lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Naypyidaw  
Złota SkałaKyaiktiyo, Myanmarfoto: Krzysztof Stępieńźródło: transazja.pl
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

Indonesia quake: Number of homeless soars to 43,000

Japanese space junk remover blasts off

Park Geun-hye: South Korea lawmakers vote to impeach leader

China: Xi calls for stricter ideological control of universities

Hong Kong leader CY Leung not to seek re-election

AgustaWestland: India ex-air force boss arrested for bribery

Mallya 'assets' published in hack

Australia's richest woman Gina Rinehart to buy Kidman estate

Solomon Islands tsunami warning lifted after powerful 7.8 quake

Sydney doctor murdered wife with insulin shot

Syria conflict: US to send troops to help seize Raqqa from IS

Syria war: IS edge closer to Palmyra again

UAE investigators probe Ohio student killed by police

Boris Johnson: 'Profound concern' for people of Yemen

Turkey drops case against Israeli officers in Gaza flotilla killings

Egypt violence: Six police officers killed by militants in Cairo

Inside Yemen: Saudi air strikes and Britain's role

Aleppo: Families flee city through hole in the wall

Inside Saudi Arabia: On front line of war with Yemen

Hospitals struggling to cope with Mosul casualties

Miasta Azji

 Rangun

warto zobaczyć: 1
transport z Rangun: 0
dobre rady: 0

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pagan

warto zobaczyć: 1
transport z Pagan: 1
dobre rady: 0

wybierz
[opinieCount] => 0

 Wientian

warto zobaczyć: 2
transport z Wientian: 0
dobre rady: 0

wybierz
[opinieCount] => 0

 Bangkok

warto zobaczyć: 3
transport z Bangkok: 1
dobre rady: 0

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,987,441,65
IndieINR68,1172,5116,13
IzraelILS3,834,070,91
MalezjaMYR4,454,741,05
RosjaRUB63,7467,8615,09
Sri LankaLKR152,24162,0736,05
SyriaSYP214,85228,7250,88
TajlandiaTHB35,7138,018,46
TurcjaTRY3,543,760,84
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Tajlandia
     kursy walut
     THB
     PLN
     USD
     EUR
  •  Tajlandia
     wiza i ambasada
    Tajlandia
    ambasada w Polscetak
    wymagana wizanie
    Do 30 dni pobytu bez konieczności ubiegania się o wizę
    Najmniejsza
    prowizja w Polsce!
    87 PLN normalnie - 7 dni roboczych
    147 PLN ekspresowo - 2-3 dni robocze sprawdź szczegóły

Znowu w Azji - Tajlandia, Birma, Laos

środa, 22 cze 2005

Minęło już kilka lat od mojego ostatniego wyjazdu na kontynent azjatycki. I miałem chęć tam wrócić. Tym razem wybór padł na Birmę - nasłuchałem się i naczytałem tylu fajnych opowieści o tym kraju i jego ludziach, że bardzo chciałem tam wrócić. Dogadałem się z Jankiem, że znowu pojedziemy razem, a będzie nam towarzyszyć jeszcze Adam. Ponieważ z Europy nie ma prawie połączeń bezpośrednich do Rangunu kupiliśmy bilety lotnicze do Bangkoku, gdzie chcieliśmy załatwić wizy do Birmy. Obecnie można to zrobić przez Internet, ale w 2003 roku jeszcze nie było takich możliwości. Namówiłem moich współtowarzyszy na krótki wypad do Laosu po powrocie z Birmy - wizy załatwiliśmy w Warszawie (20 $). Troszkę kłopotu było z wizami tajskimi - nie dość, że są dość drogie (musieliśmy mieć wizy trzykrotne - za każdą "krotność" płaci się, jak za pełną wizę), to jeszcze potrzebne są oryginalne podpisy na aplikacjach wizowych. Ale szczęśliwie udało się wszystko załatwić i spotkaliśmy się na Okęciu w pewien październikowy poranek.

Tajlandia

Tajlandia Tajlandia fot. Jacek Żoch
04.10.2003 wyruszyłem wraz z dwójką kolegów do Bangkoku. Najpierw polecieliśmy małym samolocikiem do Wiednia (Tyrolean Airlines). Lotnisku w stolicy Austrii jest malutkie, odlecieliśmy stamtąd z opóźnieniem samolotem linii Lauda Air do celu naszej podróży . Podróż była długa i dość męcząca, monitorek przy moim siedzeniu się zepsuł. Nad ranem czasu miejscowego byliśmy na miejscu. Po odstaniu w długiej kolejce do odprawy - wreszcie byliśmy w Tajlandii. W skądinąd czystej toalecie na lotnisku dumnie paradował karaluch. Wymieniliśmy pieniądze (1 $ = 38,32 B). Za 100 B pojechaliśmy turystycznym autobusem. Wysiedliśmy gdzieś na KhaoSan Road i rozpoczęliśmy poszukiwania hotelu. Dość szybko zdecydowaliśmy się na Ninth Charoen Hotel -120 B za osobę w trzyosobowym pokoju wydało się nam ceną dość znośną. Musieliśmy odespać podróż. Źle znosiłem zmianę klimatu - wilgotne, lepkie powietrze, gorąco, spuchnięte ręce.

Dopiero po południu wyszliśmy na ulicę. Tajskie jedzenie za kilkadziesiąt bathów zaspokoiło nasz głód. Postanawiamy pojechać do chińskiej dzielnicy. Niestety to niedziela i najwygodniejsze na tej trasie promy kursują dość rzadko. chcemy złapać tuk-tuka (taka miejscowa odmiana rikszy motorowej),ale za 30 B, chce nas najpierw obwieźć po sklepach. Po bezowocnych poszukiwaniach innego taniego tuk-tuka wsiadamy do miejskiego autobusu nr 1 przy pałacu królewskim i za 3,5 B dojeżdżamy na miejsce. Odwiedzamy pagodę ze złotym Buddą (10 B), trochę włóczymy się po okolicy. Wieczorkiem idziemy na Patpong. Dwie główne atrakcje tej okolicy to targ, gdzie można kupić różne pamiątki i podróbki markowych ciuchów, czy zegarków oraz różnego rodzaju lokale "erotyczne". Bary go-go, pokazy "Patpong show" (strzelanie z banana, gaszenie świeczek itp.). Wszędzie młode dziewczyny zaraz otaczają mężczyznę i namawiają go na kolejne piwo (60 B). Wracamy tuk-tukiem za 65 B. Na ulicy Khaosan duży ruch - transwestyci (których tu jest mnóstwo) pokazują swoje wdzięki, namawiając do skorzystania z ich usług. 

Następny dzień zaczynamy od śniadania (80 B). Tajlandia Tajlandia fot. Jacek Żoch
Jedziemy za 150 B tuk-tukiem do ambasady Birmy. Docieramy na miejsce około 11 i niestety jest to już dość późno. Kolejka jest spora, a urzędnicy obsługują petentów powoli. Musimy wypełnić formularze, przykleić znaczki (brakuje oczywiście kleju). Niestety do przerwy o godzinie 12 nie udaje się nam dojść do okienka. Zapisują nas na listę i zamykają ambasadę. Chodzimy po okolicy (oglądamy m in. pobliską hinduską świątynię, kupujemy pocztówki za 7B/sztuka i znaczki 15B + 5B prowizji sklepu). Niedaleko ambasady znajduje się biuro podróży sprzedające bilety do Rangunu - 6200 B Mayanmar Airways, 7800 B Thai Airways. Po południu wpuszczają nas do ambasady. Choć jeden z kolejkowiczów ma stertę paszportów obsługa idzie sprawniej i oddajemy nasze paszporty do wizowania. Niestety po południu nie możemy już skorzystać z najszybszej ścieżki i na wizy poczekamy 2 dni (810 B). Po wyjściu z ambasady postanawiamy się przejść trochę po mieście.

Zwiedzamy park miejski, znajdujący się tuż za pomnikiem króla. Mam okazję podziwiać zbiorowy aerobik, który wydaj się być tutaj bardzo popularny. Zarówno w mniejszych grupkach, jak i bardzo zorganizowany, z prowadzącą stojącą na drewnianym podeście. W tym drugim przypadku wszystko zaczyna się od odśpiewania hymnu państwowego w postawie "na baczność" Wieczór postanawiamy spędzić w innej dzielnicy rozrywki - Sukumvit . Dojeżdżamy tam "sky-train" - supernowoczesnym pociągiem na poduszkach magnetycznych za 25 B. Sukumvit obfituje w liczne bary, zarówno "normalne", jak i go-go. Mnóstwo straganów z pamiątkami - zasuszone pająki i skorpiony, różnego rodzaju robaki do konsumpcji. Na Khaosan wracamy tuk-tukiem za 120 B. Odwiedzamy jeszcze klub (piwo 60-65 B). Obserwujemy poznanego wcześniej Szweda. Chodzi on dłuższy czas po ulicy w tam i z powrotem. Szuka "panienki". Ale większość prezentujących swoje wdzięki to transwestyci. Zastanawiamy się, jak to naprawdę jest z ta prostytucja tutaj. 

Ponieważ poszliśmy spać późno nie chce się nam wstać rano i wstajemy dopiero około 11:00 Na śniadanie jem zestaw z omletem, grzankami i kawą za 80B. Niestety zaczyna się typowa tropikalna ulewa - wygląda to jakby ktoś nieustannie wylewał z nieba wiadra wody. Właściwie nie ma co robić - można siedzieć w knajpce, pójść na internet (od 30 B za godzinę). Około 14:00 przejaśnia się na tyle, że możemy się ruszyć. Idziemy na przystań promową i wykupujemy objazd po kanałach za 700 B. Przejażdżka opóźnia się, bo trwają przygotowania do ceremonii przepłynięcia barki królewskiej i policja zamyka rzekę na jakiś czas. Pływamy sobie po kanałach - ogólnie wycieczka taka sobie, darowujemy sobie odwiedzenie farmy krokodyli i węży. Fajne jest przepłynięcie śluzą oddzielającą kanał od rzeki i obserwacja kąpiących się dzieciaków. Z powodu przygotowań do uroczystości kończymy naszą przejażdżkę niedaleko świątyni leżącego Buddy. Zwiedzamy ją (20 B). Jest całkiem fajna, a ogromny posąg robi wrażenie. Zaczyna padać deszcz. Chronimy się na przystani promów. Tam ludzie czekają, aby móc obejrzeć próbne przepłynięcie barki królewskiej (miejsca po 200-300 B). Prawdziwe uroczystości mają się odbyć z okazji spotkania państw rejonu Pacyfiku 20 października. Trochę przeczekujemy deszcz i wracamy do hotelu. Moi koledzy idą na Patpong, a ja jem kolację (smaczny ryż z kurczakiem za 80 B i cola 20 B), idę sobie do klubu (piwo Heineken po 65 B). Jestem obiektem niewielkich zaczepek ze strony miejscowych panienek, ale je ignoruję :-) Idę spać. 

08.10.2003 Rano chciałem iść sobie pozwiedzać, ale znowu pada. Tajlandia Tajlandia fot. Jacek Żoch
Odnoszę więc tylko moje rzeczy do prania (30 B/kg). Idziemy na śniadanie, a mi udaje się gdzieś zgubić klucz od kłódki - musimy prosić obsługę hotelową o pomoc w jej przecięciu. Potem rezerwujemy bilety do Rangunu w "Educational Center" - 6000 B w obie strony, Myanmar Airlines. Jadę z Adamem do ambasady odebrać nasze wizy (tuk-tuk 140 B) - co w sumie udaje się załatwić dość sprawnie. Wracamy "express boat" za 10 B. Wieczorem idziemy z Jankiem na Patpong. Chcemy wpierw dojechać tam autobusem, ale po dość długim i bezowocnym oczekiwaniu na przystanku bierzemy tuk-tuka za 50 B do Siam Square, skąd jedziemy już "sky-train" na miejsce. Chodząc po miejscowym targu gubimy się trochę, ale udaje się nam odnaleźć. Zaczynamy odwiedzać miejscowe atrakcje. Idziemy do baru "go-go", ale takiego lepszego - dla biznesmenów. Piwo kosztuje 75 B, goście to rzeczywiście głównie biznesmeni pracujący w Tajlandii - ucinamy sobie pogawędkę z Australijczykami. Potem odwiedzamy kolejne atrakcje. Jest tam kilka tzw. salonów masażu, czyli domów publicznych. Wreszcie lądujemy w innym barze. Piwo kosztuje tu 80 B.

Największe zainteresowanie wzbudzają Japończycy - ustawia się do nich kolejka chętnych dziewczyn. Do nas też przysiadają się dwie dziewczyny. Stawiamy im piwo i tzw. "tajską whisky" (bardzo rozcieńczoną). "Moja" dziewczyna ma 27 lat, jest z północy, w Bangkoku pracuje już kilka lat. Noc z nią to wydatek 2000 B + 500 B odstępnego dla baru, jeżeli wyjdzie się przed godziną 2:00. Dziewczyny mówią nam, że średnio mają jednego klienta tygodniowo. Do tego prowizję od drinków. W sumie miesięcznie wyciągają około 15000 B. Część zarobków wysyłają na północ rodzinie. Janka "dziewczyna" jest bardziej wymagająca i musi on stawiać jej drinki - ja w zasadzie nie. Siedzimy wspólnie i rozmawiamy aż do godziny 2:00, czyli zamknięcia lokalu. Wracamy na Khaosan. Znowu transwestyci, prostytutki, obserwujemy tym razem Holendra spacerującego po ulicy w tą i z powrotem .... Na stoisku ulicznym kilka dziewczyn i jeden trans sprzedają różne smażone robaki. Dają nam spróbować, kupujemy konika polnego za 10 B. Po krótkiej konwersacji, proponują nam siebie.... Dostajemy nawet adres e-mail od jednej z nich, gdybyśmy chcieli się zdecydować. Wracamy do hotelu i idziemy spać. 

09.10.2004 Poranek jest dość pogodny. Odbieramy bilety na samolot, jemy śniadanie i kupujemy bilety na autobus na lotnisko (najtańszy kosztuje 50 B) . Musimy jechać o 15, bo o 16 zamykają drogę w związku z przygotowaniami do szczytu APEC. Postanawiam zwiedzić pałac królewski. Zapamiętałem go z poprzedniego pobytu w Bangkoku, jako kwintesencję azjatyckiego stylu - kapiący od złoceń i ozdóbek. Bilet wstępu - 200 B. Niestety mam krótkie spodenki, więc muszę pobrać miejscowe (bezpłatnie, depozyt 100 B). Oglądam pałac królewski i główną świątynię ze świętym posążkiem szmaragdowego Buddy. Wracam do hotelu, pakujemy się i jedziemy na lotnisko. Jest duży ruch i korki. Odprawa przebiega sprawnie, musimy uiścić 500 B opłaty wylotowej. Lecimy wspólnym rejsem Mayanmar Airways i Thai Airways (dobrze, że nie kupiliśmy droższego biletu na tajskie linie) - lot przebiega sprawnie, serwują dobre jedzenie, na pokładzie nie ma zbyt dużo pasażerów. Rozdają nam sporo formularzy, które musimy wypełnić i oddać przy odprawie. 

Myanmar (Birma)

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
09.10.2003 Późnym wieczorem dolatujemy do Rangunu. Przez odprawę przechodzimy bez żadnych problemów. Prawdą okazują się dobre wieści przeczytane wcześniej w Internecie - nie ma już obowiązkowej wymiany. Bierzemy taksówkę za 3$ (1$ od osoby) do centrum, do znalezionego w przewodniku Mahabandoola Guest House. Za pokój trzyosobowy będziemy płacić 3$/od osoby za noc. Nasz taksówkarz jest trochę antyrządowy, zadziwia nas wiedzą o Polsce. W hotelu chcemy wymienić pieniądze, ale okazuje się, że recepcjonista nie ma tylu kyatów ("czatów" -waluta w Birmie). Abyśmy mieli za co zjeść pożycza nam po 1000 Ky (1 $=900 Ky). Wychodzimy na wieczorną przechadzkę. Jedzenie na ulicy kosztuje 200-600 Ky, miejscowe picie 100 Ky. Po powrocie do hotelu pijemy kupioną na lotnisku whisky, a potem wychodzimy oglądać "Rangun by night". Przed 22 wszystko jest już pozamykane, przed ratuszem rozstawione zasieki, a niektóre ulice są zamknięte dla pojazdów. Trochę popijamy na ulicy, rozmawiamy ze sobą i z miejscowymi (głównie czekającymi taksówkarzami). Mamy wrażenie, że gdy tylko odchodziliśmy, do naszych rozmówców podeszli jacyś policjanci. 

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
10.10.2003 Gdy już wstaniemy, oddajemy nasze rzeczy do prania. Płacimy 50-100 Ky za każdą rzecz. Idziemy na śniadanie do restauracji "Mandarin" - za kurczaka w sosie słodko kwaśnym + napój płacimy około 1500 Ky. Zwiedzamy Sule Paya (bezpłatnie) i pobliski park miejski (niewielka opłata). Obserwujemy modlących się ludzi. Potem idziemy do największej i najsławniejszej stupy "Schwedagon Paya". Akurat trwa festiwal pełni księżyca - wszędzie krążą ogromne tłumy ludzi. Jednak i tak zostajemy wyłuskani z tłumu i musimy zapłacić za wstęp 5$. Dodatkowo chcą ode mnie 3$ za robienie zdjęć. Podobno dlatego, że święto (normalnie takiej opłaty nie ma). W końcu daję 1$ "na odczepnego", ale chyba i tak było to oszustwo. Janek decyduje się zatrudnić przewodniczkę, ja wole sobie pochodzić sam. Obserwuję zapalanie świeczek, polewanie posągów wodą, składanie kwiatów w ofierze, chodzenie wokół stupy (zgodnie z ruchem wskazówek zegara). Jest niesamowicie, zwłaszcza po zachodzie słońca, gdy zaczynają się śpiewy mnichów buddyjskich.

Mam okazje posiedzieć i porozmawiać z Birmańczykami, w tym z kilkoma mnichami. Podobno uroczystości trwają do 21, jednak zmęczeni wychodzimy wcześniej i taksówką wracamy w okolice hotelu (1000 Ky). Jemy kolację w położonej w pobliżu hotelu restauracji (trochę tańszej i serwującej naprawdę dobre jedzenie). Potem włóczymy się trochę po mieście, min. zachodzimy na piwo do "ABC Country pub" (700 Ky za beczkowego Tigera). Wieczorem w naszym pokoju jest bardzo parno, ciężko jest zasnąć. 

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Następnego dnia wstajemy dość późno, jemy śniadanie w poznanej wczoraj "Okinawa Restaurant" (ryba w sosie słodko kwaśnym 950 Ky). Idziemy kupić bilety autobusowe. Na początku udajemy się w przeciwną stronę niż potrzeba, ale przynajmniej udaje się nam zobaczyć inny kawałek miasta. Wreszcie docieramy w okolice stadionu miejskiego, tam mieszczą się biura sprzedające bilety. Najpierw wymieniamy pieniądze - po kursie 900 Ky/1$ (ale tylko za banknoty 100$, za mniejsze niższy kurs). Dostaję za moje 150$ całkiem pokaźną stertę miejscowych pieniędzy. Chcemy kupić bilety do Mandalay, ale są dopiero za 2 dni. W końcu postanawiamy jechać nad jezioro Inle następnego dnia. Podobno trwa tam jakiś festiwal. Bilet kosztuje 9 000 Ky/osobę. Próbują wydębić od nas jakieś "prezenty", ale nic nie dajemy. Wracamy do miasta, oglądając po drodze całkiem ładny dworzec kolejowy. Rozdzielamy się - ja chcę iść na pocztę i znaleźć jakiś dostęp do sieci. Poczta jest zamknięta, a w nielicznych kafejkach można tylko wysyłać maile.

Dowiaduję się jednak, że w "Dagon Plaza" jest normalny dostęp do sieci. Jadę tam taksówką (1200 Ky). Trafiam do typowego centrum handlowego w rodzaju warszawskiej "Promenady". Jest i Internet - minimalny czas korzystania to godzina, potem taryfikacja co 15 min, kosztuje to 1200 Ky/h. Aby skorzystać muszę się zarejestrować, wypełnić formularz, okazać paszport i dać sobie zeskanować odcisk palca. Dostęp do hotmail.com i yahoo.com jest zablokowany, ale dostęp do polskich portali w miarę dobry. Wracam taksówką za 1000 Ky i trochę się spóźniam, muszę szukać moich kolegów. Ddy ich odnajduję, okazuje się, że jest z nimi razem Damian - chłopak z Warszawy, podróżujący samotnie. Poleca nam fajny hotelik "Garden", znajdujący niedaleko tego, który dotychczas zajmowaliśmy (rządowy, więc nieobecny w przewodniku LP). Koledzy zdążyli mnie już tam przekwaterować - za 4$/osoby jest całkiem fajna jedynka. Zostawiam moje rzeczy. Postanawiamy pojechać nad jezioro Inley, położone na północy miasta. Podobno coś tam się dzieje z okazji święta. Jedziemy autobusem i minibusem (po 20 Ky) na miejsce. 

Miejscowa młodzież puszcza latawce sklejone z plastikowych worków, z zapalonym ogniem w środku, sztuczne ognie, rzucają petardy. Święcące latawce przepięknie wyglądają. Wszystko w bardzo miłej atmosferze, żadnych ekscesów. Chodzimy, oglądamy, trochę rozmawiamy. Po powrocie w okolice naszego hotelu idziemy jeszcze do "ABC Country pub". Wczoraj myśleliśmy, że są tam występy karaoke, ale okazuje się, że to jednak występuje miejscowy zespół rockowy. Ubrani całkowicie po europejsku, niektórzy nawet śpiewają całkiem fajnie. Tak nam się podoba, że robimy zdjęcia. Cały lokal jest pełen miejscowej elity ... Gdy wracamy do hotelu, mamy okazję obserwować miejscowe dzieciaki grające w klapkach na ulicy w piłkę w środku nocy. 

12.10.2003. Po śniadaniu w "Okinawa Restaurant" pakujemy się (bez światła - planowe wyłączenie) i jedziemy do biura autobusowego. Tam czekamy, aż około godziny 11 zabierają nas półciężarówką z siedzeniami na dworzec autobusowy. Oddajemy bagaże do luku (za pokwitowaniem) i usadawiamy się w autobusie. Jest on całkiem wygodny, dostajemy chusteczki odświeżające, wodę do picia, działa klimatyzacja (choć mało wydajnie). Po drodze mamy kilka postojów (picie 100 Ky, banany 100 Ky/sztuka). W autobusie jadą też jacyś inni biali (chyba Rosjanie).

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Następnego dnia około 5:00 docieramy do Toungyi. Za 2000 Ky bierzemy taksówkę do Nyaungshwe (około 30 minut). Tam zatrzymujemy się w hoteliku "Nawng Khan" ("Little Inn") za 4$/dzień/osobę (dwójka i jedynka). Okazuje się, że właśnie trwają uroczystości, które warto zobaczyć. Szybko decydujemy się popłynąć łódką za 6000 Ky. Oglądamy procesję płynącą z figura Buddy do świątyni. Małe łodzie ciągną dużą, gdzie obok figury zasiada dostojny mnich. Wszędzie sporo policji. Na łodziach ludzie ubrani w tradycyjne stroje, dziewczęta tańczą. Na zakończenie uroczystości są wyścigi łodzi (mężczyźni wiosłują nogami). Ma chwilę wysiadamy niedaleko pagody (musimy zdjąć buty) i zwiedzamy ją. Cały czas podpływają do nas sprzedawcy różnych pamiątek (ja kupuję fajki do opium - dwie za 5000 Ky i nóż za 10$, ale chyba przepłaciłem). Nie chcemy płynąc do fabryki jedwabiu i wracamy do hotelu. Tu trochę śpimy, oddaję rzeczy do prania (od 100 Ky za sztukę do 200 Ky za spodnie). Potem jemy obiad (1200 Ky za kurczaka w sosie słodko- kwaśnym, 200 Ky ryż i 300 Ky piwo) . Trochę chodzimy po wiosce, pijemy kawę itd. Wracamy do hotelu i idziemy spać. Następnego dnia wstajemy dość wcześnie, około 7:00 jemy śniadanie (jajka itp.), a o 7:30 wyruszamy na całodniową przejażdżkę łódką (7000 Ky). Najpierw płyniemy kanałami na targ. Jest tam całkiem ciekawie, dużo ludzi. Potem pływamy po jeziorze. Niestety targ na wodzie jest w ten dzień nieczynny.

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Zwiedzamy jakieś sklepiki (w domach na palach oczywiście - mają nawet fajne ubrania). Przymierzam ładne koszule o ciekawym kroju, ale albo się okazują za małe, albo źle na mnie leżą. Płyniemy do pagody na wzgórzu (długie podejście, ale zadaszone), a potem do przepięknego "cichego klasztoru". Deszcz, z początku niewielki, przemienia się w porządna ulewę. Na obiad podpływamy do "Golden Lion". Jem kurczaka po birmańsku z curry (całkiem dobry, 850 Ky + 150 Ky za napój). Koledzy niestety muszą zapłacić sporo więcej, bo źle dogadali się z obsługą co do cen i porcji. Robi się ładna pogoda, możemy zrobić parę ładnych zdjęć (nasz "kapitan" bardzo nam pomaga manewrując łódką). Około czwartej wracamy do przystani. Dajemy napiwek naszemu "kapitanowi". Wracamy do hotelu. Rozmawiamy z innymi podróżnikami i "managerem" naszego hotelu (mniej turystów, kiepska sytuacja polityczna). Dowiadujemy się, że zmarł najważniejszy mnich w kraju i właśnie odbywają się modlitwy za niego. Kupujemy bilety autobusowe do Mandalay (5500 Ky) i zamawiamy taksówkę, która podwiezie nas do autobusu (3500 Ky). 

1 Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
5.10.2003 Wstajemy o 4:00 rano, zabieramy nasze pranie i jedziemy taksówką do skrzyżowania. Tam czekamy na nasz autobus, który przyjeżdża o 5:20. Jest to właściwie minibus, zapakowany maksymalnie. Jedzie trochę turystów, siedzenia są małe, wokół nas leżą wszelakie worki i skrzynie. Po drodze mamy parę postojów. Droga najpierw wiedzie przez góry (jest dość chłodno), a potem zjeżdża w dół (mogę zdjąć polar). Gdy wyjeżdżamy na równinę droga jest bardzo kiepskiej jakości, pełna dziur. Na rogatkach miasta przechodzimy kontrolę policyjną- musimy wysiąść i pokazać paszporty. W Mandalay jedziemy z poznanym w czasie podróży Niemcem do hotelu "ET" (1800 Ky). Tam negocjujemy 6$ za dwójkę i 4$ za jedynkę bez klimatyzacji (nasz znajomy bierze z klimatyzacją - kosztują odpowiednio 8$ i 5 $). W cenę wliczone jest śniadanie. Po kąpieli i krótkim odpoczynku idziemy coś zjeść do Mann Restaurant (800 Ky niezbyt duża porcja kurczaka, 150 Ky ryż, 1200 Ky duże piwo Myanmar). Postanawiamy pójść na opisywane w przewodniku przedstawienie braci Moustache. Po drodze na chwilę wstępujemy do baru na piwo z beczki (300 Ky). Przedstawienie to tradycyjne tańce, opowieści, dowcipy (w tym polityczne). Bracia za swoje dowcipy spędzili 7 lat w obozie pracy, obecnie mają zakaz występów publicznych i podróżowania po kraju z tradycyjnymi przedstawieniami, żyją z przedstawień dla turystów. Jest ciekawie, choć widać, że czas robi swoje. Koszt to 2000 Ky i ewentualne datki. Wracamy do hotelu. Decydujemy się pojechać z Niemcem na objazd miasta i okolic z przewodnikiem. Jesteśmy umówieni na 8:00 - idziemy spać. 

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Wstajemy rano, jemy śniadanie (jajka). Nasz kierowca i przewodnik zjawia się punktualnie o 8:00. najpierw jedziemy do biura Mandalay Airways (potrzeba naszego znajomego). Słuchamy opowieści o życiu w Birmie - brat naszego przewodnika niedawno wyszedł z więzienia, gdzie odsiedział 13 lat za udział w buncie studentów. Zwiedzanie rozpoczynamy od Shwe in Bin Kyang - monastyru z drewna tekowego, następnie odwiedzamy Mahamuni Paya - pagodę ze świętym złotym posągiem Buddy i khmerskimi figurami zrabowanymi przed wiekami. Potem jedziemy do Amarapury - jednego ze starożytnych miast, dawnych stolic królestwa Birmy. Wchodzimy na pagodę Pahtodawgyi (ja niestety wywracam się w kałużę). Odwiedzamy klasztor buddyjski, gdzie mamy okazje obserwować przekazywanie ryżu niewykorzystanego przez mnichów dla biednych. Potem jedziemy przez zbudowany przez Bytyjczyków Ava Bridge i dojeżdżamy do Sagaing (bilet za 3$ ważny też w Mingun). Po drodze przystajemy na krótki postój przy drewnianym moście U Bein`s (sprzedaż różnorakich pamiątek, w tym naszyjników z pestek arbuza). W Sagaing jemy smaczny obiad (kawałki kurczaka). Potem wchodzimy na Sagaing Hill. Znajduje się tam Umin Thounzeh, czyli 30 jaskiń, gdzie można podziwiać posągi Buddy w półkolistej świątyni, inskrypcje z nazwiskami i adresami fundatorów (dla duchów zmarłych). Następnie odwiedzamy Soon U Ponya Shin Paya, gdzie podziwiamy ogromne posągi Buddy, oraz ciekawe przedstawienia go jako królika i żabę (są to dużych rozmiarów pudełka na ofiary pieniężne).

Wracamy znowu przez Ava Bridge, do miasta Inwa (Ava). Przepływamy łódką (w sumie 500 Ky) przez odnogę rzeki, aby dostać się do starożytnej wieży Nanmyin. Nie zwiedzamy innych zabytków po drodze, bo wstęp kosztuje 3$. Do wieży można podjechać bryczką, ale my wolimy sobie podejść. Towarzyszy nam bardzo miła dziewczynka - nie mówi, nie słyszy, jej rodzice zmarli na jakąś chorobę, mieszka z babcią. Po obejrzeniu wieży jedziemy jeszcze z powrotem do mostu U Bein`s. Niestety zaczyna padać. Mam okazję pogadać sobie z bardzo fajną i ładną dziewczyną, która ćwiczy swój angielski. Jest ona ciekawie umalowana Kobiety w Birmie często malują policzki za pomocą substancji uzyskanej ze zmielonego pewnego gatunku drzewa. Wracamy do Mandalay. Obiad w tej samej restauracji, co poprzedniego dnia, potem piwko z beczki i ody w Nylon Ice Creams (bywa tam miejscowa elita, lody owocowe 350 Ky, lassi jogurtowe 300 Ky, w miarę smaczne, ale nie rewelacyjne). Wracamy do hotelu, odbieramy pranie (ja za swoje płace 1000 Ky). Janek ma kłopoty z zapłaceniem za pomocą lekko sklejonego banknotu - nie chcą go przyjąć. Obserwujemy zmierzch nad Mandalay, popijając whisky na hotelowym balkonie. 

17.10.2003. Wybieramy się do Mingun. Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Najpierw jedziemy "niebieską taksówką" na przystań (700 Ky). Kupujemy bilety na łódź - 1500 Ky. Podróż przez rzekę jest bardzo przyjemna, z fajnymi widokami. Po dotarciu na miejsce wchodzimy na największą atrakcję, czyli niedokończoną pagodę. Choć budowla jest zrujnowana, to i tak musimy zdjąć buty. Wchodzimy boso na szczyt po bardzo rozgrzanych cegłach, przeskakując liczne szczeliny. Król Bodawpaya postanowił w 1790 roku zbudować ogromną świątynię (chyba największa stupę na świecie). Przez 29 lat, do śmierci władcy zbudowano tylko ceglaną podstawę (około 1/3 zaplanowanej wysokości stupy). W 1838 roku trzęsienie ziemi bardzo poważnie ją zniszczyło, jednak nadal robi imponujące wrażenie. Z góry rozciągają się przepiekne widoki.

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Po zejściu na dół idziemy do ogromnego dzwonu (drugi na świecie, po moskiewskim). Nie ma on serca, dźwięk wydobywa się uderzając w potężnym kawałkiem drewna. Wchodzimy do jeszcze jednej pagody, skąd rozciągają się bardzo ładne widoki. Jakieś dzieciaki chcą, abym im wymienił stare 100 zł z Waryńskim (chyba jakiś turysta z Polski im dał). Wracamy na przystań idąc wzdłuż brzegu rzeki. Niektórzy z nas coś jedzą w jednej z restauracji. Podróż powrotna jest znacznie szybsza (30 minut) i już około 13:30 jesteśmy z powrotem w Mandalay. Ponieważ nie możemy złapać jakiejś taniej taksówki, bierzemy riksze. Ja za przejazd do centrum telekomunikacji płacę 400 Ky. Starszy rikszarz wywraca się na jednej z licznych dziur i obaj leżymy ... Chcę wysłać maila do domu, ale w jednej z kafejek liczą sobie aż 1500 Ky za jedną stronę wiadomości, więc sobie odpuszczam. Potem idę na pocztę, wysyłam kartki (znaczki po 30 Ky).Na poczcie podziwiam różne napisy w rodzaju "Jak zadowolić klienta". Biorę za 200 Ky rikszę na targ. Niestety nie jest on zbyt interesujący - sprzedaż typowego badziewia, głównie chińskiego. Po pewnych poszukiwaniach udaje mi się tam znaleźć rikszę, która mnie zawiezie do Mandalay Hill. Umawiam się na 800 Ky za podróż w obie strony z czekaniem.

Przejeżdżamy obok fortu (podobno w środku nie ma nic ciekawego, a wstęp jest dość drogi). Na miejscu, aby dostać się na szczyt trzeba wejść po wielu schodach. Po drodze mijam niesamowite rzeźby. Na szczycie jest taras widokowy. Wcześniej mijam tablicę upamiętniającą ciężkie walki z Japończykami w czasie II Wojny Światowej. Chcą ode mnie 350 Ky za robienie zdjęć, ale mówię im, że nie będę robił zdjęć i ... rzeczywiście robię je niżej. Widoki są naprawdę piękne. Wracam na dół - za przechowanie butów płacę 200 Ky. Jadę do hotelu, robiąc po drodze parę zdjęć Daję rikszarzowi 1000 Ky , naprawdę się chłopak napracował. Podobno ktoś inny płacił za podobną trasę za dwie osoby 1500 Ky. Wieczorem z Jankiem, naszym niemieckim znajomym oraz Kariną (Niemką podróżującą samotnie) idziemy najpierw do restauracji Shan (dobra, ale dość droga), a potem na beczkowe piwo (300 Ky). Fajnie nam się rozmawia. Potem idę z Jankiem do urzędu telekomunikacji (on chce zadzwonić do domu). Minuta rozmowy kosztuje 3,5 $, a sam urząd wygląda jak ... typowy taki urząd w kraju trzeciego świata. Wracając do hotelu wysyłam jeszcze maila z kawiarenki w pobliżu (700 Ky). 


18.10. 2003 Gdy idę rano na śniadanie dowiaduję się, że Janek z bardzo ważnych powodów rodzinnych musi wracać do Polski. Również Adam decyduje się wracać z nim. Czyli zostaję sam, powtórka historii sprzed dwóch lat. No cóż, tak widać musiało być ... Zegnam się z kolegami i wraz z Kariną jedziemy na domniemany postój pick-upów do Pyin U Lwin (300 Ky). Trochę trwa poszukiwanie miejsca postoju, ale w końcu udaje się. Za 1000 Ky jedziemy kręta górską drogą. Podróż jest dość przyjemna, z krótkim postojem po drodze. Po około 2,5 h dojeżdżamy na miejsce. 

W Pyin U Lwin znajdujemy nocleg w Grace Hotel I - 4$ za duże pojedyncze pokoje ( właściwie dwójki ) to dobra cena. Po odświeżeniu się wychodzę na miasto. Oglądam rynek, budynki z czasów kolonialnych. Jest ładnie, ale widoki nie powalają na kolana. Po powrocie ucinam sobie krótką drzemkę. Wcześniej umawiam się z Karina na pojechanie następnego dnia do dużego wodospadu. Wieczorem idziemy wspólnie na kolację. Jemy w Maymyo Restaurant. Danie są dość tanie i całkiem dobre (kurczak w sosie słodko-kwaśnym - 750 Ky, ryż - 100 Ky, star-cola - 100 Ky). Wracamy już po ciemku, możemy podziwiać wspaniale widoczne gwiazdy. 

Nazajutrz wstaję około 8:00. Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Podczas śniadania dostaję kawę w dużym, żółtym kubku "Jacobs" z polskimi napisami !! Podobno produkuje się je w Birmie. Po śniadaniu idziemy na targ i stamtąd jedziemy starym, wyładowanym po brzegi, jeepem do wioski Anisakan (100 Ky). Stamtąd schodzimy w dół, do wodospadu. Po drodze zaczyna padać, robi się ślisko. Idziemy przez zarośla bambusowe i las tropikalny. Wreszcie dochodzimy do celu - wodospad jest całkiem spory i imponujący. Przez śliski i zdezelowany most wiszący dochodzę do punktu widokowego. Wracamy na górę. Niestety zaczynam się źle czuć - zmęczenie, kłopoty żołądkowe, muszę często odpoczywać ( głupio się czuję przed Kariną :-) ). Wreszcie dochodzimy do krawędzi doliny, a potem wracamy drogą, przecinającą tory kolejowe. Gdy docieramy do wioski kupujemy sobie zimny napój ( 100 Ky ) i kawę ( 100 Ky ).

Jeep, którym jedziemy do Pyin U Lwin pomieścił pięć kobiet, dziecko, dwóch mężczyzn, kierowcę w środku oraz paru ludzi stojących na zewnątrz. Na dachu oczywiście podróżowały liczne pakunki, w tym rower. W miasteczku chcę jeszcze zjeść zupę, ale o tej godzinie nie mają, więc zadowala mnie star-cola. Po odpoczynku w hotelu, wieczorem idziemy na kolację, znowu do Maymyo (tym razem kulki kurczaka za 750 Ky). Moja towarzyszka pije piwo Spirulli, na którym jest napisane, że działa odmładzająco (450 Ky). Kupujemy wodę za 150 Ky i wracamy do hotelu. Karinie ciągle się rozwiązuje "tangui" - czyli tradycyjna birmańskie ubranie (rodzaj saronga), które nosi. Miejscowe kobiety nie mają takich problemów, chyba chodzi o sposób wiązania. Mimo hałasów w hotelu szybko zasypiam. 

20.10.2003 Mamy zamówiony wóz konny na stacje kolejową (500 Ky od osoby). Po śniadaniu (jaka itp) i spakowaniu się czekamy na nasz środek transportu. Wreszcie jest. Miejscowa atrakcja, czyli miniaturowa kareta, ciągnięta przez konia. Dojeżdżamy w ten sposób na stację kolejową. Tam kupujemy bilety do Hsipaw (zwykłe 2$, pierwsza klasa kosztuje 4$). Pociąg jest podobno opóźniony 2 h. Czekamy w restauracji (kawa, star-cola), tocząc ciekawe rozmowy.

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Na peronie spotykamy Singapurczyka i Austriaka pracującego w Singapurze, którzy są z wycieczką (jej reszta poszła do wodospadu). Pociąg jest niestety opóźniony jeszcze bardziej, przyjeżdża około 12:00. Pierwsza klasa różni się od zwykłych wagonów miękkimi siedzeniami. Mniej więcej po pól godzinie pociąg rusza, aby około 14:30 dotrzeć w okolice słynnego wiaduktu Goitek - arcydzieła XIX wiecznej sztuki inżynieryjnej. Przystanek jest prze samym wiaduktem, na wiadukcie nie można robić zdjęć (nie pozwala konduktor, bo podobno rząd zabronił). Przejeżdżamy metalową konstrukcja bardzo powoli około 15:00. Potem jeszcze dwa tunele i stacja za wiaduktem. Tutaj pozostali turyści wysiadają (byli jeszcze Włoszka i Niemiec), tylko my jedziemy dalej. 

Dopiero przed 7:00 dojeżdżamy do Hsipaw. Jest już ciemno. Zawiadowca stacji proponuje nam pomoc, ale decydujemy sami dostać się do "Mr Charles Guesthose". Bierzmy rikszę (300 Ky). Po drodze mijamy przedstawienie teatralne, bardzo podobno do tego widzianego w Mandalay. Czyli ta tradycja żyje, objazdowe trupy jeżdżą po kraju i pokazują sztuki. Nasz pojazd nie ma świateł, w jaki sposób omijamy dziury pozostaje tajemnicą. Na miejscu dostajemy pokoje. Bardzo ładne, nowiutkie. Za pokój z łazienką płacę 5$. Oddaję rzeczy do prania (bardzo brudne po wypadzie do wodospadu) - 300 Ky. Idziemy coś zjeść. Dobre i tanie jedzenie jest w chińskiej restauracji w centrum miasteczka Piwo kosztuje od 600 Ky (chińskie Dali) do 800 Ky (miejscowe), mięso 800 Ky, ryż 100 Ky. Kupuje bilet na 22.10.2003 do Mandalay (autobusowy, pociągi są jednak kiepskim środkiem transportu w Birmie). W firmie Yoma Express płacę 1800 Ky. Wracamy do hotelu. Zamawiam na następny dzień na śniadanie po birmańsku, czyli "lepki ryżi" i warzywa (wliczone w cenę noclegu). Idziemy spać. 

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
21.10.2003 Śniadanie jakie sobie zamówiłem (czyli tradycyjne) nie smakuje rewelacyjnie, ale jest przynajmniej jakaś odmiana od jajek. Wraz z innymi turystami (pewna Francuzka i para Holendrów) idziemy wraz z Mr.Charls`em na bezpłatną przechadzkę do wioski Shan. Właściciel hotelu, dość zamożny biznesmen, codziennie rano robi spacer i zaprasza na niego gości hotelowych. Opowiada nam o miejscowym ryżu. Sadzone są tutaj dwa rodzaje ryżu - tradycyjny Shanów (lepszy, ale mniej wydajny) i chiński (gorszy w smaku, ale bardziej wydajny, narzucany przez władze, prawdopodobnie zmodyfikowany genetycznie). Idziemy do młyna, potem oglądamy świątynię ducha wioski i fabryczkę cygar. Wokół nas przepiękne krajobrazy, pola ryżowe, z daleka widzimy mauzoleum przedostatniego władcy Hsipaw. Wracamy około południa i jemy obiad w knajpie Shan, a następnie odpoczywamy. Wycieczka była bardzo fajna. Po południu całą grupą postanawiamy zobaczyć inne miejscowe atrakcje. Wpierw szukamy fabryki popcornu. Po pewnych trudach udaje się nam trafić. 

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Produkcja odbywa się naprawdę wybuchową metodą - wrzucają ziarno kukurydzy do szczelnego metalowego pojemnika, zamykają go i mocno ogrzewają nad ogniskiem (około 20 minut), a potem otwierają jednym uderzeniem siekiery, kierując wylot w stronę małej bambusowej szopy. Popcorn fruwa w powietrzu i opada na podłogę (a raczej klepisko), skąd jest zamiatany i potem jeszcze podgrzewany (podsmażany) w blaszanym bębnie. W tej samej "fabryce" wytwarzają też "tamata" - pastę do malowania twarzy, ze zmielonego pewnego gatunku drewna z dodatkiem perfum, przygotowywaną w formie sprasowanych kostek, podobnych do mydła. Inne wyroby to chipsy i słodycze. Mają też mały sad owocowy. Pokazują nam owoce, używane nadal czasami przez miejscową ludność zamiast szamponu (ich sok pieni się w wodzie, zwłaszcza gorącej).

Po opuszczeniu fabryki idziemy do pałacu. Wita nas tam bratanek ostatniego księcia i jego żona. Pałac (a raczej duży dom w kolonialnym stylu angielskim) jest trochę podniszczony a ogród zaniedbany. Położony w ogrodzie drewniany domek rozpada się. Wchodzimy do środka. Żona bratanka księcia opowiada nam historię ostatniego władcy Hsipaw (ożeniony a Austriaczką, reformator, zaginął bez wieści w czasie zamachu stanu) i o obecnej sytuacji kraju. Wpisujemy się do księgi pamiątkowej i dajemy donację - po 1000 Ky każdy. Wnuczkowi Mr Donald`sa (bratanka księcia) oddajemy podarunek z fabryki popcornu (popcorn oczywiście). Gdy wychodzimy jest już ciemno. Idziemy do restauracji na kolację - kurczak słodko-kwaśny 800 Ky, ryż - 100 Ky, piwo "czerwone" ( 7% ) - 800 Ky. Karina źle się czuje, wracamy wcześniej do hotelu. Rozmawiamy - rozstajemy się po kilku dniach wspólnej podróży, ona zostanie jeszcze w Hsipaw. Ja odbieram pranie i kładę się spać, następnego dnia o 5:30 mam być przy autobusie, odjazd o 5:45. 

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Obsługa mnie budzi, choć nie zamawiałem takiej usługi :-) Idę na "dworzec autobusowy" i w miarę punktualnie odjeżdżamy. Jest dość chłodno. Na początku jest niewielu pasażerów, wsiadają po drodze. Są to głownie kobiety, jadące na targ z warzywami itp.. Jedziemy, płatną, choć nie najlepszą drogą. Wczoraj w pałacu powiadano nam, że koncesję na drogę ma były "drug lord", który zawarł ugodę z rządem. Dojeżdżamy do Kyaukme. Trwa targ i różne przedstawienia wędrownych trup, jest dość chłodno. Autobus zjeżdża na stację, a ja trochę chodzę po mieście, ucinam sobie pogawędkę z chłopcem, który stale przyjeżdża do autobusów, aby porozmawiać z turystami po angielsku i podszkolić język (dobrze mówi). Dowiaduje się, że ostatnio turystów jest mniej. Tymczasem autobus jest sukcesywnie załadowywany, głownie różnymi workami. Po pewnym czasie całą podłoga jest nimi założona, na moim plecaku leżą jakieś butle. Wreszcie wyruszamy, Po drodze jest kilka postojów.

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
Przejeżdżamy przez wąwóz, ten sam nad którym wznosi się wiadukt Goitek. Wiaduktu nie mogę dostrzec, ale widoki są wspaniałe, jedziemy serpentynami najpierw w dół, a potem do góry. Przejeżdżamy przez Pyin U Lwin, aby około 14 dotrzeć do Mandalay. Po drodze liczne kontrole wojskowe ładunku i opłacanie się przez kierowcę policjantom. Za 800 Ky jadę do hotelu E.T. (pokój 4$). Kupuję bilet na prom do Mandalay. Płacę 16$ + 2$ prowizji dla hotelu (ale mam transport do przystani). Chodzę sobie po mieście, zaglądam do pobliskiej Schwekyuimint Paya (stare posągi Buddy, przeniesione z Fortu Mandalay, po zajęciu go przez Brytyjczyków). W środku jest sporo wojska. Kupuję sobie ciastka za 900 Ky i wysyłam za 700 Ky maila do domu. Idę coś zjeść do miejscowego fast-fooda. W "Father House" (a` la KFC) jest drogo (2500 Ky za kurczaka), a jedzenie jest raczej średnie, za to obsługa niesamowita (są bardzo usłużni - otwierają mi drzwi itd.). Potem jem coś jeszcze w Mann Restaurant (1050 Ky) i wypijam sobie piwko (300 Ky). Mam chęć pójść na przedstawienie marionetek, ale w końcu rezygnuję. 

23.10.2003 Wstaję wcześnie rano, pakuje się. Wiozą mnie wraz z jakimś Niemcem na przystań. Aby dojść do naszego statku przechodzimy przez normalny, miejscowy. Ludzie śpią na matach. Za to mój prom jest tylko dla turystów, są nawet ubikacje "Foreigners only". Wyruszamy o 6:00. Wschód słońca. Widoki pagód w starożytnych miastach zapierają dech w piersiach. Aż do mostu Aiwa oglądam i robię zdjęcia. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy, głownie aby zmienić pilota. Zawsze przybiegają dzieciaki, proszą o pieniądze, kobiety chcą coś sprzedać. Niestety turystyka straszliwie zmienia świat. Widoki są ciekawe, rzeka potężna, z daleka widać co pewien czas wioski i pagody.

Na promie jest restauracja, ale dość droga (kawa 300 Ky, cola 1000 Ky, jedzenie, wyroby ludowe, pocztówki). Przesiaduję głownie na pokładzie, rozmawiam. Spotykam znowu Singapurczyka i Austriaka z całą grupą. Niestety zasypiam na słońcu i potem mam kłopoty żołądkowe. Około 15:00 dobijamy do Bagan. Trzeba zapłacić 10$ za wstęp do strefy archeologicznej. Ceny przejazdów z przystani są sztywne, wywieszone na tablicy. Do Nyaung U, gdzie są tanie hotele, riksza kosztuje 500 Ky, wóz 1000 Ky, a samochód 1500 Ky. Biorę wóz konny. Do celu docieramy po około półgodzinnej jeździe. Zatrzymuję się w Eden Hotel, pokój z klimatyzacją kosztuje 5$, następnego dnia może będzie prawdziwa jedynka za 4$. Troszkę chodzę po mieście, oddaję rzeczy do prania. Prąd włączają dopiero po 19:00. Nie czuję się najlepiej, idę spać dość wcześnie. 

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
24.10.2003 Po raczej średnio przespanej nocy wstaje przed 8:00, jem śniadanie (w cenie pokoju, dobre, nawet dostaję dokładkę) i wynajmuję bryczkę za 5 000 Ky na cały dzień. Jadę do biura turystycznego (prowadzonego przez .... zawiadowcę stacji), gdzie za 500 Ky potwierdzają mój bilet lotniczy w Rangunie. Potem kupuję bilet na autobus do Kalaw (3 500 Ky). Odwiedzamy po kolei różne świątynie - złoconą Schwezigan Paya, Hiltominio Pahto, ogromnych rozmiarów Gawdapalin Pahto, Mahuya Paya (siedzący Budda i trzy stojące posągi w ciasnym pomieszczeniu), Gubyawkgyi (z malowidłami), pozłacaną Myazedi (obok niej znajduje się stella z napisami w 4 językach) , Mingalazedi (ceglana stupa, jedna z nielicznych, na które można wejść - przepiękne widoki), Bupaya (niewielka stupa, bardzo stara, miejscowi twierdzą, że z 300 r ne., a naprawdę prawdopodobnie z 850 r ne., odbudowana po trzęsieniu ziemi), Mahabodhi Paya (w kształcie piramidy, w górnej części nisze z posągami Buddy), niewielką Pahtothamya (z pięknymi widokami), przepiękną Ananda Pahto z pozłacaną kopułą i posągami Buddy, najwyższą Thatbyinyu (61 m wysokości), największą pod względem rozmiarów Dhammyangyi Pahto (ściśle dopasowane cegły, częściowo zasypana gruzem) i ostatnią Sulamani Pahto z ładnymi widokami.

Na koniec dnia jedziemy obejrzeć zachód słońca do małej świątyni, ale niestety chmury zasłaniają niebo. Cały czas spotykamy sprzedawców różnych wyrobów - z laki, malowideł. Trochę kupuję . Wracam do hotelu, płacę za podróż, odbieram pranie (400 Ky) i oddaję następne rzeczy do prania. W recepcji płacę za pokój i wynajmuję na następny dzień taksówkę do Mt. Popa (15 $, podobno czasami jest taniej, ale tłumaczą mi, że jest niekorzystna relacja cen benzyny i kursu dolara). Kolację jem w pizzerni "San Kabor" - pizza kosztuje 2 500 Ky, sałatka owocowa - 500 Ky, star-cola 150 Ky. Jest straszny upał, więc jeden z kelnerów mnie wachluje - czuję się dość dziwnie w tej sytuacji. Wracając do hotelu wypijam w herbaciarni star-colę za 150 Ky. 

Znowu śpię nie najlepiej, wstaję około 7:00, jem śniadanie i około 8:00 wyjeżdżamy. . Podróż na miejsce trwa około 1 h 20 minut. Po drodze można się zatrzymać w wytłaczarni oleju (500 Ky za możliwość robienia zdjęć), ale ja nie mam na to ochoty. Tuż przed górą zatrzymujemy się w sanktuarium sławnego mnicha, skąd jest ładny widok na górę, a dzieciaki sprzedają wulkaniczne kamienie (ciekawe, bo puste w środku, z małym grzechoczącym kamieniem). Wejście pod górę jest dość strome. Po przejściu części trasy trzeba zdjąć buty i wchodzić dalej boso. Wszędzie jest sporo małp, karmionych przez pątników, a po drodze mija się świątynie duchów opiekuńczych (z manekinami przedstawiającymi różne duchy). Sama góra to miejsce kultu wszystkich duchów opiekuńczych Birmy. Na górze znajduje się mały monastyr. Pątników jest raczej niewielu, za to całkiem sporo turystów. Po krótkim pobycie (ciekawe widoki na okolice) schodzę na dół. Okazuje się, że mój samochód się zepsuł, wracam innym minibusem. Kierowca chce po zakończeniu 15$, muszę tłumaczyć, że już zapłaciłem w hotelu, ale wygląda to naprawdę na nieporozumienie, a nie próbę wyłudzenia. W hotelu musze umyć stopy, bo odchody małp były trudne do uniknięcia .... Postanawiam resztę dnia spędzić, jeżdżąc rowerem. Wypożyczam chiński pojazd marki Hero za 200 Ky na pół dnia. Odwiedzam świątynie, zwykle te same, co poprzedniego dnia. Trochę czasu spędzam na Mingalazedi - widoki ceglanych pagód wystających z zieleni i skąpanych w popołudniowym słońcu są wspaniałe. Przy świątyni Htilominio kupuję lalkę (poruszaną sznurkami) za 6$ (bardzo mi się spodobała). Z białej świątyni oglądam zachód słońca, ale niestety znowu są chmury. Wracam do hotelu, odbieram pranie. Na kolację jem kurczaka w sosie słodko-kwaśnym i sałatkę z majonezem (500 Ky) i piję star-colę (150 Ky). Po powrocie płacę za rower (zostawiłem go przed hotelem) i idę spać. 


Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
26.10.2003. Muszę wstać o 4 rano, aby zdążyć na autobus. Miły człowiek od śniadań (i dokładek) przychodzi mnie obudzić, a potem pomaga zapakować się do autobusu, który odjeżdża o 4:30. Podróż przebiega najpierw przez równinę, a potem przed miejscowością Thaz zaczyna się piąć w górę. Wszyscy turyści zostają upakowani obok siebie - starsza para z Australii, para Niemców, Japonka i ja. Po drodze jest kilka przystanków. Na miejscu idę do hotelu Golden Kallaw Inn - 3$ za pokój z łazienką i ciepłą wodą. Chodzę po mieście i dopytuję się o trekking. W większości miejsc pokazują mi podobne (czy wręcz te same) zdjęcia. Jeden z przewodników jest katolikiem i wie z jakiego kraju pochodzi papież !!!. Jem w "Nepali food center" (w mieście jest spora mniejszość nepalska, sprowadzona tutaj w czasach panowania brytyjskiego) - smażony kurczak kosztuje 1000 Ky, frytki 600 Ky, star-cola 150 Ky, a lassi - 400 Ky. Jedzenie jest dość dobre, ale porcje są małe. Ostatecznie decyduje się na 2-dniowy trekking (10 $, po 5$ za dzień, w przypadku jednej osoby cena wzrasta do 7$/dzień) z przewodnikiem z mojego hotelu. Na to rozwiązanie zdecydowali Australijczycy, a przy większej liczbie uczestników cena jest niższa. Przepakowuję się, myję i idę spać. 

Następny dzień rozpoczynam wcześnie. Oglądam mnichów, obdarowywanych ryżem oraz dzieci idące do szkoły. Po śniadaniu wyruszamy. Najpierw idziemy do pagody, położonej w jaskini, ale jest zamknięta (stróż z kluczami się nie zjawił), a potem dalej - przez miasto i wioskę, do pagody z 500-letnią statuą Buddy, zrobioną z bambusa i pokrytą złotem (podobnie wykonana była ta na jeziorze Inle).Maszerujemy ścieżkami i polną drogą wzdłuż tarasów ryżowych (ryż "mokry") i pól z ryżem górskim ("suchym"). Mijamy tartak. Widzimy, jak ludzie (także dzieci) niosą drogą różnego rodzaju belki i baliki. Nasz przewodnik tłumaczy nam, że ktoś zakupił nielegalnie drewno tekowe na budowę domu i zatrudnił ludzi, aby mu je znieśli do Kalaw. Za zniesienie jednego kawałka drewna płaci się, zależnie od jego wielkości, 150-200 Ky - zwykle udaje się wykonać jeden kurs dziennie. Idziemy drogą aż do punktu widokowego, gdzie jest restauracja. Tam jemy lunch - ciapati i dynię. Herbata wliczona w cenę, star-cola 200 Ky. Potem schodzimy do wioski ludu Paulang. Tam oglądamy jeden z ich słynnych długich domów, gdzie kilka rodzin mieszka wspólnie. Częstują nas owocami, my im dajemy prezenty (ja kupiłem wcześniej za 120 Ky proszek, jak sugerował nasz przewodnik).Od dzieciaków kupuję miejscową czapkę za 700 Ky. Wracamy z powrotem do punktu widokowego, gdzie jemy kolację (ryż i różne warzywa - dynia, ogórki, oraz sałatka z papai). Śpimy w domku (a właściwie szopie z materacami) koło punktu widokowego. Podobno przedtem turyści sypiali w wiosce w długim domu, ale odkąd pokryto go blachą, dym z paleniska nie ma jak uciekać i bardzo przeszkadza.. 

Następny dzień zaczynamy od śniadania o 7:00 - chińska zupka i smażone jajko. Po posiłku wyruszam przez wioskę ludzi Paulang do wioski ludu Danu, gdzie jemy obiad (makaron z dodatkiem i smaczną zupę z kapusty z imbirem). Następnie idziemy wzdłuż torów kolejowych do stacji. Tam obserwujemy ludzi z różnych grup etnicznych, jak sprzedają towary dla pasażerów pociągu, ładują kapustę do części towarowej składu. Ze stacji idziemy drogą utwardzoną kamieniem i wracamy do Kalaw. Po drodze mijamy rozbudowany budynek szkoły wojskowej, kościół katolicki, szkołę (dawniej katolicką, znacjonalizowaną), ładne budynki z czasów kolonialnych i eleganckie domu bogatych ludzi, hotel Kalaw (z czasów kolonialnych, znacjonalizowany, obecnie dzierżawiony). Około 17 docieramy do naszego hotelu. Po kąpieli idę zjeść - w restauracji Golden Leaf przy głównej ulicy smaczny kurczak w sosie słodko-kwaśnym to wydatek 1100 Ky, ale porcja jest duża. Jestem zmęczony i po powrocie do hotelu szybko zasypiam. 

29.10.2003 Dzień zaczynam od smacznego śniadania. Nasz przewodnik znowu wyrusza na trekking (a podobno niedawno się ożenił ), tym razem z jakąś parą - żegnam się i daje mu proszek do prania ( został mi), aby przekazał go mieszkańcom wiosek. Postanawiam przejść się na targ. Jest tam sporo ludzi, wielu w tradycyjnych strojach, na przykład kobiety z ludu Pao ("Czarni Karnowie") ubrane na czarno i w indygo, a także Paulangowie w strojach niebiesko-czarnych, Shanowie, Danu. Udaje mi się zrobić kilka interesujących zdjęć. Potem idę do jaskini - świątyni Buddy, której nie udało się nam zwiedzić w czasie wycieczki. Jestem tam wiele posągów Buddy, różnych rozmiarów. Całkiem ciekawe miejsce., zostawiam nawet donację. Wracając przysiadam na chwilę w jakiejś kafejce i popijając star-colę (150 Ky) obserwuję nieśpieszne życie mieszkańców. Płacę za hotel i trekking (w sumie 16$), dostaje karteczkę na autobus (pieczątka hotelu po angielsku, bilet kosztuje 7 000 Ky) i idę do Sun Restaurant, gdzie wymieniam karteczkę na bilet linii Eastern State Express. Zanim przyjedzie opóźniony autobus udaje mi się jeszcze wypić star-colę i kupić smaczne ciastko z orzechami (100 Ky). Przejazd przez góry jest dość powolny, bo trwa rozbudowa drogi i musimy czekać, aż wysadzą skały. Potem też przejazd nie jest zbyt wygodny. 

3 Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
0.10.2003. W Bago jestem po 6:00. Naganiacze zachęcają mnie do hoteli Emperor i Mayandar Guesthouse. W końcu wybieram Mayandar. Jednym z argumentów naganiaczy jest, że Mayandar to hotel rządowy, ale mi to nie sprawia różnicy (to zresztą chyba nie jest prawda, bo jest wymieniony w LP, a oni nie opisują hoteli rządowych). Za pokój z łazienką płacę 4$. Po kąpieli idę na przystanek koło kawiarni, gdzie łapię autobus jadący do Złotej Skały za 1500 Ky. Jest dość zapchany (rozłożone są dodatkowe siedzenia). Na miejsce docieramy około 12:00 - nie mam szans wrócić tego samego dnia do Bago. Zatem wynajmuję pokój w hoteliku SeaSar za 3$ i wsiadam na ciężarówkę z deskami służącymi za siedzenia. Za 400 Ky dowiezie mnie z jedną przesiadką (na drugą ciężarówkę) pod skałę. Potem ostre podejście do góry (można wynająć tragarzy, którzy wniosą człowieka na górę w lektyce). Na szczycie jest monastyr i słynna pozłacana skała. Oglądam skałę. Można podejść blisko, dotknąć świętego miejsca. Ale tylko, jeżeli jest się mężczyzną. Muszę zostawić plecak i zdjąć nakrycie głowy. Jacyś wojskowi wyższej rangi przyjechali z wizytą - chodzą z obstawą. Ja rozmawiam z trzema (jeden z nich to mnich) pątnikami z Rangunu (a raczej z jego okolic), którzy odwiedzają to miejsce już po raz trzeci. Schodząc natykam się na Niemców, których spotkałem w drodze do Kalaw. Wracamy ciężarówkami w dół (taniej - tylko 300 Ky, a w kabinie kierowcy nie 800 Ky, ale 600 Ky). Jazda jest szaleńcza. Po dotarciu na dół kupuję bilet na następny dzień na 6:30 na autobus do Bago, wymieniam 7$ (kurs 800 Ky za 1 $) i płacę za pokój. Na kolacje jem smaczne kulki mięsa w sosie słodko-kwaśnym (1500 Ky). Ponieważ dostałem od hotelu mydełko i ręcznik mogę się umyć. Chodząc wieczorem słucham występów miejscowego zespołu - całkiem ładnie śpiewającego. 

31.10.2003 Wstaję przed 6:00, aby zdążyć na autobus, jem śniadanie (wliczone w cenę hotelu). Autobus wyjeżdża dopiero o 6:44 i jedzie dość powoli, czekając przy moście na pasażera, który się nie zjawia. Wyprzedza nas inny autobus, chyba ten, który wyjechał o 7:00. W Bago jestem o 10:00. Idę do mojego hotelu, myję się i wyruszam na miasto. Umawiam się na taksówkę za 4000 Ky do Rangunu około 13:00. Najpierw oglądam "hal modlitwy" (niezbyt ciekawy), potem cztery duże figury Buddy, zwrócone do siebie plecami (teren wokół nich jest zarośnięty zielskiem). Wreszcie udaję się do największej atrakcji miasta - leżącego Buddy. Bilet za wstęp kosztuje 10$ (ważny na wszystkie zabytki w mieście). Ale ponieważ nie ma nikogo sprzedającego bilety, więc płacę tylko 50 Ky za używanie aparatu fotograficznego. Figura jest olbrzymia, leży w pozycji "zrelaksowany Budda" - nogi założone jedna na drugą ("pozycja Nirwana", to nogi leżące obok siebie). Na ścianach obrazy z historii powstania posągu i jego ponownego odnalezienia i oczyszczenia po latach zapomnienia. Wracam do hotelu na piechotę, bo jakoś nie mogę się dogadać z rikszarzami. Niestety docieram już po 13:00 i moja taksówka odjechała (nie mogła czekać). Muszę łapać autobus - siadam w pobliskiej kawiarni, przed którą się one zatrzymują. Z pomocą pracownika lokalu łapię klimatyzowany autobus za 1000 Ky do Rangunu. 

Dojeżdżam na miejsce po16:00. Za 2000 Ky biorę taksówkę do hotelu Garden i wynajmuje pokój za 4$. Jem obiad w Okinawa Restaurant. Biorę znowu taksówkę za 1000 Ky do "Dagon Center" (taksówkarz miał trudności z odnalezieniem tego miejsca) i korzystam z Internetu (1200 Ky/godzinę, jestem już zarejestrowany). Potem idę piechotą do Schwedagon Paya (pięknie oświetlona), a potem autobusem do hotelu (kilkadziesiąt Ky). Jeszcze wieczorne piwo w "ABC i idę spać. 

Myanmar Myanmar fot. Jacek Żoch
01.11.2003 Dzień zaczynam od bezpłatnego śniadania (nie wiedziałem, że mi się należy). Oddaję rzeczy do prania w Ava Laundry - trochę drogo, ale mam nadzieję, że dobrze wypiorą (2200 Ky za osiem sztuk różnych rzeczy). Jadę taksówką do Schwedagon Paya (1000 Ky, wstęp 10 $) i funduję sobie zwiedzanie z przewodnikiem (2000 Ky - umówiony byłem na 1500 Ky, ale dałem napiwek). Mój przewodnik ciekawie opowiada o całym kompleksie i religii buddyjskiej. Po ponownych odwiedzinach wspaniałej pagody jadę taksówką (1000 Ky) na przystań, skąd odpływają promy do Dalah. Bilet powrotny kosztuje 2 $ (niestety nie mają wydać z 10$ i muszę przepłacić, dając bileterowi 2000 Ky).

Brudny statek przepływa rzekę w jakieś 20 minut. Za 500 Ky jadę jeepem do Twante (jak się potem okaże tak cena to zdzierstwo i oszustwo). Po drodze tankujemy na "ciekawej" stacji benzynowej (niestety nie pozwalają mi zrobić zdjęcia). Na miejscu wynajmuje rikszę za 1000 Ky, która obwozi mnie po mieście - oglądam zakład garncarski (wytwarzający nie tylko garnki, ale i inne przedmioty) w znanej z tej działalności dzielnicy Oh-Bo. Zakład jest bardzo tradycyjny (koło garncarskie), wszyscy są mili, dostaję nawet glinianego banana w prezencie. Potem jedziemy do pagody, w sumie dość podobnej do Schwedagon Paya, całkiem fajnej. Okazuje się, że promy z Twante pływają znacznie rzadziej niż było napisane w moim przewodniku - o 3 i o 11, więc decyduję się wracać autobusem (płacę tylko 150 Ky !!!). Jest on bardzo zapchany i podskakuje na wybojach. Potem jeszcze prom powrotny, odbieram pranie i kolacja (znowu Okinawa Restaurant). Ponieważ to dzień moich urodzin, idę na piwo - najpierw do Kyaw Music Pub (powiązany z firmą autobusową) - 1200 Ky za butelkę piwa Myanmar (nie mają Dagon), 300 Ky za grilowane skrzydełka kurczaka, ogólnie dość smętna atmosfera i chińskie szansonistki, oklaskiwane wyłącznie przez obsługę. Położony naprzeciw Emperor ciekawie wygląda, ale piwo kosztuje aż 2000 Ky, więc nie idę. Resztę wieczoru spędzam w ABC - 2 razy piwo po 700 Ky (plus podatek) - ciekawie, więcej ludzi. Dość późno wracam do hotelu i idę spać. 

02.11.2003 Ostatni dzień w Birmie. Wstaję dość wcześnie, jem śniadanie i jadę na rynek Byagyoke. Po drodze słyszę głosy Polaków - pierwszy raz w Birmie, ale nie zdążyłem ich "złapać". Kupuję prezenty - kukiełkę i wyrób z laki za 5$, drewnianą figurkę za 3,5 $, T-shirt za 3$, rum Mandalay za 450 Ky. Wcześniej potwierdzam mój bilet lotniczy. Jem obiad, jak zwykle w Okinawa Restaurant. Chodzę i robię ostatnie zdjęcia w Birmie w okolicach Sule Paya. Potem jadę taksówką na lotnisko za 3$. Na miejscu jestem sporo przed czasem. Kupuję sobie soczki, ale i tak zostają mi jeszcze kyaty na pamiątkę. Oddaję bagaż i przechodzę kontrolę paszportową i celną. Sklepy na lotnisku otwierają się przed wylotem samolotu. Ceny nie są zbyt interesujące, np. rum Mandalay kosztuje 2-3$. Jest sporo biżuterii. Idę do poczekalni przed jedynym "gatem" na tym lotnisku. Brama zamknięta jest na kłódkę. Po pewnym czasie przychodzi ktoś z obsługi, otwiera kłódkę, wsadzają nas do autobusu i zawożą do samolotu. Odlatujemy z opóźnieniem. Mam miejsce przy oknie. Lot jest całkiem OK, dają dobre jedzenie. 

Tajlandia

02.11.2003 Wracam do Bangkoku z Birmy. Odprawa przebiega sprawnie, za 100 B jadę na Khaosan. W tym samym hotelu, co poprzednio chcą 300 B za noc w jedynce z łazienką - nie chce mi się szukać innego miejsca - zostaję. Mam chęć zjeść jakieś "normalne" jedzenie - jem w Burger King za 140 B. Potem jeszcze Internet, rozmowa na temat biletów na następny do Ubon Rachatani, piwko w knajpce i idę spać. 

03.11.2003 W nocy nie spałem najlepiej - budziła mnie głośna muzyka. Po śniadaniu znowu idę na Internet, a potem chcę kupić bilety, ale okazuje się, że są z tym problemy. Nie ma miejsc w pociągu sypialnym. W końcu decyduję się jechać autobusem do Ubon Rachatani za 650 B. Mam chęć kupić nowy obiektyw do aparatu, ale w końcu rezygnuję. Zostawiam w hotelu w przechowalni część moich rzeczy (ceny to 15 B/do wieczora, 30 B/cały dzień, 70 B/tydzień). Jadę taksówką do Pantip Plaza (60 B). Jest to ogromny budynek, gdzie handluje się komputerami, elektroniką, grami itp. Można kupić pirackie płyty z muzyką po 120 B/CD, programami komputerowymi za 130 B/CD i filmami po 150 B/CD. Po obejrzeniu tej ogromnej " giełdy komputerowej" trochę chodzę po okolicy Siam Square. Wracam promem pływającym po rzece. Korzystam z Internetu i jem kolację. Potem idę do agencji, gdzie kupiłem bilet. Zawożą na dworzec autobusowy (północno - wschodni) minibusem mnie i pewną turystkę jadącą do Chiang Rai. Tam kierowca minibusa wręcza mi bilet na autobus wart 369 B (!!!). Przed odjazdem zdążam jeszcze coś zjeść w KFC. Autobus jest wygodny, ma klimatyzację (jest tak zimno, że dają kocyki do nakrycia się), po drodze serwują zimne napoje i ciasteczko. Po drodze jest jeden postój, puszczają na wideo jakiś film (ale przerywają w połowie :-) ). Ogólnie podróż jest bardzo miła, drogi bardzo dobre. 

04.11.2003 Rano o 5:30 jesteśmy na miejscu, dostaję chusteczkę odświeżającą. Autobus jedzie jeszcze dalej, ja jadę tuk-tukiem (50 B) na dworzec autobusowy. Tam akurat udaje mi się złapać przerobioną ciężarówkę jadącą do jakiejś miejscowości (20 B) , gdzie po chwili czekania jest następna ciężarówka do Chong Khong (25 B). Rano jest dosyć zimno. Granica jest już otwarta. Musze szukać Immigration po obu stronach.


Laos

Laos Laos fot. Jacek Żoch
04.11.2003 Przy przechodzeniu do Laosu muszę zapłacić 50 B za "stempel graniczny". W banku na przejściu granicznym wymieniam pieniądze - 50 $ po kursie 1$ = 10250 Kip. Po załatwieniu formalności idę na postój autobusów (a dokładniej przerobionych ciężarówek) i taksówek. Czekam, aż zbierze się odpowiednia liczba chętnych do podróży autobusem. Ponieważ jednak ludzi nie ma zbyt wielu, decyduję się na przejazd współdzieloną taksówką. Muszę zapłacić podwójną stawkę, bo wraz z bagażem zajmuję tyle miejsca, co dwóch Laotańczyków (przynajmniej według. kierowcy :-) ), czyli 20 000 Kip. Ja siadam z przodu, a z tyłu upycha się pięć kobiet.

Tak dość dobrą drogą dojeżdżamy do Pakse. Tam biorę tuk-tuka na dworzec południowy (8 km za miastem) za 8 000 Kip. Udaje mi się od razu złapać ciężarówkę do Hat Xai Khun za 25 000 Kip. Droga jest nowa, bardzo dobrej jakości. Wysiadam na przystani łódek, pływających na wyspę Don Khong do wioski Muang Khong. Przepłynięcie kosztuje 5 000 Kip. Na przystani spotykam Niemców, którzy namawiają mnie do współudziału w przejażdżce łódką następnego dnia (koszt całości to 20$, mój udział to 8$). Chyba się zdecyduję. Płyniemy na wyspę. Wynajmuje pokój w Dong Khong Guesthouse z łazienką za 5$ (bez łazienki 4$). Biorę kąpiel, a potem chodzę po niewielkiej wiosce. Na kolację jem stek, piwo i szejk z papai za 21 000 Kip. Jeszcze trochę chodzę, wsłuchując się w głos cykad, a potem rozmawiam z Niemcami, którzy sporo podróżowali, zwłaszcza po południowo-wschodniej Azji. Idę spać. 

05.11.2003 Wstaję dość wcześnie, aby o 7:000 zjeść naleśnikai na śniadanie (Niemcy jedzą ... zupę). O 7:30 wyruszamy. Płyniemy Mekongiem przez krainę Czterech Tysięcy Wysp (Si Phan Don), czyli rozlewiska rzeki, aby dotrzeć do wyspy Don Khon. Tam oglądamy mały wodospad (Tat Somphamit). Przed wejściem do wioski trzeba wnieść opłatę - 5 000 Kip. Potem idziemy do starej lokomotywy - pamiątki po jedynej linii kolejowej w Laosie zbudowanej przez Francuzów (bo statki nie mogły przebyć wodospadów na Mekongu, a trzeba było transportować towary na trasie Sajgon - Vientiane). Potem chwilę idziemy szlakiem starej linii kolejowej, ale Niemcowi dalej iść się nie chce, więc zawracamy. Płyniemy łódką do miejscowości Ban Nakasang, a stamtąd samochodem Niemców jedziemy do dużego wodospadu (Khon Phapheng) - opłata za wstęp 5 000 Kip. Robi duże wrażenie.

Siedzimy trochę w knajpce niedaleko wodospadu, popijając piwo (8 000 Kip) i gadając. Proponują nam ryby (mają ich dużo w zamrażarce), ale się w końcu nie decyduję na jedzenie. Wracamy do Hat Xai Khun. Tu miała czekać na nas łódka, ale jej nie ma. Nie wiem, czy jej kierowca nie zdążył dopłynąć, czy nas oszukał (bo już mu wcześniej zapłaciliśmy 20$). Niemcy odjeżdżają do Pakse, a ja stoję na przystani. Inni przewoźnicy proponują, że mnie przewiozą za 15 000 Kip. Wreszcie o 14:30 zjawia się "moja" łódka i mnie zawozi na wyspę. Odpoczywam, troszkę chodzę po wyspie. Jem sajgonki (7 000 Kip). Zamawiam miejscowy przysmak - rybę gotowaną na parze w liściu banana (10 000 Kip). Na przygotowanie tej potrawy trzeba czekać godzinę. Troszkę spaceruję, a potem wracam, aby zjeść przygotowana rybę - bardzo smaczną. Do posiłku piję lao-lao, czyli miejscowy bimber pędzony z ryżu (2 000 Kip), całkiem dobry... Potem w hotelu wypijam jeszcze BeerLao (8 000 Kip) i idę spać. Naprawdę miło spędzony dzień. 

Następny postanawiam poświęcić na objazd wyspy na rowerze. Po śniadaniu (banana pancake - w sumie za dwa takie śniadania 2 700 Kip), wypożyczam rower (1 000 Kip za cały dzień) i jadę. Dzieci po drodze pozdrawiają mnie "sabaidi" i ja im odpowiadam. Mijam szkołę, a przed nią mnóstwo zaparkowanych rowerów. Troszkę błądzę na bocznej drodze, ale za to spotykam tam ciekawie wyglądających sprzedawców obwoźnych (oczywiście na rowerach). Główna droga jest prawie cała asfaltowa, oprócz niewielkich odcinków (głownie chyba mostków ?) . Trwają właśnie żniwa. Kobiety zbierają go sierpami, w tradycyjnych kapeluszach, bardzo opatulone. Robię sobie przystanek w Muang Saen, piję colę (2500 Kip) i wodę (1500 Kip). Potem jadę dalej - częściowo nadal główną drogą, ale w miarę możliwości bocznymi dróżkami. Mijam po drodze stację benzynową ( o ciekawym wyglądzie, podobnych jest parę na wyspie. Wreszcie, zmęczony, troszkę spalony słońcem, docieram z powrotem do mojego hotelu. Niedaleko niego kupuję na prezent kawę laotańską (7 000 Kip za 1/2 kg), a wcześniej odwiedzam Wat Jom Thong - najstarszą świątynię na wyspie, trochę zaniedbaną. Rozmawiam chwilę z młodym mnichem. Na kolację jem tym razem grilowaną rybę z ryżem. Zamawiam też sałatkę z papai, ale ta okazuje się na tyle ostra, że nie udaje mi się jej zjeść całej. Za to wszystko i piwo do płacę 34 000 Kip. . Troszkę spaceruję, wypijam jeszcze jedno piwo i zmęczony idę spać .... 

Laos Laos fot. Jacek Żoch
07.11.2003 W nocy nie śpię najlepiej. Nie czuję się dobrze. Po wczorajszej jeździe bolą mnie mięsnie, pośladki (wąskie siodełko w rowerze), mam chrypkę (efekt picia zimnych napojów). Pakuje się i opuszczam hotel. Chcę dzień spędzić na wyspie Don Khon. Udaje mi się złapać łódkę tamże za 3$ (30 000 Kip). Chyba kursują regularnie, a w restauracji za mostkiem można zasięgnąć wszelkich informacji. Najpierw docieramy do maleńkiej wyspy Don Det. Jednak nie chcę tam zostać i płynę dalej. Na miejscu "łapie" mnie na motorze właściciel jednego z hotelików. Za pokój z prywatną łazienką negocjuję cenę 25 000 Kip (z 25 000 Kip). Pokój bez łazienki kosztuje 10 000 Kip. Muszę wykupić bilet za chodzenie po wiosce (za wiaduktem kolejowym, przed wiaduktem można bezpłatnie) za 5 000 Kip. Postanawiam przejść się wzdłuż linii kolejowej.

Ale szybko zaczynają się takie chaszcze, że rezygnuję i idę przez pola do dróżki. Tą ścieżką dochodzę do miejsca, skąd odpływają łodzie. Ale jest jeszcze za wcześnie na oglądanie delfinów, więc tylko się trochę opalam na "plaży". Wracam do wioski, jem zupę z makaronem (6 000 Kip), chodzę po wsi itp. - nudzę się i na dodatek nie czuję się najlepiej. Po południu postanawiam pooglądać delfiny, więc wracam na "przystań". Negocjuję cenę 35 000 Kip + 5 000 Kip dla kambodżańskiej straży granicznej. Ale delfiny udaje się napotkać jeszcze w Laosie, więc wymuszam zwrot owych 5 000 Kip. Delfiny obserwuję z daleka - gdy wynurzają się czasami. Widowisko jest jednak fajne. Wracając płyniemy przez niesamowicie wyglądający zalany las (jest koniec pory deszczowej, poziom wody jest wysoki). Na kolację jem świeżo złowioną, grilowaną rybę, cenę udaje mi się obniżyć z 20 000 Kip do 10 000 Kip. Wracam spać. Ściany są w pokoiku cienkie, słyszę sąsiadów. Moi sąsiedzi także chcą następnego dnia płynąc do Ban Nukasang, więc za łódkę zapłacimy 25 000 Kip/ 3. Śpię średnio. 

Następnego ranka o 7:00 płyniemy na stały ląd. Po około 20 minutach jesteśmy na miejscu (8 000 Kip). Tu jest już ciężarówka do Pakse za 20 000 Kip (płacę 100 B i dostaję 5 000 Kip reszty). Z nami jedzie żołnierz i jacyś Koreańczycy (chyba), którzy robią sobie zdjęcia z bronią żołnierza. Przed samym Pakse przesiadamy się do tuk-tuka, który za 3 000 Kip dowozi nas do centrum (stacja autobusowa jest poza miastem). Jem śniadanie w indyjskiej knajpce - fajnie, ale dość drogo (omlet - 4 000 Kip, banana lassi - 6 000 Kip, kawa - 3 000 Kip). Potem jeszcze idę na pocztę i wysyłam wreszcie kartkę, która kupiłem jeszcze na pierwszej wyspie (znaczek kosztuje 3 000 Kip) . Spod poczty jadę tuk-tukiem za 3 000 Kip na miejsce, skąd odjeżdżają autobusy do granicy. Tam już jeden czeka - cena 7 000 Kip (płacę 30 B). Po dłuższej chwili ruszamy. Razem ze mną podróżuje trójka Szwajcarów i Irlandka. Po około godzinie jesteśmy na miejscu. Musimy uiścić opłatę za przekraczanie granicy poza godzinami urzędowania - 10 000 Kip lub 50 B lub 1 $. Mimo oporów płacimy i bez problemów przechodzimy na stronę tajską. 

Tajlandia

08.11.2003 Znowu w Tajlandii, na tym samym przejściu granicznym. Proponują nam taksówkę do Ubon Rachatani za 700 B. Są też bezpośrednie autobusy do Bangkoku za około 400 B. Decydujemy się jechać miejscowymi autobusami (pierwszy to ciężarówka, drugi to prawdziwy autobus) za 25+20 B. Dojeżdżamy pod stację kolejową. Szwajcarzy jadą do Kambodży, ja kupuje bilet sypialny do Bangkoku za 431 B, Irlandka - siedzący. Idziemy na bazar coś zjeść. Po drodze kupuję kartę telefoniczną (w 7/11) za 50 B i próbuję dodzwonić do Austrian Airlines, ale nikt nie odbiera. Na bazarze kupuję tylko banany (10 B za 1/2 kg). Na stacji oddaję bagaże w przechowalni (10 B) i biorę prysznic ( 3 B ). Jem zupkę z makaronem ( 25 B ) i piję colę (10 B). Trochę rozmawiam z Irlandką, aż podstawiają pociąg. Odjeżdża z opóźnieniem - o19:45, zamiast 19:15. Wagon sypialny nie ma przedziałów, ale są zasłonki i dają pościel, materace, poduszeczki i kocyki. Pan z obsługi rozkłada i ściele wszystkie posłania. Śpię dość dobrze. 

Do Bangkoku dojeżdżamy z około godzinnym opóźnieniem, o 7:25. Ze stacji jedziemy autobusem nr 53 (3,5 B) i potem jeszcze idziemy kawałek na piechotę, aby dotrzeć do Khaosan Rd. Irlandka idzie do znanego jest hoteliku, a ja poszukuję miejsca w paru miejscach, w końcu jednak decyduję się zostać w Ninth Cherone Guesthouse za 300 B. Po odświeżeniu się chodzę po turystycznym getcie, a potem postanawiam trochę pozwiedzać. Idę do "Golden Rock" - niedaleko od monumentu demokracji. Wchodzę na górę, buty trzeba zdejmować dopiero przed samym posągiem - inaczej niż w Birmie. Z góry roztaczają się całkiem fajne widoki. Potem idę w kierunku Vinamen Mansion. Ale przed pałacem królewskim trwają przygotowania do jakiejś parady wojskowej. Myślałem, że nie można zwiedzać historycznego pałacu i poszedłem sobie, ale chyba się myliłem. Po powrocie na Khaosan Rd chodzę wzdłuż ulicy i spotykam nieoczekiwanie Niemkę, z którą jeździłem po Birmie. Umawiam się z na piwo, a w trakcie rozmowy przy piwie obiecuję jej pokazać Bangkok "by night". Odbieram moje rzeczy z pralni (zapłaciłem ponad 50 B, trochę tego było). Wieczorem jadę znowu na Patpong - tuk-tuk (60 B) i sky-train (15 B). Trochę błądzimy, wreszcie zachodzimy na pokaz w lokalu, gdzie poprzednio byłem z kolegami - tylko 80 B/piwo (gdzie indziej było nawet po 200 B) Tam Karina spotyka jakiegoś Niemca z hiszpańską bródką i sobie z nim rozmawia. Ja obserwuję jak zabawia się pewien starszy jegomość - dziewczyny "robią mu dobrze", a on z małą latareczką ogląda ich miejsca intymne. Po skończonym pokazie jeszcze jedzonko w MC Donald`s, powrót taksówką (100 B - taksówkarz nie chciał wg licznika, bo już po północy, ale i tak nie wyszło drogo). Szukamy jeszcze miejsca na wypicie piwa (jest już po 2 w nocy i oficjalnie nie można sprzedawać alkoholu), i sprzedają nam je w barze w środku pewnego hotelu - małe / duże piwo 60 B / 80 B. Potem żegnamy się wylewnie (z całuskami w policzek;- ) z Kariną. Jeszcze chwile krążę po ulicy, a potem idę spać. 

10.11.2003. W ostatni dzień w Bangkoku wstaję dość wcześnie - około 7:00. Po umyciu idę na śniadanie. Zamawiam sałatkę z tuńczyka - dają mi warzywa (nawet nie przemieszane), oddzielnie tuńczyka, majonez i sos vinegre . Sam sobie mam pomieszać. Dzwonię do linii lotniczych, aby potwierdzić mój lot, zostaje mi prawie cała karta. Płacę 300 B za dzień w hotelu (będę w nim do 20:00) i kupuję bilet na autobus na lotnisko na 20:00 za 50 B. Niespodziewanie na ulicy spotykam Karinę - ostatni raz w Bangkoku (pokazuję jej miejsce z tanim Internetem). Idę do Vinamenek Mansion. Droga jest dość długa . Bilet wstępu kosztuje 100 B (jeżeli się ma bilet z pałacu królewskiego - bezpłatnie, Tajowie - 75 B). Główny budynek zwiedza się z przewodniczkami. Niestety zmieniają się one co chwilę, a z ich angielskiego mało rozumiem. Potem oglądam tajskie tańce ludowe (bezpłatne, fotografowanie - 20 B). Aby wejść do pałacu trzeba oddać plecak do przechowalni (bezzwrotna opłata 20 B), oraz zostawić tamże buty (po budynku chodzi się w skarpetkach). Vinamenek Mansion to największy na świecie budynek z drewna tekowego - zbudowany dla króla na początku XX w, potem zaniedbany, od 1982 roku pełni rolę muzeum. W środku można obejrzeć różne przedmioty należące do króla w tamtych czasach oraz trochę współczesnych, a także tron królewski. Potem idę do budynku tronowego, czyli właściwego pałacu królewskiego z początku XX w.

Obecnie mieści się tam wystawa wyrobów rękodzieła pod patronatem królowej. Także trzeba zdjąć buty i zostawić plecak w przechowalni, ale tym razem bezpłatnie. Oglądam jeszcze wystawę regaliów królewskich oraz różnych pojazdów posiadanych przez króla - od "luksusowego" tuk-tuka do powozów konnych. Na tym kończę zwiedzanie kompleksu - jest tam jeszcze parę budynków do odwiedzenia, ale mniej ciekawych, a ja jestem zmęczony. Idę w kierunku Pantip Plaza i w końcu łapię tuk-tuka (50 B). Na miejscu chcę kupić jakiś program komputerowy. Jednak tym razem sprzedawcy się pochowali (nalot policji?) i nie ma gry, którą chciał mój bratanek. W końcu kupuję Max Payne 2 za 200 B ( 2 CD ). Wracam tuk-tukiem - tylko za 20 B, bo z odwiedzeniem sklepu (a właściwie zakładu, gdzie szyją gotowe ubrania). Chcą 500 B za ubranie z kaszmiru (2 dni robocze na wykonanie). Całkiem ciekawe doświadczenie - w sklepie przesiedziałem z 15 minut (o tyle prosił kierowca), a z uwagi na duży ruch cała podróż zajęła mi około 40 minut. Robię ostanie zakupy na KhaoSan Road - chipsy, tradycyjna piłka, T-shirt. Nic poważniejszego nie kupiłem, bo albo było drogie, albo mi się nie podobało. Na chwilkę idę na Internet, kąpię się, pakuję i opuszczam hotel. Chcę coś jeszcze zjeść, ale przygotowywanie hamburgera trwa dłużej niż myślałem, więc płacę tylko za colę (20 B) i rezygnuję z reszty - bałem się, że się spóźnię na autobus. Na lotnisku jestem około 21:00. Jem w Burger Kingu (muszę wyciągnąć pieniądze z bankomatu). Na szczęście nie mam żadnych problemów z bagażem, choć ważył ponad 21 kg. Robię zakupy w sklepie wolnocłowym (tajska whisky 150 B, perfumy Hugo Boss 1900 B, wódka 14$, owoce dragon-fruit 150 B). Troszkę późno wchodzę do samolotu, bo terminal jest daleko (ogromne jednak to lotnisko). Za mną siedzą Polacy z dzieckiem (ale mają obce paszporty). Lot przebiega OK, nawet trochę śpię. Niestety nie widać świateł Rangunu, ale rozświetlony Bangkok z góry wyglądał fajnie. 

11.11.2003. Rano oglądam ładnie oświetlony Budapeszt. Punktualnie przylatujemy do Wiednia. Już przy wychodzeniu z samolotu oglądają nasze paszporty. Zapominam wziąć moich notatek i biletu na dalszą podróż. Nie mogę się wrócić do samolotu, ale miłą pani z obsługi mi je przynosi. Czekam na samolot do Warszawy i ponownie oglądam małe lotnisko. Ceny w sklepach nawet niższe niż w Bangkoku, ale mały wybór. Samolot do Warszawy jest niewielki, nie ma bezpłatnego posiłku. Wreszcie w listopadowy poranek docieram do domu. 

słowa kluczowe: termin: 04.10.2003 - 12.11.2003
trasa: Bangkok, Rangun, Bago, Kalaw, Bagan, Pyin U Lwin, Hsipaw, Mandalay, Jezioro Inle, Laos

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 0 / 5 (0)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 0 / 5 (0)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 34657 od 22.06.2005

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy