lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Dżakarta  
Świątynia buddyjska BorobudurJawa, Indonezjaźródło: Stock.XCHNG
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

Park Geun-hye impeached: South Korea rally demands full removal

Indonesia quake: Number of homeless soars to 43,000

Japanese space junk remover blasts off

China: Xi calls for stricter ideological control of universities

Hong Kong leader CY Leung not to seek re-election

AgustaWestland: India ex-air force boss arrested for bribery

Mallya 'assets' published in hack

Australia's richest woman Gina Rinehart to buy Kidman estate

Solomon Islands tsunami warning lifted after powerful 7.8 quake

Sydney doctor murdered wife with insulin shot

Islamic State fighters 're-enter ancient Palmyra' in Syria

Yemen suicide bomb kills dozens during payday gathering

Syria conflict: US urges 'grace' as Aleppo's fall nears

UAE investigators probe Ohio student killed by police

Syria conflict: US to send troops to help seize Raqqa from IS

Syria war: IS edge closer to Palmyra again

Boris Johnson: 'Profound concern' for people of Yemen

Inside Yemen: Saudi air strikes and Britain's role

Aleppo: Families flee city through hole in the wall

Inside Saudi Arabia: On front line of war with Yemen

Miasta Azji

 Xi'an

warto zobaczyć: 10
transport z Xi'an: 2
dobre rady: 19

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pekin

warto zobaczyć: 27
transport z Pekin: 4
dobre rady: 61

wybierz
[opinieCount] => 0

 Jerozolima

warto zobaczyć: 9
transport z Jerozolima: 3
dobre rady: 12

wybierz
[opinieCount] => 0

 Szanghaj

warto zobaczyć: 18
transport z Szanghaj: 1
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 New Delhi

warto zobaczyć: 23
transport z New Delhi: 2
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 Hua Shan

warto zobaczyć: 8
transport z Hua Shan: 3
dobre rady: 18

wybierz
[opinieCount] => 0

 Stambuł

warto zobaczyć: 38
transport z Stambuł: 2
dobre rady: 40

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pokhara

warto zobaczyć: 9
transport z Pokhara: 1
dobre rady: 9

wybierz
[opinieCount] => 0

 Katmandu

warto zobaczyć: 14
transport z Katmandu: 3
dobre rady: 21

wybierz
[opinieCount] => 0

 Tajpej

warto zobaczyć: 22
transport z Tajpej: 11
dobre rady: 39

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,987,441,65
IndieINR68,1172,5116,13
IzraelILS3,834,070,91
MalezjaMYR4,454,741,05
RosjaRUB63,7467,8615,09
Sri LankaLKR152,24162,0736,05
SyriaSYP214,85228,7250,88
TajlandiaTHB35,7138,018,46
TurcjaTRY3,543,760,84
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Singapur
     kursy walut
     SGD
     PLN
     USD
     EUR
  •  Singapur
     wiza i ambasada
    Singapur
    ambasada w Polscenie
    wymagana wizanie
    Do 90 dni bez wizy

Indonezja 2004 - dziennik podróży

środa, 27 lip 2005

A więc jesteśmy w Indonezji…siedzę w ciasnym pokoiku w Tanjung Pinang, portowym miasteczku na wyspie Bintan. Łukasz sjestuje a ja korzystam z orzeźwiającego powiewu wentylatora, który ochładza mózg do stanu umożliwiającego myślenie i pisanie. Jest 18.30 a już zupełnie ciemno, przed chwila muezin skończył nawoływania do modlitwy o zachodzie słońca. Ciepło i parno, chociaż przelotny deszcz złagodził nieco upał…ale od początku, nie przenieśliśmy się tu przecież za pomocą czarodziejskiej różdżki.

Nasza wspólna podróż rozpoczęła się 11 lipca w Warszawie – od spotkania na lotnisku, skąd wylecieliśmy do Helsinek. Może trochę nie po drodze do Azji, ale fińskie linie lotnicze oferowały jedne z najtańszych biletów do Singapuru, a że mieliśmy po drodze zwiedzić Helsinki….czemu nie? W ciągu 5 godzin (z 10 które mieliśmy do przesiadki) przeszliśmy na piechotę wszystkie miejsca w mieście które mogłyby nas zainteresować…mnóstwo parków, ogrody botaniczne, kościoły, katedry…Helsinki zaskoczyły mnie swoimi niewielkimi rozmiarami i spokojem, i jeśli nie zafascynowały to przynajmniej pozostawiły przyjemne wrażenie.

Singapur Singapur fot. Aleksandra Borzecka
Po całonocnym locie, o 18 czasu miejscowego wylądowaliśmy w Singapurze na lotnisku Chiangi, które dobrze pamiętałam sprzed 2 lat- tak idealnie zaplanowanych, nowoczesnych i eleganckich miejsc nie zapomina się szybko. Gdy dojeżdżaliśmy autobusem nr 36 do miasta było już po zmroku i bajkowo oświetlony Singapur ukazał się nam od swej neonowo-kolorowej strony – tej (prawie jedynej) strony, od której mogę polubić duże miasta. Chociaż te, teraz przyznaję, jest wyjątkowe…

Z pomocą jakiegoś Chińczyka szybko udało się nam znaleźć nocleg na polecanej przez wielu podróżników Bencoolen Street. Po dwóch nocach „w drodze” zafundowaliśmy sobie dwójkę z klimatyzacją za 30 dolarów singapurskich (dostaliśmy zniżkę z 35 $) w Hawai Hotel, rzut beretem od Little India gdzie zresztą zaczęliśmy wieczorne zwiedzanie miasta. Ta nieduża dzielnica, choć na pewno odbiega od typowych widoków z Indii, jest też o cały świat inna od pocztówkowego Singapuru. To stare kamienice, sklepiki z plejadą hinduskich bogów na kolorowych obrazach, ze świetlistymi sari we wszystkich odcieniach tęczy, z przyprawami, owocami, płytami z hinduską muzyką rozbrzmiewającą też z ulicznych stoisk, wśród których krążą mniej lub bardziej tradycyjnie ubrani Hindusi. Rozbudzeni tą egzotyką tego wieczoru wybraliśmy się również na dalszy spacer do centrum miasta, w którym panują nowoczesne wieżowce i drapacze chmur, co w połączeniu z estetyką, czystością i dużą ilością bogatej podrównikowej roślinności składa się na obraz „dużego miasta” w pozytywnym sensie odbiegający od wszystkich innych z mojej pamięci.

Singapur Singapur fot. Aleksandra Borzecka
Następnego dnia skierowaliśmy się do Chinatown, zaglądając po drodze do jednego z singapurskich parków – Fort Canning. Dzielnica chińska jest zdecydowanie mniej naturalna w swym charakterze w porównaniu do Little India. Większość budynków została tu odnowiona i wkomponowana w otaczającą nowoczesność, co nie oznacza jednak ze nie warto jej zobaczyć. Singapur jest miastem, w którym stare i nowe zdaje się współistnieć w harmonii, z odrobiną kompromisu z jednej i drugiej strony stworzono tu bardzo estetycznie wyglądającą i niepozbawioną uroku dzielnicę. W odnowionych, kolorowych (również kwiecistych) kamienicach mieszczą się sklepiki, restauracje i biura, ulice wypełnione są stoiskami z pamiątkami. Ale między nimi zdarzają się też sklepy starej daty z mieszanina puszek, gwoździ i dewocjonaliów, spożywcze stoiska z owocami, suszonymi rybami i grzybami, czy apteki medycyny naturalnej pełnych ususzonych korzeni rzeń szenia, płetw rekina, koników morskich i Bóg wie jakich innych środków leczniczych. W samym centrum tej dzielnicy znajduje się hinduska świątynia Sri Mariammon z charakterystyczną bramą i dachem ozdobionymi setkami postaci bogów tak kolorowych, że mogłyby równie dobrze zdobić wesołe miasteczko.

Tego dnia przeszliśmy się jeszcze po niewielkiej dzielnicy arabskiej z pięknym meczetem sułtana, a wieczorem wróciliśmy do Chinatown na kolację, gdzie z ogromnego wyboru targu nocnego zdecydowaliśmy się na smażone przekąski – naleśniki z warzywami, kalmarami i mięsem.

Liczyliśmy na to, że w środę uda się nam znaleźć tani lot do Jakarty, chcieliśmy bowiem zostawić Sumatrę na koniec podróży, jednak człowiek uczy się na błędach – tak tez i my nauczyliśmy się, ze na lotnisku, gdzie pojechaliśmy z samego rana, bilety są droższe niż w biurach podróży w centrum. Nie było również żadnych interesujących nas ofert last minute wobec czego zmieniliśmy plany i postanowiliśmy popłynąć na indonezyjską wyspę Bintan lub Batam – pierwszy przystanek w morskiej drodze na Sumatrę. Taksówka na przystań Tanach Merah kosztowała ok. 11 dolarów ( z lotniska nie kursują tam żadne autobusy), i o 15-tej, po półtoragodzinnym rejsie promem dotarliśmy do naszej bramy Indonezji – miasteczka Tanjung Pinang,od którego zaczęła się ta historia…

Hałas, brud i bieda – to pierwsze wrażenia po zejściu na ląd, nie przyćmiły jednak radości, że dotarliśmy do celu podróży. Spośród gromadki krzykliwych naciągaczy wybraliśmy jednego, który zaprowadził nas do swojej agencji turystycznej i zaproponował dobre połączenie na Sumatrę – prom do miasteczka Dumai za 145.000 Rp, skąd mogliśmy dostać się dalej na północ. Wymieniliśmy pieniądze chowając po raz pierwszy do portfeli rupie indonezyjskie, i stając się bogaczami z kwotą 890 tysięcy….zaraz potem zakupiliśmy bilety na szóstą rano następnego dnia i wyruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Nasz „asystent” od wymiany nalegał, aby pokazać nam pobliskie hotele. Niechętnie, ale zgodziliśmy się aby wskazał nam drogę i wylądowaliśmy w końcu w najtańszej opcji, zwanej Bong’s Homestay, które to miejsce zaznaczyliśmy wcześniej w Lonely Planet. Pokój był jednym z zaledwie dwóch oferowanych w guest house’ie. Ciasny….tak, to ten, w którym właśnie siedzę na jedynym meblu – dużym łóżku zajmującym jego większą część. Łazienkę dzielimy z domownikami – owa łazienka to tzw. kamar mandi która różni się od tej jaką znamy brakiem prysznica, zlewu czy wanny, zamiast których uczymy się używać murowanego i okafelkowanego zbiornika , z którego czerpakiem nabiera się wodę do polania ciała prosto na podłogę, zostawiając resztę czystą dla pozostałych użytkowników. Warunki dalekie od luksusowych, ale jak inaczej poznać codzienne życie miejscowych?

Spacer po Tanjung Pinang nie odkrył wielu uroków, ale też nie wyszliśmy poza hałaśliwe centrum więc nie będę oceniać z góry całości. Klaksony, głośna muzyka, masa pojazdów na ulicach – to cecha charakterystyczna większości indonezyjskich miast, i tak też było tutaj. Zrobiliśmy za to pierwsze zakupy miejscowych owoców: rambutanów i mangostanów, zjedliśmy całkiem dobry nasi goreng, czyli smażony ryż w jednej z jadłodajni (za 7 tysięcy) i na tym skończył się nasz kontakt z Tanjung Pinang - szybko poszliśmy spać – czekała nas pobudka o o 4.30 aby zdążyć na prom.

Rano ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że domownicy wstali jeszcze wcześniej niż my, pożegnaliśmy się więc i poszliśmy na przystań. Nasz prom stał już przycumowany, miejsca zapełniły się szybko i wyruszyliśmy w dziewięciogodzinny rejs do Dumai. Prom nie był najwyższej klasy, ale tez nie był najgorszy, i właściwie gdyby nie tragiczne zachowanie wielu pasażerów, którzy bez zażenowania rzucali wszystkie śmieci na podłogę, pluli i wydawali inne dźwięki, których nie będę wyszczególniać, należałby do jednych z najbardziej komfortowych środków transportu jakich w tym kraju doświadczyliśmy. Dla świeżego powietrza, którego zaczęło na dole brakować wyszliśmy na górny pokład gdzie poznaliśmy m.in. młodą dziewczynę, która już po kilkunastu minutach rozmowy zaprosiła nas do swojego domu w Dumai. W miasteczku tym zamierzaliśmy jednak spędzić jak najmniej czasu i szybko przesiąść się na autobus w dalszą drogę, musieliśmy więc odmówić.

Około 15 na horyzoncie pojawiły się kominy rafinerii – to właśnie z nich słynie Dumai; dla nas kojarzyć się będzie również z wyjątkowo natrętnymi naganiaczami, z którymi starliśmy się w dzikiej bitwie, uciekając od łapiących nas nastu dłoni, z których każda ciągnęła w inną stronę. Wśród nich kilku nosiło jednakowe koszulki ze znakiem firmowym, pomyśleliśmy więc, że reprezentują lepszą firmę przewozową i pozwoliliśmy zawieźć się do ich biura-przystanku. INTRA, bo tak nazywał się ten przewoźnik, oferowała bilety do Parapat za 80.000 Rp i wydawało się to nam rozsądną ceną za 12-godzinną podróż klimatyzowanym autobusem. Trochę zaniepokoił mnie wygląd biura, raczej obskurnego pomieszczenia z podłogą tak brudną, iż równie dobrze mogła być przedłużeniem błotnistego i wyboistego podjazdu dla autobusów. Z czasem zauważyłam, że niejedno indonezyjskie biuro podróży wygląda podobnie, poza tym nie odstawało wcale od generalnego krajobrazu Dumai.

Odważyliśmy się jednak zamówić coś w jadłodajni przy owym „dworcu” – podziwiając jej tekturowo-liściasty dach, i łapiąc spojrzenia ciekawskich miejscowych, którzy w tej zapyziałej dziurze widzą przypuszczalnie nie więcej niż kilkudziesięciu białych rocznie, zjedliśmy ryż ze smażonym kurczakiem (piekielnie ostrym oczywiście) popijając herbatą – za jedyne 7.000 Rp. Pozostało nam jeszcze trochę czasu do autobusu więc przespacerowaliśmy się po bocznych ulicach miasteczka, przyciągając uwagę dzieci, które z wielkim entuzjazmem ustawiły się do wspólnego zdjęcia. Było to zaskakująco bezinteresowne przywitanie, bez próśb o „cukierka”, które w bardziej turystycznych miejscach stawały się coraz częstsze.

O 18-tej wyruszyliśmy na zachód w kierunku Jeziora Toba, a nie na północ do Bukit Lawang jak wcześniej planowaliśmy, ze względu na przestrogi, jakie słyszeliśmy na temat obfitych deszczów i powodzi w tamtych terenach, jak i też w wyniku „obliczeń czasowych”, z których wynikało, że podróż na północ zabierze nam jednak zbyt wiele czasu z tego, jaki przeznaczyliśmy na Sumatrę. Owa klimatyzacja w autobusie, z której tak cieszyliśmy się początkowo, wkrótce ujawniła drugą stronę i zaczęła zalewać nas regularnymi kroplami wody z najwyraźniej zepsutego urządzenia. Większym problemem, zwłaszcza dla mojego buntującego się żołądka, był jednak beznadziejny stan dróg i nieustająca trzęsiawka, doły i zakręty. Krótko mówiąc – to była ciężka noc. Nie miałam zbytnio siły by odpowiadać na zaczepki kilku młodych osób, które chciały nawiązać z nami kontakt, zdążyłam jedynie zanotować w głowie uwagę na temat ich znajomości angielskiego – zaskakująco lepszej niż się spodziewałam. Nie tyczyło to jednak osobnika, jakoby nauczyciela angielskiego, którego z trudnością tylko mogliśmy zrozumieć a który jak na złość nie mógł się od nas odczepić od promu do Dumai.

Około 6 rano wysiedliśmy zmarznięci i mokrzy na dworcu w Parapat, z którego do samego miasteczka czekała nas jeszcze godzinna podróż maksymalnie zapakowanym minibusem. Podtrzymując z jednej strony na oko 90-sięcio kilogramowego pana zasypiającego co chwilę na moim ramieniu, sama na wpół senna pochłaniałam widoki po drodze…taką roślinność chciałabym mieć na co dzień – palmy i paprocie, które wraz z innymi drzewami tworzyły egotyczny zielony gąszcz. Niedługo przed celem podróży ukazał się nam w końcu widok, na który czekaliśmy – jezioro Toba. Jego wielkość trudno tak naprawdę dostrzec – spora wyspa Samosir leżąca w jego środku zasłania ogrom wody jaka znajduje się w zbiorniku o długości ok. 70 km i szerokości dochodzącej do 40 km. Nie odczuwa się więc, że jest to największe jezioro w południowo-wschodniej Azji. Trudno też sobie wyobrazić siłę wybuchu wulkanu, po którym powstał tak ogromny krater.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
Bardziej namacalne za to były wygody w hotelu Bagus Bay na wyspie Samosir, wynajęliśmy tam niemal luksusowy pokój w bungalowie z widokiem na jezioro za 50.000 Rp, a więc po 10 złotych na osobę…duży pokój z pięknie zasłanym łożem i moskitierą, świeżo wykafelkowana łazienka z gorącym prysznicem, balkonik z bambusowymi fotelami…już po krótkim spacerze po Tuk-Tuk, wiosce, w której hotel się znajdował, zauważyliśmy , że inne hoteliki oferują podobny standard. Dziwne było, że przy tak dobrym zakwaterowaniu i idealnym klimacie miejsce to świeciło pustkami…z drugiej strony prawie kompletny brak turystów sprawił, że kolejne kilka dni minęło nam w sielskim spokoju.

Tę garstkę turystów, która jednak dotarła na Samosir poznaliśmy na rejsie po jeziorze już pierwszego dnia pobytu. Alex, pracownik naszego hotelu (za którego sprawa zresztą znaleźliśmy się w Bagus Bay), zaproponował nam tę „wycieczkę” promem jeszcze podczas rejsu na wyspę. Na słowo „wycieczka” zareagowaliśmy początkowo z niechęcią kojarząc je ze sztywnym chodzeniem za przewodnikiem z chorągiewką w ręku, postanowiliśmy jednak w końcu zaryzykować ze względów praktycznych – do miejsc, które mieliśmy odwiedzić, środkami transportu publicznego moglibyśmy po prostu nie dotrzeć, a jeśli już, to zajęłoby to nam 3 razy więcej czasu.

W towarzystwie około dziesięciu innych białych i pięciu „organizatorów” wypłynęliśmy w całodniowy rejs starym drewnianym promem, którego jedynym mankamentem był zbyt głośny silnik utrudniający nieco słuchanie muzyki na żywo w wykonaniu owych organizatorów, przewodników czy jakkolwiek ich nazwać. Trzy gitary, 2 bębny i kilka dobrych głosów serwowało nam przez całą prawie drogę lokalną, folkową muzykę na przemian ze znanymi przebojami Stones’ów i innych grup. Nie była ona oczywiście jedynym punktem programu. Po godzinie zawinęliśmy do małej wioski położonej w pięknej dolinie, której zbocza pokrywały tarasy pól ryżowych. Idąc wąską ścieżką wzdłuż doliny mijaliśmy wieśniaków pozdrawiających nas z uśmiechem, klika kobiet z zębami brązowymi od żucia liści betel ustawiało się chętnie do zdjęć każdemu, kto o nie poprosił – i nie było żadnego sprzedawania pamiątek, ani krzty zepsutego turystyką zachowania, którego obawiałam się jadąc na taką „wycieczkę”. Doszliśmy do „centrum” wsi, w którym zaskoczył nas widok kościoła…wśród otaczających go tradycyjnych drewnianych domów na palach, o charakterystycznych dachach w kształcie rogów byka, rozbrzmiewał donośny głos pastora, który w egzotycznym języku indonezyjskim wygłaszał najbardziej emocjonalne i ekspresyjne kazanie, jakie w życiu słyszałam. Samosir również w przenośni jest wyspą – wyspą Protestantów w środku muzułmańskiej Sumatry, a ludność zamieszkująca okolice jeziora również pozostała chrześcijańska.

Z wioski tej popłynęliśmy dalej, i zatrzymaliśmy się przy wysokich skalistych brzegach jeziora, z których spływająca woda tworzyła spory wodospad. Kilku osób, w tym Łukasz, skoczyło do jeziora próbując do niego podpłynąć a miejscowi zabawiali się wspinaniem na śliskie skały i skokami wprost pod wodospad. Woda zimna, jak wynikało z relacji – i to mi wystarczyło aby zostać na pokładzie. Tam zresztą czekał na nas lunch (smażony ryż, jakże by inaczej), na deser rambutany i banany, a do picia zimne napoje. I tak sobie przyjemnie płynąc dotarliśmy do kolejnej wioski, za którą w niewielkim gąszczu drzew pokazano nam sposób zbioru tzw. Jungle juice, czyli lekko sfermentowanego soku jednego z gatunków palm, używanego przez miejscowych w zastępstwie drogiego piwa…Owym sokiem z dżungli raczyli się też nasi przewodnicy podczas rejsu, raczylibyśmy się i my gdyby nam to smakowało, a nie smakowało bo było nie lepsze niż sfermentowany kompot.

W drodze powrotnej ulewa zmusiła nas do zejścia pod pokład tuż obok hałaśliwego silnika. Deszcz padał przez całą noc, szczęśliwie od rana w sobotę znowu świeciło słońce i mogliśmy zwiedzić na piechotkę wieś, pooglądać pamiątki, które zakurzone czekały od lat na swoich kupców, chociaż większość z nich, z naprawdę dużego wyboru, była dobrej jakości oryginalnymi wyrobami rzemieślniczymi. Nie mogliśmy nie skusić się chociaż na coś niewielkiego, ale wyjechaliśmy stamtąd bez rzeczy która kusiła najbardziej lecz odstraszała ceną - laski sumatrzańskiego wodza.

Po południu popłynęliśmy do Parapat gdzie chcieliśmy zarezerwować bilety do Bukittinggi, i gdzie miał odbywać się duży targ tuż przy przystani. Ten niestety kończył się już i pozostały tylko ostatnie ze stoisk z owocami, warzywami i różnościami, wśród których dominowały przybory szkolne – tydzień później kończyły się wakacje. Z tego zresztą powodu i masowych powrotów przed początkiem roku szkolnego miejsc w autobusach brakowało na niedzielę już we wszystkich firmach i we wszystkich klasach, po powrocie na wyspę zdecydowaliśmy się więc zarezerwować najdroższe, ale jedyne dostępne miejsca na poniedziałek…jakkolwiek przyjemny był wypoczynek nad Toba mieliśmy jeszcze wiele miejsc przed sobą. Za cenę 165.000 Rp, sumę horrendalną jak na Indonezję, kupiliśmy bilet na autobus jednego z najlepszych przewoźników w kraju, ANS. W klasie Super Executive – z całkowicie rozkładającymi się siedzeniami, firmowymi poduszkami, kocami i dostępną toaletą, ta piętnastogodzinna podróż zapowiadała się długa, ale wielce komfortowa.

Wieczorem w hotelowej restauracji trafiliśmy na pokaz tradycyjnych tańców ludu Batak i koncert ich muzyki ludowej. Ci ciepli i otwarci ludzie wywodzą się z kultury praktykującej obcinanie głów, i słuchając ich żywiołowej, pełnej radości muzyki z trudem wyobrażałam sobie ich prapradziadów nabijających ludzkie głowy na pale. Z drugiej strony, gdybym za sprawą nieprzewidywalnego losu urodziła się w miejscu i czasie ich przodków, taki rytuał byłby i dla mnie elementem codzienności…dzięki ci losie, że trafiłam tu kilkaset lat później.

Już po kolacji tego wieczoru mój żołądek zaczynał objawiać symptomy zatrucia, jak się domyślałam nazbyt dojrzałym mango, które kupiliśmy na targu. Łukasza również nie ominęły skutki zjedzenia tego podstępnego owocu, i w efekcie pół niedzieli przeleżeliśmy leniwie lecząc zatrucie lekkimi posiłkami i herbatą (która a propos kosztowała w restauracji aż 80 groszy). Po południu, czując się już lepiej, wynajęliśmy rowery aby zobaczyć kilka wiosek tej części wyspy. Przed wczesnym zmrokiem zdążyliśmy dojechać zaledwie do dwóch z nich. Wioska Tomok oferuje widoki tradycyjnych domów ludu Batak oraz kamiennego grobowca króla Sidabutar, jednego z ich ostatnich animistycznych królów, za to w wiosce Ambarita znajduje się skansen z trzystuletnim kamiennym stołem, na którym dokonywano rytualnych sądów tych członków wspólnoty, którym brakło silnej woli na przestrzeganie plemiennego prawa – ich ciało było cięte na kawałki, nacierane chili i czosnkiem, a głowy obcinane.

W poniedziałek przyszedł dzień wyjazdu. Niewiele wcześniejszych planów co do Sumatry udawało się nam realizować a wybór Bukittinggi jako następnego miejsca postoju był rezultatem rezygnacji z wyjazdu na wyspę Nias, pośrednio przez obawy, że zajmie nam to zbyt dużo czasu – transport tam nie był dostępny codziennie, a bezpośrednio przez wiadomości, że poprzedniego tygodnia zatonęły dwie łodzie płynące na wyspę i wznowiły się na niej zamieszki społeczne.

Autobus do Bukittinggi przyjechał z godzinnym opóźnieniem, okazało się jednak, że ma krótszy planowany czas podróży niż autobusy niższych klas- „zaledwie” 13 godzin, łatwiej było więc znieść czekanie. Delektowanie się wygodą szerokich siedzeń szybko zmieniło się w koszmar jazdy po, jak się wydawało, najgorszej drodze, jaką kiedykolwiek jechałam. Dumnie nazwana Transsumatran Highway okazała się wąskim pasem pełnego dziur asfaltu, nie mieszczącym dwóch większych pojazdów jadących z naprzeciwka, na którym autobus zachowywał się jakby jechał po schodach (jak to Łukasz trafnie ujął). Dodam tylko jedną uwagę – po schodach położonych na slalomie gigancie. Pomimo awiomarinu byłam najczęstszym gościem toalety (w stylu tureckim aby było śmieszniej) gdzie pozbyłam się całej zawartości żołądka. Nad ranem Łukasz poinformował mnie podobno, że mamy właśnie postój dokładnie na linii równika, i jeśli nawet taka wiadomość do mnie nie dotarła to znaczy, że musiało być naprawdę źle. Moją desperację może zobrazować chyba fakt, że aby skupić uwagę na czymś innym niż zawroty głowy zaczęłam wtórować piosenkom Britney Spears powtarzanym bez przerwy w telewizji…

W Bukittinggi było chłodno, przynajmniej nad ranem gdy dotarliśmy na miejsce – znak, że byliśmy w górzystym rejonie środkowo-zachodniej Sumatry. Naprzeciwko naszego hotelu (Kartini- nie tylko wliczone śniadanie, ale też telewizor w pokoju za cenę 60.000 Rp) wskazano nam restaurację, w której można było nie tylko zjeść, ale jednocześnie zarezerwować bilety lotnicze i wymienić pieniądze, co też zrobiliśmy. Chcieliśmy opuścić już Sumatrę…właściwie nie chcieliśmy, ale uznaliśmy, że przy naszym ograniczonym pobycie w Indonezji trudy podróżowania po tej wyspie zabierały nam zbyt dużo cennego czasu. Po przeżyciach ostatniej nocy marzyliśmy tez o wydostaniu się stąd w jakikolwiek inny sposób niż autobusem, a dopłata 60 czy 80 zł do samolotu warta była zaoszczędzenia 30 godzin na Transsumatran Highway. Zapłaciliśmy po 400.000 Rp za lot do Jakarty liniami Mandala, jednymi z tańszych krajowych linii. Było to nasze pierwsze doświadczenie z takim przewoźnikiem, mieliśmy więc małe obawy co do bezpieczeństwa usług, jednak alternatywa podróży autobusem skutecznie przekonała nas do lotu.

Mając z głowy załatwianie transportu kolejne dwa dni mogliśmy poświęcić na zwiedzanie Bukkittingi i okolic. To przyjemne miasteczko położone jest na wysokości 800 m n.p.m., stąd chłodniejszy klimat łatwiej tolerowany przez turystów, a łatwy dostęp drogą morską i samolotem dokłada swoje trzy grosze do popularności tego miejsca. Jednak zastaliśmy je nie zatłoczone jak się spodziewaliśmy, a pustawe. Kilka lat temu, jak wyjaśnił nam właściciel jednej z knajpek, restauracje wieczorami były tu tak pełne, że trudno było znaleźć wolne miejsce. Dziś – widać było tylko pojedyncze białe twarze.

Poznawanie okolic zaczęliśmy od kanionu Sianok, który zaczyna się tuż przy miasteczku. Małpy oblegają to miejsce przyzwyczajone zapewne z poprzednich lat do karmiących je turystów, choć dzisiaj liczyć mogą jedynie na sprzedawców kiczowatych pamiątek przy punkcie widokowym na kanion. Zeszliśmy na jego dno najpierw stromymi schodami, następnie idąc wzdłuż asfaltowej drogi, i gdzieś tam przeoczyliśmy ścieżkę mającą prowadzić na szlak do wioski Koto Gadang słynącej z wyrobu srebra. Choć sama wioska nie była dla nas koniecznym celem skorzystaliśmy z wskazówek napotkanego przypadkowo miejscowego „medicine man”, jak się sam określił, w końcu chcieliśmy zobaczyć coś bardziej dzikiego niż podziurawiony asfalt. Ostatecznie ów „szaman” nie tyle wskazał nam dobry kierunek, co samozwańczo zatrudnił jako nasz przewodnik, czego domyśliliśmy się gdy zaczął objaśniać użycie ziół i roślin które mijaliśmy po drodze. Było to jednak tak ciekawe, że postanowiliśmy zaryzykować i podążać za nim…tak to więc, korzystając z wiedzy jaką przekazał mu dziadek (w szkole stopa jego nigdy nie stanęła), pokazał nam które zioło używa się przy problemach żołądka, dał do wypróbowania środek przeciwbólowy z jakiegoś kwiatka (faktycznie działało, muszę przyznać), zerwał inne, używane dla łagodzenia ukąszeń komarów, i wiele innych przydatnych w mniejszych dolegliwościach. Ale to nie wszystko…z nożem w zębach wspiął się boso na drzewo cynamonowe aby odkroić nam do spróbowania jego świeżej kory, z jego liści zaplótł w kilka chwil małe koszyczki używane do gotowania ryżowego deseru z cynamonem i mlekiem kokosowym, pokazał dzikie orchidee, olbrzymie żuki zajmujące pół mojej dłoni, starą holenderską suszarnię kawy, dzisiaj zupełnie zarośniętą przez dżunglę, zrobił gwizdek z liści którymi następnie wzywał ptaki, które jakoś udawało się mu dostrzec wśród gąszczu drzew…

Co chwilę zbaczaliśmy i wracaliśmy na ledwo widoczną ścieżkę wijącą się przez las, raz spadającą dwa metry do strumyka, innym razem wspinającą się kilka metrów po omszałych kamieniach. Gdy zaczynało padać chowaliśmy się w małej jaskini czy pod skarpą…po kilku godzinach na naszą prośbę podprowadził nas na obrzeża miasteczka, choć gdybyśmy nie obawiali się że zażąda zbyt wiele za oprowadzanie chętnie spędziłabym w ten sposób cały dzień. Proponował nam zresztą kilkudniowe treki na okoliczne wulkany, bo jak się okazało praca szamana i rolnika (którym tez był) nie starczała by się utrzymać, i zbierał na bilet gdzieś do południowej Sumatry aby tam zacząć sezonową pracę w fabryce. Suma, o którą poprosił rzeczywiście przekroczyła nasz oczekiwania, udało się nam jednak drogą negocjacji zejść do kwoty akceptowalnej dla nas i niekrzywdzącej dla niego. Myśląc o tym nieprzewidzianym wydatku miałam jednak odczucie, że każda wydana rupia była tego warta.

Wieczorem przeszliśmy się po mieście i po raz pierwszy od przyjazdu znaleźliśmy w miarę tani Internet- 12.000 za godzinę (w porównaniu do 25.000 na wyspie Samosir bardzo tani) – mogliśmy więc nadrobić zaległości w kontaktach z rodziną i znajomymi. Nie trudno tez było znaleźć niedrogie restauracje i aby nie „przejeść” się za szybko indonezyjską kuchnią dla odmiany zjadłam spaghetti – za nieco ponad 3 złote dostałam porcję tak dużą, że ledwo dałam radę zjeść.

O 4.30 nad ranem obudziły mnie głośne modlitwy z meczetu stojącego tuż naprzeciwko naszego hotelu. Udało mi się jeszcze zdrzemnąć do 8.30 kiedy to budzik dał znać, że pora wstawać i złapać autobus nad jezioro Maninjau. Zjedliśmy przyzwoite hotelowe śniadanie – 2 tosty, jajko, masło, dżem, gorący napój do wyboru i sałatkę owocową na deser…te luksusy zaczynały mi się naprawdę podobać, i po półgodzinnych poszukiwaniach dworca – wśród setek stoisk ogromnego targu, który właśnie w środy zapełnia ulice Bukittinggi - wsiedliśmy do autobusu jadącego nad jezioro.

Dwugodzinna droga wiedzie przez malownicze tereny wzgórz, lasów i pół ryżowych by dotrzeć do krawędzi krateru skąd widać już zarys jeziora, lecz do którego prowadzą jeszcze 42 serpentyny w dół. Dziesiątki małp wychodzi tam na pobocze i asfalt, potem leniwie schodzą z drogi nadjeżdżającym pojazdom zawiedzione, że nic im z okien nie spadło do jedzenia. Na jednym z zakrętów wsiadł do autobusu chłopak z gitarą, który był już zresztą trzecim grajkiem na tej trasie dorabiającym sobie muzykowaniem. Pomijając trochę irytujący widok woreczka z monetami potrząsanego kilka razy dziennie przed twoją twarzą, trzeba przyznać, że Indonezyjczykom talentów i zapaleńców muzycznych nie brakuje. Tutejsza wersja programu „Idol” cieszy się ogromną popularnością a muzyka jest wszędzie – w autobusach, taksówkach i sklepach skąd często zagłusza myśli, wspólne wieczorne śpiewanie jest również powszechne – w małych miejscowościach, jakie mijaliśmy na dłuższych autobusowych trasach obrazy skupionych wokół gitary garstek ludzi pojawiały się regularnie jak ujęcia z filmu. Nawet teraz, gdy piszę te słowa pewnego wieczoru w Jakarcie zza okna dochodzi śpiew i rytmiczne klaskanie naszych sąsiadów zza płotu

To tyle dygresji,…gdy dojechaliśmy do wioski nad brzegiem jeziora wybraliśmy najbardziej leniwą wersję spędzenia dnia, czyli szwędanie się „tu i tam” z przewagą „tu” i siedzenia w restauracji nad wodą. Żadnych treków, żadnych rowerów - chociaż wiele osób polecało głębszą eksplorację okolic Maninjau stwierdziliśmy że do tego potrzebowalibyśmy noclegu na miejscu, tymczasem następnego przedpołudnia czekała nas droga na lotnisko. Jeśli w Bukittinggi brakowało turystów tu nie było widać ich prawie wcale i gdyby ktoś chciał uciec w jakieś zapomniane zakątki to rzeczywiście byłoby to dobre miejsce, po podobnym wypoczynku nad Toba nam wystarczyło jednak pół dnia tego spokoju.

Wieczorem byliśmy z powrotem w Bukittinggi i po pysznej kolacji robiliśmy tak zwane nic aby następnego dnia wstać w miarę wcześnie, spakować się i jeszcze przed wyjazdem przejść się na ostatni spacer po miasteczku, i co ważne – kupić upatrzone wcześniej pamiątki z Sumatry. O 13.30 mieliśmy bus na lotnisko, okazał się nim prywatny samochód służący jako środek na wpół publicznego transportu bo po drodze zbierał innych pasażerów. Ta dwugodzinna podróż klimatyzowanym samochodem kosztowała nas dwa razy więcej niż lokalny autobus – po 20.000 Rp, za to zostaliśmy zawiezieni bezpośrednio na lotnisko, podczas gdy jadąc autobusem musielibyśmy szukać transportu na nie z centrum Padang oddalonego od niego o 10 km.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
Lotnisko w Padang jest nieduże, ale obsługuje wiele krajowych lotów, jest też zbudowane w ciekawym stylu architektonicznym, bo jego wygięte w górę krańce dachu przypominają rogi byka, a więc zgodnie z tradycją regionu Minganbaru. Był to ostatni widok Sumatry jaki mieliśmy zobaczyć, jednak tuż po starcie wyłonił się obraz zamglonych szczytów wulkanów za którymi tęsknie spoglądaliśmy aż do zachodu słońca. 

Zaledwie półtoragodzinny lot do Jakarty minął błyskawicznie. Udało się nam złapać jeden z ostatnich autobusów miejskich jadących do centrum, znajdującego się około 30 km od lotniska. Spod centralnego dworca kolejowego Gambir musieliśmy dostać się jeszcze na Jalan Jaksa, ulicę, która tak jak Khao San w Bangkoku, skupia tańsze hoteliki i restauracje ściągając do siebie nisko-budżetowych podróżników, i choć ledwo się do niego zmieściliśmy z bagażami – wybraliśmy tuk-tuka, który był nie tylko tańszy (10.000) ale też przez sentyment do nietypowych środków transportu atrakcyjniejszy (pomimo intensywnego hałasu spowodowanego brakiem tłumika) Ledwo zdążyliśmy się z niego wypakować gdy dostaliśmy propozycję noclegu za 45.000 Rp w pokoju łazienką, z minimalnym wyposażeniem ale czystym, i ponieważ była już 21-erwsza zgodziliśmy się tam zostać bez szukania innych opcji. Zaraz potem kolacja, Internet (nareszcie naprawdę tani – 6.000 Rp!) i krótki spacer po okolicy. Jalan Jaksa nie była najatrakcyjniejszym miejscem, a może po prostu zbyt wiele oczekiwałam po najnowocześniejszym i podobno najbardziej otwartym mieście Indonezji. Niewielu turystów wpadało w oko, wieczorne życie ledwo się tliło, knajpki choć rozbrzmiewające nowoczesną muzyką były pustawe, a w tych nielicznych gdzie coś się działo przesiadywali raczej miejscowi.

Pierwsza noc w stolicy, nieprzespana od komarów i dudniącej muzyki z baru poniżej, zakończyła się decyzją o przeniesieniu do innego hotelu. Wybór pokojów w dostępnej dla nas cenie nie napawał radością, ich standard w porównaniu z Sumatrą był katastroficzny, ale w Yuchsan Hotel było przynajmniej cicho i spokojnie. Zostawiliśmy tam bagaże i po zabukowaniu biletów na lot powrotny z Jakarty na Batam za jedyne 310.000 Rp wyruszyliśmy na poszukiwanie ciekawszych miejsc w mieście, które z dwunastoma milionami mieszkańców, korkami przez cały dzień, smogiem i hałasem nie zapowiadało się przyjemnie.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
Nawet nie spodziewając się wiele, widok portu Sunda Kelapa i starej dzielnicy Kota, wymienionych w Lonely Planet na pierwszym miejscu listy (nielicznych) atrakcji Jakarty, był ogromnym zawodem. Brud, śmieci, slumsy, nieustające piski klaksonów i płynąca nieprzerwanie rzeka pojazdów – to zbyt dużo by wykrzesać jakieś pozytywne odczucia co do tego miasta, i jedynie nowoczesne centrum wieczorem i popołudniowy festyn na Jalan Jaksa nadały jakikolwiek sens pobytowi w stolicy. Mieliśmy zresztą wyjątkowe szczęście, że festyn zorganizowany był akurat tamtego dnia. Nie byliśmy do końca świadomi co miał promować lub święcić, ale na pół dnia Jalan Jaksa ożywiła się tak jak pamiętam Khao San Road – były stoiska z tradycyjnymi potrawami, kolorowymi napojami (spróbowaliśmy świeżego soku z guawy), happening artystyczny który zaowocował mniej lub bardziej abstrakcyjnymi malowidłami na płótnach i występy muzyczne na dwóch scenach zbudowanych na krańcach ulicy. Stawiła się nawet jedna z największych indonezyjskich gwiazd muzyki pop, chociaż o jej popularności przekonaliśmy się dopiero w dalszej części podróży widząc jej plakaty niemal w każdym mieście. Tamtego popołudnia była dla mnie głównie wielką zagadką trzęsącą tyłkiem w obcisłym czerwonym kombinezonie i z dużym dekoltem w bądź co bądź muzułmańskim kraju…

W sobotę rano opuściliśmy miasto pociągiem relacji Jakarta- Bandung; stolica żegnała nas przygnębiającym widokiem ciągnących się kilometrami slumsów. Podróż – trwająca nieco ponad 3 godziny, nie była tania, bo za bilet ze zdziwieniem zapłaciliśmy aż po 45.000 Rp, za to widoki za oknem były piękne. Pociąg wspina się na wyżynne tereny z zielonymi dolinami pokrytymi od góry do dna polami ryżowymi.

W Bandung po małych problemach ze znalezieniem wybranego wcześniej hotelu (ten po prostu już nie istniał) wynajęliśmy dosyć drogi pokój za 65.000 Rp w hotelu Padra Dissa, ale w okolicy nie było lepszego wyboru. Można było zresztą zaoszczędzić na jedzeniu bo przydrożne knajpki oferowały indonezyjskie potrawy już za kilka tysięcy Rp, i tak to na obiad spróbowaliśmy ryżu z plackami kukurydzianymi, tofu i warzywami, z towarzyszeniem naszej ulubionej mrożonej herbatki owocowej, której butelka kosztowała już od 60 groszy…

Bandung to również spore, zakorkowane, dwumilionowe miasto, dlatego na spędzenie popołudnia wybraliśmy jego najbardziej odległą od centrum dzielnicę – Dago – która jest faktycznie ogromnym parkiem pełnym bananowców, paproci drzewiastych i innej egzotycznej roślinności, z niedużym wodospadem i niewielkim osiedlem położonym na stromym zboczu. Czuliśmy się tam trochę jak w dżungli…zwłaszcza gdy trzeba było uchylać głowę przed ogromnymi pająkami i ich potwornymi pajęczynami.

Wieczorem ciekawość zawiodła nas na tzw. Jeans Street, usianą sklepami z wyrobami z jeansu, tudzież innymi ubraniami. Stojące przed kilkoma z nich kiczowate, kolorowe posagi Supermanów, Spidermanów i innych słynnych postaci przyciągać mają klientów do siebie w walce z konkurencją…czy spełniają swoją role? Chyba tak…na oglądaniu, przymierzaniu i zastanawianiu się minęły nie mniej niż trzy godziny, ale w końcu daliśmy się skusić na drobne zakupy. Głodni i zmęczeni zamówiliśmy kolację w restauracji i dla odmiany od próżnego pędu za dobrami materialnymi, który uskutecznialiśmy przez ostatnie trzy godziny, porozmawialiśmy sobie z właścicielem knajpki, nieco zmanieryzowanym gejem chińskiego pochodzenia, o sytuacji społecznej mniejszości chińskiej w Indonezji oraz religii – nasz rozmówca przeszedł właśnie z katolicyzmu na protestantyzm stąd jego zainteresowanie tym tematem.

W niedzielę Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
czekała nas główna atrakcja pobytu w Bandung, czyli wypad do pobliskiego wulkanu Tangkuban Prahu. Można się tam łato dostać lokalnym transportem przez miejscowość Lembang, a stamtąd minibusem nad samą krawędź krateru. Tangkuban Prahu jest nieaktywnym wulkanem o dość nietypowej kalderze, bo powstałą przez zapadnięcie się stożka, mimo to jego rozmiar robi ogromne wrażenie, tym bardziej, że był to pierwszy wulkan jaki zobaczyliśmy z bliska. I nawet opary siarki rozsiewające zapach nienależący do najprzyjemniejszych nie psują tego wrażenia.

Obejście krateru naokoło zajęło nam około 2 godzin, szlak prowadzi częściowo przez dżunglę a fragment przez odsłonięty kamienisty brzeg oddzielający główny krater od mniejszego, znajdującego się w tej samej kalderze. Dosyć strome zejście po wulkanicznym żużlu jest czasochłonne, drobne kamienie usuwają się spod butów, jednak kolory skał są magiczne – czerwień, żółć i fiolet mienią się w słońcu intensywnymi odcieniami kontrastując z zielenią drzew, więc choć przez mój lęk wysokości najadłam się strachu to naraziłabym się na podobny lęk jeszcze raz byle taki widok zobaczyć.

Wulkan był atrakcją dla nas, my natomiast dla lokalnych turystów, którzy masowo oblegali łatwo dostępny brzeg krateru wykorzystując wolną niedzielę, i czterokrotnie stawaliśmy do pamiątkowego zdjęcia z Indonezyjczykami. Nie do końca rozumiem dlaczego, przecież nie byliśmy jedynymi białymi którzy to miejsce odwiedzili. Z Tangkuban Prahu zeszliśmy do mniejszego krateru, na którego zboczu podejść można do kilku niedużych gejzerów, i podążając tym samym szlakiem dotarliśmy do parkingu skąd złapaliśmy stopa do Lembang, a stamtąd minibusem dojechaliśmy do, jak się okazało, mało atrakcyjnych wodospadów i gorących źródeł w Mirabaya.

Okolice Bandung oferują więcej „wulkanicznych” widoków, i gdybyśmy tylko dysponowali większą ilością czasu wybralibyśmy się jeszcze przynajmniej na Kawah Putin. Tymczasem chcąc zobaczyć jak najrozmaitsze krajobrazy przenieśliśmy się następnego dnia nad wybrzeże Oceanu Indyjskiego, a dokładniej do małej rybackiej wioski Pangadndaran która stała się dla nas miejscem dwudniowego wypoczynku na wulkanicznych plażach i w ciepłych wodach oceanu. Znaleźliśmy tam przyjemny mały hotelik Puri Sura, gdzie za nowoczesny pokój z łazienką i tarasem przy zacisznym, ocienionym drzewami podwórku zapłaciliśmy Rp 50.000. W cenę wliczone było śniadanie oraz dostępna cały czas kawa i herbata. Mieliśmy stamtąd kilkadziesiąt metrów do plaży i nie zwlekając tam właśnie skierowaliśmy się tuż po przyjeździe. Około półgodzinny spacer wzdłuż brzegu doprowadził nas do granicy parku narodowego, skąd wynajęliśmy jedną z łodzi rybackich aby dopłynąć krótszą drogą (możliwe jest także dojście na piechotę) na plażę w spokojnej zatoczce, jedyną w okolicy zasłoniętą od wysokich fal i silnych prądów. Rafy nie są tu rewelacyjne, ale niejedna egzotyczna ryba przyciąga wzrok, Łukasz na przykład „rozkoszował się” bliskim spotkaniem z groźną piuropusznicą Trzeba tez uważać na małpy, które skradają się do nielicznych plażowiczów próbując ukraść leżące rzeczy - sprytne dranie podchodzą od tyłu spod drzew, dobrze więc uzbroić się w jakiegoś kija dla odstraszenia. Tuż przed zachodem słońca odebrała nas z zatoczki ta sama lódź, którą przypłynęliśmy i spacerkiem wróciliśmy do hotelu.

Jakimś zbiegiem okoliczności naszymi sąsiadami w Puri Sura okazała się holenderska para, którą Łukasz rozpoznał z festynu na Jalan Jaksa w Jakarcie. Nie mogłam ich skojarzyć do momentu gdy Joost nie pokazał miejscowej gazety z ich zdjęciami, wówczas przypomniał mi się widok kilku „białych” w dżelabach siedzących wśród miejscowych oficjeli. Wtedy pomyślałam, ze są również muzułmanami mieszkającymi w Indonezji, jak się okazało władze przypadkiem zupełnie poprosiły ich o uczestnictwo w festynie. Mieliśmy się z nimi spotkać po kolacji aby omówić wspólny wyjazd po okolicach Pangandaran kolejnego ranka – chcieliśmy odwiedzić polecany w przewodniku Zielony Kanion i przy okazji kilka innych miejsc. Ustaliliśmy godzinę wyjazdu na 9-tą i prawie o czasie udało się nam dojść na przystanek minibusów. Nasze plany oszczędnościowe (jadąc na własną rękę chcieliśmy zaoszczędzić w stosunku do ceny wycieczki, jaką proponował właściciel hotelu) nie wyszły do końca tak jak przewidywaliśmy, bo zamiast zwykłego transportu publicznego wynajęliśmy minibus na cały dzień, co razem z kosztem wynajęcia łodzi w kanionie wyniosło nas po 35.000 Rp, - trochę więcej niż połowę z 60.000 jakie zażyczono sobie w hotelu.

Ów Zielony Kanion jest miejscem docelowym około 30-minutowego rejsu wzdłuż rzeki, który zaczyna się około 30 km od Pangandaran. Woda ma piękny turkusowy odcień, wzdłuż brzegów wlewa się prawie do rzeki bujna roślinność a przy odrobinie szczęścia zauważyć można dzikie zwierzęta, chociażby iguany. Rzeka kilkakrotnie zakręca zanim dotrzemy do kanionu, w centralnym punkcie tworzącego skalisty dach z którego wiecznie kapie woda. Tu też zmienia się poziom rzeki, wysoki stopień skalny jest barierą dla łodzi i wyżej można wejść tylko na piechotę – uważając na śliskie podłoże oczywiście. Dalej – rodzaj basenu i niewielki wodospad, kto nie boi się zimnej wody może popływać…

Przed dalszą podróżą zjedliśmy obiad w przyparkingowej restauracji – kolejny raz nasi goreng, tym razem jednak przygotowany w zupełnie inny sposób co zmieniło trochę rutynę. Kupiliśmy też kokosa aby napić się świeżego mleka kokosowego. Żadna rewelacja smakowa, ale pożądana odmiana od coca-coli i herbatek owocowych…nasz kierowca kręcił się gdzieś w okolicy i umówieni wcześniej (przez tłumacza bo sam nie rozumiał więcej po angielsku niż my po indonezyjsku) załadowaliśmy się do jego minibusa aby ruszyć do Batu Caras, tzw „surfurskiej” plaży. Słońce przypiekało zbyt mocno aby leżeć w bezruchu, większość czasu spędziliśmy więc w wodzie zmagając się z niesamowitą siłą oceanu – i nie było mowy o pływaniu. Stojąc po kolana w wodzie trudno było utrzymać równowagę przez silne prądy, a za chwilę z tego samego miejsca porywała nas fala sięgająca szyi…

W drodze powrotnej kierowca wybrał boczną drogę wzdłuż brzegu oceanu i w tempie 15 km/h jechaliśmy podskakując na wybojach do jeszcze jednego miejsca w planie „wycieczki”– Batu Hiu, znane z tzw. Shark Rocks. To ostre skały o charakterystycznym wyglądzie, o tej porze miejsce całkowicie opuszczone, dzięki czemu miało specyficzny „surowy” urok, zwłaszcza wśród dziwnych drzew, które stały na krawędzi tego melancholijnego skrawka świata.

Kolejnego ranka opuszczaliśmy już Pangandaran i wraz z Paolą i Joostem późnym popołudniem dotarliśmy do Yogyakarty- po nieco męczącej drodze publicznymi autobusami z przesiadką w Cilacap. Wszyscy wynajęliśmy pokoje w hotelu Monica przy Jalan Sosrowijayan, kolejnej ulicy-centrum niskobudżetowych podróżników. W cenie 40.000 Rp za pokój z łazienką wliczone było śniadanie, a okolica Sosrowijayan (w skrócie Sosro) okazała się, jak cała Yogya zresztą, bardzo atrakcyjna. Takie wrażenie miałam przynajmniej porównując ją do innych miast w Indonezji. Wiele dobrych i niedrogich restauracji, pubów i knajpek, przyjemnych hotelików, muzyka na żywo w weekendy, tani Internet i łatwy dostęp do ważniejszych punktów w mieście…to tylko kilka pozytywów Sosno, ale jej głównym atutem jest wakacyjno-podróznicza atmosfera, w której można bardzo szybko zasmakować….

Wieczorkiem, w towarzystwie Paoli i Joosta zjedliśmy kolację w pobliskiej restauracji. Razem z Łukaszem zdecydowaliśmy się spróbować zachwalane przez Joosta "sate" , które jest tradycyjną potrawą składającą się z grilowanych szaszłyków, z sosem z orzeszków ziemnych podawanych z ryżem. Po kolacji skorzystaliśmy z taniego Internetu i ponownie umówiliśmy się z Holendrami na wspólne zwiedzanie kolejnego dnia -tym razem celem był Borobodur.

Borobodur- największa na świecie świątynia buddyjska i Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
jedna z największych atrakcji Indonezji, będąca w planie chyba wszystkich wycieczek do tego kraju; miejsce które dobrze pamiętam ze zdjęć w encyklopedii a które do tej pory wydawało mi się niedostępne w tym życiu… Do odległej o ok.20 km od Yogyakarty świątyni dotarliśmy autobusem podmiejskim za jedyne 6.000 Rp, jednak na wejściówce do Borobodur zaoszczędzić udało się jedynie Łukaszowi który dzięki legitymacji studenckiej otrzymał zniżkę 4 dolarów z 10 obowiązujących za bilet dla obcokrajowców. To olbrzymia suma jak na ten kraj, nie tylko w porównaniu do ceny jaką płacą Indonezyjczycy – o ile pamiętam 7.000 Rp, ale być na Jawie i nie zobaczyć Borobodur to jak być w Egipcie i nie zobaczyć Piramid.

Symetrię i wielkość świątyni trudno ocenić, jako że stoi na niewielkim wzgórzu i brakuje miejsca z dobrym widokiem ogólnym budowli. Dlatego też większe wrażenie robią szczegóły, zwłaszcza płaskorzeźby, z których niejedne przetrwały od VIII wieku n.e. w bardzo dobrym stanie. Piętrowa struktura świątyni odzwierciedla drogę od ziemskiego życia pełnego cierpień, co przedstawiają rzeźby na najniższym poziomie, do nirwany, której architektonicznym odpowiednikiem jest szczyt świątyni z dziesiątkami charakterystycznych stup, z których każda zawiera posąg Buddy. To dziwne uczucie, znaleźć się w „niebie” znanym ze zdjęć, na żywo wydaje się pozbawione swego mistycyzmu…choć może tylko przez zbyt dużą ilość turystów robiących zdjęcie tu, ustawiających się do zdjęcia tam…bez nich, o zachodzie słońca, może rzeczywiście doznać tam można oświecenia.

Przed wyjazdem do Borobodur daliśmy namówić się na wizytę w jednej z wielu w Yogyakarcie wystaw szkół artystycznych, specjalizujących się w tradycyjnej sztuce malarskiej zwanej batik. Trafiliśmy tam dzięki obrotnemu Indonezyjczykowi pracującego w hotelu, który jakoby specjalnie dla naszej czwórki namówił swego znajomego na przedłużenie wystawy o 1 dzień. Choć wszyscy przeczuwaliśmy jakiś bynajmniej nie bezinteresowny cel w tych zabiegach, po fakcie nikt z nas nie żałował tej wizyty. Przywitał nas nauczyciel z owej szkoły i przy herbatce wyjaśnił proces w jakim powstaje obraz batik. A jest to dosyć skomplikowane, bo wzory, które chce się uzyskać rysowane są roztopionym woskiem (pszczelim lub świecowym), dopiero wówczas materiał jest farbowany, często wielokrotnie aby uzyskać pożądane kolory i efekty. Wosk jest ostatecznie usuwany w gorącej wodzie. Po prezentacji mieliśmy czas aby rozejrzeć się po wystawie i chociaż pierwotnie nie miałam zamiaru nic kupować skusiłam się na 2 batiki (z bardzo wielu które wpadły mi w oko), jeden z nich stworzony przez studenta szkoły z którym mieliśmy okazję zamienić słówko.

W piątek już tylko we dwójkę wybraliśmy się do miejscowości Kaliurang, ok. 25 km od Yogyi, skąd krótkie wejście prowadzi na punkt widokowy na jeden z najaktywniejszych wulkanów na Jawie- Gunung Merapi. Choć przesłaniany co chwilę chmurami, potężny szczyt wynurza się z otaczającej równiny budząc respekt i strach. Od 1994 roku, kiedy zabił 60 osób, Merapi daje o sobie regularnie znać wyrzucając kamienie, a czasami opływając lawą.

Jak się okazało lepszy widok na wulkan roztaczał się z kompleksu świątyń hinduistycznych w Prambanan, dokąd dotarliśmy około 15-tej boczną drogą z Kaliurang. Świątynie te są obok Borobodur drugim punktem kulturowych atrakcji okolic Yogyakarty, i dla mnie osobiście bardziej przemawiające do wyobraźni. Są nie tylko największym takim kompleksem na Jawie, ale też bardzo bogatym w dobrze zachowane detale. Główna, 47-mio metrowa świątynia poświęcona Shivie, otoczona jest mniejszymi dedykowanymi Brahmie i Visnu, są też mniejsze poświęcone innym bogom, na przykład bogowi wiedzy Ganeszy; inne leżą dalej od głównego kompleksu. Krążąc pomiędzy nimi doczekaliśmy się zachodu słońca i gdy opuszczaliśmy świątynie wieczorne oświetlenie zafundowało nam ich widok w iście boskim odcieniu.

O tej porze natrafiliśmy na mały problem z transportem do miasta…rikszarz który dowiózł nas do przystanku autobusowego twierdził uparcie, że żadnego transportu publicznego już nie znajdziemy i zaoferował nam zawiezienie do Yogyi swoją rikszą. Jego cena nie była wcale wysoka, ale 25 km rikszą…i nie myślałam tu o własnej wygodzie, to obraz wychudzonego staruszka pchającego nasze dobrze odżywione ciała ostatecznie wykluczył takie rozwiązanie. Postanowiliśmy spróbować szczęścia na stopa (rikszarz podążał za nami przez jakiś czas z nadzieją, że jednak przyjmiemy jego propozycję) i udało się nam zatrzymać autobus, którym dojechaliśmy gdzieś na obrzeża Yogyi. Gdy dotarliśmy na Sosro Paola i Joost byli już w hotelu, umówiliśmy się więc na wspólną kolację.

Tego wieczoru pożegnaliśmy się z Holendrami na kilka dni aby później spotkać się na Bali, a sobotę przeznaczyliśmy na spacery po Yogyakarcie. Główną atrakcją turystyczną miasta jest tzw. Kraton, kompleks budowlany zawierający m.in. Pałac Sułtana czy Pałac Księżniczki, wraz z przylegającymi udogodnieniami takimi jak teatr cieni. Kompleks architektonicznie przeciętnie ciekawy, za to rozmowa z przewodnikiem okazała się źródłem wielu informacji z zakresu polityki, historii i codziennego życia Indonezyjczyków. Rozmawialiśmy m.in. o zmianach jakie nastąpiły po wymuszonej rezygnacji z władzy wieloletniego prezydenta Soharto. Pomimo wielu głosów krytyki wobec jego dyktatury i korupcji wśród jego współpracowników dla przeciętnego mieszkańca Indonezji okres jego panowania wiązał się z poprawą warunków życia. Jak twierdził przewodnik nie było wówczas głodu i przytłaczającej biedy, która dotknęła dużą część społeczeństwa po załamaniu się gospodarki podczas politycznie niestabilnego okresu po rządach Soharto. Niebotyczne koszty mieszkań i edukacji w szkołach wyższych, odpłatna nauka w szkołach średnich i podstawowych- nic dziwnego, że widok dzieci i młodzieży dorabiających na ulicach nie należał do rzadkości. Grają i śpiewają w autobusach, sprzątają w pociągach, sprzedają pamiątki…

My tymczasem korzystaliśmy z wakacji…niedaleko Kratonu rzuciliśmy okiem na targ ptaków, lekko przytłaczające miejsce gdzie serce ściska na widok męczących się na słońcu papug, gołębi i innego ptactwa. Między nimi wynurzały się obrzydliwe pojemniki pełne szarańczy, karaluchów, robaków i innych paskudztw sprzedawanych bynajmniej nie tylko jako pokarm dla ptaków. Wśród tego co chwilę oko zatrzymywało się na pięknie rzeźbionych drewnianych klatkach przygotowanych specjalnie na wystawy. Dłuższe spotkanie z ptakiem w pobliżu targu to reakcja na jego „Salom Alejkum” rzucone głosem prawie ludzkim…absolutnie nieznany mi gatunek (ale tez niewiele wiem o ptakach), równie pojętny na naukę mówienia jak papugi. Łukasz obiecał sobie, że kiedyś taki wtórował mu będzie w domu.

Przez resztę dnia kręciliśmy się leniwie po miejscowych marketach, kupując drobne pamiątki, oglądając przyprawy, próbując nowe owoce i inne lokalne przekąski, z których banany smażone w cieście do dziś pozostają moim ulubionym azjatyckim deserem. Po ostatniej nocy spędzonej w kulturowej stolicy Jawy, jak zwana jest Yogya, w niedzielny poranek wyjechaliśmy o 7.30 do Surabayi, aby tam przesiąść się na pociąg do Probolingo, a stamtąd dotrzeć do parku narodowego Bromo-Tengger-Semeru.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
Przez opóźnienie pociągu dotarliśmy do Probolingo dopiero po 17-tej i choć nie mieliśmy już dużej nadziei na transport publiczny złapaliśmy bemo, które miało dowieźć nas do dworca autobusowego. Zamiast tego kierowca pozwolił sobie pojechać w innym kierunku i wysadził nas przy biurze turystycznym (znowu jakieś powiązania biznesowe) i tam otrzymaliśmy dosyć korzystną ofertę zorganizowanego transportu nie tylko na Bromo, ale też na wulkan Kawah Ijen, a bezpośrednio stamtąd do portu promów na Bali. W cenę 190.000 Rp wliczony był też nocleg w hotelu niedaleko Kawah Ijen. Dodatkowym kosztem był transport do Cemoro Lawang- wioski przy kraterze, oraz pierwszy nocleg. Dawno po zmroku, bo po 20-tej, wyjechaliśmy minibusem w ponadgodzinną drogę nad krawędź krateru. Serpentyny prowadziły nas coraz wyżej, z każdym kilometrem było coraz zimniej a w świetle księżyca doliny i wulkaniczne zbocza przybierały magicznych kształtów. Kierowca wysadził nas przy wybranym wcześniej hotelu Cafe Lava (jakże słuszna nazwa w tych okolicznościach) , choć pierwszy przystanek mieliśmy przy innym hotelu poniżej Cemoro Lawang gdzie po raz pierwszy i jedyny od przyjazdu do Indonezji spotkaliśmy rodaków- a w zasadzie rodaczki.

W Cafe Lava, mając do wyboru pokój z gorącym prysznicem za 100.000 oraz inny ze wspólną zimną mandi za 35.000, pomimo dużej różnicy w cenie wybraliśmy ten droższy głównie ze względu na ów gorący prysznic który wydawał się nam tego wieczoru niezbędny – przy temperaturze nie przekraczającej 10 stopni zimna mandi oddalona od pokoju o kilkanaście metrów spaceru na mroźnym wietrze napawała nas przerażeniem. Poza tym w cenę wliczone było śniadanie oraz gorące napoje. Obsługa była przemiła, no i przede wszystkim miejsce – tuż nad krawędzią krateru z widokiem na ogromną kalderę, srebrną w nocnym świetle księżyca, wystarczyło by zapomnieć o ponadprzeciętnych kosztach. Uprosiliśmy jeszcze gorącą zupę i położyliśmy się spać aby o 4 rano być zwartym i gotowym do wyjazdu na punkt widokowy na całą kalderę Tengger. Jej średnica dochodzi do 10 km, co daje wyobrażenie o sile wybuchu które ją utworzyło. Dojazd jeepem, najpierw w dół po zboczu wulkanu, potem przez tzw. Morze Piasków, czyli dno kaldery, i znów w górę na punkt widokowy Gunung Penanjakau trwał około godziny. Gdy wysiedliśmy z samochodu na wysokości 2770 m. zastaliśmy mrożącą kości i przeszywającą lodowatym wiatrem pogodę, w której musieliśmy wytrzymać jeszcze około 20 minut do wschodu słońca.

Nawet taka temperatura ani tłumy ludzi nie przygasiły oszałamiającego wrażenia jakie budzą zmieniające się o świcie kolory wewnątrz kaldery i wokół jej trzech wulkanów- Bromo, Kursi i Batok, oraz górującego spoza kaldery Semeru. To księżycowy krajobraz, który budzi zarówno podziw jak i strach – gdy aktywny Semeru wyrzuca nagle popiół, gdy dojrzę choćby najmniejszy punkcik czerwonej lawy na którymś zboczu podświadomie proszę siły wyższe o bezpieczny powrót do domu…

Po wschodzie słońca kierowca zawiózł nas na dno kaldery, tuż pod ścięty z góry stożek Bromo, na który można łatwo wejść po 283 stopniach. Dziesiątki miejscowych oferuje przejażdżkę konną pod schody, dojście na własnych nogach, stąpając po wulkanicznym pyle daje jednak więcej satysfakcji. Z krawędzi Bromo rozciąga się równie księżycowy widok na pustynny krajobraz, ukształtowane przez lawę zbocze i krater dymiący białą smugą oparów siarki. Tego dnia spokojny, miesiąc wcześniej obudził się zabijając 2 turystów…

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
Po powrocie do hotelu zjedliśmy duże śniadanie i około 9-tej wyjechaliśmy wraz z kanadyjską parą do Sempol, małej wioski w centrum największych na Jawie plantacji kawy zajmujących część pięknego płaskowyżu Ijen. Hotel znajdował się 3 km od wioski, przy przetwórni kawy, co umożliwiało podglądnięcie procesu łuskania i suszenia świeżo zebranych ziarenek. Popołudniowy spacer po plantacji przekonał nas o jej ogromnych rozmiarach, i pozwolił na zerwanie kilku ziaren jako nasion do posadzenia w domu…Wieczorem czekała nas kolacja z wszystkimi obcokrajowcami, którymi zapełnił się pusty w południe hotel. Posiłek w formie „szwedzkiego stołu” składał się z tradycyjnych potraw – zupy z makaronem, ryżu, kurczaka, smażonego makaronu. Były tez omlety i owoce. Siedząc przy wspólnych stołach mieliśmy okazję trochę się poznać, jak się później okazało, część z nich towarzyszyła nam aż do Loviny na Bali.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
Kolejna wczesna pobudka, o 5-tej rano, nie nastrajała najlepiej, tymbardziej, że temperatura znowu nie zachęcała do wyjścia z ciepłego śpiwora. Gdy wyjeżdżaliśmy jeepami na punkt wyjściowy na Kawah Ijen zaczynało dopiero świtać, gdy po pół godzinie dotarliśmy na miejsce było już jasno ale równie zimno. Termometry w stróżówce parku wskazywały 5 stopni. Marzyłam o ciepłej kurtce, czapce i rękawiczkach…ale zaraz mogliśmy się rozgrzać marszem. Stąd teoretycznie można dostać się na wulkan w godzinę, idąc po równym ale dość stromym szlaku nam zajęło to prawie półtorej. Na górze zerwał się silny wiatr który jeszcze bardziej ochłodził powietrze, ale widok ze szczytu znowu pozwolił zapomnieć o zimnie. W porannym słońcu ukazał się nam potężny krater z turkusowym jeziorem i żółtymi pokładami siarki, chwilami zamglony oparami z dna. Na dole, jak mrówki, miejscowi górnicy w codziennej harówce wydobywali siarkę, aby z 70-sięciokilogramowym ciężarem na plecach wspinać się kilkakrotnie do krawędzi krateru i schodzić w dół do bazy. Ciężka praca, w trudnych, bardzo niezdrowych warunkach wśród oparów trujących gazów opłacana równowartością 2-3 dolarów za dzień….Łukasz zszedł na dół by przyjrzeć się z bliska pokładom siarki, mój lęk wysokości pokonał chęć zejścia z nim i z góry przyglądałam się prawie martwej okolicy, i górnikom, którzy nie zważając na gapiów zarabiali na skromne życie. W drodze powrotnej wiatr zaczął przywiewać silne opary siarki, mieliśmy więcej szczęścia odchodząc już niż grupka Francuzów zbliżająca się dopiero do szczytu.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
W bazie zjedliśmy skromne śniadanie i po zmianie samochodu – para Kanadyjczyków z którymi jeździliśmy od poprzedniego dnia kierowała się w inną stronę – pojechaliśmy bezpośrednio na przystań promową, skąd już o 11-tej złapaliśmy prom na Bali. Trzydziestominutowy rejs kosztuje jedyne 3.000 Rp, a odbywa się w hałaśliwej atmosferze nawoływań do kupna okularów słonecznych, portfeli, zabawek, płyt, przypraw, pasków i tym podobnych akcesoriów. Przywykliśmy już do tego podróżując wcześniej autobusami, nie zwracaliśmy więc na sprzedawców kręcących się pomiędzy ławkami większej uwagi, odprowadzając wzrokiem oddalające się wybrzeże Jawy, i obserwując zbliżającą się Bali. Prom przypływa do miejscowości Gilimanuk, w północno-zachodniej części wyspy, i tam złapaliśmy autobus jadący do Singaraja, który miał „wyrzucić” nas w Kalibukbuk, jednej z wiosek tworzących nadmorski resort o wspólnej nazwie Lovina. Ledwo zdążyliśmy wypakować się z autobusu gdy podjechało dwóch miejscowych ze zdjęciami i cennikiem miłego hoteliku Ray Beach Inn położonego 2 minuty od plaży, proponując pokój z łazienką i tarasem za 50.000 Rp. Załadowaliśmy plecaki na ich motory i jakimś cudem nie gubiąc niczego po drodze zajechaliśmy na ocieniony dziedziniec pustawego hoteliku. Pokoje były w szeregu bungalowów, estetyczne i duże, zdecydowaliśmy się zostać tu przynajmniej na jedną noc pomimo oddalenia hotelu od centrum. Pierwszy obiad w hotelowej restauracji potwierdził zresztą, że był to dobry wybór.

W przeciwieństwie do hotelu plaża okazała się sporym zawodem. Jeśli ktoś myśli, że całe wybrzeże Bali to białe i szerokie plaże myli się bardzo- tu na północy to wąski pasek ciemnego wulkanicznego piasku, a o tej porze dnia, gdy zaczynał się odpływ, odsłonięte mulaste dno nie wyglądało atrakcyjnie. Skłoniło nas to prawie do decyzji wyjazdu kolejnego dnia, chociaż po wieczornym spotkaniu z Paolą i Joostem zgodziliśmy się przesunąć go jednak o 1 dzień, aby wspólnie wyjechać do Ubud. Ten jednodniowy wypoczynek okazał się jednak, wbrew pozorom, bardzo przyjemny. Hotele naokoło były opustoszałe (chociaż bardzo atrakcyjne) na plaży żywej duszy, mieliśmy cały zakątek prawie wyłącznie dla siebie. Woda rankiem również wyglądała zupełnie odmieniona. Dla ścisłości – przejrzysta więc plażowanie też nie było najgorsze, a poszukiwania muszli wzdłuż brzegu całkiem efektywne…. Po południu wynajęłam rower (nawet nie targowałam się gdy zaproponowano mi cenę 10 tysięcy na resztę dnia) aby rozejrzeć się po okolicy, której nie brak uroku. Trochę pół ryżowych, winnice, ale przede wszystkim balijska architektura, bajeczna, mityczna, czy jakkolwiek ją nazwać – pełna ornamentów, rzeźbień i kolorów; mijając kolejne świątynie, ołtarze ofiarne i bramy miałam wrażenie, że nie przyjechaliśmy na inną wyspę ale do innego kraju. Hinduizm, choć różniący się od tego w Indiach, nadaje Bali smaku różniącego się znacznie od pozostałych indonezyjskich wysp, i pomimo opinii zbyt pro turystycznego miejsca, urzekła mnie już po pierwszym dniu pobytu.

Kolejnego dnia, jeszcze przed świtem, wypłynęliśmy wynajętą łódką rybacką w poszukiwaniu delfinów. O tej porze dnia można je jeszcze zobaczyć w miarę blisko brzegu, gdy woda ociepla się w słońcu cofają się wgłęb morza. Nie było to całkiem coś, czego oczekiwałam - spęd kilkudziesięciu łodzi, w których chyba wszyscy turyści z Loviny i okolic zebrali się w nadziei na niezwykłe widowisko wyskakujących z fal zwierząt, podczas gdy udało się nam dojrzeć kilka delfinów raczących leniwie wynurzyć się co kilkanaście minut. Nie dziwię się. Z taką ilością irytujących motorów dookoła sama wolałabym nie pokazywać się im na oczy. Przynajmniej wschód słońca wart był tak wczesnej pobudki. Poza tym bezpośrednio po tym „pokazie” rybak zawiózł nas nad rafę koralową oferującą podobno najlepszy snorkelling w okolicach Loviny. Rafy bardzo przeciętne, ale ryby wystarczająco ciekawe aby wytrzymać trochę czasu w chłodnej wodzie.

Jeszcze poprzedniego dnia próbowaliśmy dowiedzieć się jak dostać się do Ubud transportem publicznym, nikt nie chciał nam jednak podać ani godzin ani cen odjazdów autobusów, skorzystaliśmy więc z prywatnego transportu zaproponowanego przez właściciela jednych z agencji turystycznych. Zaproponował nam cenę o połowę niższą niż oficjalnie obowiązująca – 25 tysięcy od osoby, tyle można było jeszcze przełknąć zwłaszcza że był to transport bezpośrednio spod hotelu do centrum Ubud. Całą czwórką – wraz z Paolą i Joostem – dotarliśmy na miejsce w ciągu 2 godzin i bez problemu znaleźliśmy świetny nocleg w idealnie usytuowanym hoteliku przy zacisznej ulicy Arjuna – 5 minut od centrum a jednocześnie schowanym od zgiełku w bujnych ogrodach. Pokój z łazienką, gorącym prysznicem i porządnym śniadaniem kosztował tylko 50 tys.

W przeciwieństwie do Loviny Ubud tętniło życiem, dla szukających cichych i odizolowanych miejsc tutejsza ilość turystów byłaby argumentem za natychmiastowym wyjazdem. Sami odzwyczailiśmy się również od tłumów i mijając setki białych na Monkey Forrest Road moje pierwsze myśli kierowały się ku określeniu tego miasta jako centrum komercyjnej turystyki. Było w tym część prawdy, szybko jednak zobaczyliśmy tę drugą stronę…to co wszystkich tu właśnie przyciągało – bo Ubud pomimo napływu turystów nadal dzielnie odgrywa swą rolę kulturowej stolicy Bali. Dzięki architekturze i sztuce, wszechobecnym ceremoniom religijnym, dziesiątkom galerii to miejsce może wciągnąć na wiele dni a nawet tygodni. Wciągnęła nas transowa muzyka orkiestry gamelan, widok dzieci tańczących na próbie przedstawienia Ramajany, kalejdoskop mieszkańców miasta w zwiewnych sarongach, obfitość ofiar dla duchów przodków i bogów, także targ kapiący pamiątkami oraz świeżymi warzywami i owocami.

Co zrozumiałe, z większym ruchem związane są wyższe ceny – tu dotyczyło to restauracji, za obiad zapłaciliśmy prawie dwa razy więcej niż dotychczasowa średnia, wieczorem przeszliśmy spory kawałek szukając czegoś na naszą kieszeń. Trafiliśmy do lekko opustoszałej knajpki której długo nie zapomnę z dwóch względów – po pierwsze czas oczekiwania na zamówione dania przedłużył się do grubo ponad godziny. Nie dziwiłam się w przypadku zamówienia Łukasza i Joosta którzy czekali na stek, nie wiem za to co moje skromne spaghetti tyle czasu robiło w kuchni. Po drugie dość śmieszne nieporozumienie językowe z kelnerem – gdy poprosiłam o keczup przyniósł czarny sos sojowy, którego nazwa brzmi, jak się okazało, kecap (wym. Keczap). Dodam, że dostałam ów sos pół godziny po jego zamówieniu gdy mój talerz był już prawie pusty…

Ceny wywoławcze na targu zmiatały z nóg jeszcze bardziej niż w restauracjach, jednak z dobrą umiejętnością targowania się można uzyskać niezły efekt końcowy. A że wybór był wyjątkowo duży i jakość nienaganna spędziliśmy tam sporo czasu już pierwszego dnia, przebierając wśród masek, naczyń, podstawek, biżuterii, kadzideł, sarongów i setek innych rzeczy, z których każda była kusząca. Przed kupieniem ich wszystkich powstrzymywały nas dwie sprawy – ograniczone fundusze i konieczność wożenia ich ze sobą w dalszej drodze na wschód.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
W piątek rano wynajęliśmy w czwórkę samochód aby zwiedzić okolice Ubud. Ten kolejny przejaw burżujstwa kosztował nas po 60 tysięcy, ale usprawiedliwiliśmy ten wydatek faktem iż mieliśmy go do dyspozycji cały dzień włącznie z kierowcą, oraz że podróżowanie bemami – balijskimi minibusami – związane było ze zbyt dużą ilością czasochłonnych przesiadek. Rozpoczęliśmy od Goa Gajah, czyli wykutej w skale starej świątyni, potem zajechaliśmy do wytwórni tradycyjnych materiałów ikat i batik, aby podglądnąć jak wygląda ich tkanie. Następnie wizyta w Bangli, gdzie znajduje się druga co do ważności świątynia na Bali, dawny pałac królewski Klungkung ze świetnie zachowanymi freskami przedstawiającymi sceny z Ramajany i niewielkim muzeum. Lecz najważniejszym punktem była Pura Besakih. Tzw. Świątynia-Matka, stojąca w cieniu najwyższego wulkanu na wyspie – Gunung Agung- jest miejscem najważniejszych ceremonii religijnych, miejscem w którym codziennie można zobaczyć setki wyznawców balijskiego hinduizmu, składających ofiary, modlących się, uczestniczących w ceremoniach pogrzebowych. Warto wziąć przewodnika – nasz, zaledwie 18-letni chłopak, okazał się kopalnią wiedzy nie tylko na temat historii świątyni i wierzeń, ale przede wszystkim tego jak wygląda życie codzienne – w jego wiosce, na wyspie, jak duży wpływ na nie nadal ma religia i tradycje. Obserwując jedną z ceremonii pogrzebowych wytłumaczył na przykład skąd konieczność powtarzających się 12 dni, pół roku i około roku po pogrzebie ceremonii – to od wstawiennictwa krewnych zależy czy zmarły pójdzie do nieba.

Wróciliśmy do Ubud około osiemnastej i po wspólnej kolacji pożegnaliśmy się na jakiś czas z Paolą i Joostem, którzy następnego dnia chcieli już wyjechać z miasta. My planowaliśmy pozostać jeszcze 2 dni, wobec czego umówiliśmy się na spotkanie na następnej wyspie- Lombok.

Sobota przyniosła kolejny nieplanowany wydatek – bilet lotniczy na drogę powrotną z Bali do Jakarty. Obliczyliśmy, że drogą lądową podróż tam zabrałaby nam około 2 dni, a czas jak wiadomo cenniejszy jest niż pieniądze…zwłaszcza czas spędzony na egzotycznych wyspach. Tak to sobie przynajmniej tłumaczyłam aby zagłuszyć wyrzuty iż za dużo wydaję Dopóki miałam za co wrócić do domu nie było źle, poza tym wygoda latania wciąga….to z pewnością można było też powiedzieć o Łukaszu, który zadzierał głowę do góry ku każdemu prawie samolotowi na niebie.

Kolejna wizyta na targu pociągnęła za sobą oczywiście kolejne wydatki…drobniejsze tym razem. Za to resztę dnia spędziliśmy przykładnie poznając inne zakamarki Ubud – po południu Małpi Gaj z jego małpimi mieszkańcami, wieczorem wzbogacaliśmy się o „wrażenia kulturalne” na pokazie tradycyjnego tańca Kecak. Zwany również Tańcem Ognia, odbywa się po zachodzie słońca na terenie świątyni. Setka skąpo ubranych mężczyzn skupia się wokół ogniska rozpoczynając rodzaj tańca przy wyłącznym akompaniamencie własnego śpiewu, tudzież innych hipnotycznych dźwięków. Ogień rzuca tajemnicze cienie na ich postacie, gdy wyginają się i kładą na ziemi, magicznie oświetla centralne postacie odgrywające sceny z Ramajany, gdzieś z pokładów pamięci przypominają się podobne dźwięki towarzyszące prymitywnym rytuałom…wszystko kończy się tytułowym tańcem ognia, transowym tańcem po rozżarzonych resztkach spalonych kokosów…

Tamtej nocy nasi nowi sąsiedzi w hotelu zaaranżowali nam innego rodzaju przedstawienie – scenę godną najbardziej ekscytującego serialu wenezuelskiego. Kłótnia kochanków naszpikowana przekleństwami, epitetami, i odgłosami zwalanych z półek przedmiotów z pewnością obudziła wszystkich gości. Po tych zakłóceniach trudniej było wstać w niedzielę, choć jeszcze trudniej przez deszczową pogodę, która pokrzyżowała nam plany wyjazdu na pola ryżowe i do świątyni Gunung Kawi. Przy śniadaniu wpadliśmy na pomysł by przebukować poniedziałkowy transport na Lombok i wyjechać za dwie godziny…zdążyliśmy się spakować i po godzinnej jeździe samochodem dotarliśmy do portu w Padangbai.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
Tu pogoda była piękna, lecz na powrót za późno. Zresztą słońce na wybrzeżu nie oznaczało, że w głębi lądu – Ubud – jest tak samo. Prom na Lombok miał odpływać za kilkanaście minut, zdążyliśmy tylko zjeść co nieco i wpakowaliśmy się na najwyższy pokład. Rozłożyliśmy się na drewnianych ławeczkach i wkrótce wypłynęliśmy w pięciogodzinny rejs na wschód. Między Bali a Lombok istnieje niewidzialna granica - niektórzy geografowie tu umiejscawiają symboliczną granicę między Azją a Australią i Oceanią. Klimatycznie te dwie wyspy różnią się znacząco, Bali to jeszcze zielona tropikalna roślinność, podczas gdy na Lombok dominują suche, górzyste przestrzenie – zwłaszcza w jej wschodniej części. Gdy po pięciu godzinach dopływaliśmy jednak do jej zachodnich wybrzeży witał nas widok egzotycznych palm i ciągnących się kilometrami plaży. Nie wiem czemu, ale wychodząc już po zmroku na ląd w porcie Lembar, dopiero tutaj poczułam jak daleko jestem od domu…

Na miejscu czekał już na nas minibus i po godzinie dotarliśmy do Sengiggi (wykupiliśmy transport w całości między Ubud a tym małym miasteczkiem) i skierowaliśmy się od razu do hotelu Ellen, gdzie zatrzymali się Paola i Joost. Zarekomendowali nam go jako całkiem przyzwoity, więc wynajęliśmy tam pokój z łazienką i śniadaniem za 40 tysięcy. Tam też Holendrzy zapoznali nas z parą hiszpańskich muzyków, Evą i Carlosem, których spotkali na promie poprzedniego dnia, i którzy wybierali się również na jedną z wysepek Gili. Oboje specjalizują się w tzw. muzyce etnicznej stąd podróże po takich zakątkach – do Indonezji trafili z serią koncertów.

Krótki spacer po Sengiggi i kolacja w z trudem wyszukanej niedrogiej restauracji przekonała nas, że zamiast do zacofanego, prymitywnego miasteczka którego oczekiwaliśmy, trafiliśmy do dobrze rozwijającego się kurortu, z hotelami w których cena pokoju dochodziła do kilkuset tysięcy Rp. Nasz był najwidoczniej wyjątkiem. Bez większego żalu więc opuściliśmy Sengiggi już następnego dnia. Umówieni w szóstkę- wraz z Holendrami i Hiszpanami (Carlos jak się okazało jest w zasadzie Argentyńczykiem…) wynajęliśmy bemo za 40 tysięcy by dotrzeć do Bangsal, głównej przystani z transportem na wysepki Gili.

Zaledwie kilka kilometrów po wyjeździe z Sengiggi zaczęły się widoki, które natychmiast zmieniły moją decyzję co do ominięcia tego miasteczka w drodze powrotnej. Droga pięła się wzdłuż wybrzeża w górę (i to stromo – kierowca kazał nam wysiadać pod niektórymi podjazdami) i w dół osłaniając klify, słoneczne zatoki z białymi plażami, całe gaje palm – egzotyczny raj prosto z pocztówki. Nie znając holenderskiego ani hiszpańskiego można było mimo wszystko wywnioskować (chociażby z intonacji) że dla Paoli i Joosta, jak i Evy i Carlosa był to widok równie hipnotyzujący.

Już po pierwszych krokach w Bangsal przyczepiły się do nas nowe cienie – grupa miejscowych cwaniaczków nazwana w przewodniku „mafią z Bansal”. Nikt z nich nie wydawał się jednak groźniejszy niż setki naciągaczy z którymi walczyliśmy już wcześniej w wielu miejscach. Uprzejmie odmówiliśmy transportu wozami konnymi upierając się, że przejdziemy te kilkaset metrów do przystani na piechotę. Nikt nie podniósł głosu ani nie spojrzał krzywo…upał był tak niesamowity, iż faktycznie podwiezienie nie byłoby takim głupim pomysłem. Kompletnie spoceni stanęliśmy przed okienkiem biletowym aby dowiedzieć się, że łódź publiczna z miejscami za 2,5 tysiąca dopiero co odpłynęła, i pozostał nam wybór między czekaniem na następną która mogła odpłynąć równie dobrze za pół godziny co za trzy (gdy zbierze się dostateczna ilość osób), lub też wynająć całą za 98 tysięcy Rp i popłynąć natychmiast. Debatując nad planem – z przerwami na „nie, dziękuję” kręcącym się wokół nas sprzedawcom naszyjników i cudownych maści przeciwko komarom – doszliśmy do wniosku, że podzieliwszy koszt na 6 osób te 16,5 tysiąca to wprawdzie nie 2,5 ale z głodu nie umrzemy, a wiedząc już co w indonezyjskim pojęciu tzw. gumowego czasu może oznaczać pół godziny zgodnie stwierdziliśmy że piszemy się na wynajęcie.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
I tak to już po 30 minutach moczyliśmy stopy na Gili Meno…z trzech sąsiadujących ze sobą wysepek ta wydawała się nam najmniej komercyjna i najbliższa ideałom tropikalnego raju. Z łodzi wskoczyliśmy bezpośrednio do wody (jeśli ktoś oczekuje przystani lub chociaż drewnianego pomostu to się przeliczy) i wziąwszy bagaże na plecy zanieśliśmy je na suchy ląd…prawie idealnie biały piasek z wyrzuconymi przez fale szczątkami korali. Do wizerunku raju brakowało tylko palm ocieniających plażę…miało to jednak praktyczny plus- żadne kokosy nie będą spadać na głowę podczas wylegiwania się całymi godzinami…Pod innymi względami Meno była tym czego oczekiwaliśmy…odizolowany od świata skrawek lądu o długości 1 i szerokości pół kilometra, żadnych samochodów ani motorów, biała plaża i turkusowa woda, słoneczna pogoda…Znaleźliśmy śmiesznie tani bungalow za 35 tysięcy Rp 30 metrów od plaży. Z podstawowym wyposażeniem, bambusowymi ścianami i dachem krytym strzechą, ale gwarantujące wszystko czego tak naprawdę trzeba…duże łóżko z moskitierą, łazienka. Ba – ale jaka łazienka- zbudowana ze skamieniałych korali Paola i Joost zamieszkali w domku tuż obok, Carlos i Eva wybrali trochę droższy bungalow z dala od….no cóż, centrum, jeśli tak można nazwać nasze skupisko domków, dwóch sklepików i kilku restauracyjek.

Te ostatnie były naprawdę niezłe i niedrogie. Spory wybór owoców morza, tradycyjnych dań indonezyjskich ale też wiele potraw europejskich. Na śniadanie pyszne naleśniki z bananami lub ananasami i szejkiem owocowym….i z jakim widokiem….zjedliśmy lunch czując pod stopami miękki piasek – stolik stał prawie na plaży, a kilka metrów od nas szumiały fale...co było trochę irytujące bo przez widok garstki plażowiczów niedaleko jeszcze bardziej zżerała nas niecierpliwość by wskoczyć do wody. A woda była boska…świetnie chłodziła po leżeniu na podrównikowym słońcu; zeszliśmy z plaży dopiero o zachodzie słońca, wypróbowawszy tez oczywiście maski do snorkellingu. Choć duża część rafy była martwa – El Nino spowodował kilka lat temu podniesienie się temperatury wody do 34 stopni, podczas gdy korale giną już przy 32 – na starych szkieletach widać już gdzieniegdzie nowe, w pełnej gamie kolorów. A jeśli to nie wystarczyłoby by zadowolić wybrednych, to może pomogą w tym egzotyczne ryby dobrze widoczne w przejrzystej wodzie, te małe i niegroźne, jak i drapieżne barakudy.

Kolację zjedliśmy w restauracji właścicieli naszych bungalowów. Wieczorami menu rozszerza się o grilowane świeżo złowione ryby, kraby i ośmiorniczki. Łukasz i Holendrzy zdecydowali się na nieszkodliwą już barakudę, ja dałam się przekonać do niej dopiero kolejnego dnia po zapewnieniach iż nie znajdę w niej ości. Wkrótce dołączyli do nas znajomi Hiszpanie, i pierwszy dzień na Meno dobiegł końca…

Cztery dni na wyspie minęły błyskawicznie, pomimo tego iż zajęcia nie były szczególnie urozmaicone…plaża, pływanie, spacery…Meno jest tak małe, że teoretycznie można ją obejść w ciągu półtorej godziny, przynajmniej idąc jedynym bitym traktem otaczającym wyspę. Wzdłuż plaży spacer wydłuża się, co chwilę przecież trzeba schylić się po kolejną muszlę i wejść do wody dla ochłody … Wgłębi wyspy jest niewielka wioska z kilkoma domostwami, małe słone jezioro, tam też znajduje się najwięcej palm – moich ulubionych roślin. Muszą gdzieś tez rosnąć ananasy – dzieci z wioski sprzedają je na plaży nielicznym turystom, takie świeżo obrane nie mają w sobie równych wśród wielu owoców.

Dla urozmaicenia Paola i Joost zdecydowali się na wykupienie jednej wycieczki z nurkowaniem, dla nas pocieszeniem był wypad łodzią innego dnia w poszukiwaniu żółwi wodnych…może mniejszym dla mnie, bo jako jedyna z całej czwórki żadnego nie zobaczyłam „Buddy”, obrotny kelner z naszej restauracji zabrał nas w miejsce gdzie są najczęściej widywane ale gwarancji nie ma. Łukasz może już powiedzieć że pływał z żółwiem, myślę, że ja będę jeszcze kiedyś miała okazję.

Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
Ostatniego wieczoru skorzystaliśmy z zaproszenia Carlosa i Evy na spotkanie w ich domku. Amber House, oddalony był od wspomnianego wcześniej „centrum” o 15 minut drogi, w zupełnym odosobnieniu. Niewielu gości mieszkało tam oprócz Hiszpanów, ale również zostali zaproszeni i w tym gronie 8 osób wysłuchaliśmy koncertu na gitarę klasyczna, flet i dwa głosy…Carlos nie tylko gra, również wytwarza własne instrumenty – flet to bardziej skomplikowana sprawa, ale mały perkusyjny instrument zrobił z wysuszonych strąków miejscowej rośliny. Potem ktoś dołączył rytm z bębnów, dziewczyny z hotelu które nieśmiało podchodziły by podsłuchać poproszone o pomoc zaczęły nucić tradycyjną pieśń…do późna ta muzyka rozpływała się w szumie morza.

Kolejnego ranka opuściliśmy Meno, ze sporym żalem, nie ukrywam…choć wszyscy wykupiliśmy bilety powrotne na Bali w Bangsal rozstaliśmy się z Paolą i Joostem którzy wylatywali wkrótce do Kuala Lumpur, a w Sengiggi z Hiszpanami jadącymi bezpośrednio do Ubud - my postanowiliśmy zostać w miasteczku jeden dzień. Bilet otwarty umożliwiał nam stopovery na trasie podróży, a chcieliśmy spędzić chwilę na północno-zachodnim wybrzeżu Lombok, które mnie tak urzekło w drodze na Meno.

W Sengiggi wróciliśmy do hotelu Ellen, zostawiliśmy bagaże i wynajęliśmy rowery na całe popołudnie za 12 tysięcy Rp. Bardziej wygodni mogą skorzystać z wypożyczalni motorów, pedałowanie po stromych zboczach jest rzeczywiście męczące – za to wynagrodzone dzikimi zjazdami w dół i przede wszystkim niezapomnianymi widokami. I tu z westchnieniem żałuję, że nie udało się nam zobaczyć pozostałej części Lombok i tych dalej na wschód położonych wysp Sundajskich…nie tym razem.

Wieczorem wróciliśmy do kulinarnych początków podróży czyli indonezyjskiego jedzenia na ulicznych stoiskach. Po przerwie Mie Goreng smakował znowu znakomicie, nie mówiąc już że cena 5 tysięcy za porcję bardzo ratowała nasze coraz chudsze portfele. Do tego herbatka owocowa z lodem…zrobiło się rzewnie, a może to wpływ tego iż nasz pobyt dobiegał prawie ku końcowi.

W sobotę czekała nas niemiła niespodzianka ze strony firmy przewozowej, czy też ze strony jednego z jej kierowców, który zapomniał odebrać nas o 10.15 w umówionym miejscu. Po prawie godzinie bezskutecznego czekania (a nuż mają jakieś opóźnienie…) Łukasz poszedł do biura turystycznego gdzie udało mu się załatwić transport taksówką do portu w Lembar, za która zapłacić miała owa niesłowna firma Lombok Wisata.

Indonezja -Pola ryżowe, Tirttagangga Indonezja -Pola ryżowe, Tirttagangga fot. Aleksandra Borzecka
Prom w południe którym mieliśmy wypłynąć ruszył 15 minut przed naszym przybyciem, następny miał być o 13.30, zasadą gumowego czasu odpłynął jednak po 15.30 co przy ponad czterogodzinnym rejsie się pozostawiało nas bez transportu z balijskiego Padangbai, a planowaliśmy dojechać tego samego dnia do małej wioski Tirtagangga, położonej na zboczach Gunung Agung. Przypadek sprawił więc, że naszym punktem wypadowym stało się w zamian owe portowe miasteczko Padangbai, gdzie załatwiliśmy sobie dwudniowy stopover w dalszej drodze do Ubud.

W sobotę zdążyliśmy odwiedzić zaledwie restaurację Papy Johna (polecam szczerze!) za to w niedzielę dojechaliśmy bemem (12.500 Rp)–z przesiadką w Almapurze – do wspomnianej wcześnej Tirtaganggi, której okolice słyną z pięknych tarasów ryżowych. Skserowana mapka tras spacerowych kosztowała aż 5 tysięcy! poprosiliśmy więc o przerysowanie kilku punktów orientacyjnych i ruszyliśmy w z grubsza znanym kierunku. Spędziliśmy kilka dobrych godzin chodząc przez pola, mijając małe wioski, pojedyncze prymitywne chatki, raz łapiąc stopa na przyczepie pickupa gdy słońce zaczęło nam już doskwierać. Warto zatrzymać się tu dłużej, ma się szansę na kontakt z prawdziwym obliczem wiejskiego życia na Bali, poza tym świeża zieleń ryżu ma w sobie coś kojącego, a tutejsze tarasy, choć nie najbardziej imponujące na świecie – po te trzeba wybrać się chyba na Filipiny - tworzą niezapomniany krajobraz.

W drodze powrotnej złapaliśmy stopa do Amlampury, Indonezja Indonezja fot. Aleksandra Borzecka
stamtąd bemo do Padangbai (7.500 Rp) i po późnym obiedzie ogarnęła nas chęć na „nicnierobienie”…Łukasz spał, ja czytałam. Chyba coraz bardziej odczuwaliśmy zmęczenie bo nie wstaliśmy nawet na kolację. W poniedziałek mieliśmy umówiony transport do Ubud, lecz dopiero o 17-tej, mieliśmy więc jeszcze ponad pół dnia na plażowanie. Pięć minut drogi od hotelu, za niewielkim wzgórzem znajduje się tzw. Blue Lagoon, bardzo mała zatoczka, nie do końca spokojna jeśli chodzi o fale, ale umożliwiająca snorkelling. Rafy są tu o wiele bardziej zróżnicowane i kolorowe niż na Gili Meno, ryby równie egzotyczne. Nie mogłam jednak złapać równego oddechu – pozostałość po dość niebezpiecznej przygodzie z prądem wodnym na Meno, która całe szczęście kończyła się tylko zgubieniem sandałów…za parę lat, gdzieś na dnie, wyrosną na nich może jakieś piękne koralowce. W każdym razie tutaj Łukasz wypstrykał większość zdjęć podwodnych.

Wymeldowaliśmy się wcześniej z hotelu aby nie płacić za kolejną dobę, ale właściciele pozwolili nam zostawić bagaże na przechowanie, i wziąć prysznic po plażowaniu, więc pozbywszy się resztek piasku odjechaliśmy o 17-tej (planowo!) w kierunku Ubud. W mieście słychać i widać było już przygotowania do Święta Niepodległości przypadającego nazajutrz – 17-tego sierpnia. Jako pierwszy minęliśmy pochód uczniów, nawet ci najmniejsi nieśli pochodnie rozświetlające mrok, a orkiestra gamelan wygrywała rytm marszu. Wieczorem dochodziły odgłosy koncertu przedświątecznego, za póżno jednak dowiedzieliśmy się o nim aby dojść na miejsce.

Nie było już wolnych miejsc w hoteliku, w którym spędziliśmy wcześniej kilka dni w Ubud, właściciel polecił nam za to hotel znajomego- na tej samej ulicy, w równie spokojnym, zielonym zakątku. O podobnym standardzie i podobnej cenie, różnił się głównie firmowym śniadaniem, którego przebojem były zielone naleśniki bananowe. Obudzona wcześnie rano przez 10 kogucich tenorów odżyłam po kawie i dużej porcji owoców serwowanych do śniadania…oprócz standardowego banana, papai i ananasa znalazł się też świeży kokos i pomarańcze. Z taką dawką witamin można było chodzić do wieczora.

Przedpołudnie Dnia Niepodległości było spokojne jak wszystkie w Ubud, zawiódł nas trochę brak imprez świątecznych, liczyliśmy jednak jeszcze na jakąś akcję po zachodzie słońca. Około 18-tej doszliśmy na boisko piłkarskie, gdzie, jak się okazało, niedużo wcześniej odbył się okolicznościowy mecz piłki nożnej i wspinanie na pale po flagę – konkurencja wywodząca się z wyścigu po kokosy na palmach. Ominęło nas to na żywo przez brak jakichkolwiek wiadomości na temat programu, kilka dni później pocieszyć mogłam się jedynie artykułem i zdjęciami z tych wydarzeń w „The Bangkok Times”. W bliżej nieokreślonym czasie wieczorem rozpocząć się miała niepodległościowa impreza na scenie przy boisku, zostaliśmy więc aby zająć dobre miejsce i nie przegapić kolejnych pokazów. Półtoragodzinne czekanie wśród nieśpiesznych przygotowań zleciało leniwie, spotkaliśmy za to Australijkę, która będąc stałym bywalcem w Ubud mogła nam co nieco powiedzieć o planowanych występach. Kilkadziesiąt metrów od nas zebrała się grupa młodych chłopaków…kilka bębnów i koncert gotowy. Grali bez przerwy do 20-tej gdy scena ożywiła się i ściągnęła w końcu naszą uwagę. Konferansjerka i jej na wpół przytomny tłumacz prezentowali kolejność występów, podczas gdy my odbieraliśmy prezent od jednego ze sponsorów, czyli kolację na wynos. Załapaliśmy się dzięki siedzeniom w jednym z pierwszych rządów, nie dla wszystkich starczyło…ale odłożyliśmy jedzenie na później aby posłuchać pierwszej części koncertu – dwóch tradycyjnych utworów w wykonaniu unikalnej, bo międzynarodowej, kobiecej orkiestry gamelan. Po nich czekała nas jeszcze bambusowa muzyka w wykonaniu dwóch miejscowych zespołów, oraz kabaret, w którego skład, co nas zaskoczyło, wchodziły 4 Europejki (może Amerykanki lub Australijki? W każdym razie białe kobiety). Zaczęły od parodii indonezyjskiej wersji Idola, nie pozostawiły suchej nitki na turystach, nie oszczędziły nawet kandydatów w wyborach prezydenckich, których ostatnia tura miała odbyć się za miesiąc. Kabaret wywoływał co chwilę burzę śmiechu, jedyny problem tkwił w tym, że nie rozumieliśmy prawie nic po indonezyjsku…Ten śmiech naokoło był jednak zaraźliwy, więc mimo wszystko nie mogłam się czasami sama od niego powstrzymać.

Po powrocie do hotelu wzięliśmy się za skonsumowanie kolacji...ryż ze smażonym kurczakiem kurczakiem orzeszkami i jajkiem…wyglądało smakowicie, lecz okazał się tak piekielnie ostry, że pomarańczą koiłam bolące usta przez następne 15 minut. Tego właśnie nie lubię w kuchni indonezyjskiej…

W środę odebraliśmy bilety lotnicze czekające na nas od kilku już dni. Mieliśmy małe wątpliwości czy można liczyć na słowność pracownika biura, zostawiliśmy pieniądze i załatwianie w rękach osoby, której mogliśmy już więcej nigdy nie spotkać…ale wszystko było jak należy. Jeden z pracowników biura zaproponował również dowóz swoim samochodem do Kuty, oczywiście nie za darmo, ale za rozsądną cenę, przy czym zawiózł nas po drodze do siedzimy Lion Air gdzie chcieliśmy potwierdzić bilety, i bezpośrednio do hotelu położonego najbliżej lotniska. Mieliśmy spędzić tam ostatnią noc przed wylotem do Jakarty, i na piechotkę wcześnie rano dojść do hali odlotów. W rzeczywistości bez bagażu droga tam (którą wypróbowaliśmy po południu) zajęła nam dobre 15 minut, na szczęście hotel oferował darmowy dowóz na lotnisko. Pierwszy – o 5 rano, idealnie na nasz lot o 6-stej.

Te popołudnie dłużyło się bardzo. Nie mieliśmy ochoty na zatłoczone plaże Kuty ani jej lokale zdominowane przez zachodnich turystów. W okolicach hotelu znaleźliśmy wieczorny targ gdzie zjedliśmy niezły smażony ryż i makaron, i na tym skończyły się atrakcje. Próbowałam jeszcze przejść się po okolicznych uliczkach w dzielnicy chyba mniej zamożnej niż reszta Kuty, zbyt wiele par oczu odprowadzało mnie jednak ze zdziwieniem aby czuć się tam swobodnie, i szybciej niż zwykle wróciłam do hotelu aby potowarzyszyć Łukaszowi w nicnierobieniu.

Lion Air, to druga linia indonezyjska, którą lecieliśmy, przywitała nas w samolocie skromnym posiłkiem w postaci dwóch ciasteczek i wody, szczerze mówiąc liczyliśmy na bardziej treściwe śniadanie…te dostaliśmy za to w hotelu w Jakarcie, przełożone z kolejnego ranka, kiedy już nie zdążylibyśmy zjeść. Wróciliśmy na Jalan Jaksa wiedząc, że hotele tam, choć „niesympatycznie wyglądające”, są najtańsze, a przy końcu podróży oszczędzaliśmy już na najbardziej podstawowych rzeczach.

To był dzień trochę bezsensownego czekania na wyjazd do domu, nie mieliśmy już ani odrobiny chęci na zwiedzanie, ale w dusznym pokoju trudno było wysiedzieć. Chcąc czy nie chcąc poznałam jeszcze okolicę, chodząc godzinami po ulicach, sklepach, szukając najmniejszego skrawka zieleni, której jednak w Jakarcie ewidentnie brakuje. Za ostatnie pieniądze zrobiłam jeszcze małe zakupy, z których najbardziej pocieszającymi były płyty z instrumentalną muzyką indonezyjska, która tak bardzo wpadła nam w ucho na Bali.

Po ciężkiej nocy z komarami pożegnaliśmy się z Jakartą dokładnie o 9.10, kiedy kolejny samolot Lion Air z nami na pokładzie wystartował na Batam. Pozostały jeszcze dwa promy, na sąsiednią wyspę Bintan (20 tysięcy Rp), i Singapuru….i nocny lot do Helsinek i Warszawy. Kolejna podróż za rok….

słowa kluczowe: termin: 11 lipca - 19 sierpnia 2004
trasa: Singapur, Bintan, Sumatra, Jawa (Jakarta, Bandung, Pangandaran, Yogyakarta, Prambanan, Bromo, Kawah Ijen), Bali, Lombok, Gili Meno

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 0 / 5 (0)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 0 / 5 (0)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 16791 od 27.07.2005

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy