lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Ankara  
Bajkowe kominyKapadocja, Turcjaźródło: Stock.XCHNG
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

Indonesia quake: Number of homeless soars to 43,000

Japanese space junk remover blasts off

Park Geun-hye: South Korea lawmakers vote to impeach leader

China: Xi calls for stricter ideological control of universities

Hong Kong leader CY Leung not to seek re-election

AgustaWestland: India ex-air force boss arrested for bribery

Mallya 'assets' published in hack

Australia's richest woman Gina Rinehart to buy Kidman estate

Solomon Islands tsunami warning lifted after powerful 7.8 quake

Sydney doctor murdered wife with insulin shot

Syria conflict: US to send troops to help seize Raqqa from IS

Syria war: IS edge closer to Palmyra again

UAE investigators probe Ohio student killed by police

Boris Johnson: 'Profound concern' for people of Yemen

Turkey drops case against Israeli officers in Gaza flotilla killings

Egypt violence: Six police officers killed by militants in Cairo

Inside Yemen: Saudi air strikes and Britain's role

Aleppo: Families flee city through hole in the wall

Inside Saudi Arabia: On front line of war with Yemen

Hospitals struggling to cope with Mosul casualties

Miasta Azji

 Rangun

warto zobaczyć: 1
transport z Rangun: 0
dobre rady: 0

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pagan

warto zobaczyć: 1
transport z Pagan: 1
dobre rady: 0

wybierz
[opinieCount] => 0

 Wientian

warto zobaczyć: 2
transport z Wientian: 0
dobre rady: 0

wybierz
[opinieCount] => 0

 Bangkok

warto zobaczyć: 3
transport z Bangkok: 1
dobre rady: 0

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,987,441,65
IndieINR68,1172,5116,13
IzraelILS3,834,070,91
MalezjaMYR4,454,741,05
RosjaRUB63,7467,8615,09
Sri LankaLKR152,24162,0736,05
SyriaSYP214,85228,7250,88
TajlandiaTHB35,7138,018,46
TurcjaTRY3,543,760,84
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Iran
     kursy walut
     IRR
     PLN
     USD
     EUR
  •  Iran
     wiza i ambasada
    Iran
    ambasada w Polscetak
    wymagana wizatak
    wiza turystyczna jednokrotna na 30 dni pobytu kosztuje 50 euro
    Najmniejsza
    prowizja w Polsce!
    117 PLN wiza tranzytowa - około 14 dni roboczych sprawdź szczegóły

Iran 2004

środa, 24 sie 2005

Dolecieliśmy do Stambułu. Taki był pomysł na ten wyjazd - przelot do Turcji i dalej przejazd lądem. Okazało się to dość kosztowne, bo Turcja w ogóle jest dość drogim krajem (niestety, zmieniło się to w ostatnich latach). Na dodatek termin naszego wyjazdu kolidował ze szczytem NATO, więc powzięliśmy decyzję szybkiego pojechania do Iranu, a obejrzenia Turcji w drodze powrotnej. Niestety spowodowało to, że nie mogliśmy szukać taniego autobusu irańskiego, a musieliśmy jechać drogimi tureckimi. W każdym razie w sobotę późno wieczorem byliśmy na lotnisku. Tutaj po poszukiwanich i próbach przekonania nas przez taksówkarzy, że metro już nie jeździ, zdążyliśmy na ostatni pociąg metra o północy. Dojechaliśmy nim na Otogar, czyli dworzec autobusowy.

Turcja Turcja fot. Jacek Żoch
Prawdziwy moloch z setkami autobusów odjeżdżających w każdym kierunku, jednak o tej porze prawie nie bylo ruchu. Poszukiwania autobusu do granicy zakończyły się niepowodzeniem - jakiś był o 14 następnego dnia. Więc pojechaliśmy do Ankary (autobusy co godzinę) i rano byliśmy na miejscu. Autobus do Dagobyazit mieliśmy wieczorem, więc zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na zwiedzanie stolicy. 

Ankara ma dwa oblicza. Z jednej strony okolice górujacej nad miastem cytadeli (gdzie nie można wejść ) - stare miasto, z lekka slumsowate, z kobietami w chustach, dość tradycyjnie ubranymi, z mężczyznami śpiącymi na skwerkach itd, z drugiej strony nowe miasto z supermarketami, dziewczynami w mini, wieżowcami czy pięknymi willami Nad drugą częścią miasta góruje ogromne mauzoleum Ataturka - ojca Turków, autora sekularyzacji państwa. 

Wieczorem pojechalismy do Dagabyzaiit i po jakiś 18 godzinach byliśmy na miejscu. Nad miastem góruje góra Ararat, z ukrytą gdzieś tam arką Noego... Krajobrazy są przepiękne. Fundnęliśmy sobie wycieczkę po okolicy (stargowana z 25$/osobę do 20$/2 osoby). Było naprawdę bardzo miło. 

Następny ranek to przejazd do granicy. Samo przekraczanie granicy było dość ciekawe. Po stronie tureckiej wszystko poszło gładko. Potem były 2 bramy przesuwane, między którymi znajdował się jakię metr przestrzeni. Co pewien czas ktoś ze strony tureckiej wypuszczał do owej przestrzeni ludzi i tam czekali aż zostaną wpuszczeni na stronę irańską. Oli nie chciano wpuścić do Iranu, dopóki nie założyła obowiązkowej chustki. Wszędzie było mnóstwo cinkciarzy - ci po stronie tureckiej oferowali baardzo kiepskie kursy irańskich riali (5-6 tysięcy za 1 $), za to po stronie irańskiej zupełnie przyzwoite (8,5 tysiąca). Jeden z cinkciarzy nawet umiał coś powiedzieć po polsku, niestety slowo na k...

Turcja Turcja fot. Jacek Żoch
W terminalu po stronie irańskiej kłębił się tłum, nie było żadnej kolejki, tylko tłum ludzi próbujących dostać się do okienka gdzie stemplowano paszporty. Na szczęście ktoś nam pomógł i wszystko przeszliśmy jak burza. Potem już tylko autobusik i byliśmy za przejściem granicznym. Za trochę riali wzięliśmy taksówkę do najbliższego większego miasta - Maku. Tam za 50 000 riali od osoby (okolo 6$) kupiliśmy bilety na autobus do Teheranu (ponad 12 h jazdy). 

Mieliśmy kilka godzin do odjazdu więc poszliśmy na miasto. Zjedliśmy kurczaka w jakiejś knajpce, zaczęliśmy chodzić po mieście (raczej malo ciekawym), ale sie rozpadało i zrobiło dość chłodno. Gdy szliśmy obok tej samej knajpki, jej wlaściciel zaprosił nas na bezpłatną herbatkę.... 

Autobusy w Iranie odjeżdżają zgodnie z rozkładem - zupełnie jak w Europie. Nasz był więc w połowie pusty, więc spaliśmy wygodnie. Podróż umilał nam jakiś film karate (zaaprobowany przez cenzurę, o czym świadczył dokument wyświetlany przed pokazem filmu). Rano byliśmy juz w Teheranie....... 

W Teheranie pojechaliśmy do hotelu metrem. Pierwsze zaskoczenie - wagony tylko dla kobiet. 3 pierwsze wagony są przeznaczone tylko dla kobiet, nawet jest wyznaczony fragment peronu dla niewiast. Niby pamiętałem podobne rozwiązanie z Egiptu, ale jednak.... Następnie autobusy - tu segregacja jest totalna - kobiety muszą jeździć w swojej części, oddzielonej metalową rurką (w metrze mogą jezdzić też w częsci męskiej ). Gdy raz usiedliśmy razem pan konduktor grzecznie kazał Oli się przesiąść. Co ciekawe w innych bardziej prowincjonalnych miastach tak ściśle tego nie przestrzegano - widzieliśmy miejscowych podróżujących razem. 

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Dotarlismy do naszego hoteliku położonego niedaleko placu Chomeiniego. Pogoda zrobiła się upalna. Hotelik nie był zbyt luksusuwy, ale pan recepcjonista - bardzo miły i uczynny. Po dłuższym odpoczynku wyruszyliśmy na zwiedzanie. Wpierw gmach byłej ambasady amerykańskiej. Mury pokryte są różnymi malowidłami w stylu Statui Wolności z trupią czaszką. Potem chcieliśmy zobaczyć inne zabytki, ale ponieważ była środa, a w piątek jest muzułmański dzień modlitw, to wszystkie instytucje państwowe zamykały się koło południa. W następny dzień było podobnie, nawet nie udało się nam wysłać kartek, bo główna poczta była zamknięta (czwartek!). Ale pojechaliśmy do mauzoleum Chomeiniego. Budowla jest imponująca, ale raczej brzydka. To nie tylko miejsce spoczynku wielkiego ajatollacha, ale cały kompleks z uniersytetem, supermarketem, pocztą itp. Całe rodziny przyjeżdzją tam na piknik....  

Po dwóch dniach pobytu w stolicy udaliśmy się do Esfahanu. Zamiast tłuc się autobusem, postanowliśmy pojechać pociągiem. Sam zakup biletu jest ciekawy - otóż na stacji kolejowej (super nowoczesnej, gdzie chodzą chłopcy którzy pomagają podróżnym i mówią po angielsku!) nie da się go kupić w przedsprzedaży - pan wypisuje karteczkę z którą idzie się do niedalekiej agencji turystycznej gdzie można go kupić. Z tak zakupionym wcześniej biletem (za małe pieniądze) wsiedliśmy do kuszetki (komfortowej, francuskiej). W przedziale jechali z nami młodzi Irańczycy. Troche porozmawialśmy... Ale o tym w dalszej części... 

No właśnie - w przedziale pociągu do Esfahanu jechały z nami 2 pary, jedna z bliźniakimi. Bardzo sympatyczni ludzie, trochę porozmawialiśmy. Ogólnie wynikło z tych rozmów, że poziom życia jest niższy niż w Polsce, ale nie aż tak drastycznie. Gdy przyszło do snu panie spały nie tylko w ubraniu, ale nawet nie zdjęły chust - przecież w przedziale byli obcy mężczyźni. Gdy rano dotarliśmy do celu jedno małżeństwo jechało z nami aż do hotelu, a byśmy się nie zgubili - takie miłe gesty miały stać się naszą codziennością w Iranie. Za to gdy Ola zapytała się, czy można mieć wiele dziewczyn przed ślubem w Iranie jej rozmówczyni zmieniła raptownie temat rozmowy na zabytki Esfahanu. Zamieszkaliśmy w jednym z nielicznych w Iranie typowych backpakerskich hoteli - w recepcji mieli było mnóstwo książek do wymiany, w tym sporo polskich. Po krótkim odpoczynku wyruszlismy na zwiedzanie...

Więc przypomnę, że jesteśmy w Isfahanie - to taki iranski Kraków - dawna stolica, pelna zabytków, z miłą atmosferą, dość rózniąca się od Teheranu. Nasz pobyt rozpoczął się tam w piątek - czyli dzień modlitw. Do 15, czasu zakończenia modlitw pozamykane są sklepy itp (poza niektórymi), muzea, no i oczywiście meczety, gdzie trwają modlitwy. Tak więc nie spieszyliśmy się ze zwidzaniem Po drodze przypadkiem natrafilismy na sprzedaż wieńców pogrzebowych przy meczecie, zobaczyliśmy zza muru muzeum historii naturalnej (dinozaury z gliny) i w końcu dotarlismy na plac Imama Chomeiniego (przed rewolucją - szacha). Plac jest ogromny, a stojące przy nim budowle - przepiękne. Mogliśmy obserwować zakończenie modlitw. Zwiedziliśmy jeden z meczetów i pałac szachów. Potem chodziliśmy trochę po pobliskim bazarze. Późnym popołudniem poszliśmy do ogrodu, z innym pałacem szacha. Sama budowla jest wspaniała, a park urokliwy. Znajduje się tam kawiarenka, gdzie można zjeść lody i wypalić fajkę wodną (dla Oli to był pierwszy raz).

Wieczorem po kolacji (wybrałem coś tradycyjnego, niezbyt smaczne), doszliśmy nad słynny XVI wieczny most w Isfahanie - ulubione miejsce spacerów, zakochanych itd. Tam zaczepił nas pewien młodzieniec i zaprosił na herbatę do jednej ze słynnych herbaciarni mieszczącej się pod arkadami mostu. Okazało się, że ćwiczy angielski i chce z nami pogadać. Rozmowa była bardzo ciekawa i dostaliśmy zaproszenie na następny dzień na kolację do jego domu... 

Kolejny dzień znowu rozpoczęliśmy od zwiedzania - tym razem innego słynnego meczetu - pochodzącego z XIVw, zbudowanego w dwóch stylach - starsza część z cegły, a nowsza z typowej niebieskiej mozaiki. Po drodze wstąpiliśmy na ptasi targ, gdzie sprzedawano kurczaczki w różnych kolorach (tak, tak , np. czerwone), pakowane do woreczeków foliowych, oraz ptaki drapieżne (sprzedawcy aż z Iraku !). Potem znowu wielki plac - tym razem zwiedzanie największego i najwspanialszego meczetu. Ma on podwójną kopułę - dwie warstwy z dziura w środku, co powoduje, że w środku jest wspaniała akustyka i niesamowite echo. 

Wieczorem poszliśmy znowu do mostów, gdzie umówiliśmy się z naszym znajomym. Zjawił się przed czasem. Zabrał nas taksówkami (sam za nie płacił) do siebie na kolację. Mieszka z dwoma braćmi, pochodzą ze wsi w górach - tam zyją ich rodzice, oni tu pracują. Mieszkanko bardzo skromne, ale czyste. Na kolację dostaliśmy kebab z ryżem, banany, napój typu oranżada - wszystko oczywiście na kocu ( siedzi się "po turecku"), podane na najlepszej zastawie w domu (świeżo rozpakowanej z folii). Nasz znajomy opowiedzał trochę o sobie. Uczy się angielskiego, bo taki wymóg postawił mu ojciec jego narzeczonej (na ścianie wisiał wiersz wykaligrafowany przez tego ojca). Z narzeczoną spotyka się raz na miesiąc, oczywiście nie sam na sam. Dowiedziliśmy się, że wielu ludzi popiera obecne władze (zwłaszcza na wsi, która sporo zyskała - drogi, gaz, prąd), ale też wielu jest przeciwko. 

Na wsi, skąd pochodzą normalne jest, że kobiety chodzą w czadorach, a nawet w domu - w chustach (on aż do niedawna nie widzial włosów swojej matki !). Potem do domu przyszli inni goście - dalsi krewni. Przynieśli kasetę wideo nagraną przed diasporę irańską z USA (śmiałe piosenki), krążącą w "drugim obiegu". Poza tym oglądane są głównie filmy karate. Dostaliśmy w prezencie pudełko na chusteczki wykonane z szylkretu. Gdy już musieliśmy wracać i chcieliśmy jakoś wezwać taksówkę - nasi gospodarze zadzwonili po kolejnego krewnego, który dysponował samochodem i odwiózł nas do hotelu. Proponował nam, że może nas obwieść po Isfahanie nastepnego dnia. Żałowaliśmy, że mieliśmy już bilety na autobus do Shiraz. Tak wygląda irańska gościnność ....

Następnego dnia rano pojechaliśmy na stację autobusową (kierowca autobusu miejskiego nie chcial od nas pieniędzy za dojazd do dworca), gdzie wsiedliśmy w autobus do Shiraz - miasta pięknych ogrodow i pobliskich ruin Persepolis....

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Podroz w sumie była dość monotonna - półpustynne krajobrazy nie za bardzo się różniły. W końcu późnym popołudniem dotarliśmy do celu. Dworzec w Shiraz ma dla mnie pewne znaczenie sentymentalne - bardzo miło wspominam go z poprzedniego mojego pobytu w Iranie, pierwszego długiego wyjazdu w 1998 roku. Z dworca pojechaliśmy taksówką do centrum. Tu wybraliśmy jeden z hoteli z przewodnika - jak się potem okazało - trochę niebyt fortunnie. Jego obsługa nie mówiła po angielsku, więc rozmawialiśmy za pomocą taksówkarza do którego oni zadzwonili...

Pokoje były bardzo ładne i dość tanie, więc zostaliśmy. Zaczęliśmy rozglądać się za zorganizowaniem jakiegoś transportu do Persepolis. Po przepytywaniu miejscowych taksówkarzy (tych, którzy się jakoś potrafili wysłowić po angielsku) skończyło się na dobiciu targu z taksówkarzem z hotelu. Resztę popołudnia spędziliśmy zwiedzając Shiraz.

W środku miasta wznosi się twierdza i od niej rozpoczęliśmy zwiedzanie. Napotkaliśmy tam wycieczkę szkolną - same dziewczęta. Były bardzo zainteresowane nami. Chciały mieć z nami zdjęcia itd. Kolejny raz zadziwiło mnie spostrzeżenie jak w różnych zakątkach świata mimo różnic, życie toczy się podobnie. Wieczorkiem pojechaliśmy do parku Hafeza - największego poety irańskiego, żyjącego w XVI w. W parku jest jego grobowiec - ludzie (głównie młodzież) - dotykają go, całują, podobno na szczęście.

W parku podszedł do nas chłopiec i zadał standardowe pytania - z jakiego kraju pochodzimy itp. Wrócił, powtórzyć to swojemu ojcu i okazało się, że jego ojciec pod koniec lat 80-tych był w Polsce i bardzo dobrze wspomina ten pobyt, nawet umie jeszcze coś powiedzieć w naszym języku. Rozmowa była bardzo przyjemna, dostaliśmy numer telefonu, byliśmy zapraszani.

Wróciliśmy dość późno do hotelu. Następnego ranka przyjechał po nas umówiony taksówkarz. Byliśmy z nim umówieni na 120 000 riali (1 $= 8,500 riali) za przejażdżkę do Persepolis. Po drodze opowiadał nam trochę o swoim życiu, Iranie. Za czasów szacha pracował w rafinerii - to były złote czasy - wysokie zarobki, tanie wyżywienie w kantynie, alkohol. To wszystko się skończyło po rewolucji. Znajomi zapuścili brody, stali się bardzo religijni. On zarabia na turystyce - jeździ z turystami po całym kraju.

Po drodze mieliśmy śniadanie - przy kanale irygacyjnym, na kocyku, śniadanie przygotowane przez żonę naszego kierowcy. Bardzo smaczne. Zasmakowałem w irańskim serze (podobnym do fety), będziemy go często jedli przez resztę pobytu. Wreszcie dojechaliśmy do Persepolis - ogromny kompleks ruin. Stolica starożytnej Persji. Według legendy miasto spalone przez Aleksandra Wielkiego w mijanym wiedzie spalił zdobyte miasto aby "pokazać" się swojej kochance. To co zostało robi jednak na tyle duże wrażenie (przy odrobinie wyobraźni), że spędziliśmy tam ponad 3 godziny.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Potem jeszcze pojechaliśmy do grobów królów perskich. Przypomniał mi się wiersz o bitwie pod Maratonem, którego uczyłem się w podstawówce "Dariusz - król Persów i Medów, pan świata, na harde ludy plaga i zatrata". Okazało się, że cała podróż trwała dłużej niż przewidywał nasz kierowca i zażądał on dopłaty. Jednak ja nie zgadzałem się co do tego i po długiej dyskusji zapłaciłem jedynie uzgodnioną cenę. Niestety to nie był koniec niemiłych wrażeń. W naszym hotelu zażądali jakiś nie małych pieniędzy za przechowanie naszych bagaży i jeszcze zachowywali się tak, jakby robili nam łaskę. Więc pojechaliśmy na dworzec autobusowy, aby tam zostawić plecaki. Wszędzie jacyś żołnierze czekający na autobusy i ... zamknięta przechowalnia. Udaje się nam jednak zostawić bagaże w biurze naszej linii autobusowej. Wracamy do miasta. Nie wpuszczają nas do meczetu - podobno jednego z największych sanktuariów szyickich ("only for Muslims").

Odwiedzamy bazar, omijamy inny meczet (bo wstęp jest drogi - tu nie dotarła jeszcze reforma cen wstępów. Zaczynamy ciekawe poszukiwania - chcemy odnaleźć pocztę. W jednym biurze kierują nas do biura szefa ("boss office", zamiast "post office" ). Ogólnie jest to dość wesołe. Gdy docieramy na poczty, okazuje się, że jest przeniesiona na inny koniec miasta. Chwilowo poddajemy się - spróbujemy wysłać listy następnego dnia. Wracamy na dworzec autobusowy i wsiadamy w autobus do Yazd. Widzimy chyba pierwszych turystów...

W Yazd jesteśmy mniej więcej o 3 nad ranem. Bierzemy taksówkę do upatrzonego hotelu. Docieramy do jego drzwi i... tu zaczynają się schody - nikt nam nie otwiera . Mimo pukań, stukań itd. - cisza. Zaczynamy szukać innych hoteli z przewodnika. Znajdujemy się na pięknym skwerze, przed jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta - z przepięknie oświetloną fasadą. Jednak jakoś nie możemy wyznaczyć właściwego kierunku - nazwy w farsi nic nam nie mówią, wokół nikogo. Wreszcie napotykamy piekarnię przygotowującą placki na rano. Tu się dowiadujemy jak iść i ... dostajemy placek w prezencie.

Zaczynamy szukać innego hotelu - jednak nie mamy szczęście - jednego nie możemy odnaleźć, inny ma komplet, a jeszcze inny jest drogi. Wracamy na skwerek przed zamkniętym hotelem i postanawiamy poczekać do rana. Ola śpi - ja czuwam. Co pewien czas dobijam się do drzwi. I wreszcie następuje cud - ktoś nas usłyszał. Na dodatek jest wolny pokój, Nie zważamy już na to, że nie jest najtańszy, no i dość kiepskiej jakości. Zmęczeni szybko zasypiamy. Wstajemy dość późno i wyruszamy na zwiedzanie ...

Idziemy na Stare Miasto. Zaczynamy zwiedzanie od meczetu. W pewnym sensie jest on podobny, do tych, które już odwiedziliśmy - wykładany niebieską mozaiką. Ale wejście ma naprawdę imponujące - wysokie minarety strzelają w niebo. No i okazuje się, że możemy wejść na dach! Akurat trwa remont i osoba odpowiedzialna za niego wpuszcza nas na chwilę. Całe Yazd jak na dłoni. Przepiękny widok. Potem zaczynamy błądzić po Starym Mieście. jest ono unikatowe - domy wykonane są z gliny. No i wiele z nich ma wieże wiatrowe, czyli kominy, ściągające do środka każdy podmuch powietrza.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Postanowimy odwiedzić jedną z miejscowych atrakcji, czyli tzw. więzienie Aleksandra (podobno Aleksander Wielki więził w tym budynku władcę perskiego, tak głosi legenda). W czasie błądzenia po zaułkach i rozpytywania spotykamy irańskiego turystę (z Teheranu), który idzie w tamtym kierunku. Oczywiście oferuje nam pomoc i dochodzimy tam razem. Miejsce okazuje się całkiem ciekawe, warte obejrzenia. Na dodatek spotykamy tam Amerykanina irańskiego pochodzenia, przybyłego z wizytą. Chce on nam pokazać swoje rodzinne miasto (tu się wychował i stąd wyjechał 30 lat temu). Odwiedzamy m.in. dom kupca, będący obecnie muzeum. Zacieniony drzewami dziedziniec z werandą, gdzie spożywano posiłki. No i głęboka piwnica, na dole której płynęła kiedyś woda doprowadzana przez system kanałów pod całym miastem. Na dole jest tak chłodno - jak to wszystko było przemyślane. Podobno w czasie upałów przesiadywała tam cała rodzina.

Potem nasz przewodnik oprowadza nas po zaułkach starego Yazd. Jest bardzo miło, ale jesteśmy już trochę zmęczeni i gdy nadarza się okazja dziękujemy mu za towarzystwo (i zapłacenie za nas wstępów) i urywamy się. Jeszcze tylko lody w kafejce (ciężkie, z przyprawami, typowy wschodni smak) i wracamy do hotelu. Wieczorem wykupujemy wycieczkę na następny dzień. Nie jest najtańsza, bo nie ma zbyt wielu chętnych - oprócz nas jedna osoba, ale i tak możemy sobie na nią pozwolić.

Następnego dnia wyruszamy wcześnie rano. Pierwszy etap to wieże milczenia. Co to jest? Yazd to centrum kultu Zaratustrian. To starodawna religia, przed wiekami państwowa w Persji, której prorokiem był myśliciel Zaratustra. Bardzo specjalnie traktują oni ogień. Jedną z zasad tej religii jest szacunek do przyrody, m.in. zakaz zanieczyszczania jej przez rozkład zwłok zmarłych. Obecnie zalewa się je betonem. Ale poprzednio układano je w okrągłych budowlach i wystawiano na słońce, aż to zupełnie rozłożyło zwłoki. Te budowle to właśnie wieże milczenia, położone za miastem. Niedaleko nich są także budynki, gdzie przygotowywano zmarłych. Ciekawe miejsce i dające sporo do myślenia.

Potem jedziemy dość długo przez pustynię, aby dotrzeć do sanktuarium Zaratustrian. Wchodzimy po długich schodach. Miejsce jest odludne i nieuczęszczane - tylko raz w roku na kilka dni przyjeżdżają tam wyznawcy z całego świata na festiwal. Otwiera nam opiekun świątyni, starszy pan, wyraźnie uradowany, że kogoś widzi. Oglądamy m.in. ołtarz ognia, a opiekunowi dajemy niewielki datek. Wracamy, lekko przysypiając w południowym upale.

Po odpoczynku wychodzimy jeszcze na miasto. Nasz cel to świątynia Zaratustrian. Budynek jest skromny, ma jedynie na szczycie symbol kultu - głowę proroka i skrzydła. W środku płonie za szybą wieczny ogień, podtrzymywany przez kapłanów, podobno nieustannie od 3 tysięcy lat (był przenoszony w różne miejsca, ale nigdy nie zgasł). Na ścianach można poczytać różne myśli Zaratustry. Powoli wracamy do hotelu. Wchodzimy jeszcze na mieszcząca się niedaleko naszego hotelu ogromna fasadę handlową, skąd rozciąga się przepiękny widok na stare miasto. W zachodzącym słońcu gliniana zabudowa wygląda przepięknie.

Następnego dnia rano jedziemy autobusem do Kerman... W Kerman na szczęście znalezienie pokoju okazało się proste - mieliśmy zapisany (ściągnięty z Internetu ) adres w farsi i taksówkarz dowiózł nas na miejsce. Hotel był skromny, ale całkiem przyjemny. Postanowiliśmy zrobić jakieś wypady po okolicach, może rozważyć wypad do Bam (słynne miasto z glinianą twierdzą, zniszczone w trzęsieniu ziemi w Boże Narodzenie 2003, zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi). Jednak chodzenie po centrum niewiele dało - lokal ewentualnej agencji był zamknięty. Jednak gdy wchodziliśmy do hotelu zjawił się tam pan, który był przewodnikiem. W ten sposób los rozstrzygnął za nas co mamy robić. Po rozmowie z nim zdecydowaliśmy się na odwiedzenie innego miasta z glinianą twierdzą (tzw. małe Bam) oraz pobliskiego miasta z pięknym ogrodem oraz mauzoleum świętego sufickiego.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Umówiliśmy się na 9 rano dnia następnego. Oczywiście o tej godzinie nasz przewodnik się nie zjawił. Po pewnym czasie zaczęliśmy dzwonić do innego pana, którego wizytówka była w hotelu, ale ten zaproponował cenę znacznie wyższą. Jednak po jakieś godzinie nasz przewodnik się zjawił. Ot, po prostu wschodnia mentalność. Rozpoczęliśmy od załatwiania spraw organizacyjnych - postanowiliśmy kupić bilety do Bandar Abbas. Nie byliśmy zdecydowani, czy chcemy tam jechać. Ze względu na gorący klimat wiele osób nam to odradzało. Zdaliśmy się na los - jeżeli będą bilety na następny dzień - pojedziemy. Wpierw wydawało się, że ich nie będzie, ale dzięki naszemu przewodnikowi udało się je załatwić. Jeszcze kupiliśmy tylko bilety lotnicze z Bander Abbas do Teheranu i już mogliśmy wyruszyć na zwiedzanie wynajętą przez naszego przewodnika taksówką. Podróż przez pustynię jest trochę nużąca, ale efekt końcowy był tego wart.

Rayen to mała, senna miejscowość. Jednak w jej sercu wznosi się twierdza. Cała wykonana z gliny i słomy broniła ważnych szlaków handlowych. Choć podobna ma tylko 1/4 wielkości tej z Bam, to i tak robi wrażenie. Chodziliśmy z naszym przewodnikiem i podziwialiśmy. Nie wiem, czy zdjęcia oddadzą te piękno, ale tak to juz bywa. Aha wcześniej zjedliśmy smaczny obiadek w restauracji położnej w ogrodzie. Obiad był niejako przymusowy, bo czekaliśmy aż strażnik twierdzy wróci z modlitw i nasz wpuści. Turystów prawie nie było, jakaś Europejka-fotograf i kilkoro Irańczyków.

Po zwiedzeniu twierdzy pojechaliśmy do pałacu położonego w ogrodzie. Choć woda ściekająca kaskadami była brązowa, choć oczywiście kaskady nie dorównywały wielkością paru widzianym wcześniej, to kontrast zielonego ogrodu i pustyni wokół był bardzo interesujący.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Ostatni punkt naszej wycieczki, to było mauzoleum mędrca, mistyka sufistycznego. Samo mauzoleum, jako budowla nie zachwyca specjalnie (typowe dla Iranu duże ilości lusterek), ale atmosfera jest bardzo fajna. Sufizm to odmiana islamu bardzo pokojowo nastawiona, a jego znanymi przedstawicielami są derwisze, w tańcu wyrażający swoją wiarę. Bardzo miła muzyka i mauzoleum ukryte w drzewach - to było fajne zakończenie dnia. Potem szybki powrót do Kerman, wizyta na nieciekawym bazarze (niczym się nie różnił od naszego) i wsiedliśmy do autobusu do Bandar Abbas. A jakie tam mieliśmy przygody ...

W Bander Abbas byliśmy gdzieś bladym świtem. Od razu po wyjściu uderzyła nas fala gorąca - jakbyśmy byli w saunie z lekką stęchlizną. Nie mieliśmy mapki - znaliśmy nazwę hotelu. Taksówkarz zgodził się zawieść nas tam bez problemu. Po niedługiej jeździe podjechał pod luksusowy hotel w centrum. Okazało się, że ma on podobną nazwę. Długo błądziliśmy, ale nasz taksówkarz nie znał naszego hotelu - mimo pomocy innego taksówkarza nie potrafił go umiejscowić. W końcu pokłóciliśmy się z nim i nie zapłaciliśmy.

Inny taksówkarz zawiózł nas do innego niezbyt drogiego hotelu. Wiedzieliśmy, że warunkiem przeżycia w tym mieście jest klimatyzacja w pokoju. Gdy dotarliśmy do pokoju- byliśmy cali mokrzy od potu. Po odpoczynku wyruszyliśmy na miasto. Miasto różniło się od innych rejonów Iranu - sporo jest tam ludzi o czarnym kolorze skóry, dużo przyjezdnych z arabskich krajów Zatoki Perskiej, kwitnie przemyt towarów stamtąd.

Na ulicy sprzedają miejscową przekąskę - coś podobnego do naszych pączków. Postanowiliśmy popłynąć na jedną z pobliskich wysp ... Nasz wybór padł na wyspę Hormoz. Według przewodnika LP są tam ruiny zamku portugalskiego. Musimy dotrzeć do portu. Niestety nie mamy planu, a trudno znaleźć kogoś mówiącego po angielsku. Dyskusje przy wsiadaniu do autobusu kończą się tym, że jedziemy w zupełnie przeciwnym kierunku. Musimy wracać taksówką, aby przekonać się, że port znajdował się blisko naszego hotelu ... Nie zrażeni docieramy na wybrzeże i po krótkim oczekiwaniu wsiadamy do łodzi. Jest to szybka łódź napędzana potężnym silnikiem. Podskakuje na falach, jestem troszkę zdenerwowany, ale wreszcie docieramy do celu.

Idziemy wzdłuż wybrzeża, ale upał jest obezwładniający. Prawie nikogo nie ma na ulicach. Ruiny nie są zbyt imponujące, poza tym nijak nie udaje się nam wejść do środka. Zaczynamy wracać. Spotykamy grupkę radosnych dzieciaków - głównie dziewczynek. Ich matka zaprasza nas do domu. Uff - mają klimatyzację, podają nam zimną wodę z cytryną i herbatę. My nie znamy farsi - oni angielskiego. Ale mamy papier i długopis - Ola i dzieciaki rysując przekazują sobie wiedzę o sobie - poznajemy swoje imiona, zawód ich ojca, oglądamy zdjęcia. Naraz wraca ojciec - dzieciaki rozbiegają się w popłochu. Pan domu wita się z nami, a jego żona zaprasza nas na obiad. Jednak troszkę się śpieszymy i musimy iść. Zostaniemy odwiezieni motocyklem na przystań. Czekamy na łódź powrotną - kobiety proponują Oli założenie tradycyjnej maski na twarz - ciekawie w tym wygląda.

Z powrotem płynie się gorzej - pusta łódka (towary wozi się tylko na wyspę) bardzo podskakuje. Gdy jeden z miejscowych zakłada kapok zaczynamy się niepokoić. Ale wszystko kończy się dobrze - na dodatek jeden z pasażerów płaci za wszystkich. Resztę dnia spędzamy chodząc po mieście, robiąc zakupy na bazarze (maski na twarz !). Wieczorem, gdy upał zelżał zjedliśmy smaczną kolacyjkę. W nocy udaje się nam spać tylko dzięki klimatyzacji.

Rano jedziemy na lotnisko (po krótkiej kłótni przy opuszczaniu hotelu - chcieli więcej pieniędzy, nie wiem, czy świadomie ...). Z raczej prostego lotniska odlatujemy do Teheranu ... Lot jest miły, serwowane jedzonko całkiem OK, może tylko trochę dziwi strój stewardes. W każdym razie po południu dolatujemy na miejsce i autobusem udaje nam się dotrzeć do centrum (z jedna przesiadkę). Znowu wynajmujemy pokój w hoteliku Mashad. Tym razem spotykamy tam nocujących Polaków - cała grupa świeżo przybyła do Iranu. Wymieniamy wrażenia, a potem ruszamy na miasto.

Wreszcie udaje się nam wejść do banku Meili. Choć wstęp kosztuje ponad 3$, to jednak warto. W skarbcu zgromadzono wszelkie bogactwa, jakie mieli szachowie przed rewolucja - wykonane ze złota i drogich kamieni. Podziwiamy koronę szacha Pahlawiego, złoty globus z morzami z szafirów i lądami z rubinów, największy diament na świecie, no a zwłaszcza Pawi Tron - czyli tron Wielkich Mogołów, zrabowany przez Persów z Delhi. Po obejrzeniu tych wszystkich precjozów chodzimy jeszcze trochę po mieście. Naszą uwagę zwracają liczne wystawy z bielizną damską. W domu Iranki ubierają się często swobodnie, zasadniczo różnią się od tych ubranych w burki i chusty, jakie znamy z ulicy.

Postanawiamy odwiedzić jeszcze pałac szacha na północy miasta. Jednak nie udaje się. Po podróży metrem i autobusem dojechaliśmy do placu, skąd nie mogliśmy znaleźć dalszej drogi (wypytywanie było nieskuteczne). A następnego dnia okazało się, że byliśmy bardzo blisko. Ale za to pochodziliśmy sobie po okolicy i kupiliśmy świetne ciasteczka. Północny Teheran w różnych opowieściach zasłyszanych po drodze pojawiał się jako symbol swobody obyczajowej. I rzeczywiście dziewczęta miały często chusty założone tylko na pół głowy, a burki w kolorze białym (a nie we wszechobecnych szarościach i czerniach), na dodatek często tak dopasowane, że pobudzały wyobraźnię.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Wróciliśmy do hotelu i pogadaliśmy sobie z rodakami, którzy podrywali dziewczyny w Muzeum ... Następnego dnia rano jedziemy do starego pałacu szacha (w południowej części miasta, przy bazarze), który próbowaliśmy zwiedzić przy poprzednim pobycie w Teheranie. Pałac jest całkiem ładny, wykonany w stylu perskim, czyli z ogromną ilością luster i kawałków szkła. Jest tam tron z alabastru - tam siedzieli szachowie, przyjmując na audiencjach. Zwracają naszą uwagę portrety namalowane w stylu europejskim, niektóre całkiem swobodne obyczajowo. 

Po zakończeniu zwiedzania krążymy trochę po bazarze (dywany, dywany...), a potem podejmujemy kolejną próbę zobaczenia drugiego pałacu. Tym razem bierzemy taksówkę i udaje się tam dotrzeć. Na terenie ogromnego parku znajdują się liczne rezydencje władców z dynastii Pahlawich. Zwykle są w stylu europejskim (np. ostatni szach Reza Pahlawi kształcił się we Francji). Jest malutkie muzeum poświęcone dwóm braciom (Irańczykom), którzy w latach 60-tych objechali cały świat (z unikalnymi zdjęciami). Są ogromne buty wojskowe - jedyna pozostałość po pomniku szacha, wysadzonym po rewolucji. Wreszcie są ogromne perskie dywany - powierzchnia największych przekracza 80 m2. Całkiem ciekawe jest także muzeum Wojskowe, niestety w trakcie naszego zwiedzania zamykają je.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Wracamy autobusami w okolice naszego hoteliku. Chcemy cos zjeść i kupić wodę do picia. Niestety z jedzeniem jest problem. Albo są kebabiarnie, albo drogie knajpy. Podobnie z wodą - tu sklepy są zgrupowane stadami. Np. cała uliczka sklepów z oponami albo z łańcuchami. A spożywczych w naszej okolicy nie ma... W końcu się nam udaje. Idziemy spać.

Następnego dnia jedziemy na północ Iranu. Na północ wyruszamy z tego samego dworca autobusowego, a który dotarliśmy jadąc z Turcji. Mieści się on niedaleko monumentu wolności, który stoi na "Mejdan Azadi", czyli Placu Wolności. Gdy oglądam go z daleko, przypomina mi się taksówkarz z Bander Abbas, który pytał nas, czy nie mamy może alkoholu i tłumaczył mieszając farsi i angielski, że "no azadi in Iran". W każdym razie z tego dworca jedziemy autostradą do miasta Quazvin, które stanie się naszą bazą wypadową na najbliższe kilka dni. Samo miasto jest sympatyczne i miłe, choć niewielkie. Znajdujemy fajny hotelik niedaleko głównego placu.

Gdy tylko się rozgościliśmy zaczęła się ulewa - wyglądało to, jakby strażacy bawili się sikawkami. Ale deszcz przeszedł dość szybko i tylko ulice zamienione w potoki przypominały o nim. Gdy już wszystko trochę obeschło zaczęliśmy chodzić po mieście - oddaliśmy rzeczy do prania, próbowaliśmy kupić jodynę (pani w aptece nie rozumiała nazwy łacińskiej). Na centralnym skwerku na ławeczkach siedzieli starsi mężczyźni (wyłącznie !), obracający różaniec i gadający ze sobą ...

Potem poszliśmy zwiedzać. Główna atrakcja miasta to meczet - mauzoleum, gdzie pochowany jest syn siódmego imama (podobno po Nadżafie najświętsze miejsce dla szyitów). Oddzielne wejścia dla kobiet i mężczyzn, a w środku styl "z lusterkami". No i pobożność. O ile w innych meczetach ludzie często śpią na dywanach itd., to tutaj modlili się i to intensywnie. Udało mi się zrobić zdjęcie, zanim mi tego zabroniono. Wokół meczetu są tablice z danymi mieszkańców miasta, którzy zginęli w wojnie z Irakiem - w sumie poległo ponad 100 000 Irańczyków!.

Gdy wracamy do hotelu zaczepia nas jakiś młodzian i po krótkiej rozmowie zaprasza do swojego domu. Zostajemy poczęstowani herbatą itd. Ucinamy sobie zwykłą pogawędkę . Gdy okazuje się, że Ola jest lekarzem, to ona staje się głównym obiektem zainteresowania - pan domu jest chory na serce i ma cukrzyce, więc wykorzystuje okazję, aby decyzje swojego lekarza skonsultować z europejskim lekarzem. Wychodzimy stamtąd już po zapadnięciu zmroku i zostajemy odprowadzeni do hotelu. Jeszcze trochę chodzimy po miasteczku - zakupujemy dorodnego arbuza i jemy pyszne, choć tłuste lody. Następnego dnia chcemy pojechać do zamku Asasynów.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Rano wyruszamy, aby zobaczyć zamek legendarnych Asasynów. Była to islamska sekta, która w czasach krucjat wsławiła się tym, że jej fanatyczni wyznawcy mordowali osoby uznane za zagrożenie dla sekty. Stąd pochodzi nazwa angielska zawodowego zabójcy. Podobno w okolice zamku można dostać się autobusem, ale gdy dotarliśmy na dworzec autobusowy, okazało się, że następny odjeżdża za parę godzin. Jednak byli, jak zawsze, taksówkarze. Zamek chciała zobaczyć też para Francuzów z dzieckiem. Razem wynajęliśmy taksówkę i krętymi serpentynami pojechaliśmy do celu.

Widoki w górach były naprawdę zapierające dech w piersiach. Wreszcie dotarliśmy do podnóża skały i rozpoczęliśmy mozolne wchodzenie do góry. Na samym szczycie wznosiły się ruiny twierdzy. Naprawdę była nie do zdobycia! Wróciliśmy na dół i taksówką do Quazvin. Resztę dnia spędziliśmy chodząc po mieście, przesiadując w lodziarniach i ogólnie na słodkim leniuchowaniu. Gdy dotarliśmy do hotelu, to portier zaczął nas wypytywać bardzo łamaną angielszczyzną gdzie byliśmy, bo chyba nie nocowaliśmy w hotelu. Już mieliśmy wybuchnąć gniewem na takie wtrącanie się w nieswoje sprawy, ale jakiś inny Irańczyk wytłumaczył mi, że on się tylko wszyscy martwią o nasze bezpieczeństwo. Więc wytłumaczyliśmy im, że spaliśmy w hotelu. Następny poranek to kolejna wycieczka - tym razem do Sultaniye, czyli mauzoleum sułtana.

Tym razem jest prosto. Musimy wysiąść z autobusu przy głównej drodze i dojść kawałek. Udaje nam się złapać bezpośredni autobus do Tabriz. W nim pierwszy i jedyny raz w Iranie odbyliśmy rozmowę polityczną. Nasz sąsiad dowiedziawszy się, że jesteśmy Polakami zaczął wypytywać nas, dlaczego nasze wojska walczą w Iraku, zabijają dzieci itp. Ogólnie Irańczycy nie kochają Irakijczyków (na wojnie z Irakiem zginęło ich taki wielu w latach 80-tych). Jednak rozmowa była mimo wszystko miła i pożegnaliśmy się z naszym interlokutorem dość ciepło. Wysadzono nas w odpowiednim miejscu, gdzie zresztą czekała już taksówka, która podwiozła nas te 2 kilometry do miasteczka.

Umówiliśmy się z taksówkarzem, że na nas poczeka. Sam zabytek to mauzoleum pewnego sułtana. Kiedyś otaczało je całe miasto, jednak do naszych czasów pozostała tylko ta budowla, dość niesamowicie wyglądająca. Ponieważ sułtan przechodził z szyityzmu na sunnizm, to i budowla ma fragmenty bardzie typowe dla szyitów lub sunnitów (niebieskie mozaiki lub sama cegła). W środku trwa od wielu lat remont i wszystko zasłania las rusztowań, ale zwiedzanie i tak było bardzo interesujące. Podjechaliśmy, aby zobaczyć inną pozostałość - niewielką budowlę nieoczekiwanie wyrastającą w środku pustkowia, a potem do głównej szosy. Tu złapaliśmy autobus wróciliśmy do Quazvin. Resztę dnia spędziliśmy na leniuchowaniu.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Kolejny wypad miał być bardziej skomplikowany. Postanowiliśmy odwiedzić Taht-e-Sulejman, czyli tron Salomona - ruiny budowli obronnej, służące różnym władcom, zgodnie z tradycją przypisywane Salomonowi (muzułmanie także czczą go, jako wielkiego proroka i władcę). Najpierw trzeba dojechać do Zanjan - ta część jest prosta, bo jedziemy podobnie, jak do Sultaniye, tylko dalej. Z Zanjan musimy dojechać do Takab - podobno jeżdżą tam autobusy, tak nam mówiono. I rzeczywiście taksówkarz zawozi nas z dworca do jakiejś kanciapy, gdzie sprzedają nam bilety. Wsiadamy do starego, rozklekotanego niewielkiego autobusu. Reszta podróżnych to zwykle starsi dziadkowie i babcie z różnymi pakunkami i tłumoczkami. Po krótkim oczekiwaniu ruszamy.

Podróż wiedzie całkiem dobrą droga przez pola (a na nich nawet kombajny!), niewielkie wioski z domami z gliny, miasteczko. Nie za bardzo wiemy ile potrwa, nie mamy się kogo spytać. Wreszcie jednak docieramy do celu!. Niewielkie prowincjonalne miasteczko - prawdziwy Iran. Kupujemy bilety na autobus powrotny wieczorem i znajdujemy taksówkę która nas zawiezie do ruin. Po drobnych kłopotach (pierwszy samochód się zepsuł) docieramy na miejsce. Ruiny są bardzo zniszczone, ale ich fragmenty nadal imponujące. A w środku znajduje się jezioro - tak świetna lokalizacja powodowała, że w tym miejscu od dawna budowano budowle obronne.

Jest to miejsce piknikowe - mężczyźni pluskają się w jeziorze, kobiety siedzą na jego brzegu. Oczywiście mamy kilka zaproszeń - a to do kąpania się (oczywiście tylko ja), a to do wspólnego pikniku. Niestety taksówka czeka i nie możemy z nich skorzystać. Niedaleko znajduje się ciekawa góra - z kraterem w środku, ale podobno nie jest pochodzenia wulkanicznego (tak twierdzi przewodnik). Zwana jest więzieniem Salomona, a widok z brzegu krateru jest dość przerażający.

Wracamy do Takab, włóczymy się po mieście, znajdujemy nawet jakąś kebabiarnię, gdzie coś jemy. Stanowimy taką atrakcję, że włóczy się za nami gromadka dzieciaków. W pewnym momencie słyszymy piski - w rynsztoku, wśród śmieci leży mały, niedawno urodzony kotek - ktoś go wyrzucił. Powinniśmy mu skrócić męki, ale nie mamy tyle siły psychicznej. Wracamy na dworzec. Nasz autobus jedzie aż do Teheranu, kilkakrotnie trwa sprawdzanie, kto gdzie wysiada. Jedziemy już po zmroku. Gdy wjeżdżamy na autostradę zapominają o nas i przejeżdżają zjazd do Quazvin. Proponują nam podróż do Teheranu. Dopiero dzika awantura powoduje, że zawracają i wysadzają nas na opłotkach miasta, skąd łapiemy taksówkę do hotelu.

Ponieważ jest już po drugiej w nocy brama jest zamknięta. Początkowo dobijanie się nic nie daje (myślimy, że znowu, jak w Yazd będziemy spać na skwerku), ale w końcu portier się budzi i nas wpuszcza. Ciekawe co o nas pomyślał, bo był to ten sam pan, którego zapewnialiśmy, że śpimy w hotelu. Padamy zmęczeni do łóżek. Jutro zaczynamy drogę powrotną do Turcji.

Iran Iran fot. Jacek Żoch
Następnego dnia zaczynamy naszą podróż w stronę granicy z Turcją. Postanawiamy wyjechać innym przejściem - dla urozmaicenia. Spóźniamy się na autobus do Tabriz o 7:00 (bo po późnym powrocie musieliśmy odespać) i okazuje się, że był to jedyny bezpośredni autobus w ciągu dnia. Musimy łapać te jadące z Teheranu. Po odstaniu trochę na rondzie (na szczęście ktoś jeszcze jechał do Tabriz) wreszcie nam się udaje. Po drodze mamy trochę przygód - raz psuje się nam autobus, potem znowu musimy przesiadać się do innego z nieznanych powodów. Ale krajobrazy wokół są przepiękne - jedziemy przez góry, przełęcze i tunele.

Wreszcie docieramy po południu do Tabriz. Tu łapiemy taksówkę na inny dworzec, gdzie szukamy transportu do Orumie. Okazuje się, że na tej trasie kursują taksówki na które się kupuje bilet. Mają one tachografy i nie mogą przekraczać prędkości 60 km/h (zapala się czerwone światełko!). W pojeździe jedzie czterech pasażerów, więc nie jest zbyt wygodnie. Do Orumie najkrótsza droga biegnie przez duże jezioro - przepływamy przez nie promem, co pozwala rozprostować nogi. Na miejscu jesteśmy dość późno, bierzemy taksówkę do centrum. Udaje się nam wymienić dolary i znaleźć dość drogi, ale naprawdę elegancki hotel (a co tam - w Turcji za taką cenę będziemy mieć miejsce w pokoju wieloosobowym, a tu mamy pokój z łazienką i klimatyzacją).

Wyruszmy na poszukiwanie sklepu z wodą i restauracji. Niestety jest już po 22 i jak to Iranie wszystko się zamyka. Na szczęście znajdujemy jakąś knajpkę gdzie jesteśmy jedynymi gośćmi i dostajemy wyborne jedzenie. Wody nie udaje się nam kupić, jedynie dużą butelkę zam-zama.

Rano szukamy transportu do Sebo - przejścia granicznego. W końcu bierzemy wspólną taksówkę z jakimś panem i dojeżdżamy do granicy. Wymieniamy pieniądze (po strasznym kursie oczywiście). Bez problemu przechodzimy na drugą stronę - turecki pogranicznik umiał nawet powiedzieć "dzień dobry" po polsku. Szczęśliwie okazuje się, że nasze wizy tureckie są jeszcze ważne i nie musimy kupować kolejnych za 10$. Ola może wreszcie zdjąć chustkę, co czyni z radością. Żegnaj Iranie! Po wyjściu z granicznego terminala łapiemy taksówkę do najbliższego miasteczka. Niestety tureckie ceny są dość nieprzyjemne, bo wysokie.

W miasteczku z łatwością łapiemy autobus który jedzie do dużego miasta Van. Jedziemy przez góry. Widoki są wspaniałe. To Kurdystan - co pewien czas mamy kontrole wojskowe, na wielu wzgórzach są stanowiska bojowe, po ulicach jeżdżą transportery opancerzone. W Van kupujemy bilet do miejscowości Malatia. Ten odcinek jest dość monotonny - jedziemy głównie przez płaskie pustkowia. Na miejsce docieramy późnym wieczorem i taksówką docieramy do hotelu. Pokój jest raczej niezbyt komfortowy, no i znacznie droższy niż przyzwyczaił nas Iran, ale w sumie dobrze spaliśmy.

Następnego dnia chcemy pojechać na wycieczkę na górę Nemrut - zobaczyć legendarne ruiny... Aby zobaczyć górę Nemrut zapisaliśmy się na wycieczkę - był to niewątpliwie najprostszy sposób dostania się w ten odległy rejon. Wycieczka nie była tania, ale Nemrut uznawane jest za jedno z piękniejszych miejsc w Turcji. Właściciel biura organizującego wycieczki okazał się nadzwyczaj sympatyczną osobą. Załadowano nas do busika, który pracowicie wspinał się górskimi serpentynami do celu.

Zostaliśmy zakwaterowani w pięknie położonym górskim hoteliku. Po krótkim odpoczynku zawieziono nas pod samą górę. Naszym celem było zbudowane przez wielkiego króla Nemruta mauzoleum. Po trzęsieniach ziemi ogromne posągi rozpadły się tworząc widowiskowe ruiny. Oglądaliśmy je 2 razy - o wschodzie i zachodzie słońca - bo zostały tak rozmieszczone, że część jest oświetlane przez promienie wschodzącego, a część zachodzącego słońca. W czasie pobytu serwowano nam przepyszne jedzenie, a po kolacji herbatkę w beduińskim namiocie. Było też parę minusów - tłumy innych turystów, mało czasu na delektowanie się pięknem.

Następnego dnia wróciliśmy do Malati. Stamtąd pojechaliśmy autobusem do Goreme - głównego miasta Kapadocji. Dojechaliśmy do miasta Nevesehr wieczorem. Było juz na tyle późno, że busiki, którymi moglibyśmy dojechać do Goreme już nie kursowały. W tej sytuacji zostawały tylko dość drogie taksówki. Wtedy przechwycił nas naganiacz z hotelu w Goreme, który w cenie noclegu ofiarował podwiezienie na miejsce. Pokoje hotelowe były wykute w skale. Nie należały do najtańszych, ale po uwzględnieniu kosztów dojazdu oferta była konkurencyjna. Postanowiliśmy więc z niej skorzystać.

Turcja Turcja fot. Jacek Żoch
Po dojechaniu na miejsce i krótkim odpoczynku poszliśmy "na miasto". Juz było ciemno więc niewiele zobaczyliśmy, ale zjedliśmy wspaniała kolację i wypiliśmy przyzwoite winko. Szczególnie ciekawe było miejscowe "chlebki" (a właściwie placki) podawane gorące przed właściwym posiłkiem. Następnego dnia dzień rozpoczęliśmy od pójścia do "Muzeum na świeżym powietrzu" (dość drogiego), czyli oglądania wykutych w skałach budowli, głównie kościołów z pierwszych wieków chrześcijaństwa - w niektórych zachowały się przepiękne freski. Równie ciekawe było rożne formy naturalnie powycinane w skale, tak charakterystyczne dla Kapadocji. Resztę dnia spędziliśmy na samodzielnym włóczeniu się po okolicach i poznawaniu różnych ciekawych miejsc, oglądaniu skał i jaskiń, często jeszcze zamieszkanych przez rolników. A wieczorem znowu wspaniała kolacja, wino, przepiękny zachód słońca ...

Na następny dzień zapisaliśmy się na objazdową wycieczkę - stwierdziliśmy, że sami nie zobaczymy tyle miejsc w jeden dzień, a mogliśmy zostać w tej przepięknej krainie tylko dwa dni. Rano przyjechał busik, który zabrał nas na wycieczkę. Najpierw odwiedziliśmy podziemne miasto. Siedem poziomów, na których toczyło się życie w różnych okresach - od starożytności do wczesnego chrześcijaństwa, zrobiło na nas duże wrażenie. Mieszkańcy schodzili tam w czasie wojen, mieli tam obory, tłocznię wina, kaplicę.

Po wyjściu na powierzchnię pojechaliśmy do wąwozu Ihlara, którego sporą część przeszliśmy na piechotę. Była to miła przechadzka wzdłuż strumienia, wśród drzew. Po drodze zwiedziliśmy kilka jaskiń, gdzie w pierwszych wiekach naszej ery były kościoły (z pięknymi freskami na ścianach). Zjedliśmy smaczny obiad i pojechaliśmy dalej. Odwiedziliśmy kolejną jaskinię, gdzie mieścił się kiedyś klasztor, a także oglądaliśmy różne wspaniałe krajobrazy Kapadocji. Potem musieliśmy oczywiście odwiedzić jakieś komercyjne miejsce - zakład produkujący ceramikę. Mogliśmy obejrzeć pracę przy kole garncarskim, no i oczywiście kupić różne wyroby - piękne, ale drogie. Na koniec obejrzeliśmy symbol całej krainy, czyli słynne skały "grzybki" i kupiliśmy kilka ciekawych pamiątek.

Wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy dobrą kolację w restauracji, spakowaliśmy się i wsiedliśmy do autobusu do Stambułu. Podróż trwała całą noc, z kilkoma przystankami po drodze (jeden z nich na monstrualnym dworcu ze smażalnią gozleme, czyli miejscowej pizzy). Nad ranem dotarliśmy do Stambułu - z powrotem na Otogar. Dopiero za dnia widać jaki to moloch z setkami autobusów wyjeżdżających we wszystkie kierunki. My mieliśmy busik, który zawiózł nas do dzielnicy Sultanahmet, w historycznym centrum miasta, gdzie skupiają się tanie hotele.

Niestety okazało się, że z miejscami noclegowymi jest krucho. Są tylko albo w drogich hotelach, albo w dormitoriach. Ze względów finansowych wzięliśmy 2 miejsca w dormitorium. Na dodatek pochorowaliśmy się. Mieliśmy kłopoty żołądkowe, nie czuliśmy się dobrze. Właściwie cały dzień spędziliśmy w łóżkach. Dopiero wieczorem poczuliśmy się lepiej, coś zjedliśmy itd.

Turcja Turcja fot. Jacek Żoch
Następnego dnia rano czujemy się na tyle dobrze, że postanawiamy pozwiedzać. Na początek oglądamy Hagia Sophia - świątynię Mądrości Bożej, zamienioną po zdobyciu Konstantynopola na meczet, obecnie muzeum. Wstęp jest horrendalnie drogi - 10$, ale w środku jest całkiem ciekawie. Odsłonięto trochę mozaik bizantyjskich, obok wiszą wersety z Koranu. Po wyjściu chcemy jeszcze zwiedzić Top Kapi - dawny pałac sułtana. Ale ceny są wysokie, a kolejki długie. Ponieważ ja już to wdziałem - rezygnujemy. Ola idzie odpocząć, a ja oglądam wspaniały błękitny meczet (na szczęście bezpłatny) i starożytny hipodrom z kolumnami z czasów Konstantyna i tymi przywiezionym z Delf. Wspólnie oglądamy cysterny - czyli starożytne zbiorniki z wodą. Oparta na kolumnach budowla jest niesamowita, na dodatek z głośników płynie nastrojowa muzyka. Naprawdę dobrze wydane pieniądze. Potem idziemy nad Bosfor, spacerujemy, przechodzimy mostem na drugą stronę. Robimy zakupy na bazarze - kupujemy słodycze na prezenty. Wracamy do hotelu, siedzimy przed nim i sączymy piwko. Dzieciaki grają w piłkę - jest leniwie i przyjemnie. Dość wcześnie idziemy spać. O czwartej busik odwozi nas na lotnisko. Znowu przesiadka w Pradze (Pilzner oczywiście) i jesteśmy w Polsce. Koniec wakacji. 
 

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 0 / 5 (0)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 0 / 5 (0)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 14465 od 24.08.2005

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy