę stawiają mnie na nogi. Nie mam jednak czasu na dłuższy odpoczynek, powoli zaczyna się ściemniać, dlatego mimo kompletnego zmęczenia ruszam dalej i koło 18:00 w końcu jestem na miejscu w Tughli. Tego dnia, nie licząc, zejścia zaliczyłem 1300 m różnicy wzniesień, a cała wędrówka zajęła mi 11 godzin. Nie miałem też, w odróżnieniu od Ola, żadnych problemów z wysokością.

W schronisku zaliczam skromny posiłek, po którym udaje mi się wysępić miskę gorącej wody, także po raz pierwszy od tygodnia dokonuje gruntownej toalety. Rano wstaję dość wcześnie, pakuję się i pożegnawszy z gospodarzem schodzę do Pheriche. Tam jem śniadanko, po czym kładę się na karimacie i w porannym słońcu czekam na Ola, który pojawia się po 2 godzinach. Jak dowiaduję się od niego - udało mu wejść na Kalapathar, mimo że wysokość dała mu nieźle popalić. 

Tego dnia robimy niezłą wyrypę, schodząc aż do Namche Bazar, gdzie po prostu padamy z nóg. Nazajutrz znów wyrypa i zejście do Lukli. W sumie wejście z Lukli na Kalapathar zajęło nam 7 dni, podczas gdy ta sama droga powrotna tylko 2. W Lukli spędzamy bardzo miło wieczór, słuchając dobrej muzyki, pijąc pyszne browarki i jedząc kurczaka chili, pierwszy raz od 9 dni nie-wegetariańską potrawę.
Rano, znów wcześnie pobudka, gdyż musimy zmienić rezerwację na lot do Kathmandu (nasza jest dopiero za kilka dni). Nie ma z tym żadnego problemu, także o 7:30 startujemy z owego magicznego pasa startowego w Lukli i po godzinie lotu lądujemy w stolicy Nepalu.

Kathmandu - Pokhara - Gorakpur - New Delhi - Praga - Paryż - Katowice

W Kathmandu meldujemy się znów w Namche Hotel, w którym załatwiamy bilety na następny dzień, na autobus do Pokhary. Obrotni Nepalczycy od razu załatwiają nam też hotel w Pokharze. Jest to o tyle wygodne, że na miejscu przyjedzie ktoś po nas autem i gratisowo zawiezie do hotelu. My tymczasem zwiedzamy jeszcze Kathmandu, min. zespół świątyń na Durbar Square, Bouddhanath i posiadłości królewskie (niestety tylko zza płotu). Nigdzie nie widać śladu lipcowej tragedii, wszędzie spokój, żadnych zamieszek. Mimo to, jak dowiadujemy się, jest stosunkowo mało turystów, w porównaniu z latami poprzednimi i nic dziwnego, u nas w kraju przecież też odradzano wyjazdu do Nepalu.

Nepal Nepal fot. Krzysztof Byrski
Po dwóch dniach spędzonych w Kathmandu, jedziemy do Pokhary, podróż zabiera nam około 7 godzin. Na dworcu odbiera nas faktycznie ktoś z hotelu i od razu do niego zawozi. Położony w dzielnicy Lakeside, Hotel Snow Hill, prezentuje się całkiem nieźle, za dwuosobowy pokój płacimy 300 RN. Gorzej prezentuje się sama Pokhara, wszystko jest rozkopane, wygląda na to, że w mieście zakładają kanalizacje. Błąkamy się cały wieczór bez celu po Pokharze a wieczorem idziemy na piwo i live music do pubu Amsterdam. Kapela, która ma nas bawić jest totalnym niewypałem, mam wrażenie że kolesie dopiero przed chwilą pierwszy raz spotkali się ze sobą. Nic dziwnego, że szybko wracamy do hotelu. W nocy nadciąga potężna burza, której efektem jest brak prądu w całym mieście. Nazajutrz wstajemy dość późno, za oknem prawdziwa ulewa, także nici z moich planów pożyczenia roweru i pojeżdżenia po okolicy. Leje przez cały dzień oraz przez kolejne 2 dni. Na ulicach Pokhary błoto i olbrzymie kałuże. Stwierdzamy z Olem, że nic tu po nas i postanawiamy wrócić do Kathmandu. Jednak okazuje się to niemożliwe, na skutek ciągłych opadów, na główną drogę do Kathmandu posypały się zwały ziemi i ...droga została zamknięta do odwołania. Tego nikt z nas się nie spodziewał. W Kathmandu zostały nasze bagaże, my wzięliśmy ze sobą tylko małe plecaczki. W dodatku nie mamy już pieniędzy by pozwolić sobie na lot samolotem. Cały dzień chodzimy (oczywiście w deszczu) i kombinujemy jakby tu wrócić do Kathmandu.

W końcu, w którejś z agencji turystycznych powiedzieli nam, że rano prawdopodobnie pojedzie jakiś autobus. Trzeba przyznać że mieliśmy wyjątkowe szczęście gdyż autobus faktycznie pojechał i to drogą, która była oficjalnie zamknięta. 

W pewnym momencie zobaczyliśmy olbrzymie zwały ziemi, które obsunęły się na jezdnię. Na miejscu pracował ciężki sprzęt, a z góry cały czas sypała się ziemia. Po jakimś czasie spychacze zjechały na bok i pozwolono nam przejechać. Resztę drogi pokonaliśmy już bez żadnych niespodzianek i po 6 godzinach dojechaliśmy do Kathmandu. 

Tam oczywiście udaliśmy się do „naszego” hotelu, gdzie spotkaliśmy się z Aśką. Wieczór tradycyjnie spędziliśmy na live music w New Orleans. Ponieważ koniec naszego wyjazdu zbliżał się nieuchronnie zebrało nam się na małe podsumowanie.

Wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że wyjazd się udał i że było rewelacyjnie, w dodatku każdy z nas zrealizował swoje plany, Olo i ja zobaczyliśmy Everest i weszliśmy na Kalapathar, a Asia pobawiła się w medytację i jogę z prawdziwego zdarzenia. 

W końcu nadchodzi dzień powrotu, trochę żałujemy, że nie mamy samolotu bezpośrednio z Kathmandu i musimy wracać do Delhi. Jeszcze tylko ostatnie zakupy ciuchów, pamiątek i elektroniki, która też jest co najmniej 2 razy tańsza niż w Polsce i jedziemy. Znów są jakieś problemy z Prithui higway. Wciąż jeszcze nie uporano się z olbrzymim osuwiskiem, które widzieliśmy jadąc z Pokhary. Nic dziwnego, że podróż przedłuża się o parę godzin i dopiero wieczorem dojeżdżamy do Sonouli. Na miejscu Nepalczycy, których poznaliśmy miesiąc wcześniej witają nas jak starych znajomych, ba pokazują nam nawet zdjęcia, które robili sobie z nami. Sielską atmosferę jednak zakłóca wiadomość o tym, że droga do Gorakpur jest nieprzejezdna. Silne opady deszczu spowodowały dość poważną powódź w północnych Indiach. A przecież my mamy na następny dzień wykupione bilety na pociąg do Delhi!!!

Nepal Nepal fot. Krzysztof Byrski
Okazuję się, że nie ma sytuacji bez wyjścia, jak dowiadujemy się 8 km od granicy jest jeszcze czynna linia kolejowa do Gorakpur. O 6:00 rano meldujemy się na granicy, gdzie w miarę sprawnie i szybko (1 godzina) załatwiamy formalności związane z odprawą i około 7:00 jesteśmy już na dworcu autobusowym. Tutaj, kierują nas do odpowiedniego lokalnego busa (tragedia!!!), który za 10 RI od osoby dowozi nas do Nautanwa, gdzie znajduje się stacja kolejowa. Bilet do Gorakpur kosztuje 15 RI, niestety nie ma pierwszej klasy. Na peronie tłumy ludzi czekających na jeden z czterech pociągów, które jeżdżą w ciągu dnia do Gorakpur. Oczywiście pociąg spóźnia się planowo, także dopiero koło 10:00 ruszamy. Nie będę tutaj opisywać uroków podróży podrzędną indyjską linią kolejową, bo tego się nie da opisać - to trzeba przeżyć. Nadmienię, że pociąg miejscami tylko rozwijał zawrotną prędkość dochodzącą do 50 km/h co zważywszy na stan torów było wręcz brawurą maszynisty. W środku panował straszny ścisk, nic dziwnego więc, że tubylcy podróżowali również na dachu. W czasie jazdy mamy okazję oglądać zalane pola i wioski, przy czym rozmiar powodzi przerasta nasze wyobrażenia. 

Po około 3,5 godzinach jazdy i przejechaniu 83 km (!!!) jesteśmy w Gorakpur i tutaj dowiadujemy się, że pociągi do Delhi nie kursują na skutek... powodzi!!! Po zasięgnięciu bardziej szczegółowej informacji okazuje się to być na szczęście nieprawdą, pociągi jeżdżą, aczkolwiek okrężną, o wiele dłuższą trasą. I tak zamiast planowych 11 godzin, jedziemy prawie 20, znowu w potwornym upale i ścisku. Późnym popołudniem, zmęczeni, głodni i brudni dojeżdżamy w końcu do Delhi, gdzie wśród tłumu taksówkarzy i wszelkiego rodzaju naciągaczy docieramy do tego samego hotelu, w którym spaliśmy po przylocie z Paryża.

Ostatnie 2 dni w Delhi spędzamy na kupnie pamiątek i załatwianiu formalności związanych z powrotem, oraz na zwiedzaniu tego, czego nie zdążyliśmy poprzednim razem. Między innymi, udajemy się wieczorem do Czerwonego Fortu na coś w rodzaju spektaklu pod ogólną nazwą "światło i dźwięk". Ponieważ jesteśmy na wersji językowej dla tubylców, nie wiele rozumiemy, jednak nie trudno się domyśleć, że przedstawienie to pokazuje w ogólnym zarysie historie Indii. 

Indie Indie fot. Krzysztof Byrski
Nie będę ukrywał, że wszyscy cieszyliśmy się z faktu, że wracamy. Po prostu Indii mieliśmy już dosyć. Nasza taksówka, którą zamówiliśmy w hotelu trochę się spóźniła, także jako jedni z ostatnich podeszliśmy do odprawy na lotnisku. Jak się okazało nieświadomie trafiliśmy w dziesiątkę, gdyż z braku miejsc w klasie ekonomicznej, zafundowano nam klasę biznes.

O urokach podróży w luksusie nie będę może pisał, dodam jedynie, że piwo lało się strumieniami i głodny z samolotu nie wyszedł nikt. Przez większość lotu mieliśmy bardzo dobrą pogodę, a że lecieliśmy w dzień to mieliśmy możliwość na pożegnanie zobaczyć między innymi Ararat (5165 mnpm), który z góry prezentował się bardzo dobrze. 

Paryż przywitał nas chłodem, 18oC to zdecydowanie dla mnie za mało. W Pradze było jeszcze gorzej bo około 10. Na miejscu już czekała ekipa z Jeleniej Góry, która po nas przyjechała. Po przepakowaniu się, już własnym samochodem dotarliśmy około 4 rano do Katowic, tym samym kończąc naszą przygodę z Himalajami.

Na koniec kilka rad i sprawdzonych patentów:

Wizę indyjską dostaje się w Warszawie - jest to wiza darmowa, natomiast pojedyncza 60 dniowa wiza nepalska kosztuje 30 USD i można ją otrzymać na granicy.

Nie ma obowiązku szczepienia się przed wyjazdem do Indii, nie mniej myśmy przyjęli szczepionki na żółtaczkę i dur brzuszny.

Bezwzględnie należy pić wodę z kapslowanych i dodatkowo zafoliowanych butelek, jedynie wysoko w górach można pić bieżącą wodę po przegotowaniu, jeśli chodzi o owoce, zaleca się jedzenie tylko tych, które mają skórki, jednak myśmy praktycznie bez ograniczeń pochłaniali wszystkie, a zwłaszcza pyszne świeże soki.

W Nepalu wszelkiego rodzaju bilety, pozwolenia, itp. warto zlecić w swoim hotelu, zaoszczędzi się w ten sposób mnóstwo czasu.

Generalnie wszędzie można bez problemu porozumieć się po angielsku.

Przed każdym kursem taksówką bądź rikszą należy ustalić cenę za przejazd, najdroższe są taksówki, potem kolejno auto riksze i na końcu same riksze.

Moim zdaniem kraje te są bezpieczne, nie mniej trzeba zadbać o swoje rzeczy, wówczas nic nie ma prawa zginąć.

W Indiach należy stołować się w tych lokalach, w których jedzą inni turyści, natomiast w Nepalu, zwłaszcza w Kathmandu i Pokharze jest olbrzymi wybór knajp i restauracji, w których serwują wyśmienite jedzenie.

W Nepalu, oprócz trekkingu bardzo popularny jest rafting oraz mniej - rowery górskie, które można na miejscu pożyczyć.

Jeżeli oprócz planów czysto turystycznych macie zamiar dokonać jakiś zakupów, to tylko w Nepalu, gdzie praktycznie wszystko jest bajecznie tanie, nie można rzecz jasna zapomnieć o targowaniu.

W niektórych restauracjach do wszystkich cen dolicza się osobno podatek, przyjęło się również zostawiać drobny napiwek.

Przełom sierpnia i września to końcówka monsunu, jednak nie licząc czterech dni potężnych opadów w Pokharze nie narzekaliśmy raczej specjalnie na pogodę.

Na wyprawie używaliśmy przewodnika Pascala "Północne Indie i Nepal", który jest tłumaczeniem z Lonely Planet. Część indyjska jest dość dobrze opisana, natomiast nepalska bardzo ogólnikowo.

słowa kluczowe: termin: 9 sierpnia - 9 września 2001
trasa: Katowice - Delhi - Kathmandu - Treking: Lukla - Namche Bazar - Pheriche - Kalapathar 5545 mnpm - Lukla - Kathmandu - Pokhara - Gorakpur - New Delhi - Praga - K

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 0 / 5 (0)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 0 / 5 (0)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 11221 od 29.08.2005

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy