lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Kuala Lumpur  
Petronas TowersKuala Lumpur, Malezjafoto: Krzysztof Stępieńźródło: transazja.pl
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

India Jayalalitha death: Masses mourn 'iron lady'

North Korea 'hacks South's military cyber command'

Hong Kong rainbow lions spark LGBT rights debate

Samsung tells South Korea corruption inquiry of 'gift horse'

Pisa tests: Singapore top in global education rankings

White House looks to reassure China after Trump-Taiwan call

Breakthrough in 46-year mystery of missing toddler

Australia Day: Fremantle banned from citizenship ceremonies

Shinzo Abe to be first Japanese PM to visit Pearl Harbor

Trump attacks China in Twitter outburst

Fifteen Saudi Shia sentenced to death for 'spying for Iran'

Europol to investigate mass drowning

Netanyahu statue: Golden likeness of PM appears in Tel Aviv

Egypt arrests 'organ trafficking ring'

Aleppo battle: Russia and China veto UN truce resolution

Israeli MPs advance bill to legalise West Bank outposts

Iran fashion workers jailed for 'spreading prostitution'

100 Women 2016: The Arab women told 'Girls don't do maths'

Syria: Celebrations as families return to homes in Aleppo

The desperate families fleeing eastern Aleppo

Miasta Azji

 Qufu

warto zobaczyć: 7
transport z Qufu: 1
dobre rady: 11

wybierz
[opinieCount] => 0

 Kaifeng

warto zobaczyć: 6
transport z Kaifeng: 1
dobre rady: 10

wybierz
[opinieCount] => 0

 Shaolinsi

warto zobaczyć: 5
transport z Shaolinsi: 1
dobre rady: 10

wybierz
[opinieCount] => 0

 Hua Shan

warto zobaczyć: 8
transport z Hua Shan: 3
dobre rady: 18

wybierz
[opinieCount] => 0

 Luoyang

warto zobaczyć: 4
transport z Luoyang: 5
dobre rady: 13

wybierz
[opinieCount] => 0

 Lanzhou

warto zobaczyć: 4
transport z Lanzhou: 3
dobre rady: 8

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pekin

warto zobaczyć: 27
transport z Pekin: 4
dobre rady: 61

wybierz
[opinieCount] => 0

 Labrang

warto zobaczyć: 5
transport z Labrang: 2
dobre rady: 11

wybierz
[opinieCount] => 0

 Xi'an

warto zobaczyć: 10
transport z Xi'an: 2
dobre rady: 19

wybierz
[opinieCount] => 0

 Szanghaj

warto zobaczyć: 18
transport z Szanghaj: 1
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,897,311,64
IndieINR68,3972,5916,26
IzraelILS3,834,070,91
MalezjaMYR4,474,741,06
RosjaRUB63,9967,9215,21
Sri LankaLKR152,18161,5136,18
SyriaSYP214,85228,0251,08
TajlandiaTHB35,7537,948,50
TurcjaTRY3,463,670,82
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Tajlandia
     kursy walut
     THB
     PLN
     USD
     EUR
  •  Tajlandia
     wiza i ambasada
    Tajlandia
    ambasada w Polscetak
    wymagana wizanie
    Do 30 dni pobytu bez konieczności ubiegania się o wizę
    Najmniejsza
    prowizja w Polsce!
    87 PLN normalnie - 7 dni roboczych
    147 PLN ekspresowo - 2-3 dni robocze sprawdź szczegóły

Podróż do Azji Południowo - Wschodniej 2002

poniedziałek, 20 cze 2005

CZĘŚĆ 1

WYLOT I SINGAPUR


20- lipca. Dzień wylotu. 

Dworzec w Katowicach, na którym zaplanowane było spotkanie z Magdą i Kingą, wydawał się jednym z najbrzydszych miejsc jakie kiedykolwiek widziałam. Szaro, brudno, niebezpiecznie, pochmurny dzień potęgował jeszcze te negatywne wrażenia. Myśl, że za kilkanaście godzin miałam znaleźć się w kolorowym i egzotycznym świecie gdzie cały rok jest lato była tak abstrakcyjna jak lot na księżyc. Do końca wątpliwości czy to wszystko naprawdę dzieje się na jawie. Ale ani Magda ani Kinga, które pojawiły się na dworcu kilka godzin po mnie nie były moją halucynacją. A więc naprawdę jechałyśmy. Jak najbardziej realne były też pierwsze problemy...brak autobusu na lotnisko, żadnych informacji jak tam dotrzeć, zlikwidowane kilka miesięcy wcześniej linie minibusów , źle podane godziny odjazdu jedynej linii prywatnej...po kilkunastu minutach szukania i następnych kilkunastu czekania na nie nadjeżdżający autobus, kiedy nie pozostało już czasu na nic innego wygrzebałyśmy z portfeli ostatnie złotówki na taksówkę.

Lotnisko w Katowicach było zaskakująco małe, ale najważniejsze, że planowo i bez niepożądanych przygód oderwałyśmy się od ziemi i samolot zbliżał się bez przeszkód do Frankfurtu. Tam chwila przerwy aby stanąć na lądzie i przesiąść się na lot do Singapuru. Dwanaście godzin w ciężkiej maszynie 10 kilometrów nad ziemią - nie będę ukrywać, że ten środek transportu traktuję tylko jako konieczność i żadne rozrywki w postaci filmów, muzyki, darmowych drinków i posiłków podawanych na pokładzie nie są wystarczającym czynnikiem wynagradzającym stres startowania, lądowania i turbulencji. Przyznam jednak, że po samym starcie widoki były niemal hipnotyzujące : miasta jako zbiorowisko kolorowych światełek odznaczających się w ciemnościach nocy, świetliste linie autostrad i podążający za samolotem odblask księżyca w jeziorach, stawach i potokach. Ale to trwało tylko dopóki nie znaleźliśmy się ponad warstwą chmur. Dopiero po świcie, gdy przelatywaliśmy nad Morzem Adamańskim i oczom ukazywały się wysepki jak z raju z błękitna wodą, białymi paskami plaż i zielenią
palm, świadomość lotu znikała zupełnie, chociaż na moment.

Singapur Singapur fot. Aleksandra Borzecka
Singapur przywitał nas lekkim popołudniowym deszczem - chwilowy zawód do momentu gdy poczułam temperaturę powietrza - musiało być chyba blisko czterdzieści stopni, ale czemu się dziwić skoro znajdowaliśmy się kilka stopni od równika. Na lotnisku doznałam pierwszego szoku kulturowego wywołanego nowoczesnym, estetycznym i bogatym widokiem jakie przedstawiało otoczenie. Droga do miasta autobusem, który w Polsce uchodziłby za luksusowy, dostarczała kolejnych widoków pochłanianych zachłannie wzrokiem: palmy, jachty, czyste ulice, piękna, bujna roślinność. Deszcz już też przestał padać i pozwolił nam udać się na poszukiwania taniego noclegu. Nie było to łatwe dochodził już wieczór a o tej porze zawsze trudno znaleźć wolne pokoje, poza tym Singapur jest po prostu drogim miastem. Trzy godziny chodzenia od jednego guest house’ u do drugiego, przesiadania się z jednego autobusu do innego zaowocowały wyszukaniem wolnych miejsc w dosyć obszernym pokoju trzyosobowym za cenę 14 dolarów singapurskich, a więc około 30 złotych od osoby. Trzy łóżka i wentylator, który wcale nie pomagał w duchocie, która tam panowała. Dzięki temu iż upał zmusił nas do pozostawienia otwartych drzwi naszą rozmowę w języku polskim usłyszał Kuba, student sinologii, który ostatni rok spędził na stypendium w Chinach i z którym podróżowałyśmy później po Malezji. Późnym wieczorem wyszłyśmy na kolację do chińskiej restauracyjki znajdującej się pod naszym domem gościnnym i był to pierwszy posiłek, którym skorygowałam moje pojęcie o chińskim jedzeniu, spaczonym całkowicie potrawami podawanymi w orientalnych restauracjach w Polsce. Było tak ostre, że nie przechodziło przez usta.

Singapur jako miasto i kraj nie przedstawiało dla nas takiej atrakcji, jakiej można było się spodziewać. Jest nowoczesny, niemal nienaturalnie czysty, bardziej europejski niż azjatycki a my poszukiwałyśmy właśnie typowo azjatyckich wrażeń. Tamtejsze ceny tym bardziej nie zachęcały do dłuższego pobytu, dlatego też ograniczyłyśmy go do jednego dnia. Spacer po Little India, wizyta w Ogrodach Chińskich i Japońskich, które były zresztą w częściowym remoncie, no i centrum handlowe gdzie kupiłam rzecz prawie najważniejszą - aparat fotograficzny. Jeszcze jedno wspomnienie z Singapuru: szereg zakazów, które śmieszyły nas w metrze: głośnego słuchania muzyki na walkmanie, całowania, jedzenia, wnoszenia durianów (cuchnących owoców, o których później) a ogólnie w miejscach publicznych zakaz żucia gumy i zaśmiecania, za które groziła grzywna 1000 dolarów! Oto sekret czystości i porządku Singapuru... 

CZĘŚĆ 2

MELAKA i KUALA LUMPUR

Po południu wyruszyliśmy w czwórkę do Johor Bahru, czyli przygranicznego miasteczka już po stronie Malezji, a stamtąd bezpośrednio do Melaki dokąd podróż autobusem zajęła nam 4 godziny - były to 4 godziny wzdłuż ciągnących się kilometrami upraw palm kokosowych. Na dworcu w Melace naganiacze zaopatrzyli nas w kilka ulotek domów gościnnych, z których wybraliśmy jeden gdzie za 10 RM (Ringgitów , dla przyszłego odniesienia 1RM to w przybliżeniu 1 złoty) dostaliśmy dwa pokoje dwuosobowe. Jeden z nich był z balkonem, szczęśliwym trafem ten w którym przypadło mi spać, i ten balkon szczególnie doceniliśmy później wynajmując małą klitkę w Kuala Lumpur.

Melaka okazała się przyjemnym małym miasteczkiem, na którego architekturę oddziaływały na przestrzeni wieków różne wpływy kulturowe. Właścicielka guest house’u, mówiąca zresztą bardzo dobrze po angielsku, dała nam plan miasteczka, podała informacje na temat najważniejszych zabytków i atrakcyjnych miejsc, najlepszych punktów gastronomicznych oraz usług internetowych (ten kosztował 4 RM za godzinę). Wieczorem spacerkiem przeszliśmy się po najbliższej okolicy, w jednej z bocznych uliczek zrobiliśmy małe zakupy w sklepie małżeństwa Chińczyków, którzy z lekkim zdziwieniem spojrzeli na nas gdy Kuba zaczął rozmawiać z nimi w ich języku.

Następnego dnia wybraliśmy się do centrum, które do dziś ma europejski charakter dzięki pokolonialnym budynkom pozostawionym przez Holendrów, między innymi kościołowi świętego Pawła oraz staremu ratuszowi zwanym Stadhuys. Wszystkie te budynki stojące przy głównym placu mają ceglasto-bordowe fasady jeszcze bardziej przyciągające uwagę niż sam ich styl architektoniczny. Większość czasu spędziliśmy jednak krążąc po kolorowym Chinatown i innych wąskich uliczkach, gdzie pomiędzy kamieniczkami wyrastały mniejsze i większe świątynie chińskie, hinduskie, a nie brakowało również meczetów - w końcu wyznawcy islamu stanowią w Malezji 50 procent ludności. Wśród wielu, które widzieliśmy najbardziej utkwiła mi w pamięci chińska świątynia Cheng Hoon Teng poświęcona bogini miłosierdzia, według niektórych źródeł najstarsza świątynia w Malezji. Skomponowana z czerni, czerwieni i złota, które pokrywały drewnianą siedemnastowieczną konstrukcję i wypełniona zapachem kadzideł zapalanych przez wiernych była esencją moich wyobrażeń egzotycznego świętego miejsca. Gdzieś pomiędzy tymi świątyniami i kamienicami podczas odpoczynku w małej kawiarni wypiłam też mój pierwszy szejk owocowy w Malezji, jedyny jaki piłam z owocu zwanym po angielsku passion fruit - jego aromat jak sama nazwa wskazuje był pasjonujący. 

Po południu, zjadłszy obiad na stoisku z kuchnią indyjską, dojechaliśmy autobusem za miasto do Air Keloh , co można określić jako kompleks turystyczno-rozrywkowy gdzie chcieliśmy wejść do Muzeum Orang Asli, czyli pierwotnych ludów zamieszkujących Malezję. Niestety muzeum było zamknięte, poszliśmy więc do ogrodu zoologicznego, który znajdował się po drugiej stronie ulicy. Tu ciekawostka na temat ruchu drogowego i pieszego w Malezji, który był dla mnie (myślę że i również dla innych) nie tyle irytujący co niezrozumiały. Po pierwsze rzadko kiedy można było spotkać coś takiego jak chodnik, po drugie oznakowane przejścia dla pieszych były tak sporadyczne jak oazy na pustyni a w skutek tego przechodzenie przez ulicę było bohaterstwem dnia codziennego. Liczenie na to, że kierowca zatrzyma się z własnej woli było krótko mówiąc naiwniactwem, można im najzwyczajniej zajść drogę co było w większości przypadków jedynym wyjściem, ale nie należało też do najbezpieczniejszych opcji (w moim przypadku zaowocowało całe szczęście tylko rozdarciem spódnicy). W ciągu kilku tygodni podróży tam tak przyzwyczaiłam się do wywalczania sobie przechodzenia w miejscach całkowicie przypadkowych i u nas nieprzepisowych, że po powrocie przez pierwsze kilka dni nie zwracałam najmniejszej uwagi na światła. 

Ale wracając do zoo - było niewielkie i nie zaskakiwało zwierzętami, których nie można byłoby zobaczyć i w polskim zoo, ale ocienione alejki były zbawieniem od palącego na zewnątrz słońca, a dodatkowo w mini safari będącym jego częścią na kilkanaście gatunków zwierząt, m.in. żyrafy, zebry, sarny, i strusie można było popatrzeć choć raz bez dzielących krat ogrodzenia. 

Po powrocie z zoo postanowiliśmy podjąć się obserwacji wieczorno-nocnego życia w Melace - siedząc na ławeczce i degustując orientalny smak jakiegoś silnie aromatycznego gatunku chińskiego alkoholu patrzyliśmy jak przed oczyma przesuwają się przechodnie. Byli to Malajowie, z rzadka turyści, czasem jakiś muzułmanin z haremem żon opatulonych od stóp do głów w czarne chusty. Po jeszcze jednym gorącym posiłku przy tym samym indyjskim stoisku co wcześniej wróciliśmy do pokojów aby następnego ranka wstać wcześniej i przed planowanym na popołudnie wyjazdem zobaczyć resztę miasta. Nie wszystkim się to jednak udało, rano tylko Kuba i ja wyszliśmy na ostatnie zwiedzanie Melaki. Zaszliśmy do muzeum marynistycznego mieszczącego się w starym siedemnastowiecznym galeonie oraz na wzgórze Penang gdzie stoją jeszcze ruiny kościoła z czasów holenderskiej koloni. Największa atrakcją okazała się jednak defilada policjantów ćwiczących przed świętem narodowym, ubrani w policyjne buty, spodnie i czapki, oczywiście z obowiązkowymi karabinami na ramionach, ale każdy miał na sobie inna koszulkę polo... 

Tego samego dnia- w środę- wyruszyliśmy do Kuala Lumpur, z Melaki to zaledwie 2 godziny jazdy klimatyzowanym autobusem za cenę 7,80 RM. Na miejsce dotarliśmy już o 15; autobus zaparkował w podziemiach dużego dworca gdzie jak zbawca wśród zaduchu gorącego powietrza i spalin pojawił się obok nas młody naganiacz, który zaproponował nam nocleg w guest house’ie swojego brata oddalonego jak to określił o kilka minut marszu. W praktyce w tym nieziemskim upale, w którym nawet Rocky pocił się niemiłosiernie (a nie miał na sobie plecaka z całym dobytkiem jak my) zajęło nam to trochę dłużej i po około 20 minutach krążenia po tłocznych uliczkach stanęliśmy przed wejściem owego domu gościnnego. Znajdował się na drugim piętrze kamienicy w samym sercu dzielnicy chińskiej, do schodów i windy jedyna droga prowadziła przez sklepik na parterze, który mógł być kwiaciarnią ale innych towarów jak to w chińskich sklepach również nie brakowało. Sam pokój, za który zapłaciliśmy niewygórowaną cenę 10 RM od osoby był podstawowy jeśli chodzi o wyposażenie jako że jedynymi przedmiotami jakie zastaliśmy były 2 piętrowe łóżka, które zajmowały zresztą trzy czwarte całego pomieszczenia. Ciasno, ale czysto, ze wspólnymi, ale odnowionymi niedawno łazienkami i klimatyzacją. Było to pierwsze i ostanie miejsce gdzie zaznaliśmy luksusu tego urządzenia. 

Pokoje znajdowały się na tyłach budynku, nie było więc tu słychać gwaru ulicy, co było ogromnym plusem po męczącym dniu chodzenia. W ciągu dnia ten gwar miał jednak swój urok, tak jak wszystko w Chinatown, począwszy od kolorowych świątyń, przez egzotyczne zapachy a na naturalistycznie wyglądającym brudzie kończąc. Cała dzielnica jest pełna życia, jak jej mieszkańcy, zwłaszcza wieczorami gdy nocne targi przyciągają i miejscowych i turystów bajeczną różnorodnością gorących i zimnych przekąsek, obfitych posiłków, deserów czy soków i szejków owocowych. Naszym ulubionym punktem gastronomicznym stała się spora kryta sala z mnóstwem stolików, wokół której można było wybierać dania z co najmniej 15 różnych restauracyjek, każdej specjalizującej się w jakimś rodzaju potraw, np. smażonym ryżu, zupach z makaronem, owocach morza lub świeżych sokach z liczi, ananasa, mango czy kokosa. Gorącą potrawę można było dostać tam już za 3 RM, a za 4 czy 5 najeść się do upadłego. Co było dla nas przez długi czas niepojęte to fakt iż talerz smażonego ryżu z mięsem i sosem kosztował 2 razy mniej niż chleb i serek, dopiero potem zrozumieliśmy, że takie zachodnie jedzenie sprowadzane jest tylko dla turystów i przez to jego cena była tak wysoka w porównaniu z miejscowym menu. 

Po zrzuceniu plecaków w pokoju i po krążeniu w kółko wśród uliczek Chinatown (to krążenie stało się regułą- nie z wyboru, ale przez dziwny problem z orientacją który mieliśmy tylko w tej dzielnicy Kuala Lumpur) doszliśmy do meczetu Masjid Jamek, pięknej budowli której religijny charakter odznaczał się bardzo pośród otaczających ją nowoczesnych budowli i naziemnej kolejki. Wewnątrz dostałyśmy ubranie wierzchnie (czytaj: fartuch) oraz chusty, które jako kobiety musiałyśmy założyć w świętym miejscu muzułmanów. Nosząc je przez te kilkanaście minut zaczęłam jeszcze bardziej współczuć wyznawczyniom islamu, dla których takie stroje są codziennym wymogiem- w upale, który i bez takiego utrudnienia dokuczał wystarczająco. Kuba nie skusił się na ta wątpliwą przyjemność- musiałby zakryć narzutą krótkie spodenki i pozostał na zewnątrz. Główną częścią meczetu był duży, zadaszony plac modlitewny na którym część mężczyzn rzeczywiście modliła się, inni po prostu spali na podłodze korzystając z cienia. Dla kobiet nie było tu oczywiście wstępu- dla nich wybudowano osobną część świątyni za salą modlitewną. 

Dalej na trasie spaceru- niedaleko od meczetu- znaleźliśmy budynek Sułtana Abdula Samada, obecnie gmach m.in. sądu najwyższego, który z racji pięknego wyglądu jest jedną z wizytówek Kuala Lumpur. Jest jednocześnie elegancki i egzotyczny, niestety nie udało się nam obejrzeć go od wewnątrz. Robiąc naokoło niego małe kółeczko skierowaliśmy się z powrotem do Chinatown. Mijając po drodze dziesiątki chińskich sklepów, między innymi sklepów monopolowych, które w kraju islamskim (gdzie religia zakazuje całkowicie picia alkoholu) są jednym z niewielu miejsc gdzie można ten towar zdobyć, dotarliśmy do uliczki gdzie zamiast chińskiej- znaleźliśmy świątynię hinduską Sri Mahamariamnon. To świątynia z 1855 roku będąca miejscem hinduskiego święta Thaipusam oraz mieszcząca srebrny rydwan noszony podczas procesji do jaskiń Batu (o tych później). Od wewnątrz wyglądała bardzo sterylnie ze świeżo położonymi kafelkami, co nie pasowało trochę do tradycyjnie ubranych hindusów modlących się na tej wypolerowanej powierzchni. Za to brama do niej miała ciekawą fasadę - jeśli spojrzeć bardzo krytycznie to lekko kiczowatą, ale zdecydowanie przykuwającą uwagę. Całą powierzchnię bramy o kształcie nierównobocznej piramidy o uciętym wierzchołku pokrywały bardzo kolorowe rzeźby hinduskich bogów i postaci mitologicznych, scen ze świętych ksiąg i inne detale. Żebrak siedzący pod nią wydawał mi się przy tym zagęszczeniu dekoracji tylko częścią całego tego folkloru.

Powoli robiło się szaro- w Malezji zmrok zapadał przez cały rok około 20-tej, i w mroku dotarliśmy do głównej ulicy Chinatown gdzie rozpoczął się już nocny targ. Codziennie około osiemnastej wzdłuż kilku ulic przed witrynami sklepów ustawiają się stoiska z najrozmaitszymi towarami : od owoców i smażonego jedzenia, przez pamiątki, pirackie płyty kompaktowe, podrabiane koszulki firmy Adidas po drogie zegarki. Klientami okazali się głównie turyści, którzy za okazyjną cenę kupują wszystko co tylko możliwe. Mnie osobiście zadziwił wybór butów, głównie letnich, którego nie powstydziłyby się najlepsze domy towarowe Paryża czy Nowego Jorku, ale zadowoliłam się kilkoma płytami za równowartość 5 złotych ...

Przejście całego marketu to zajęcie na kilka godzin, dosyć zresztą męczące wśród ścisku i zgiełku, więc aby odpocząć wróciliśmy na mały skwerek naprzeciwko budynku sułtana. Na jego środku stoi ciekawa fontanna w kształcie drzewa, w której woda wydaje się wylewać z dużych kielichów kwiatowych. Usiedliśmy na jednej z ławeczek naokoło fontanny osłoniętych częściowo pnącą roślinnością; pozostałe ławki powoli zapełniały się również - tuż obok nas na przykład siadła ...i tu nie bardzo wiem: para z przyzwoitką czy po prostu muzułmanin ze swoimi dwiema dziewczynami. Po jakimś czasie pojawił się również policjant i swoją obecnością zmusił nas do większej ostrożności w wyjmowaniu buteleczki chińskiej wódki, którą przy okazji degustowaliśmy. Ciekawe czy kara za picie alkoholu byłaby taka sama dla turystów jak dla muzułmanów? 

Gdy wokół fontanny zrobiło się zbyt tłoczno wróciliśmy do naszej dzielnicy i tuż naprzeciwko naszego domu gościnnego znaleźliśmy pub o przyciągającej nazwie Reggae. Świetna muzyka, niewielu ludzi, kilka gier w piłkarzyki i bilarda do guesthousu wróciliśmy o drugiej nad ranem irytując przez to starszego Chińczyka, który spał w portierni na materacu rozłożonym na podłodze.

Co zrozumiałe zwiedzanie następnego dnia zaczęło się raczej późno. Po godzinnym szukaniu odpowiedniego przystanku (który okazał się w końcu kilka minut od naszego mieszkania) wsiedliśmy w autobus, którym dojechaliśmy tuż za Kuala Lumpur- do Batu Caves, czyli jaskiń z hinduską świątynią będącą głównym miejscem pielgrzymek wyznawców tej religii w Malezji. Góra, czy też skały, w której znajdują się jaskinie, wyrasta nagle na płaskim terenie jakby ktoś postawił ją tam zupełnie przez pomyłkę, a do wejścia kilkadziesiąt metrów nad ziemią prowadzą wysokie schody liczące około trzystu stopni. Wewnątrz ogromnych jaskiń robiących niesamowite wrażenie, oprócz kolorowych posągów bożków i małej świątynki zobaczyć można małpy podchodzące do turystów w poszukiwaniu jedzenia, a nawet wyrywające je z rąk, a także nietoperze latające wysoko pod sufitem jaskini na wysokości dobrych kilkudziesięciu metrów. 

Po wyjściu z Batu Caves złapał nas deszcz, niebo od rana było zresztą zachmurzone, schowaliśmy się więc na chwilę pod dach jednego ze sklepików z pamiątkami. Kinga skorzystała z urządzenia, które miało jakoby wydrukować Chiński horoskop na podstawie linii po wewnętrznej stronie jej dłoni,, należało wsunąć ją tylko do otworu, wrzucić 1 Ringgita i nacisnąć guzik. Faktycznie po minucie maszyna wydrukowała kartkę z chińskim horoskopem...po chińsku. Dobrze, że Kuba przypadkowo znał ten język. 

W drodze z Batu Caves okazało się, że mamy różne plany co do popołudnia - Magda pojechała więc sama do Narodowej Galerii Sztuki, natomiast Kinga, Kuba i ja wybraliśmy się do Muzeum Narodowego. Ponieważ droga do niego prowadziła przez nowy dworzec kolejowy w Kuala Lumpur, mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda naprawdę nowoczesne miejsce tego typu. Aby dojść z dworca do muzeum trzeba było przedostać się przez kilkupasmową autostradę, a jej przekroczenie- bo przecież oczywiście przejścia dla pieszych nie było- zajęło nam dobre dziesięć minut, zżarło ostatnie pokłady cierpliwości, zestresowało maksymalnie i wyczerpało wszelkie próby zrozumienia dlaczego do często uczęszczanego przez turystów czy wycieczki szkolne miejsca trzeba przedzierać się przez labirynt pędzących jak na obwodnicy samochodów. Ale może pora była przyzwyczaić się w końcu do takiego stanu rzeczy. 

Muzeum było dosyć ciekawe, z wystawami broni, tradycyjnych instrumentów muzycznych, wystawami dotyczącymi różnych kultur zamieszkujących Malezję czyli Malajów - muzułmanów, Hindusów, Chińczyków oraz pierwotnych ludów Orang Asli, również takimi, które prezentowały tradycyjną sztukę kraju, m.in. teatr cieni. Nietypową chyba wystawą jak na Muzeum Narodowe była pierwsza wystawa sukienek zrobionych z cukierków, oraz wystawa świata duchów. 

Malezja, Kuala Lumpur Malezja, Kuala Lumpur fot. Aleksandra Borzecka
Wieczorem wsiedliśmy do metra (niektóre odcinki są kolejką naziemną) i wysiedliśmy na stacji KLCC, jak w skrócie nazywane jest Kuala Lumpur City Centre. A pojechaliśmy tam tylko w jednym celu: aby zobaczyć bliźniacze wieże Petronas nocą w ich pełnej oświetlonej okazałości. Nie spodziewałam się, że widok jakiegoś nowoczesnego budynku tak mi się spodoba, a spodobał się nam wszystkim na tyle, że spędziliśmy pół godziny leżąc na chodniku tuż pod wieżami i patrząc się w górę na ich zarys na tle ciemnego nieba. Nie byliśmy zresztą jedynymi osobami oglądającymi je w tej pozycji- widocznie nie tylko na nas zrobiły takie wrażenie. 

Kolejnego dnia udało nam się wstać trochę wcześniej, chociaż jak twierdził stary Chińczyk z recepcji było i tak za późno aby zdążyć dojechać do KLCC i zdobyć bilety na Petronas Twin Towers, a to właśnie planowaliśmy zrobić. Pomimo tej przestrogi postanowiliśmy spróbować- koło wież wylądowaliśmy ok. 10.30 i po wystaniu swojej działki w kolejce udało nam się zdobyć bilety na 15.30, które zamieniliśmy po chwili zastanowienia na wejściówkę o godzinę później a by zdążyć w międzyczasie pojechać do Lake Gardens- i tak właśnie zrobiliśmy.

Lake Gardens, czyli Ogrody Jeziorne, to ogromny 90 hektarowy park położony nad dwoma jeziorkami, spokojna zielona oaza w środku nowoczesnego miasta. Sam park, oprócz tego że oferuje idealne schronienie od tłumów i spalin, nie ma w sobie może nic niezwykłego, za to w pobliżu niego znajduje się wiele atrakcji na które chcieliśmy zerknąć okiem. Jest to między innymi Ogród Ptaków- największa na świecie kryta awiarnia, przy okienku kasowym okazało się jednak że atrakcja ta kosztowałaby nas o wiele więcej niż się spodziewaliśmy, i jednomyślnie zdecydowaliśmy się poszukać ptaków na wolności. 

Kilkadziesiąt metrów dalej znajdowały się połączone ze sobą krętymi ścieżkami Ogrody Orchidei oraz Hibiskusa, do których wejście akurat tego dnia tygodnia było wolne. Są to bardzo estetycznie urządzone mini parki z dużą ilością podgatunków tych roślin, na ich terenie znajduje się również mała galeria obrazów oraz punkt sprzedaży sadzonek-można na przykład już za kilkanaście złotych kupić zestaw rozsad kilku gatunków orchidei, niektóre to rzadko występujące odmiany tych drogich kwiatów. 

Dalej droga przy Lake Gardens prowadziła do Ogrodu Motyli ale cena biletu była jeszcze bardziej zniechęcająca niż w przypadku Ogrodu Ptaków, a ponieważ nie był to dla nas gwóźdź programu zrezygnowaliśmy z wejścia do środka. W sklepiku przed wejściem obejrzałyśmy wszystkie biedactwa-owady, które skończyły jako ususzone pamiątki w szklanych gablotkach, niektóre okazy motyli były naprawdę imponujące ze względu na wielkość i bogactwo kolorów, co parę minut odrzucało mnie tylko na widok tarantul, które pomimo stanu ususzenia nie straciły nic ze swej włochatej wstrętności. Ale na darmo tam nie przyszłyśmy - było około południa a upał tego dnia wyjątkowo dokuczał, postanowiliśmy więc odpocząć przed dalszym chodzeniem w małej kafeterii przy ogrodzie i dzięki temu mieliśmy okazję podejrzeć jak ortodoksyjna muzułmanka spożywa posiłek nie odsłania twarzy, chusta zakrywa jej całą twarz z wyjątkiem oczu a tylko lekko unosi chustę aby jedzenie wsunąć pod nią. Zauważyłam również że te najbardziej ortodoksyjne muzułmanki nie mogą nosić otwartego obuwia spod długiego, czarnego nakrycia wierzchniego wyłaniały się zamknięte buty. Roztapiałam się na samą myśl, że mogłabym być w jej skórze. 

Z Parku Motyli przespacerowałyśmy się obok Meczetu Narodowego, który jak dla mnie wyglądał zbyt modernistycznie aby w ogóle fatygować się do środka (co zresztą nie było łatwe jako że był to piątek, czyli dzień modlitw, i meczet był zamknięty dla zwiedzających z wyjątkiem kilku krótkich przerw między modlitwami). Za to niedalekie Muzeum Sztuki Islamskiej prezentowało się bardzo przyjemnie- wprawdzie zbiory nie są duże ale sam budynek jest warty zobaczenia. Planetarium Narodowe, które znajduje się tuż obok i góruje nad okolicą na wzgórzu bardziej przypominało mi architektonicznie meczet niż sam Meczet Narodowy, a na dodatek w środku zaskoczyło mnie ilością atrakcji, które gwarantują dobrą zabawę na kilka godzin jeśli tylko dysponuje się takim czasem i oczywiście interesuje się chociaż trochę fizyką i astronomią. Można tam na przykład skorzystać z kapsuły obrotowej i poćwiczyć swoją wytrzymałość jak astronauci, przekonać się jaki prąd wytwarza nasza dłoń, zagrać w grę komputerową sterowaną ruchami całego ciała (jak się można domyśleć emocje są ogromne gdy ucieka się przed rekinem całym ciałem a nie tylko poruszając myszką...), można wytworzyć też fale radiowe albo sprawdzić radioaktywność kilku próbek. 

Ale nic nie przebije wejścia do czarnej dziury...no, powiedzmy wejścia do pomieszczenia które symulowało efekty charakterystyczne dla czarnej dziury, oraz poruszania się w całkowitej ciemności po nierównej powierzchni pochyłej na przynajmniej 60 stopni i szukanie tunelu, którym wypadało się nagle tuż pod nogi innych zwiedzających. Będąc w planetarium wjechałyśmy również na wieżę, skąd rozciągał się widok na panoramę dużej części Kuala Lumpur, tę mieliśmy również nadzieję zobaczyć wieczorem z Menara KL, czyli 420-metrowej wieży telewizyjnej stojącej w centrum miasta. 

Do wieży dotarliśmy gdy było już ciemno. Po meczącym wejściu na wzgórze, na którym wieża jest zbudowana po raz kolejny zrezygnowaliśmy z wejścia ze względu na cenę biletu, zwłaszcza po ostatnich postanowieniach oszczędzania. Na szczęście wcześniej udało nam się wjechać na Petronas Twin Towers, a dokładniej mówiąc na most łączący obie wieże, zawieszony na wysokości 170 metrów. Ze względów bezpieczeństwa turyści nie mają wstępu do wież oprócz tego właśnie pomostu oraz nowoczesnego centrum handlowego zajmującego trzy poziomy, na sam pomost wjeżdża raz na 10 minut kilkunastoosobowa grupa zwiedzających poruszając się windą, która pokonuje 41 pięter wysokości w zaledwie 41 sekund. Jedno piętro na sekundę to szybkość, którą odczuwa się w uszach- a to przez nagłą zmianę ciśnienia porównywalną chyba z odczuciami podczas startu samolotu. Most jest zaledwie w połowie wysokości wież, ale to wystarczyło aby patrzeć z góry na prawie wszystkie otaczające wieżowce.

CZĘŚĆ 3

TAMAN NEGARA


Dzień następny, czyli sobota, zaczął się od pobudki o zdecydowanie nie wakacyjnej porze- 6.30. Cała czwórka sennie wpakowała się do autokaru jadącego do Kuala Lipis, na północny wschód od stolicy, chociaż co do dalszych planów nie byliśmy jeszcze pewni. Na miejscu miało okazać się czy będziemy nadal podróżować razem czy rozdzielimy się na jakiś czas, a zależało to od tego czy Kinga i Kuba znajdą biuro lub guest house, które zorganizowałoby im trekking już od następnego ranka. I udało im się to, zostali więc na miejscu, a Magda i ja wybrałyśmy od razu dalszą podróż do Taman Negara, chyba najbardziej znanego parku narodowego Malezji, leżącego trochę dalej na wschód od Kuala Lipis i założonego w najstarszym na świecie lesie deszczowym, liczącym sobie około 130 milionów lat. Na dworcu autobusowym spotkaliśmy holenderska parę, z którą złożyliśmy się na taksówkę do przystani łodzi zabierających chętnych w górę rzeki do kwatery parku. Taksówka kosztowała nas po 10 RM, na pewno trochę więcej niż autobus, z drugiej strony nie było to wiele jak za 40-minutową jazdę i to w sytuacji gdy gonił nas czas aby zdążyć na ostatnią łódź.

Gdy przybyliśmy na miejsce, przystań pełna była już czekających na rejs. Po chwili zjawił się główny "organizator", wypisał nam bilety powrotne (19 RM w jedną stronę) i poinformował o wszelkich możliwych zajęciach i wycieczkach z przewodnikiem jakie można było sobie wykupić na terenie parku: począwszy od nocnego safari, przez wyprawy do wiosek ludów Orang Asli do ekstremalnych sportów takie jak przejażdżki na szybkich łodziach motorowych. Z jednej strony brzmiało to ciekawie, doszłyśmy jednak do wniosku, że to wyprawy raczej komercyjne i zdecydowałyśmy się liczyć na umiejętność odczytywania mapy podczas indywidualnych wypraw.

Podróż łodzią w górę rzeki była atrakcją samą w sobie - była to bardzo płytka i wąska łódź długorufowa z daszkiem chroniącym od słońca, która zabierała około 10 osób siedzących na podłodze. Poziom wody od brzegu burty dzieliło może 15, 20 centymetrów i ponieważ było to moje pierwsze doświadczenie w takim rodzaju transportu byłam przekonana, że łódź jest po prostu przeładowana i nie ma szans abyśmy dopłynęli do celu z takim przeciążeniem. Ale udało się. Po drodze widok na dżunglę pomagał zapomnieć o moich wątpliwościach, gdzieniegdzie widać było również bawoły wodne leżące przy brzegu, udało się nam również dojrzeć kilku członków plemienia Batek - jednego z plemion Orang Asli, czyli pierwotnych mieszkańców Malezji. Są to ludy, które nadal żyją jak ich przodkowie setki lat temu, zajmując się zbieractwem i polowaniem na zwierzynę, używając pierwotnych narzędzi, takich jak na przykład włóczni. Nie noszą nowoczesnych ubrań, klimat pozwala im zresztą na rezygnowanie z odzieży w ogóle, dlatego wszyscy członkowie rodziny, którą zobaczyliśmy przy brzegu mieli jedynie przepaski na biodrach. 

Chociaż widzieliśmy ich tylko z daleka sytuacja ta była dla mnie lekko abstrakcyjna - grupa turystów na co dzień mieszkająca w nowoczesnych miastach, używająca najnowszych osiągnięć techniki przepływa obok aborygenów, z których część zapewne nie widziała do tej pory białego człowieka. A po chwili każdy wraca do swojego świata. Trudno uwierzyć, że można jeszcze spotkać ludzi prowadzących życie o jakim my uczymy się na lekcjach o zamierzchłej historii.

Malezja Malezja fot. Aleksandra Borzecka
Po trzech godzinach wysiedliśmy na prowizorycznej przystani przy wiosce Kuala Tahan z której do samego parku, skąd rozchodziły się wszystkie szlaki, można było dostać się czymś w rodzaju wodnej taksówki przewożącej chętnych na druga stronę rzeki za 50 senów. Wzdłuż brzegu po stronie wioski stało kilka restauracji na wodzie, gdzie w miarę tanio można było zjeść miejscowe dania, a trochę drożej dostać zachodnie zestawy śniadaniowe czy obiadowe. Ceny tutejszych dań nie różniły się zbytnio od tych w Kuala Lumpur czy Melace, również łóżko w dormie (czyli pokoju wieloosobowym) można było stosunkowo tanio wynająć w wiosce - w przeciwieństwie do resortu Taman Negara, gdzie ceny za łóżko wynosiły 40 RM, a w lepszych domkach nawet 200 RM. My znalazłyśmy jeszcze wolne miejsce w Teresek View Motel za 12 RM w czteroosobowym pokoju, który miałyśmy dzielić z Malajskim przewodnikiem. 

Pierwszy kontakt był chłodny, nie wiedziałyśmy wówczas kim jest, a pozory zmyliły nas zupełnie bo wzięłyśmy go za tradycyjnie wyglądającego muzułmanina któremu nie do końca podobał się fakt mieszkania z dwiema obcymi dziewczynami. Nie dość, że się nie odzywał to jeszcze bez skrupułów wodził za nami wzrokiem, co było dosyć krępujące w małym pomieszczeniu z dwoma łóżkami piętrowymi i niczym więcej. Wkrótce zrobił się bardziej rozmowny i okazało się nie tylko, że jest przewodnikiem, ale również że tak naprawdę jest Hindusem i to z dużym poczuciem humoru. 

Ponieważ w sobotę po dotarciu do wioski za późno było już na wyjście wgłęb lasu - robiło się tu zupełnie ciemno już o 20- po prysznicu i posiłku wybrałyśmy się na drugą stronę rzeki aby rozglądnąć się po resorcie, zameldować w biurze aby przedstawić dowód opłaty za wstęp do parku, miałyśmy również nadzieję dostać dokładniejsze mapy szlaków, takich jednak nie było - większość ludzi najwidoczniej wybierała się wszędzie z przewodnikiem. Sam resort okazał się skupiskiem domków wczasowych jakich i u nas wiele, całość sprawiała wrażenie ośrodka wczasowego, który zupełnie nie pasował do otaczającej go gęstej dżungli. Poza tym chociaż domki i ścieżki prowadzące miedzy nimi wyglądały estetycznie, gdzieniegdzie na obrzeżach wpadało się na sterty desek, a co gorsza inne zanieczyszczenia - prawdopodobnie pozostałości po małpach skaczących co chwila z drzewa na drzewo, co pozwoliło mi z czystym sumieniem stwierdzić, że wybór noclegu w wiosce okazał się lepszy nie tylko ze względu na cenę.

Malezja Malezja fot. Aleksandra Borzecka
Nie spiesząc się zbytnio następnego dnia rano, założywszy wygodne zamknięte buty do chodzenia i długie spodnie mające chronić przed robactwem wyruszyłyśmy do dżungli. Wybrałyśmy trasę przez most z konopi, wzgórze Teresek (po malajsku Bukit Teresek) oraz Bumbun Telengau, czyli jeden z domków na palach służących do obserwacji zwierząt, a następnie powrót do wioski - trasa wystarczająco bliska aby nie zabłądzić bez przewodnika, ale wystarczająco mało uczęszczana aby poczuć się jak w dziczy. Małe sprostowanie- mało uczęszczana z wyjątkiem mostu z konopi, gdzie na wejście musiałyśmy czekać 40 minut, i to niekoniecznie z powodów niezliczonych tłumów, ale dlatego iż przy chodzeniu po moście obowiązują ściśle przestrzegane zasady bezpieczeństwa, które określają ilość osób mogących przebywać jednocześnie na jednym odcinku pomiędzy drzewami. Gdy doczekałyśmy się w końcu na naszą kolejkę pierwsze kroki na moście stawiałyśmy bardzo niepewnie...bądź co bądź trzeba było przejść kilkadziesiąt metrów na wysokości 25 - 30 metrów po wąskiej chwiejącej się na prawo i lewo kładce, trzymając się lin biegnących z boku. A był to pierwszy z odcinków, które w sumie składały się na nadziemne przejście o długości prawie pół kilometra. Najbardziej niesamowite było to, że nawet na takiej wysokości patrząc w górę wydawało się iż drzewa ciągną się jeszcze w górę na ogromną wysokość. Ale w końcu miały te parę milionów lat aby tak urosnąć.

Wejście na Bukit Teresek było bardzo męczące, ale tam właśnie znalazłyśmy się w otoczeniu prawdziwej dżungli z lianami, plątaniną wystających korzeni, ogromnymi pniami egzotycznych drzew. Rośliny, które w Europie z trudem hoduje się w sztucznych warunkach tam rosną w swoim naturalnym środowisku- palmy, rododendrony, czy inne, których nazwy są mi zupełnie nieznane, a odgłosy zwierząt są tak głośne i różnorodne, że można zupełnie zapomnieć o nowoczesnym świecie. Po kilku godzinach doszłyśmy do Bumbun Telengau, który był zapuszczoną drewnianą konstrukcją, z przygotowanymi kilkoma miejscami do spania na starych, niezbyt przyjemnie wyglądających materacach. Nie było sensu tam zostawać- w ciągu dnia duże zwierzęta i tak nie wychodzą z ukryć, a my musiałyśmy wracać aby przed zmrokiem dotrzeć do wioski. Udało nam się dojść tam już po osiemnastej i po zdjęciu ubrań, z których pot można było wykręcać jak po praniu, no i oczywiście prysznicu- poszłyśmy odpocząć w restauracji Lia- jednej z tych prowizorycznych knajpek na tratwach, które służą jednocześnie jako przystanki dla łodzi. 

Zostałyśmy tam dłużej rozkoszując się szejkami owocowymi (których mi a propos w Polsce bardzo brakuje...) i uzupełniając notatki z ostatnich dni podróży, gdy niespodziewanie rozpadało się, i to na dobre. Niebo zaczęły rozświetlać błyskawice, burza zbliżała się coraz bardziej i w pewnym momencie przez spięcie w instalacji cała restauracyjka pogrążyła się w ciemnościach. Właściciele zapalili świece - na krótko jednak, bo komuś udało się naprawić oświetlenie. A deszcz padał, padał i padał i pomimo tego, że przez silny wiatr zrobiło się dosyć zimno, wszyscy czekali aż zelżeje na tyle aby móc szybko wrócić do domków. W tym ścisku, bo klienci siedzący wcześniej przy brzegach tratwy uciekli do środka przed ukośnie padającym deszczem, usłyszałyśmy nagle pytanie w języku polskim...w takiej głuszy był to naprawdę niespodziewany dźwięk. Okazało się, że tuż obok nas siedziało młode małżeństwo z Poznania również podróżujące po Malezji, mogliśmy się więc wymienić informacjami na temat odwiedzonych już miejsc. Nas interesowały zwłaszcza Perentiany- wyspy, na które planowałyśmy jechać w następnej kolejności, a po takiej zachęcie jaką usłyszałam podczas tej rozmowy nie miałam już żadnych wątpliwości, że to zdecydowanie dobry wybór.

W poniedziałek rano, pomimo tego że miałyśmy łódź powrotną dopiero o czternastej, wyprowadziłyśmy się z motelu, i ponieważ było bardzo mokro i ślisko po deszczu zrezygnowałyśmy z krótkiego trekkingu po lesie na który przeznaczyłyśmy wcześniej te przedpołudnie. Nie mając dużego wyboru zaniosłyśmy plecaki na przystań-restaurację i tam spędziłyśmy następne kilka godzin czekając na łódź. Ta całe szczęście odpłynęła planowo. Rejs powrotny trwał trochę krócej - płynęliśmy teraz w dół rzeki, mijając jeszcze raz te same widoki: bujną roślinność dżungli, bawoły oraz jakieś bliżej nieokreślone zwierzę, które na chwilę wyłoniło się z wody (mógł być to wąż lub duży jaszczur), i ukrywającą się za krzewami w zakolu rzeki rodzinę Orang Asli w swej prymitywnej, wąskiej łódce. Po 2 i pół godzinie dotarłyśmy do przystani, a stamtąd do miejscowości Jerantut gdzie chciałyśmy wsiąść do pociągu jadącego na północno-wschodnie wybrzeże. 

Jerantut okazało się tak zwaną dziurą , gdzie jedyną rozrywką było oglądanie malajskich programów na starym telewizorze w poczekalni kolejowej, kilka ulic na krzyż z niewielką ilością sklepów zdążyłyśmy zwiedzić w ciągu pół godziny, a do nocnego pociągu odjeżdżającego po drugiej zostało jeszcze osiem. Poza przedpotopowym telewizorem poczekalnia była jednak dobrze wyposażona - chyba specjalnie dla podróżnych wracających z Taman Negara ustawiono w niej kilka bardzo miękkich sof, na których można było się wygodnie położyć i zdrzemnąć. Łazienki były również bardzo przyzwoite- wyposażone w czyste prysznice. Postanowiłyśmy z Magdą spać na przemian aby nie przegapić pociągu (chociaż pracownik poczekalni obiecał obudzić nas w razie potrzeby) i miałam szczęście, ze podczas mojej warty do stolika przysiadł się przewodnik, dzięki któremu łatwiej mi było zwalczyć sen. Przy okazji usłyszałam kilka ciekawych historyjek, na przykład o turystce, która jakoby zaginęła w dżungli ale widziano ją później żyjącą w głuszy, czy opowiadań o wierzeniach Malajów, takich jak to, iż nie wolno w dżungli wołać drugiej osoby używając jej imienia po to aby duchy żyjące w lesie nie dowiedziały się kim jesteśmy, i nie mogły nas prześladować. Innym przesądem - najśmieszniejszym dla mnie zresztą - jest wiara iż chcąc załatwić się w dżungli trzeba najpierw powiedzieć coś do pierwszego i drugiego drzewa i dopiero przy kolejnym można bezpiecznie załatwić potrzebę (chyba, że przewodnik zmyślił to sobie a ja naiwnie uwierzyłam.

W końcu z małym opóźnieniem nadjechał pociąg, którym już o 8 rano dojechaliśmy do Wahar Bahru-miejsca najbliżej położonego miejscowości Kota Bharu, czyli stolicy stanu Kelantan.

CZĘŚĆ 4

KOTA BHARU I PERENTIANY


Nocleg w Kota Bharu znalazłyśmy bez problemu jak że nie było to miejsce oblegane przez turystów. Pokój był co prawda obskurny, ale bardzo tani - 7,50 RM od osoby, i na dodatek ze śniadaniem gratis, które można było przyrządzić w małej kuchence. Po opróżnieniu wszystkich zapasów pieczywa i dżemu wyszłyśmy do miasta zorientować się co ciekawego można tu zobaczyć, wcześniej nie dowiadywałyśmy się bowiem nic na temat Kota Bharu. Miałyśmy zresztą do załatwienia kilka spraw praktycznych - przede wszystkim musiałyśmy zdobyć jakiś lek przeciwko malarii.

W handlowym centrum miasta śmierdziało (za przeproszeniem) przeraźliwie po rannym targu spożywczym, niewiele lepszy zapach roztaczał się również na krytym bazarze zwanym Central Market- Malezja Malezja fot. Aleksandra Borzecka
trzypiętrowym budynku, gdzie można było znaleźć najrozmaitsze mniej lub bardziej przyjemne dla oka przysmaki, np. owoce zwane skórą węża (ze względu na wygląd skórki), karaluchy i duże świerszcze, ryby i owoce morza, mięso, a nawet jaja żółwie. Tradycyjne słodycze kolorowe galaretko- podobne wyroby, wypiekane pierożki i ciasteczka i podejrzanie wyglądające kleiste masy leżały pomiędzy stoiskami z przyprawami, a tuż obok można było kupić artykuły gospodarstwa domowego. Na ostatnim piętrze przeważały wyroby rzemieślnicze : wiklina, tradycyjne ubrania wyglądające jak kolorowe togi, batik, czyli tutejsze materiały plecione również ze srebrnych i złotych nitek. Naokoło budynku rozłożyli się sprzedawcy świeżych warzyw i egotycznych owoców- mango, daktyli, rambutanów, fig czy znanych z bardzo nieprzyjemnego zapachu durianów. Kupiłyśmy sobie kilka rodzajów aby chociaż raz spróbować jak smakują: skóra węża miała lekko kwaskowy smak, rambutany - bardzo słodkie, ale delikatne, duriany odważyłyśmy się posmakować już wcześniej i więcej nie miałyśmy ochoty tego robić, a zdecydowanie najlepsze według moich norm były mangostany.

Po targu, zaopatrzone w mapkę miasta, poszłyśmy poszukać szpitala - tam chciałyśmy dostać się do jakiegoś lekarza, który przepisałby nam receptę na lek przeciwko malarii, bo te które przywiozłyśmy z Polski okazały się nieważne. Szpital znalazłyśmy, a tam ktoś skierował nas do Centrum Malarii gdzie za darmo (!) i od ręki otrzymałyśmy tabletki, które u nas nie dość że kosztowałyby nas grubo ponad 100 złotych, to jeszcze trzeba byłoby czekać kilka tygodni na zezwolenie ich sprowadzenia. Tak więc pobyt w Kota Bharu, który wcześniej wydawał się stratą czasu okazał się nagle dobrym posunięciem, tym bardziej, że udało nam się znaleźć tam również kilka ciekawych miejsc i zabytków ważnych dla stanu Kelantan. Dodatkowym plusem był fakt, iż turystów było tam jak na lekarstwo i miasto nie było sztucznie upiększone i oczyszczone - właśnie tam można było zaobserwować prawdziwe miejscowe życie. A same doświadczyłyśmy go chociażby jedząc obiad w przyulicznej jadłodajni, gdzie białych najwidoczniej nie widywano, przez co przykułyśmy uwagę wszystkich klientów. Jedzenie było bardzo dobre i śmiesznie tanie jak na naszą kieszeń - kobieta sprzedająca przy prowizorycznej kuchni najpierw nałożyła nam na talerz ugotowany ryż i pokazała ręką, że dodatki możemy wybrać same z kilkunastu pojemników, a z każdego unosił się zapach innej potrawy. Za wołowinę, kawałek kurczaka, surówkę z kiełków soi i oczywiście ryż zapłaciłam 2,20 RM, czyli trochę ponad 2 złote. Jak widać warto zaryzykować jedzenie w miejscach o podejrzanych warunkach higienicznych, zyskuje się finansowo, ale przede wszystkim poznaje się naprawdę tradycyjne lokalne potrawy. 

Z pełnymi żołądkami skierowałyśmy się dalej na centralny plac Kota Bharu zwany placem Merdeka, przy którym miały znajdować się najważniejsze zabytki w mieście. Główna brama prowadząca na plac była imponującej wielkości konstrukcją zupełnie nietypową dla tamtej kultury - takie było przynajmniej moje wrażenie, a stojąc pod nią miało się widok na pozostałe nie mniej ciekawe budowle: meczet stanowy, Istana Jahar - niegdyś pałac jednego z sułtanów oraz Istana Balai Besary, czyli dawną oficjalną rezydencję sułtanów. Mijając ten ostatni dochodziło się do położonego w głębi muzeum sztuki ludowej stanu Kelantan. Odpoczywając później na ławeczce pod Istana Balai obserwowałyśmy jak toczy się popołudniowe życie: nie śpieszących się nigdzie rikszarzy, przechodniów, z których prawie każdy jeśli nie rzucał przyjaznego "hello" , to przynajmniej uśmiechał się do nas. Malajowie to generalnie bardzo sympatyczni ludzie, bezinteresowny uśmiech na twarzy to codzienny widok nie dziwiący nikogo. 

(Uwaga na marginesie: przypomniało mi się opowiadanie (chyba Kuby) o tym, jak był świadkiem kradzieży w Malezji. Mężczyzna na motorze podjechał do stolików przy stoisku z jedzeniem, wyrwał jednej z turystek plecak i zaczął uciekać. Wówczas wszyscy miejscowi zbulwersowani rzucili się za nim w pogoń, dopadli go, przewrócili motor i siłą zaciągnęli z powrotem przed oblicze turystki, której kazano czekać na policję aby spisać protokół a w międzyczasie spytano ją jakiej kary życzy sobie dla złodzieja. Bez komentarza)

Około godziny osiemnastej przed naszą ławką coraz częściej przetaczały się wózki z przewoźnymi stoiskami z jedzeniem - był to znak, że zaczynał się już nocny targ. Gdy dotarłyśmy tam wieczorem zawiódł nas trochę swoją wielkością - znajdował się na niewielkim placu obok Targu Centralnego, ale wybór dań był prawie przytłaczający: wszelkie możliwe tradycyjne wyroby, świeże potrawy i wypieki przygotowane przez Malajki w domu oraz smażone na miejscu. Raj dla oczu i podniebienia. 

Malezja Malezja fot. Aleksandra Borzecka
Następnego dnia wcześnie rano wyszłyśmy na przystanek autobusowy znajdujący się tuz obok naszego guesthouse’u , chciałyśmy wsiąść do pierwszego (o szóstej piętnaście), który jechał do Kuala Besut- rybackiej wioski skąd można było zapłacić za rejs na Perentiany. Taksówkarz polujący prawdopodobnie tylko na osoby o takim samym zamiarze co my zaproponował nam bardzo korzystną cenę za tę samą trasę; okazało się, że jest taka korzystna ponieważ miałyśmy się podzielić kosztem z dwiema angielkami i punkt o siódmej byliśmy już na przystani - akurat aby wsiąść na pierwszą łódź odpływającą o siódmej piętnaście. I gdybyśmy na nią nie zdążyły na Perentian Kecir, czyli mniejszej z wysp Perentian, nie znalazłybyśmy już taniego noclegu, udało nam się wynająć ostatni domek w Zatoce Koralowej w rozsądnej cenie 40RM za dobę. Po kilku dniach pobytu miejsce to stało się dla mnie symbolem egzotycznego raju - plaża nie była duża, a wręcz przytulna, ale przede wszystkim nie była zatłoczona jak się spodziewałam. Było cicho i spokojnie, i pięknie. Plaża zataczała lekki łuk kończący się skalistym brzegiem, wzdłuż niej kilkumetrowy pas jasnego piasku odznaczał się od linii palm kokosowych i turkusowej wody. 

Wprawdzie po tej stronie wyspy plaża nie była idealna na kąpiele jako że już metr od brzegu zaczynały się rafy koralowe, było to za to idealne miejsce do pływania z maską. A wystarczyło przejść przez dżunglę (zauważając przy okazji iguany, wiewiórki i niestety również ogromne pająki) dziesięciominutowym spacerkiem na drugi brzeg aby znaleźć się na rajskiej plaży z miękkim, białym piaskiem i idealnie przezroczystą ciepłą wodą. Spędziłyśmy na plaży pół dnia, większość czasu w wodzie, ponieważ słońce na znajdującej się nie tak daleko równika wyspie było zbyt mocne aby wytrzymać jego bezpośrednie promienie dłużej niż piętnaście minut, jednak pomimo ochrony wody i olejków do opalania spaliłyśmy się niemiłosiernie.

Wieczorem, obolałe od świeżej opalenizny, usiadłyśmy w jednej z kilku knajpek znajdujących się tuz przy plaży po naszej stronie wyspy. Nawet o tej porze, gdy wszyscy turyści wrócili już z nurkowania, nie było widać ich wielu : w czterech czy pięciu knajpkach siedziało po garstce białych a ilość tubylców pracujących w restauracjach i motelach była jeszcze mniejsza. Na wyspie nie było szkoły, ani typowych domów mieszkalnych, nie było dróg a przez to żadnych pojazdów. Rozrywki dla siedzących przy ciepłych daniach czy szejkach owocowych turystów dostarczał widok zachodzącego słońca i gwiaździstego nieba oraz błyskawic daleko na horyzoncie. Większość ludzi odwróciła zresztą krzesełka w stronę morza i wpatrywała się w te widoki jak w normalnych (cywilizowanych) warunkach oglądaliby telewizję. 

W czwartek czując cały czas palącą skórę przezornie szukałyśmy cienia gdzie tylko się dało, nie było to łatwe bo cień na piasek rzucały tylko palmy kokosowe, pod którymi w zasadzie nie można było leżeć ze względu na to, iż spadające kokosy groziły nawet śmiercią. Wchodząc do wody z maską i płetwami, które wypożyczyłyśmy na cały dzień za 10 RM pływałyśmy w koszulkach aby chociaż trochę zasłonić się od słońca. Nie spodziewałam się, że już kilka metrów od brzegu zobaczę podwodne widoki jakie wcześniej widziałam tylko na filmach przyrodniczych. Rafy w kolorach pomarańczowym, niebieskim, zielonym, kremowym i żółtym, z wyraźnymi wystającymi koralami, inne bardziej płaskie, małe i wielkości samochodu, płaskie jak grzyby i okrągłe jak wielkie kule. A pomiędzy nimi ryby o najrozmaitszych kolorach, małe a także wielkości przynajmniej połowy mnie. A woda tak przezroczysta, że to wszystko widoczne nawet na głębokości pięciu metrów. Pływaliśmy tak na zmianę do późnego popołudnia, a po odpoczynku przy szejku (ananasowym w moim przypadku) położyłyśmy się na plaży - oczywiście w cieniu. Tuż po zachodzie słońca poszłyśmy na drugą stronę wyspy aby wykąpać się przy miękkiej piaskowej plaży. W drodze powrotnej w lesie zrobiło się prawie ciemno, szłyśmy więc z duszą na ramieniu - ja zwłaszcza bojąc się wylądować przypadkiem w sieci jakiegoś ogromnego pająka, lub zdeptać bosą stopą jakiegoś zwierzątka. 

Wieczorem poszłyśmy na kolację do tej samej restauracji co poprzedniego dnia, miała największy wybór dań, i jak się wydawało ceny niższe od pozostałych. Tym razem skusiłyśmy się na zestaw barbeque - pieczone udo kurczaka z sosem do wyboru o różnych smakach, ryż, surówka oraz kawałek arbuza - to wszystko za 8RM.Zamiast kurczaka, jeśli ktoś sobie tego życzył, kucharz przygotowywał smażoną rybę (m.in. barrakudę) lub krewetki. Barbeque na plaży na gorącej wyspie Morza Południowo-Chińskiego

W nocy rozpętała się burza, niektóre grzmoty wydawały się przeraźliwie blisko uderzając jakby tuż obok drewnianych domków, a silny wiatr pozawiewał połowę prania, które rozwiesiłyśmy poprzedniego dnia i rozsiał naokoło altany. Buty również zamokły całkowicie. Rano niebo było zachmurzone a woda wzburzona, dlatego nasze plany aby jechać na półdniową wycieczkę z nurkowaniem straciły sens. Co zrozumiałe nie byłyśmy zbyt szczęśliwe takim obrotem spraw, rejs wydawał się świetną i niedrogą atrakcją: za 25 RM (w to wliczone wypożyczenie sprzętu) można było nurkować w czterech miejscach, m.in. wśród ogromnych wodnych żółwi, rekinów, no i oczywiście ryb i raf koralowych. W planie był również przystanek w wiosce rybackiej. Pogoda zmusiła nas jednak do opuszczenia wyspy o jeden dzień wcześniej niż planowałyśmy. 

Po dwugodzinnym spóżnieniu stara tzw. wolna łódź podpłynęła w końcu nad zatokę, a stamtąd zabrała nas na stały ląd - z powrotem do przystani w Kuala Besut, skąd taksówką, znowu dzieląc się kosztami z dwiema angielkami dotarłyśmy do Kota Bharu. Tam bez trudu znalazłyśmy autobus miejski, który co kilkanaście minut odjeżdżał pod granicę malajsko - tajlandzką i po zjedzeniu jeszcze ostatniego posiłku w Malezji przekroczyłyśmy granicę.

CZĘŚĆ 5

SUNGAI KOLOK, KO SAMUI i ANG THONG, PRZEJAZD PRZEZ BANGKOK

Ponieważ w informacji turystycznej na przejściu w tajlandzkim Sungai Kolok wyczytałyśmy, iż do pociągu do Surat Thani, czyli następnego przystanku podróży, zostało nam pięć minut i nie było sposobu abyśmy zdążyły dotrzeć na dworzec na czas, postanowiłyśmy wsiąść do jakiegokolwiek pociągu lub autobusu jadącego na północ. Z rozkładu wynikało iż są jeszcze autobusy odjeżdżające o dwudziestej, dwudziestej pierwszej i drugiej. 

Po pewnych trudnościach z porozumieniem się udało nam się wynająć rikszarza, który za 10 RM ( nie zdążyłyśmy jeszcze wymienić waluty więc płaciłyśmy w Ringgitach) miał dowieść nas na dworzec utobusowy. I tam zaczęły się kłopoty: po pierwsze ani po drodze na budynkach czy oznaczeniach ulic, ani na stacji, nie dość, że nie znalazłyśmy żadnych napisów w języku angielskim, to jeszcze żadnych w alfabecie greckim - wszystkie informacje podane były w języku tajskim, którego litery przypominały mi najbardziej alfabet hebrajski, a więc czarna magia. Pani w okienku udało się jedynie zakomunikować, iż w dniu dzisiejszym nie ma już absolutnie żadnych autobusów, co nas oczywiście bardzo zdziwiło pamiętając rozkład jazdy z informacji turystycznej. Była jednak na tyle uprzejma, że zadzwoniła do prywatnej firmy przewozowej i dwóch Tajów kręcących się w okolicy zabrało nas na motorach do pierwszej stacji minibusów, skąd za 150 BHT (tajlandzkich batów) miałyśmy ruszyć do Narathani, większego miasteczka położonego około 60 km od Sungai Kolok, gdzie z kolei miałyśmy nadzieję znaleźć jakiś nocny środek transportu dalej na północ. 

Gdy dojechałyśmy na miejsce,cudem zresztą bo jazda na tylnim siedzeniu motoru z kilkunastokilogramowym plecakiem przeciążającym pasażera mocno w kierunku ziemi była wielkim wysiłkiem fizycznym, okazało się, iż nikt z obecnych nie mówi po angielsku, a ponadto kierowcy nie kwapili się wcale aby w ogóle ruszyć się z miejsca. Taka sama atmosfera beztroskiego lenistwa panowała zresztą na innej stacji minibusów, do której dotarłyśmy na tych samych motorach aby spróbować dojazdu do innego miasta. Tam spotkałyśmy Amerykanina, który zdenerwowany kolejną nieudaną próbą dogadania się zaproponował wspólna podróż na stopa. To przedsięwzięcie okazało się taką samą klapą jak namówienie kierowców minibusów na okazanie chociaż cienia chęci zarobienia dodatkowych pieniędzy nowym kursem. 

Przez chwilę czułam się jak w jakimś horrorze, jakby ktoś lub coś za wszelką cenę nie chciał nas wypuścić z tej zapyziałej dziury.Widząc, że szanse wydostania się stamtąd są prawie żadne zgodziłyśmy się na propozycję Chrisa aby wynająć wspólnie pokój w hotelu. Jak on sam stwierdził, było mu wszystko jedno gdzie pojedzie, chciał tylko zostać z nami chociaż na krótki czas aby mieć z kim porozmawiać po ostatnich tygodniach spędzonych samemu. Chodząc już po zmroku po miasteczku (w Tajlandii było ciemno już o dziewiętnastej) udało nam się wreszcie znaleźć hotel, w którym wynajęliśmy pokój z podwójnym łóżkiem za 200 BHT, czyli 7 BHT na osobę. Był to zdecydowanie najtańszy nocleg jaki miałyśmy przez całą podróż - dzięki Chrisowi, który jako trzecia osoba dokładająca się do opłaty zaoferował się spać na podłodze jedynie na naszych śpiworach. Wyrzuty sumienia za to, że to my zajęłyśmy szerokie łóżko tłumiłam myślą, iż nie mógł być to jego najgorszy nocleg podczas sześciomiesięcznej podróży po Azji.

W sobotę wcześnie rano kupiłyśmy bilet do Surat Thani, a Chris do Hat Yai które leży po drodze do Surat Thani. Ceną za bilet - 86 BHT, pomimo warunków, czyli dwunastogodzinnej jazdy na drewnianych siedzeniach w pociągu trzeciej klasy, była i tak dla nas śmiesznie niska za tak długą podróż, w czasie której pokonałyśmy około 700 kilometrów. Wyciągnęłyśmy śpiwory aby rozłożyć je na twarde siedzenia i chociaż minimalnie polepszyć warunki jazdy. Stopniowo tłok robił się jednak coraz większy, a gdy w Hat Yai przesiadłyśmy się do innego wagonu (nasze odczepiono) przez kilka godzin jechałyśmy z nogami ściśniętymi pomiędzy tobołami Tajek, które siedziały obok nas. Były zresztą bardzo miłe, jedna zaproponowała nawet swój napój. We wszystkich krajach, które tam odwiedziłyśmy, najbardziej popularne były napoje w woreczkach pełnych kostek lodu. W międzyczasie przez pociąg przewijały się niezliczone tłumy pasażerów a między nimi sprzedawcy napojów i jedzenia: od owoców, przez smażone słodycze po zestawy obiadowe z ryżem, kurczakiem i sosem. Największą atrakcją było obserwowanie zakupu pieczonych karaluchów przez panią siedzącą naprzeciwko mnie. Najpierw dokładnie je obwąchała a potem z uznaniem wzięła kilka sztuk dając głową do zrozumienia że są dobrej jakości.

Po drodze widoki przez okno były na tyle ciekawe, że przez większość czasu można było zająć się oglądaniem mijanych wiosek (Tajowie z terenów pozamiejskich żyją w raczej prymitywnych warunkach), świątyń czy przyrody. Wkrótce same stałyśmy się atrakcją - zebrała się wokół nas grupka kilkunastu chłopców muzułmańskich jadących do szkoły (odległej od ich miejsca zamieszkania o kilka godzin jazdy), a także ich opiekunów. Ich angielski był bardzo słaby, bez przerwy tylko przyglądali się (zwłaszcza Magdzie, która najwidoczniej jako ciemna blondynka przypadła im do gustu i albo uśmiechali się albo wręcz wybuchali śmiechem po niezrozumiałych dla nas komentarzach. Jeden z opiekunów zdołał wytłumaczyć dokąd jadą i w jakim celu oraz zadać nam kilka podstawowych pytań o wiek, imię i pochodzenie. Było to ciekawe dopóki nie wyczerpał się im zasób słownictwa, potem widząc już tylko jak się przyglądają czułam się jak ciekawostka w zoo. Trzeba jednak przyznać, iż mieli się czemu dziwić- widok turystów w najtańszym pociągu trzeciej klasy nie jest tam chyba zbyt częsty, byłyśmy prawdopodobnie jedynymi białymi w całym składzie. Ale wracając do chłopców- wszyscy byli tradycyjnie ubrani w długie luźne koszule za kolana, zamiast spodni mieli chusty owinięte wokół bioder, a na głowach charakterystyczne dla muzułmanów czapeczki. Sądząc po przekroju społecznym w pociągu muzułmanie stanowią znaczny procent ludności na południu Tajlandii. Im dalej od granicy z muzułmańską Malezją wsiadało ich coraz mniej, na początki ich ilość była jednak dla mnie zaskakująca.

Uwaga na marginesie: widok cmentarza po drodze przypomniał mi cmentarze chińskie, które widzieliśmy w Malezji. Są one z zasady położone na wzgórzach, Chińczycy wierzą bowiem, iż tylko na wzgórzu duch zmarłego będzie w otoczeniu korzystnej energii. Groby mają kształt półkola wysokości około pół metra otwartego od środka i od tej strony zauważyć można napisy i zdobienia. 

Wracając do podróży- jej pozostała część minęła raczej spokojnie, jedynie pogarszająca się pogoda, duże zachmurzenie i deszcz popsuły mi trochę humor. Na szczęście przestało padać gdy o 18.58 wybiegłyśmy z pociągu w miejscowości Phun Phin aby zdążyć na ostatni autobus do Surat Thani, który odjeżdżał dokładnie o dziewiętnastej. Za około piętnastominutowy przejazd zapłaciłyśmy po 10 BHT, a kierowca zgodnie z prośbą, nie zważając na przepisowe przystanki, wysadził nas na skrzyżowaniu skąd doszłyśmy prosto na przystań i kupiłyśmy bilety na nocny prom na wyspę Samui. Przed wypłynięciem o dwudziestej trzeciej miałyśmy jeszcze czas na wymianę pieniędzy, mi udało się na szczęście znaleźć bankomat bo ostatniej gotówki pozbyłam się wydając 150 BHT na prom. Zrobiłyśmy również zakupy - musiałyśmy zrobić zapasy na pobyt na wyspie, oraz, płacąc wygórowaną cenę 20 BHT za 10 minut połączenia internetowego, odebrałyśmy wiadomość od Kingi i Kuby, z którymi miałyśmy spotkać się gdzieś w tych okolicach. Okazało się jednak, że zostali jeszcze na południu Tajlandii. Po dziesiątej załadowałyśmy bagaże na prom i zajęłyśmy nasze miejsca zwane na bilecie pryczami. Pod obiema burtami jedno za drugim wyłożonych było po około 30 materaców szerokości około pół metra, jeden koło drugiego bez żadnej przerwy pomiędzy. Nakrycia wyglądały na czyste i chociaż na pierwszy rzut oka te miejsca leżące wydawały się ciasne i niewygodne, to tak naprawdę była to pierwsza od kilku nocy, którą porządnie i spokojnie przespałam. Prom przybył do Na Thon czyli głównego portu Ko Samui o piątej rano i na tej samej przystani udało nam się kupić bilety na wycieczkę do Parku Narodowego Ang Thong. 

Wykupienie takiego rejsu było jedynym sposobem dostania się na wyspę, o którą nam chodziło. Do wypłynięcia o 8.30 zostało nam trochę czasu zjadłyśmy więc śniadanie (w postaci sztucznego chleba ze sztucznie smakującym dżemem - niestety nie było możliwości spożycia czegoś bardziej przypominającego śniadanie) oraz przeszłyśmy po uliczkach Na Thon kupując sobie po chuście plażowej w jednym z dopiero otwierających się stoisk. 

Tajlandia Tajlandia fot. Aleksandra Borzecka
Przy wejściu na statek okazało się, że do biletu, za który zapłaciłyśmy i tak wysoką cenę 550 BHT, musimy dopłacić jeszcze 200 jako opłatę za wejście do Parku Narodowego. Przy zakupie biletu zostałyśmy po prostu źle poinformowane, że opłata ta jest już wliczona w bilet. Kolejne 20 złotych po kieszeni. Ale cóż można było zrobić jak tylko wyciągnąć pieniądze...Za to na statku było pustawo, oprócz nas było może 10 turystów, nie miało się więc poczucia przepełnienia. Po około półtorej godzinie dopłynęliśmy do Ko Wua Ta Lap (Wyspy Leżącej Krowy) na której znajdował się zarząd parku, tam też uczestnicy wycieczki mieli pierwszy godzinny postój na pływanie lub pieszy wypad na wyspę. My natomiast wysiadłyśmy razem z bagażami aby spędzić tu jedną, może dwie noce. Gdy poprosiłyśmy o rozstawienie namiotu pogoda była piękna: błękitne niebo nad nami i gorące słońce grzejące skórę. Miał być to przyjemny nocleg tuż przy plaży, pomiędzy palmami kokosowymi z widokiem na małą zatoczkę. 

Zdążyłyśmy ledwo wykąpać się w morzu (woda trochę nas zawiodła pamiętając rajską plażę n Perentianach - była chłodniesza i nie tak przejrzysta,za to piasek był dużo bielszy i miękki) gdy nibo zachmurzyło się i zaczęło padać. Początkowo lekko, potem lunęła ulewa która trwała kolejne kilka godzin, zupełnie zasłaniając błękitne niebo i zmuszając nas do siedzenia pod daszkiem jakiejś budki bo namiot nie był miejscem zbyt przyjemnym w tamtych mokrych okolicznościach i jednocześnie pilnowania prania które przy bardzo silnym wietrze uciekało na wszystkie strony. Zdecydowałyśmy w międzyczasie, że nocleg w namiocie nie jest dobrym wyjściem przy takiej pogodzie i gdy deszcz trochę zelżał przebiegłyśmy szybko do kwatery parku aby poprosić o wynajęcie domku. Dostałyśmy obszerny jasny pokój w zupełnie pustym domku z ogromnym balkonem, na którym mogłyśmy w końcu bezpiecznie wywiesić mokre rzeczy. 

Przez większość popołudnia padało więc z braku innych zajęć zajęłyśmy się robieniem porządku w bagażach (co mojemu bagażowi zdecydowanie się przydało), potem poszłyśmy zjeść coś ciepłego w tamtejszej jadłodajni, która z braku gości na wyspie zionęła pustkami, jeśli nie licząc kilku pracowników Parku i dwóch turystek . Prąd generowany jest na wyspie jedynie między 18 a 22.30 nie miałyśmy więc innego wyboru jak tylko położyć się spać już po 22 tak jak pozostała garstka ludzi przebywających tu razem z nami. Słówko tylko na temat współtowarzyszy w domku: jedną jaszczrkę ścienną udało mi się przegonić, nie wiem ile pozostało ukrytych. Karaluchów całe szczęście nie zdążyłam zauważyć w pokoju, tak jak i pająków których przeraźliwe okazy prawie zmusiły mnie do zrezygnowania z mycia w łazience. Rano, około szóstej obudził mnie śpiew ptaków, były tak głośne, że zupełnie przez nie rozbudzone wstałyśmy już o siódmej i zasiadłyśmy do śniadania. Około ósmej zauważyłam jakieś poruszenie na placyku kilkadziesiąt metrów od naszego domku. Jak się okazało byli to pracownicy Parku, którzy tradycyjnie rano zbierali się aby stojąc na baczność i słuchając hymnu Tajlandii oddać cześć wciąganej na szczyt masztu fladze oraz pomodlić się składając dłonie w charakterystyczny dla buddystów sposób na wysokości twarzy. Jak zauważyłam w innych miejscach Tajlandii wciąganie flagi i odgrywanie hymnu było codziennym porannym rytuałem. 

Po śniadaniu, już o 8.30 wyruszyłyśmy na punkt widokowy. Licząc od podnóża skały do szczytu trasa miała tylko 500 metrów, ale było to 500 metrów ciągłej stromizny po śliskich skałach i błocie, których nie udałoby się nam pokonać bez lin pomocniczych rozwieszonych pomiędzy drzewami. Dotarcie na górę zajęło nam około 30 minut a ostatni dziesięciometrowy fragment wejścia przeraził nas na tyle, że zostałyśmy na początku prawie pionowego granitowego stoku i zadowoliłyśmy się widokiem z tego miejsca. Widok był zresztą piękny: małe nieregularne wysepki archipelagu Ang Thong usiane na szmaragdowym morzu, których uroku nie pomniejszał nawet brak słońca tego dnia. 

Po zejściu, które było chyba bardziej niebezpieczne niż wchodzenie, zdążyłyśmy wykapać się i spakować i około trzynastej wsiadłyśmy na statek, którym ruszyłyśmy na resztę rejsu - wycieczki, którą rozpoczęłyśmy poprzedniego dnia. Akurat podawano lunch: smażony ryż z warzywami i mięsem, co nie było niespodzianką, niespodzianką za to okazał się ziemniak pieczony, który w tamtych stronach jest prawie niespotykany. Po niedługim czasie zatrzymałyśmy się na wyspie ze słonym jeziorem, do którego przejście prowadziło przez naturalne uskoki skalne i był to ostatni przystanek podczas rejsu, odbijając od wyspy skierowaliśmy się prosto na Ko Samui. Kilka godzin spędziłyśmy na wyspie i o dziewiątej wieczorem wsiadłyśmy na prom, który planowo już o godzinie trzeciej nad ranem miał dopłynąć do portu w Surat Thani, ale dzięki półtoragodzinnemu opóźnieniu mogłyśmy poleżeć na miękkich pryczach do godziny piątej zamiast czekać na autobus gdzieś na twardych ławkach dworca. 

Na nabrzeżu dopadła nas grupa naganiaczy, którzy próbowali namówić jak największą ilość osób na transport ich songathew’em. Może z niewyspania, a może wierząc, że cuda się zdarzają na tym świecie wsiadłyśmy do samochodu chłopaka, który twierdził, że zawiezie nas na dworzec za darmo. Domyślałam się, że jakiś haczyk tkwi w tej propozycji- jak na przykład to, że jest przedstawicielem prywatnej linii przewozowej w ten sposób przyciągającą klientów, ale nie przypuszczałam, że zawiezie nas na prywatny postój firmy, w której bilety do Bangkoku, bo tam chciałyśmy jechać, kosztować będą aż 550 BHT. W przeciwieństwie do grupki turystów, którzy najwidoczniej stwierdzili, że ta cena jest wystarczająco niska, poszukałyśmy tuk-tuka i pojechałyśmy na zwykły dworzec autobusowy, gdzie za bilet do stolicy zapłaciłyśmy po 296 BHT. 

Autobus wyruszył o dziewiątej rano w podróż mającą trwać osiem godzin, jednak z racji ponad godzinnego postoju spowodowanego awarią dotarliśmy na południowy dworzec autobusowy w Bangkoku około siódmej wieczorem. Zbliżając się do stolicy poczułam pierwszą niechęć do tego ogromnego miasta - ciągnące się kilometrami przedmieścia (Bangkok zajmuje obszar o średnicy około 30 kilometrów i ma 7 milionów mieszkańców), korki na pięciopasmowej autostradzie, nieustający ruch, spaliny, tłumy ludzi - to wszystko sprawiło, że pobyt tu pod koniec naszej podróży chciałam skrócić do minimum. Przejazd z Południowego na Północny terminal autobusowy gdzie musiałyśmy się udać aby przesiąść się do autobusu do Ajutii, tylko pogłębił tę niechęć - zajęło to nam dwie godziny, po pierwsze z powodu ogromnych problemów z porozumieniem się z przechodniami pytanymi o drogę, a po drugie przez ich sprzeczne zdania co do tego jak dostać się do poszukiwanego przez nas miejsca.

W końcu po czterech przesiadkach w miejskich autobusach dotarłyśmy na terminal, ostatnimi siłami dobiegłyśmy do hali głównej chcąc zdążyć na ostatni autobus o 21 po to tylko by dowiedzieć się, iż takiego nie ma, co więcej- nie było już żadnych autobusów jadących w kierunku Ajutii. Magda przekonała mnie, że nie warto szukać w mieście noclegu , dotarcie do najbliższego guest house’ u (w niezbyt niskiej cenie) zajęłoby zapewne ze dwie godziny, tyle samo trzeba byłoby przeznaczyć na powrót, co przy planowanym odjeździe najwcześniejszym autobusem o piątej rano zostawiałoby nam cztery godziny snu. Nie mając innego wyboru zdecydowałyśmy spędzić tę noc na dworcu - w miejscu wyglądającym na najbezpieczniejsze czyli koło całodobowego "7-eleven" , naprzeciwko którego nieprzerwanie stał na straży ochroniarz lub policjant, rozłożyłyśmy na ziemi śpiwory ( po uprzednim podłożeniu specjalnie w tym celu jedynej gazety jaką kupiłam w Azji) i udało nam się zdrzemnąć przez parę godzin. Sen przerwała nam tylko na półgodzinną pogawędkę Tajka, jak się domyśliłyśmy miejscowa przedstawicielka najstarszego na świecie zawodu, która po kilka (nie zawaham się powiedzieć, że nawet po kilkanaście) razy opowiadała nam o swoim kilkuletnim pobycie w Niemczech, o Polaku który piętnaście lat temu był jej chłopakiem i kradzieży, która w bliżej nieokreślonej przeszłości wytrąciła ją z równowagi. Najwidoczniej środek odurzający, który musiała wcześniej zażyć, ograniczał jej pamięć w tamtym momencie do tych trzech faktów.

CZĘŚĆ 6

AJUTTIA, CHIANG MAI i CHIANG RAI


Przed czwartą nad ranem zabrałyśmy bagaże aby umyć się chociaż trochę w dworcowej łazience i wówczas okazało się, że jest jeszcze wcześniejszy autobus niż ten, o którym dowiedziałyśmy się poprzedniego dnia. Tak więc już po czwartej wyruszyłyśmy z Bangkoku i przespawszy bite półtorej godziny drogi o wpół do szóstej nasze półprzytomne oczy ujrzały starą stolicę Tajlandii - Ajuttię. Próby zlokalizowania części miasteczka w jakiej się znajdowałyśmy na mapie nie wychodziły najlepiej -prawdopodobnie kierowca nie zatrzymał autobusu na dworcu według którego chciałyśmy zorientować się gdzie jesteśmy, wynajęłyśmy więc songathew (rodzaj taksówki), którym dojechałyśmy do wcześniej znalezionego w przewodniku guest house’u, gdzie zaspana właścicielka, starsza kobieta, pozwoliła nam zostawić bagaże i skorzystać z prysznica. Tam też wynajęłyśmy rowery na całą dobę za 30 BHT , stare i śmieszne, ale solidne i niespodziewanie wygodne modele, którymi w ciągu dnia zjeździłyśmy prawie całe miasteczko. 

Tajlandia Tajlandia fot. Aleksandra Borzecka
Ajuttia pełna jest starożytnych i nowszych świątyń, część z nich to tylko ruiny, ale ich ilość jest dowodem na to, iż ta dawna stolica Tajlandii była niegdyś żywym ośrodkiem kulturalnym. Buszując po wielu z nich jeszcze przed przybyciem grup wycieczkowych (zaczęłyśmy przejażdżkę około siódmej) mogłyśmy nasycić się ich atmosferą, później, gdy docierałyśmy do pełnych już turystów budowli wrażenie duchowości tych miejsc bledło. Jako pierwszą wybrałyśmy położoną najdalej za miastem Wat Phu Khao Thong - największy kompleks świątynny w Ajuttii pierwotnie zbudowany w XVI wieku, odbudowany później po kilkukrotnych zniszczeniach , który miałyśmy tylko dla siebie, jako że dotarłyśmy tam przed godzinami otwarcia. Tam też wspięłyśmy się po prawie pionowych schodach na 25-metrową czedi (centralną wieżę) z której rozpościerał się widok na cześć miasteczka. Tuż przed wyjściem z kompleksu zauważyłyśmy jeszcze jednego gościa , nie turystę jednak, tylko buddystę chodzącego wzdłuż muru i dotykającego podczas modlitwy wszystkie posągi Buddy i postaci mitologicznych. Wracając w stronę centrum miasta jeszcze przed przekroczeniem fosy,, która otaczała jego główną część, odwiedziłyśmy dwie nowsze świątynie, a następnie skierowałyśmy się ku atrakcjom znajdującym się w jego centralnej części. Jedną z najlepiej utrzymanych jest piętnastowieczna Wat Phra Si Sanpet, której trzy szare czedi są jednym z symboli Ajuttii, ale oprócz niej warto zobaczyć kilka innych budowli. 

Tajlandia Tajlandia fot. Aleksandra Borzecka
Wieczorem wróciłyśmy do guest house’ u aby oddać rowery i wziąć prysznic a następnie pojechałyśmy na dworzec aby złapać nocny autobus do Chiang Mai. Udało nam się znaleźć wolne miejsca w autobusie z Bangkoku, który planowo odjeżdżał z Ajuttii o dwudziestej pierwszej, i to udało w sensie dosłownym bo sprzedawcy biletów ostrzegali nas, iż autobus ten może równie dobrze ominąć Ajuttię gdyż często już w Bangkoku wszystkie miejsca są zajęte. Podróż trwała dziewięć godzin i kosztowała nas po 230 BHT. Nad ranem poczułam chłód charakterystyczny o tej porze dnia dla tych okolic- Chiang Mai znajduje się bowiem w górzystej północy. O szóstej rano wysiadłyśmy na jednym z dwóch dworców autobusowych miasta, gdzie z ofert naganiaczy wybrałyśmy pokój w guest house’ ie o nazwie Nat. Jego lokalizacja była idealna :: bardzo blisko centrum jednak w bocznej uliczce, która zapewniała spokój i ciszę, a warunki wyjątkowo dobre bo wyposażenie pokoju, co się nam wcześniej nie zdarzało, obejmowało stolik, szafę i fotel, nie mówiąc o łazience, do której wejście znajdowało się na małym balkoniku. Niedaleko od domu wynajęłyśmy rowery płacąc 90 BHT za trzy doby, i dzięki temu zaoszczędziłyśmy sporo pieniędzy na transporcie ponieważ w Chiang Mai, mimo iż jest to spore miasto, nie ma typowej komunikacji miejskiej. Jej funkcję pełnią prywatne songathew’y, za przejazd którymi trzeba zapłacić minimum 20BHT. Poruszanie się rowerem było trudniejsze niż w Ajuttii ze względu na większy ruch na ulicach, często dwu a nawet trzy pasmowych. Problemem był również ruch lewostronny, do którego nie jest tak łatwo przywyknąć po przyzwyczajeniach z Polski. Ułatwieniem za to było poruszanie się wśród motorów, których w Tajlandii jeździ ogromna ilość. Bądź co bądź to pojazdy zbliżone do rowerów i podążając za nimi łatwiej było wcisnąć się na inne pasy przy skręcaniu niż pomiędzy samochodami.

Pomimo hałasu i tłoku na ulicach centrum Chiang Mai to miasto pełne uroku. Przede wszystkim jest to miasto ponad trzystu świątyń ( jak podają niektóre źródła) i nie sposób zobaczyć ich wszystkich podczas trzydniowego pobytu. Pocieszałyśmy się tym, że są one do siebie podobne i wystarczy ograniczyć się do tych najbardziej charakterystycznych dla Chiang Mai, czy do tych najpiękniejszych. Dla mnie tą najpiękniejszą okazała się pierwsza jaką zobaczyłyśmy - Wat Bupparam, była to bowiem pierwsza ze świątyń buddyjskich z tak misternymi wykończeniami, oraz bogactwem kolorów i kształtów. 


Tajlandia Tajlandia fot. Aleksandra Borzecka
Tego samego dnia odwiedziłyśmy również między innymi Wat Pra Singh oraz Czedi Luang, która znajdowała się zresztą bardzo blisko naszego guest house’u , nie tak blisko jednak jak mała świątynia tuż po drugiej stronie wąskiej alejki. Tuż obok Wat Pra Singh znalazłyśmy małą knajpkę gdzie serwowano bardziej różnorodne niż w innych miejscach jedzenie, bowiem w menu występowały również dania kuchni indyjskiej. Za smażony ryż curry z kurczakiem zapłaciłam jedyne 20 BHT. Również przy tej amej świątyni zaczepiła nas grupka uczniów szkoły podstawowej, którzy w ramach pracy domowej z języka angielskiego chcieli przeprowadzić z nami wywiady. Każdą z nas otoczyła grupka cztero, pięcioosobowa, z której jeden uczeń zadawał pytania, drugi nagrywał wszystko na dyktafon i robił zdjęcie, a reszta świeciła uśmiechami. Może z tym pokoleniem łatwiej będzie się porozumieć po angielsku.

Wieczorem, również na rowerach, pojechałyśmy na nocny targ słynny w całej Tajlandii z bogactwa sprzedawanych tam wyrobów rzemieślniczych. Targ był ogromny- w ciągu czterech godzin zdołałyśmy obejść jedynie jego część a towary wystawione na sprzedaż mogły przyprawić o zawrót głowy: rzeźby, płaskorzeźby, figurki, wyroby z tajskiego jedwabiu i tradycyjnego materiału o nazwie batik, ubrania stylowane na ludowe oraz te bardziej nowoczesne, mnóstwo najróżniejszych pamiątek , a wszystko to dobrej jakości oryginalne produkty tajskich rzemieślników. Następnego dnia, czyli w piątek, zaplanowałyśmy wypad do Doi Suthep, czyli na wzgórze leżące około 20 kilometrów od Chiang Mai, będącą celem pielgrzymek buddystów ze względu na znajdujący się tam kompleks świątynny. 

Tajlandia Tajlandia fot. Aleksandra Borzecka
Ze wzgórza rozciąga się również widok na całe miasto, a przy dobrej widoczności na znaczny obszar wyżyn północnej Tajlandii. Dojechałyśmy rowerami do jednej z bram przy fosie otaczającej miasto i zostawiwszy je na placu wraz z dwiema innymi turystkami wynajęłyśmy songathew’a na podjazd pod górę, płacąc 40 BHT za drogę tam i 30 za podróż z powrotem. Droga wiła się i momentami stromo prowadziła na szczyt, gdzie dodatkowo, aby dotrzeć do samej świątyni, trzeba było pokonać jeszcze około 300 stopni schodów zakończonych oczywiście wizerunkami węży Naga. Na głównym dziedzińcu świątyni Wat Phra That Doi Suthep od złota aż kapało. Cała XVI-wieczna czedi jest zresztą pokryta czystym złotem, w pozostałych budowlach kompleksu przeważały żywe odcienie zerwieni i zieleni ale cennego kruszcu również nie brakowało. Na tarasie wzdłuż zewnętrznych ścian świątyni większe i mniejsze dzwony i dzwonki rozbrzmiewały co jakiś czas gdy jakiś wierny uderzał w nie na szczęście (największy hałas robili Chińczycy ,którzy całkowicie ignorowali zakaz uderzania w duże dzwony). W bocznych kapliczkach mnisi udzielali klęczącym lub siedzącym na podkurczonych nogach pielgrzymom czegoś w rodzaju błogosławieństwa. U stóp świątyni funkcjonuje jarmark gdzie pamiątki w podobnym wyborze do targu w Chiang Mai można było kupić w dużo bardziej korzystnej cenie, kupiłam tam dwie drewniane maski za śmieszną cenę 100 i 120 BHT oraz maty z malowanymi ręcznie wzorami, które idealnie pasowałyby na poszewki na poduszki. 

Po powrocie do miasta zabrałyśmy nagrzane słońcem rowery i pojechałyśmy do Muzeum Plemion Górskich, które znajdowało się około pięciu kilometrów od centrum. Wejście było za darmo a wystawy i opisy dostarczały istotnych wiadomości na temat kilkunastu plemion zamieszkujących tereny nie tylko północnych wyżyn. Wracając z muzeum natrafiłyśmy przypadkiem na plac z kilkoma stoiskami z jedzeniem, które zaskoczyły nas tym, iż oferowały jakąś alternatywę do wszechobecnego smażonego ryżu i makaronu. Były tam między innymi kotlety z piersi kurczaka (za 50 groszy!) które przypomniały mi jak smakuje domowe jedzenie oraz kilka stoisk przygotowujących świeże naleśniki i słodycze- wszystko nie ostre - jak przypuszczałyśmy dlatego, iż stołowały się tam dzieci z sąsiadującej szkoły podstawowej. Tu właśnie zauważyłam jeszcze jedną różnicę między Polską a Tajlandią- ciepłe potrawy z ulicznych stoisk są tam tak tanie, że dzieci nie biorą do szkoły prowiantu tylko kupują gotowe dania i przekąski. To dotyczy zresztą chyba większości dorosłych- z ilości takich stoisk i ilości klientów wywnioskować można, iż taki sposób odżywiania się jest bardziej popularny niż jedzenie w domu. W sobotę wsiadłyśmy na rowery i skierowałyśmy się na zachód od miasta tak zwaną Drogą Rzemiosła, która prowadzi do wioski Bo Sang słynącej z wyrobu parasolek z papieru Sa (papieru czerpanego), a obecnie będącej centrum handlu wyrobami rzemieślniczymi. Niedaleko nowo wybudowanego centrum znalazłyśmy drobne sklepiki gdzie te same pamiątki miały ceny dwa razy niższe niż na Targu w Chiang Mai - nie zastanawiając się więc długo kupiłam ich nie małą ilość (czego potem trochę żałowałam nosząc przez następne parę tygodni kilka kilogramów cięższy plecak). 

Myślałyśmy, że cała wyprawa nie zajmie nam dłużej niż do południa, a tymczasem do miasta wróciłyśmy już po zmroku; pobyt tam przedłużył się dodatkowo o ponad godzinę czekania na przejście potężnej ulewy. Z taką ilością zakupów zrezygnowałyśmy już z nocnego targu i zabrałyśmy się za pakowanie bagaży do plecaka co było bardzo skomplikowanym zadaniem. Niektóre z pamiątek były bardzo delikatne, problem stanowiło takie ich zapakowanie aby nic nie uszkodzić a z rosnącą ilością rzeczy zaczynało brakować miejsca w plecaku. Tego wieczora położyłyśmy się wcześnie spać aby następnego ranka wcześnie wyjechać nie jak planowałyśmy wcześniej na zachód do Mae Hong Song - miasteczka na granicy z Birmą, a na wschód do Chiang Rai, gdzie chciałyśmy wykupić trzydniowy trekking. 

W Chiang Rai znalazłyśmy całkiem przyjemny nocleg w domu gościnnym, którego właściciele oferowali również jedno i dwudniowe trekkingi, ale ponieważ w miasteczku podobnych ofert było wiele postanowiłyśmy poszukać tej najbardziej korzystnej. Znalazłyśmy taką w biurze o nazwie Nine Travel, które proponowało trzydniowy trekking za 2000 BHT, a więc za cenę jaką inne biura żądały za wyprawę dwudniową. W cenę wliczony był przewodnik, posiłki przygotowywane przez przewodnika, noclegi w wioskach plemion górskich, przejażdżka na słoniu oraz pobyt przy wodospadzie i gorących źródłach. Zostawiwszy duże plecaki w domu gościnnym i zaopatrzone tylko w niezbędny podręczny bagaż wyruszyłyśmy rankiem w poniedziałek w towarzystwie przewodnika o imieniu Suk, który okazał się drobnym i bezzębnym, ale energicznym starszym Tajem żującym tabako podobne liście, i na dodatek mówiącym całkiem nieźle po angielsku. Optymistycznie nastawione i pełne entuzjazmu wsiadłyśmy do łodzi, którą miałyśmy pokonać pierwszy etap podróży w górę rzeki do wioski tresury słoni. Po wylądowaniu na miejscu optymizm zdecydowanie zmalał i to z kilku powodów. Po pierwsze po swojskich klimatach wioski jakich się spodziewałyśmy pozostały niewielkie ślady w postaci błota na drogach i pięknych krajobrazów, mieszkańcy - niegdyś dumni tubylcy z plemienia Akha stali się ofiarą całkowitej komercjalizacji spowodowanej przez coraz większe ilości turystów przybywających do tych górskich terenów i przedstawiali żałosny widok chodząc krok w krok za każdym turystą i błagając aby kupił jakąkolwiek pamiątkę.

 Pogoda również nie poprawiała humoru- prawie cały czas padało a miałyśmy przed sobą raczej trudną, jak powiedział przewodnik, trasę. Po dwudziestominutowej przejażdżce na słoniu (całkowicie wystarczającej) i po lunchu w wiosce wyruszyliśmy w drogę - najpierw małą wąską łódką na drugą stronę rzeki,na której błotnistym brzegu doznałam pierwszego poślizgu w dosłownym znaczeniu tego słowa. Dalej ścieżka (którą widział tylko przewodnik, jeśli w ogóle) prowadziła przez pole, na którego błotnistej i podmokłej powierzchni już po paru minutach poziom wilgoci w butach zrównał się z otoczeniem. Widoki były za to przepiękne : świeża zieleń pól ryżowych, góry, bananowce, drewniane chatki wieśniaków. Droga zmieniała się w coraz dziksze przejścia : po kostki w błocie, po kolana w wodzie wśród ryżu, brodzenie po uda w wodzie zimnego potoku. Pomimo podeszłego wieku Suk był w niesamowitej formie fizycznej nadając tempo, które po kilku godzinach okazało się zbyt szybkie dla Magdy serca. Nie było mowy o zwolnieniu czy porządnym odpoczynku, jako że przed zmrokiem musieliśmy dotrzeć do wioski, do której droga prowadziła przez bardzo trudną w deszczu wspinaczkę po skałach  nachyleniu 70 stopni. W ciemności wiązałoby się to z ryzykiem, którego przewodnik nie był najwidoczniej skłonny podejmować. Po pokonaniu jeszcze jednego fragmentu trasy, kiedy okazało się, że tętno Magdy nie wraca do normy postanowiliśmy zrezygnować z dalszej podróży. 

Doszliśmy do jakiegoś gospodarstwa, gdzie Sukowi udało się zaaranżować transport powrotny półciężarówką do miasta. Tam udało nam się wynegocjować częściowy zwrot kosztów trekkingu, i pozostało nam tylko astanowić się co robić dalej. Znałyśmy kierunek- Laos, problem tkwił tylko w tym iż po treku wszystko co miałyśmy na sobie, a przede wszystkim buty, były w tragicznym stanie nie tylko od wody ale i od błota i przydałoby się je oczyścić i wysuszyć, co przy takiej wilgotności powietrza potrwałoby ze dwa dni. Z drugiej strony nie chciałyśmy tracić czasu w Chiang Rai. Ostatecznie mając nadzieję, że wysuszymy rzeczy podczas dwudniowego spływu Mekongiem podjęłyśmy decyzję o wyruszeniu następnego ranka. 

Tego wieczora poszłyśmy jeszcze na nocny targ. Wciąż padało i diabli wzięli jedyną rozrywkę jaką mogło być oglądanie tamtejszych wyrobów rzemieślniczych, ale czekając w jednym ze sklepów na zelżenie deszczu wdałyśmy się w rozmowę z pewnym holendrem, który, jak powiedział, podróżował po świecie nie dla miejsc ale dla ludzi próbując wydobyć z nich to co najlepsze i najgłębsze . Pracował i jednocześnie studiował chcąc zostać nauczycielem sztuki, która była dla niego sposobem komunikacji. Część wieczoru minęła na tej właśnie rozmowie, Holender sprezentował nam nawet drobne upominki- tzw. Prayer nuts czyli malutkie dwucentymetrowe drewniane serca, otwierane jak książeczka, w której można było zapisać na przykład swoje marzenie, lub prośbę, i które nosiła się jak coś w rodzaju talizmanu. 

O 7 rano wsiadłyśmy do autobusu jadącego do Chiang Khong -płacąc za bilet 55 BHT i pokonując 137-mio kilometrową drogę w trzy godziny. Chiang Khong to ospała miejscowość nie wyróżniająca się niczym oprócz tego, że znajduje się tam przejście graniczne z Laosem. W ciągu kilkunastu minut dotarłyśmy tuk-tukiem z dworca autobusowego do punktu granicznego po tajlandzkiej stronie Mekongu, skąd od laotańskiego Xuay Xay dzieliła nas tylko szerokość rzeki. Dając strażnikom nasze paszporty miałyśmy jeszcze nadzieję zdążyć na barkę z Xuay Xay do Luang Prabang odpływającą za pół godziny i gdyby nie problem, który pojawił się na przejściu, po godzinie byłybyśmy już w drodze w dół Mekongu. Okazało się bowiem, że z braku jednej pieczątki, o którą nie postarałyśmy się wjeżdżając z Malezji do Tajlandii, nie możemy opuścić kraju, i aby wyjaśnić sytuację musiałyśmy wrócić się dwa kilometry do urzędu imigracyjnego. Tam wypełnienie dwóch niewielkich formularzy oraz wbicie odpowiedniej pieczątki zajęło urzędnikowi ponad godzinę. Swoim zachowaniem dawał nam do zrozumienia, że robi nam tym samym wielką łaskę, kręcił się po biurze w ślimaczym tempie szukając odpowiednich papierów, kilkanaście razy wypróbowywał pieczątki i z podejrzliwością detektywa wydziału narkotyków sprawdzał dane, które przepisałyśmy z paszportów. Ponieważ biuro nie dysponowało kserokopiarką przypadło nam jeszcze zadanie szukania takiego urządzenia w miasteczku w celu skopiowania wiz, i gdy już myślałyśmy, że na tym biurokracja zakończy się, zobaczyłyśmy jak nasze dokumenty i zeznania przechodzą do rąk wyższej instancji w postaci urzędnika siedzącego do tej pory absolutnie bezczynnie przy pustym biurku w tylniej części pomieszczenia. Szczęściem w nieszczęściu okazała się informacja, że uniknęłyśmy dosyć wysokiej kary finansowej, która groziłaby nam gdybyśmy przypadkowo zostały wylegitymowane przez tajską policję i okazało się, że cały czas podróżowałyśmy bez owej pieczątki potwierdzającej nasz wjazd na teren kraju.

CZĘŚĆ 7

XUAY XAY i LUANG PRABANG


Laos Laos fot. Aleksandra Borzecka
W końcu udało się nam wrócić do punktu granicznego, gdzie już bez problemów odprawiono nas z ziemi tajlandzkiej i po przejściu pod drewnianą konstrukcją nazwaną dumnie Bramą do Indochin w ciągu 10 minut przeprawiłyśmy się starą, chwiejną łódką na druga stronę Mekongu. Pamiętając o kłopotach sprzed kilkunastu minut, na przystani laotańskiej wioski Xuay Xay skierowałyśmy się od razu do punktu imigracyjnego aby załatwić wszelkie wymagane formalności, a zaraz potem do punktu wymiany walut. Kurs za Bahta był dużo lepszy niż się spodziewałyśmy - przez ciągłą inflację laotańska waluta traci na wartości i tamtego dnia 1 BHT warty był 245 Kip (dla przeliczenia 1 złoty to 2450 Kip). Sam proces wymiany dał odczuć, że znalazłyśmy się w kraju komunistycznej biurokracji - dokument, który musiałyśmy wypełnić w kantorze zawierał takie detale jak nasze nazwiska, adresy, wiek oraz zawód. Za sumę 2000 BHT, a więc około 200 złoty, otrzymałyśmy w zamian prawie pół miliona Kip czyli stertę stu banknotów o najwyższym wówczas nominale 5000, które z racji objętości wygodniej było nosić w woreczku niż portfelu. 

Niedaleko przystani znalazłyśmy pokój za jedyne 100 BHT, ze wspólną łazienką, ale za to z ciepłą wodą i co bardzo ważne z małym balkonikiem gdzie na palącym słońcu nasze kompletnie mokre buty z trekkingu wyschły w ciągu kilku godzin. Po prysznicu wyszłyśmy rozejrzeć się po wiosce, która oprócz spokoju nie oferowała wielu atrakcji. Jedna świątynia na wzgórzu nie przestawiała się okazale w porównaniu do tych, które widziałyśmy do tej pory, udało nam się jednak podejrzeć jakiś rytuał wyprawiany na pół nagim wieśniaku przez mnichów oraz porozmawiać z dwoma z młodymi mnichami,którzy zresztą sami wszczynali rozmowę chcąc poćwiczyć swój angielski. Jak się dowiedziałyśmy jeden z nich został mnichem w wieku siedemnastu lat, i od dwóch lat przenosił się z klasztoru do klasztoru ucząc okoliczne dzieci matematyki w przyklasztornej szkole. Mnisi byli jedynymi mieszkańcami tej miejscowości chętnymi do rozmowy, inni, zwłaszcza w porównaniu do wiecznie uśmiechających się Tajów, wydawali się nie tylko obojętni, ale w niektórych przypadkach nieprzyjaźni, może nawet wrogo nastawieni. 

W ciągu całego pobytu tam nie zauważyłam żadnego bezinteresownego uśmiechu czy skinięcia głową do których tak przyzwyczaiłyśmy się w Tajlandii i Malezji. Być może miało to swoje przyczyny w wychowaniu w duchu komunizmu, który nie zakłada przyjaznego stosunku do przybyszów z imperialistycznego zachodu . A być może w tym małym przygranicznym miasteczku będącym punktem przejściowym dla wielu ludzi podróżujących w głąb Laosu mieszkańcy mieli już dość turystów. Wydawali się zamknięci, a może zmęczeni? W każdym razie przez nastawienie otoczenia czułam się tam obco i niezbyt przyjemnie. Chcąc jak najszybciej wydostać się stamtąd poszłyśmy poszukać przystani dalekobieżnej, tzw. przystani wolnych łodzi, aby dowiedzieć się jaka jest cena biletu oraz czas odpłynięcia barki do Luang Prabang. Pracownik, którego tam spotkałyśmy - bardzo poważnie wyglądający młody człowiek w mundurze - albo nie potrafił albo nie miał ochoty nam pomóc, nie podał nam żadnej informacji o które prosiłyśmy, unikając odpowiedzi najwyraźniej nie tylko z powodu słabej znajomości angielskiego. 

W środę o ósmej rano zabrawszy plecaki poszłyśmy na przystań chociaż nie miałyśmy pewności o której odpłynie łódź. Kilku turystów czekało już na brzegu i podążając za nimi doszliśmy do kasy biletowej gdzie sprzedawano już bilety na pół osobową, pół towarową łódź odpływającą do Luang Prabang o godzinie 11. Koszt dwudniowego spływu wynosił 90.000 Kip, czyli około 35 złoty co mogło wydawać się bardzo niską ceną ale tylko dopóki nie okazało się w jakich warunkach miała odbywać się podróż. (na marginesie koszt tej samej podróży płacony w BHT wynosił już 45 złoty, podczas gdy miejscowi płacili sumę prawdopodobnie dwukrotnie niższą). Jakieś przeczucie sprawiło, że weszłyśmy na pokład na godzinę przed wyruszeniem i dzięki temu udało nam się zająć jedne z najwygodniejszych miejsc, a przez wygodne miejsca rozumiem tu matę na drewnianej podłodze tuż przy burcie, która zapewniała oparcie ale też lepszy widok. Przyjście wcześniej było jak się okazało bardzo dobrym posunięciem - ci którzy przybyli tuż przed odpłynięciem ledwo wciskali się pomiędzy innych pasażerów siedzących poniżej nas na wąskich drewnianych ławeczkach lub plastikowych krzesełkach dostawianych później pomiędzy ławki. My mogłyśmy nawet wyprostować nogi. Czasami. Kiedy ci siedzący naprzeciwko nas je podciągnęli.

Kiedy przeładowana łódź ruszyła z miejsca wydając dźwięki jakby miała się za chwilę rozpaść na kawałki część pasażerów, głównie turystów, wspięła się na dach (co było teoretycznie zabronione ze względu na utrzymanie równowagi) i dolny pokład zmienił się w miarę wygodne miejsce, na którym mieliśmy spędzić następne siedem czy osiem godzin. Trzeba jednak przyznać, że wszystkie te niedogodności bledły przy widokach, które można było obserwować podczas rejsu. Laos to w dziewięćdziesięciu procentach górzysty kraj, a góry pokryte są soczyście zieloną roślinnością tak bujną, że przypominały zieloną lawę lejącą się w dół stoków. Co jakiś czas spośród drzew wyłaniały się pola ryżowe lub mała wioska - kilka bambusowych chat pokrytych liśćmi bananowca a pomiędzy nimi bose dzieci biegnące nad brzeg aby zobaczyć płynącą barkę - jedno z niewielu rozrywek jakie miały w tym odciętym od cywilizacji miejscu. Inną, którą zauważyłam było skakanie z drzew do błotnistych wód Mekongu. Przybijanie do brzegu podczas kilku przystanków w wioskach było po prostu cumowaniem do błotnistych śliskich skarp, na które trzeba było skoczyć bądź przejść po desce wysuniętej z burty łodzi. 

Do wioski Pak Beng, gdzie mieliśmy spędzić noc w przerwie rejsu przybyliśmy godzinę przed zmrokiem. Na brzegu już z daleka widać było tłum mężczyzn gotowych nieść nasze plecaki za najmniejszy napiwek. Bez ich pomocy bez wątpienia spadłabym razem z bagażem do rzeki idąc po kilkumetrowej desce łączącej barkę z lądem. Wioska składała się mniej więcej z dwudziestu domów usytuowanych wzdłuż jednej ulicy która zaczynała się (lub kończyła) dosłownie w Mekongu i skąd odjeżdżały przedpotopowe ciężarówki załadowane towarami z barek. 

Jedyny murowany budynek stojący tuż przy brzegu był najdroższym w wiosce domem gościnnym, inne były nie do końca światło czy wiatro-odpornymi chatami i w jednej z nich wynajęłyśmy klaustrofobiczny pokój z oknem bez szyby, moskitierami o dziurach wielkości pięści i czymś co nazywali drzwiami, ale było w rzeczywistości szeroką deską o wysokości może 160 cm zamykaną za pomocą kłódki. Co druga chata mieściła dom gościnny lub restaurację - była to wioska, której mieszkańcy żyli prawie wyłącznie z podróżnych zatrzymujących się tu na jedną noc w przerwie rejsu z Xuay Xay do Luang Prabang, a ponieważ rzeka była jedyną drogą łączącą te miejscowości podróżnych było wielu a przez to ceny wygórowane, przynajmniej jak na Laos. Przyjmując jednak standardy europejskie koszty były i tak niewielkie - za nasz pokój zapłaciłyśmy w przeliczeniu 10 złoty, a za posiłek w restauracji składający się ze świetnie przyrządzonego smażonego ryżu z mięsem oraz dużej butelki piwa marki Lao równowartość 6 złoty. Posiłek zjedzony zresztą przy świetle świec, jako że elektryczność dostarczana była do wioski tylko prze 2 - 3 godziny dziennie. 

Następnego dnia wstałam wcześnie, tym razem nie po to by rezerwować miejsca w łodzi, ale po to by sfotografować piękne góry otaczające Pak Beng, przykryte o świcie gęstą mgłą. Nasza barka wyglądała na gotową do odpłynięcia planowo o godzinie ósmej lecz gdy stanęłyśmy przed wejściem okazało się, że nie tylko odpłyniemy z godzinnym opóźnieniem ale również na innej- jeszcze mniejszej, starszej i groźnie wyglądającej łodzi. Ta chwiała się i skrzypiała pod ciężarem zbyt wielu ludzi i towarów a widok usmarowanych Laotańczyków wylewających w pośpiechu wodę z dna nie zapowiadał spokojnej podróży. 

Przez pierwsze dwie lub trzy godziny obserwowałam jak brązowawa woda cieknie powoli ale bez ustanku po wewnętrznej stronie burt i zaczyna podchodzić na wysokość drewnianej kładki pod naszymi nogami, wykończonych bezustannym wylewaniem jej członków załogi oraz ścianki tuż obok mnie wyginającej się i grożącej pęknięciem pod ciężarem z góry. Potem jednak, widząc że nikt tak naprawdę nie przejmuje się stanem łodzi i nikt z załogi nie wygląda na zmartwionego tym czy wytrzyma do końca odwróciłam się aby podziwiać krajobrazy. 

Około szesnastej dotarliśmy do Luang Prabang. Byliśmy bardziej niż szczęśliwi opuszczając ten środek transportu i mogąc wyprostować nogi tudzież odciążyć tylnią część ciała. Na nabrzeżu zebrała się szybko grupa naganiaczy oferujących pokoje za najlepszą cenę w mieście. Zgodziłyśmy się obejrzeć jeden w domu gościnnym mającym rzekomo znajdować się bardzo blisko centrum, a który okazał się usytuowany w odległości pół godziny marszu od głównej ulicy. Jednak na widok czystej, świeżo wyremontowanej łazienki, czystych prześcieradeł i ręczników oraz nieskazitelnie białych ścian nie myśląc dwa razy zrzuciłyśmy bagaże z pleców postanawiając skorzystać z tych luksusów jakich nie zaznałyśmy w żadnym miejscu wcześniej ani później. Wieczorem zauważyłyśmy, że oprócz nas na owe luksusy skusiły się również małe mrówki które pokazały się na ścianie. 

Po długim, ciepłym prysznicu skierowałyśmy się do centrum spotykając po drodze kilku znajomych z łodzi - dwie Japonki a za chwilę Hiszpankę, które zgubiły się (chociaż jak to było możliwe w tak małym miasteczku nie mam pojęcia) i razem doszłyśmy na nocny targ usytuowany w pobliżu rzeki. Targ rozczarował nas trochę, można było tam znaleźć jedynie żywność : surowe mięso, ryby, warzywa i owoce. Idąc dalej wzdłuż Mekongu, już bez towarzystwa, znalazłyśmy kilka restauracji, które oferowały w miarę tanie dania. Usiadłyśmy przy stolikach na świeżym powietrzu wczuwając się w atmosferę nocnego życia tego spokojnego miasteczka. Żadnego hałasu i ruchu ulicznego, żadnych tłumów, żadnej głośnej muzyki czy głośnych rozmów które czasami przeszkadzają w dużych miastach. Spędziłyśmy w Luang Prabang trzy dni, każdego wieczoru wracając do tej samej nadrzecznej restauracji przyciągnięte zarówno dobrą kuchnią jak i specyficzną atmosferą tego domu-restauracji.

W Laosie istnieje dziwny ale ciekawy zwyczaj wykorzystywania przestrzeni jednego pomieszczenia jako otwartej restauracji i pokoju mieszkalnego domowników. Takie jadłodajnie to często rodzinne interesy zatrudniające wszystkich członków rodziny poczynając od ośmiolatków a kończąc na dziadkach, dlatego jako kucharza widzi się na przykład matkę lub ojca przygotowujących zamówione dania w tej samej kuchni gdzie gotowane są rodzinne posiłki, dzieci serwujące je klientom lub siedzące przed telewizorem gdy klientów chwilowo brak, oraz babcię lub dziadka odpoczywających na fotelu dwa metry od ciebie. Całość obrazu uzupełnia widok ubrań rozrzuconych na innych meblach (jeśli takowe w ogóle są), jakieś zabawki czy inne przedmioty których spodziewalibyśmy się w każdym przeciętnym domu. Zauważyłam takie łączone miejsca pracy i mieszkania w niektórych sklepach a nawet biurze informacji. Również w prywatnych domach zauważyć można ten brak izolacji - chodząc po ulicach przez otwarte na oścież drzwi i okna widać nie kryjące się z niczym rodziny siedzące na podłodze, jedzące na podłodze, odpoczywające na podłodze...

Chociaż Luang Prabang to drugie co do wielkości miasto Laosu, w rzeczywistości wydaje się że jest tylko większą wioską - z dużą częścią dróg wyglądających jak polne trakty, na ulicach jednak spory ruch w postaci nie najnowszych samochodów i przede wszystkim wszechobecnych tuk-tuków. Całość ma jednak niezaprzeczalny urok dzięki obecności dziesiątek starych świątyń, z których część pamięta czasy kiedy to Luang Prabang było stolicą królestwa, dzięki postkolonialnej architekturze pozostawionej przez Francuzów i tworzącej niespotykane połączenie z buddyjskimi watami, dzięki mnichom ubranym w szafranowe szaty spacerującym po ulicach z parasolkami w rękach aby ukryć się przed gorącym słońcem. Niektórzy sami rozpoczynali rozmowy z turystami, niektórzy uśmiechali się gdy mijaliśmy ich w drodze do kolejnej świątyni. 

Zwiedzanie chciałyśmy jednak zacząć nie od świątyń a od wodospadów Kuang Si leżących w odległości około 30 km od miasta. Jedynym sposobem aby tam dotrzeć jest wynajęcie tuk-tuka, ewentualnie motoru, jednak koszt kilkugodzinnego wynajmu jest wysoki jeśli podzieli się go tylko na dwie osoby. Dlatego w piątek rano wyruszyłyśmy w poszukiwaniu osób, które podobnie jak my chciałyby podzielić się kosztami dojazdu. Co nas ogromnie sfrustrowało nikt nie kwapił się aby zobaczyć wodospady, większość ludzi płynących z nami na barce odkładała wyjazd tam na później planując najwidoczniej dłuższy pobyt w Luang Prabang niż my. Po 2 czy też trzech godzinach mając dosyć nagabujących co chwilę kierowców tuk-tuków nie chcących jednak spuścić ceny wynajmu (około 10 dolarów), a zwłaszcza po małym oszustwie jednego z nich, który twierdząc, że ma już dwie inne osoby chętne zabrał nas swoim pojazdem, po czym po kilkudziesięciu metrach wyłączył silnik i bezczynnie stanął leniwie rozglądając się za następnymi naiwnymi, zrezygnowałyśmy z wyjazdu nad wodospady i postanowiłyśmy zwiedzić miasto. 

Laos Laos fot. Aleksandra Borzecka
W ciągu dnia zobaczyłyśmy wszystkie najważniejsze świątynie zaczynając od tej najstarszej - Wat Xieng Thong. Usytuowana na końcu półwyspu utworzonego w miejscu gdzie Mekong łączy się z rzeką Khan ta całkowicie drewniana świątynia słynie nie tylko ze swojego wieku, ale również charakterystycznej mozaiki " Drzewo Życia" namalowanej na tylne ścianie budowli. Naprzeciwko znajduje się królewski rydwan pogrzebowy ukryty w budynku o pięknym rzeźbionym froncie pokrytym złotą farbą. Napotykając co chwilę inną świątynię przemierzyłyśmy na piechotę dużą część miasteczka aż około godziny czwartej usłyszałyśmy donośny dźwięk bębnów dochodzący z sąsiadujących świątyń Wat Ho Siang i Wat That. Wchodząc szybko po schodach prowadzących na podwórze świątyni odczuwałam w uszach coraz głośniejszy rytm aż zobaczyłam kilku młodych, ociekających potem mnichów bijących z całej siły w różnej wielkości wiszące bębny. Rytm był prawie hipnotyczny, przypominający muzykę z granicy rytmów plemiennych i rocka. Mnisi wybijali go z taka energią, że po dziesięcio minutowym koncercie opuścili dzwonnicę ledwo dysząc ze zmęczenia...

Pod wieczór wspięłyśmy się na wzgórze Phu Si ze starą ale mało atrakcyjną świątynią, nie dla niej, a dla widoku zachodu słońca nad Mekongiem, który z tego miejsca jest podobno spektakularny. Przed zachodem niebo zachmurzyło się i niestety tamtego dnia nic nie rzuciło nas na kolana, ale i bez zachodu słońca widok na miasto poniżej oraz otaczające góry i obydwie rzeki był wystarczającą nagrodą za trudy pokonania tylu schodów...

Podczas bębnowego koncertu spotkałyśmy francuskie małżeństwo, naszych sąsiadów ze spływu w dół Mekongu, i z nimi udało nam się w końcu umówić na wspólny wyjazd nad wodospady. Ustaliliśmy godzinę spotkania na dziewiątą następnego ranka i pomimo deszczu wyruszyliśmy w drogę płacąc za dwugodzinną podróż tam i z powrotem oraz trzygodzinny pobyt na miejscu po 20.000 Kip, czyli 2 dolary na osobę. Kuang Si to całkiem imponujące osiemdziesięciometrowej wysokości wodospady, na których różne poziomy oraz szczyt prowadzi miejscami bardzo stroma ścieżka. Tą niestety można wspiąć się jedynie przy dobrej pogodzie, a dokładnie gdy jest względnie sucho, toteż po niewiele dłuższym odcinku niż 20 metrów zdecydowałam się nie ryzykować poślizgu i wróciłam do stóp wodospadu. Pozostała trójka również nie doszła do końca, pozostało nam jeszcze wypróbowanie innej ścieżki, która miała prowadzić powyżej wodospadu do wioski, ale gdy po kilkudziesięciu metrach ta znikła w wodach wodospadu dałyśmy sobie spokój i z tym przejściem. Najwytrwalszy był Francuz, któremu podobno udało się dotrzeć do małej wioski, a raczej kilku razem stojących chat, ale wrócił ze spaceru z pokrwawionymi przez pijawki nogami. 

My w międzyczasie mając dosyć deszczu schowałyśmy się pod dachem małej restauracyjki gdzie wdałyśmy się w rozmowę z młodą Laotanką, kilkunastoletnią dziewczyną, której angielski był na tyle dobry, że mogłyśmy wydobyć w końcu informacje z pierwszej ręki na temat codziennego życia w tym kraju. Dowiedziałyśmy się na przykład, że obowiązek nauki istnieje od 6 roku życia i trwa do ukończenia 17 lub 18 lat. Wakacje mają w podobnym okresie co w Polskich szkołach, jednak podczas pory deszczowej, poczynając od października, większość zajęć jest odwoływana ze względu na brak dojazdu zalanymi wodą drogami. Wiele dzieci z odległych wiosek mieszka w bezpłatnych internatach. Zaskakujące było to iż angielski, chociaż nauczany w szkole, wymaga dodatkowej opłaty w wysokości około 5 dolarów za trzy miesiące nauki, co jak określiła nasza rozmówczyni jest bardzo dużym kosztem w budżecie rodzinnym. My za to za darmo nauczyłyśmy się kilku zwrotów po laotańsku. Oczywiście tylko wymowy bo na naukę nowego alfabetu nie było wystarczająco czasu. I tak na przykład dziękuję brzmi mniej więcej /kopt jai/, dziękuję bardzo /kopt jai lai lai/, typowe powitanie to /sabai di/, a podoba mi się Laos to /koi mah pathet Lao/.

Po powrocie z wodospadów planowałyśmy dla odmiany doświadczyć nieco kulturalnej rozrywki i o siedemnastej znalazłyśmy się w byłym Pałacu Królewskim w Luang Prabang gdzie odbywają się przedstawienia przygotowywane przez artystów ludowych i mające na celu zapoznanie przyjezdnych z kulturą Laosu. Spotkanie rozpoczęło się od przestawienia starszyzny plemiennej, która po chwili wyśpiewując i modląc się do przodków prosiła ich o szczęście i pomyślność dla wszystkich zebranych była to tak zwana ceremonia Baci odprawiana przy różnych okazjach, między innymi zaślubinach, pożegnaniach i powitaniach gości czy w przypadku wyzdrowienia. Elementem tej ceremonii jest również spożywanie tradycyjnego jedzenia, tak więc i my zostaliśmy poczęstowani ciastkami z ryżu (same widziałyśmy poprzedniego dnia jak prażyły się na słońcu) oraz malutkimi, kilkucentymetrowymi bananami. 

Banany mają szczególne znaczenie w tamtejszej tradycji, a raczej liście bananowca których używa się do wielu celów. Po poczęstunku kobiety ze starszyzny podchodziły do każdego z gości i jak każe tradycja zawiązywały sznurki na przegubach dłoni odmawiając nad każdym modlitwę z prośbą o szczęście. Aby sznurki przyniosły odpowiedni magiczny skutek należało nosić je przez trzy dni - co też zrobiłam. Następnym elementem występu była prezentacja zwyczajów i strojów królewskich, a kolejnym występ Teatru Królewskiego, którego aktorzy przedstawili w formie tradycyjnego baletu kilka historii z eposu Ramajana wspólnego również dla kultury i religii Tajlandii oraz Indii, skąd ów epos pochodzi. W ostatniej części publiczność ożywiła się przy energicznej muzyce jednej z mniejszości narodowych zamieszkujących okolice Luang Prabang, a zwłaszcza przy pokazie siły zębów. Mężczyźni podnosili bowiem w zębach właśnie duże gliniane dzbany napełnione przy widowni wodą, kilku niedowiarków podeszło po występie chcąc podnieść je w dłoniach i robili to z wielkim trudem - żadne oszustwo nie miało więc miejsca.

Występ skończył się już po zmroku, poszłyśmy więc na trzecią i ostatnią kolację w restauracji nad Mekongiem, następnego dnia chciałyśmy bowiem wyjechać z Luang Prabang i ruszyć w dalszą część podróży. Położyłyśmy się wcześnie spać prosząc chłopaka z recepcji aby obudził nas o 5.15 - przerażająco wczesnej porze, ale poranny pochód mnichów zbierających dary od wiernych, na którego zobaczeniu bardzo nam zależało, wart był takiego poświęcenia. Chłopak obudził nas jednak o szóstej. Pochodu nie zobaczyłyśmy. Na tym sczezły nasze chęci poświęceń. Niezależnie jednak od pochodu pora było wstać aby zdążyć na autobus odjeżdżający o 7.30 do Vang Vieng. Przybywszy na dworzec kilka minut po godzinie siódmej poinformowano nas, że w autobusie tym nie ma już miejsc, a następny odjeżdża o 10. Dano nam złudną nadzieję, że odjedziemy wcześniej jeśli miejsca zapełnią się (co jest w Laosie normalna praktyką), niestety nic takiego się nie stało. Kupiłyśmy więc bilety (za 40.000 Kip) i cierpliwie czekałyśmy. 

Wyjechaliśmy planowo w podróż mającą trwać od sześciu do siedmiu godzin. Droga prowadziła cały czas przez góry, autobus skręcał co kilkadziesiąt metrów to w jedną to w druga stronę jadąc 15-20 km na godzinę, wspinał się z trudem pod górę i ostrożnie zjeżdżał w dół. Ostrożnie ze względu na strome zjazdy i częste zakręty (przed każdym zakrętem kierowca sygnalizował klaksonem swoją obecność innym pojazdom jadącym z naprzeciwka aby usunęły się na bok wąskiej drogi), ale również przez warunki na drodze. Przez ciągle padający deszcz co jakiś czas natrafialiśmy na przysypane błotem fragmenty asfaltu, kawałki skał , nawet całe połacie ziemi z drzewami wyrwanymi razem z korzeniami które osunęły się z podmokłych gór. Co dziwne w mijanych przez nas wioskach w deszczu życie codzienne toczyło się tak samo jak w słoneczny dzień - dzieci biegały boso po podwórkach, niektóre paplały się w kałużach lub potokach, kobiety robiły pranie w wodzie lejącej się bambusowymi wodociągami z gór. Obrazem który najbardziej utkwił mi w pamięci był mężczyzna wystawiający nagie około jednoroczne dziecko pod prysznic z deszczówki lejącej się z rynny. 

Po pięciu godzinach jazdy pojawił się poważny problem - nad ostrym zakrętem obsunęła się wysoka na około 20 metrów skarpa, przykrywając drogę grubą warstwą błota i spływając powoli jak lawa w dół. Padający ciągle deszcz spłukiwał ze skarpy coraz więcej ziemi grożąc pojazdom, które odważyłyby się na próbę przejazdu zepchnięciem w przepaść. Jak niebezpieczna byłaby taka próba przekonaliśmy się gdy nagle ogromny podmokły fragment skarpy spadł z hukiem w dół popychając zwały błota leżące na drodze na stok poniżej jej. Czekaliśmy na jakąkolwiek pomoc- przed nami stała wprawdzie koparka ale po jej operatorze nie było śladu. Na takiej szerokości jezdni nie było też mowy o zawróceniu. Po trzech godzinach, kiedy już przyjęłam do wiadomości myśl, że spędzimy tu noc zaczęło się coś dziać koparka nagle ruszyła i po pół godzinie pracy ciężarówka przed nami powoli zaczęła posuwać się przez nadal mocno zabłoconą powierzchnię. Po kilku chwilach osunęła się wraz z masą ziemi w rów - całe szczęście nie po stronie przepaści i ruch znów stanął w miejscu. Po wielu próbach udało się jej w końcu wyjechać a za nią ruszyliśmy my.

Kiedy wydostaliśmy się z największego błota (nie obyło się bez wspomagających łańcuchów) napięcie panujące w autobusie nagle opadło i przekształciło w okrzyki radości i burze oklasków. W ślimaczym tempie dawno po zmroku dotarliśmy do Vang Vieng - była godzina 20, nie trudno więc obliczyć że pokonanie około 150-sięciokilometrowego odcinka zajęło nam dziesięć godzin!

CZĘŚĆ 8

VANG VIENG i VIENTIANE


Zdecydowałyśmy się szybko na pierwszy lepszy nocleg sto metrów od dworca autobusowego gdzie zostawiłyśmy plecaki i natychmiast poszłyśmy na kolację. Centrum Vang Vieng, które wyobrażałam sobie jako pustawe miejsce z dala od cywilizacji zaskoczyło mnie ilością domów gościnnych i restauracji. Niewiele różniło się od centrów turystycznych z barami i głośną muzyką znajdowanych w bez porównania łatwiej dostępnych miejscach. Szczytem zaskoczenia było znalezienie indyjskiej knajpki z autentyczną hinduską obsługą i prawdziwie indyjskim jedzeniem. Nigdzie indziej nie jadłam tak pysznego placka (nazywanego przez nich chlebem ) z czosnkiem oraz ziemniaczków z pomidorami w sosie ziołowym. Rano wyszłam sama na parę godzin rozejrzeć się po okolicy. Magda, którą po ostatnich deszczowych dniach złapało ostre przeziębienie i kurowała się w guest house’ie, nie chciała zostawać tu długo, zdecydowałyśmy się więc wyjechać jeszcze tego popołudnia. Miałam jeszcze dobre kilka godzin aby chociaż zasmakować w okolicznych krajobrazach. 

Laos Laos fot. Aleksandra Borzecka
Wychodząc poza centrum turystyczne wróciła mi wiara w sielankowy charakter Vang Vieng - tam gdzie kończyły się domy gościnne zaczynały się stare budynki wioski, pomiędzy które żadne białe twarze nie zapuszczały się. A za wioską niewiele już przypominało, że zjeżdżają się tu dziesiątki turystów w poszukiwaniu przygód w postaci odkrywania tamtejszych licznych jaskiń czy szalonych spływów na dętce na wodach górskich rzek. Snułam się po okolicy bez mapy mając nadzieję natrafić na jakąś strzałkę wskazującą drogę do jakiejkolwiek jaskini. Wśród chat na obrzeżach znalazłam słabo oznaczony szlak do jednej z nich; idąc najpierw ścieżką doszłam do podmokłej łąki gdzie ślad szlaku zniknął, następnie podążając za jakimś Laotańczykiem stanęłam niezdecydowana widząc jak ścieżka wpada prosto do zimnego potoku i wydaje się kończyć. Laotańczyk podwinął jednak nogawki i przeszedł na druga stronę,zrobiłam więc to samo i po przejściu w wysokiej ponad kolana wodzie w towarzystwie kaczek wyszłam na brzeg gdzie ścieżka pojawiła się ponownie i doprowadziła mnie w końcu nad rzekę. 

W łódce siedziała kobieta trudniąca się przewożeniem ludzi na drugi brzeg, spytałam się jej o drogę do jaskini - na to wskazała drugą stronę rzeki i podała cenę za przewiezienie, która była dla mnie zdecydowanie za wysoka, a nie chciałam czekać nie wiadomo ile na następnego przechodnia, który podzieliłby się ze mną kosztem. Wróciłam więc tą sama drogą którą przyszłam, znowu minęłam centrum wsi i po krótkim odpoczynku nad rzeką przy zimnym bananowym szejku skierowałam się w drugą stronę w poszukiwaniu innej jaskini. Znalazłam taką około półtora kilometra za wsią - przeszłam przez metalowy mostek dla pieszych i po zapłaceniu niewielkiej opłaty weszłam przez położone około 15 metrów nad ziemią wejście do środka. Jaskinia była wprawdzie zagospodarowana turystycznie, tzn. wzdłuż korytarzy prowadziły wylane betonowe ścieżki i schody, mimo to plątanina korytarzy oraz niesamowite nacieki i czarne przepaście zachowały swój naturalny srogi charakter. 

W drodze powrotnej zerknęłam na rozkład jazdy aby zobaczyć o której mamy jakieś połączenie do Vientiane. Najbliższy autobus odjeżdżał o czternastej, miałam więc godzinę na spakowanie się i szybki prysznic, po czym usiadłyśmy z Magdą na dworcowej ławeczce aby cierpliwie czekać na jak się okazało spóźniający się transport. Zdezelowany autobus, który nadjechał wart był zdjęcia i do tej chwili żałuję że go nie zrobiłam- zwłaszcza dziurom na wylot widniejącym w miejscach gdzie normalnie spodziewalibyśmy się świateł przednich, popsutemu szybkościomierzowi, który cały czas pokazywał 0 i rozwalającym się siedzeniom. Tym razem jednak podróż minęła bardzo szybko, taki sam odcinek drogi, który poprzedniego dnia pokonaliśmy w dziesięć godzin udało się nam przejechać w niecałe cztery. Szybkość dało się odczuć zwłaszcza na zakrętach, trzymając się kurczowo oparcia dziękowałam wyższym siłom za refleks podstarzałego kierowcy zjeżdżającego w ostatniej chwili z drogi pędzących z na przeciwka pojazdów. 

Laos Laos fot. Aleksandra Borzecka
Około osiemnastej byliśmy już w Vientiane i z trudem znalazłyśmy nocleg w raczej obskurnym pokoju za zdecydowanie przesadzoną sumę jak na te warunki 6 dolarów. Był to jednak jedyny wolny pokój w cenie poniżej 10 dolarów w okolicznych domach gościnnych, o czym przekonałyśmy chodząc od drzwi do drzwi kilku z nich. Stolica Laosu nie spodobała się żadnej z nas nie trudno więc przyszła nam decyzja o szybkim stamtąd wyjeździe. Wielokrotnie niszczone przez najeźdźców , z nieciekawą, szaro wyglądająca zabudową, dziurami w drogach, błotem zamiast chodników, miasto nie robiło najlepszego wrażenia i gdyby nie dwa miejsca, które zobaczyłyśmy następnego przedpołudnia uważałabym pobyt tam za stratę czasu. Pierwsze z tych miejsc to That Luang, święta stupa z 1566 roku - symbol narodowy Laosu widniejący na większości pocztówek oraz banknotach, innymi słowy najważniejsze w Laosie miejsce gdzie, jak wieżą buddyści, przechowywane są relikwie związane z Buddą. Drugie to Patouxai, czyli łuk triumfalny zbudowany w 1958 roku i wzorowany na łuku paryskim, ciekawy nie ze względów estetycznych ale przez swój styl architektoniczny, który sprawia, że budowla ta wydaje się zupełnie nie na miejscu. Jej konstrukcja miała nawiązywać do stylu budowlanego wprowadzonego przez Francuzów, którzy pod koniec dziewiętnastego wieku przejęli kontrolę nad krajem, i zaplanowali przebudowę Vientiane na podobieństwo ojczystych miast. 

W centrum rzeczywiście ciągnie się nietypowa dla laotańskich miejscowości szeroka aleja nazywana Champs Elysses Vientiane, najokazalsze budynki mają charakter postkolonialny, jest też wiele francuskich knajpek, ciastkarni i w jednej z nich dostałyśmy rozpływające się w ustach cynamonowe ciastko z miodem, karmelem i orzechami...Laos był też jedynym krajem, w którym dzięki spuściźnie po okresie francuskiego panowania kupić można było prawdziwe bagietki ratujące nasze żołądki na kilka dni przed kolejnymi porcjami smażonego ryżu tudzież makaronu. Nie przedłużając wizyty około trzynastej wyjechałyśmy autobusem podmiejskim w stronę Mostu Przyjaźni, który jest głównym przejściem granicznym z Tajlandią, chcąc jeszcze po drodze zobaczyć Park Buddy znajdujący się 25 kilometrów na południe od stolicy. Jadąc wzdłuż Mekongu obserwowałyśmy zalane przez rzekę coraz dalsze tereny w głąb lądu - poziom wody podnosił się stale od początku pory deszczowej i już podczas naszego pobytu w stolicy rzeka miała miejscami szerokość kilkuset metrów. Jak dowiedziałyśmy się już po powrocie do kraju niedługo po naszym wyjeździe powódź ogarnęła dużą część tamtych terenów. Niestety położony nad Mekongiem Park pod woda znalazł się jako jedno z pierwszych miejsc i pomniki i rzeźby Buddy oraz wielu hinduskich bogów zalane do wysokości pół metra zobaczyłyśmy tylko z daleka. Tym samym autobusem , który po kilku minutach zawracał w stronę przejścia pojechałyśmy na granicę.

CZĘŚĆ 9

KHORAT, SI RACHA i MUANG BORANG


Około piętnastej byłyśmy znowu Tajlandia Tajlandia fot. Aleksandra Borzecka
w Tajlandii, w przygranicznym miasteczku Nong Kai, gdzie o 16.30 złapałyśmy autobus na południe i równo o północy dotarłyśmy do Khorat. Miasto to znajduje się pośrodku rozległych terenów równinnych, które są uważane za najbiedniejszy region Tajlandii chociaż Khorat wcale nie zdawało się tego poświadczać. Jest to moloch pełen wysokich budynków, domów towarowych i samochodów i to w niekorzystny sposób odróżnia go od innych miast tajlandzkich, które odwiedziłyśmy do tej pory. Nie zatrzymałyśmy się tam jednak dla samego miasta, ale dlatego iż było ono najwygodniejszym punktem wypadowym do pobliskich świątyń Khmerskich w Phimai oraz Phanom Rung i do tych drugich wybrałyśmy się w środę. Aby dotrzeć tam trzeba było najpierw spędzić 2 godziny w autobusie (nie klimatyzowanym), a następnie wysiadając na skrzyżowaniu wynająć motorową taksówkę i przejechać kolejne 12 km bez kasku na pędzącym motorze. Świątynia znajduje się na szczycie wygasłego wulkanu i jest świetnie odnowionym kompleksem w stylu Khmerskiej stolicy Angkor Wat, oczywiście nieporównywalnie mniejszą. 

Najstarsze fragmenty świątyni pochodzą z X wieku, obecny widok zawdzięcza jednak wiele pracom renowacyjnym ale dzięki temu na całej powierzchni można oglądać odnowione płaskorzeźby. Poszczególne części świątyni mają swoje symboliczne znaczenie, np. wyłożona laterytem aleja oznacza drogę na kraniec ziemi, a mosty utworzone przez węże naga symbolizują przejście między ziemią a niebem. Po obejrzeniu całości wróciłyśmy na parking gdzie czekali na nas kierowcy motorów i zabrali z powrotem na skrzyżowanie z drogą prowadzącą do Khorat, tam złapałyśmy autobus tuż przed silną ulewą, która zresztą nie ustawała przez kilka godzin, a lżejszy deszcz padał nieustannie do następnego ranka zamieniając ulice w potoki. Trudno było zdecydować co robić dalej - bałyśmy się że przez deszczową pogodę będziemy musiały ograniczyć zwiedzanie. W czwartek pojechałyśmy na dworzec autobusowy i ponieważ zaczęło się nieco przejaśniać zdecydowałyśmy się pojechać na wybrzeże, wybierając miejsce w miarę blisko Bangkoku aby szybko ewakuować się do stolicy gdyby deszcz uniemożliwiał plażowanie. 

Miasteczko Si Racha, które według przewodnika miało być rybacką wioską zaskoczyła nas wielkością i charakterem. Nie miało nic z prowincjonalnej oazy jakiej się spodziewałam a ciągnące się wzdłuż autostrady wieżowce i nowoczesne domy towarowe przypominały prawdopodobnie niedalekie centrum turystyczne o nazwie Pattaya, które chciałyśmy ominąć z daleka. Jednak po zejściu z autostrady w kierunku przystani krajobraz nieco się zmienił - pojawiło się więcej wąskich uliczek pełnych stoisk z jedzeniem i chińskich sklepików z wszystkim. Znalazłyśmy najtańszy hotel opisywany w przewodniku, Sri Watana, który był faktycznie jednopoziomową drewnianą konstrukcją zbudowaną również na drewnianym pomoście na palach osadzonych w morzu. Pokój był całkiem przyjemny, gdy wszystko się wyciszało można było usłyszeć morską wodę chlupiącą dwa metry poniżej a siedząc wieczorem na bujanej ławeczce na tarasie wychodzącym w morze odnajdywało się spokój i relaks wakacji. Hotel był prawie pusty, miasto również wydawało się wolne od turystów dlatego pomimo braku powalających na nogi atrakcji i niezbyt czystej wody było to dobre miejsce na odetchnięcie od codziennego zwiedzania świątyń, ruin, świątyń i jeszcze większej ilości świątyń. Wystarczyło zresztą przejść kilkaset metrów aby dotrzeć na przystań a stamtąd w 40 minut dostać się na wysepkę Ko Si Chang. 

Gdy popłynęłyśmy tam w piątek miałam wrażenie, że wyspa ta białych nie widziała od dawna bo byłyśmy atrakcją dla garstki plażujących miejscowych. Dostałyśmy nawet od nich talerz owoców, a pewien Taj zakradał się kilkakrotnie aby zrobić nam zdjęcie, tak jak my fotografujemy jako ciekawostki na przykład mnichów buddyjskich. Wysepka jest mała i nie tak atrakcyjna jak te na południu Tajlandii, jednak prawie zupełny brak ludzi, ciepła woda oraz piękna pogoda wystarczyły aby odpocząć i zrelaksować się tak jak na poprzednich wyspach, na których byłyśmy. Wróciłyśmy stamtąd ostatnią łodzią o 18 (podróż w jedną stronę kosztowała 20 BHT). Do tego czasu woda w morzu wróciła do normalnego poziomu bowiem rano odpływ odkrył kilkanaście metrów błotnistego dna , po którym pełzały tysiące małych krabów, a statki przycumowane bliżej brzegu były całkowicie odsłonięte - widać było jak stoją na dnie przechylając się lekko w bok. Ten cykl powtarzał się każdego dnia a jak szybko następuje przypływ widziałyśmy na własne oczy będąc na Ko Si Chang i obserwując jak w ciągu kilku godzin woda przybliżyła się i kilkanaście metrów.

Wieczorem trudno znaleźć w Si Racha jakąś rozrywkę, pozostawał jedynie nocny targ i wyszukiwanie kolejnych nie próbowanych jeszcze lokalnych potraw aby wzbogacić kubeczki smakowe o nowe doświadczenia. Nadal jednak nie mogłam przekonać się do pieczonych karaluchów, larw i pasikoników które, sądząc po szybkim tempie ubywania ze stoisk, cieszą się tam dużym powodzeniem. Po kolacji na targu chciałam dojść na cypel znajdujący się około 1,5 km od naszego hotelu, ale ulice były pustawe i ciemnawe wróciłam się więc z drogi zostawiając to miejsce na kolejny dzień. 

W sobotę wychodząc na ławeczkę przed pokojem aby zjeść śniadanie nie mogłam nie zauważyć prowizorycznego ołtarzu zbudowanego 4 metry przed naszymi drzwiami. Kilka Tajek dekorowało go jeszcze kwiatami, papierowymi ozdobami, na stole ołtarza leżały dary dla duchów ( bo jak wyjaśnił jeden z pracowników było to chińskie święto duchów/zmarłych) czyli ryż, surowe mięso i owoce. Co jakiś czas pracownicy hoteliku i goście przychodzili pomodlić się chwilę przy ołtarzu, później miało przyjść również kilku mnichów którzy odprawić mieli jakieś obrzędy zbierając w zamian datki. Tradycyjne datki dla mnicha to ryż i inne produkty żywnościowe, ale widziałam również gotowe zestawy darów do kupienia w tamtejszych sklepach z dewocjonaliami, które w foliowanym wiaderku kryły nawet mydło, Coca-Colę i inne różności. Nie tylko tu widać zmieniające się tradycje - mnisi idąc z duchem czasu jeżdżą taksówkami i używają telefonów komórkowych czy gier komputerowych. Trochę różni się to od wizerunku mnicha pokonującego o świcie drogę wzdłuż ulic i zbierających proste dary od wiernych, chociaż i takie scenki można zauważyć- nawet na Khao San Road, ulicy w Bangkoku będącej mekką turystów z plecakami i przypominającą oświetloną neonami ulicę Las Vegas. 

Ale wracając do soboty...przed południem wyszłyśmy z guest house’ u kierując się w stronę cypla na końcu którego znalazłyśmy coś w rodzaju parku, w którym wielu mieszkańców Si Racha spędzało wolny dzień. To niewielki obszar ocieniony palmami i innymi drzewami, ze stoiskami z jedzeniem, stawem z żółwiami wodnymi (kilkadziesiąt sporych okazów) oraz świątynią buddyjską i mniejszą chińską na wzgórzu. Naokoło wysepki na końcu cypla zbudowano promenadę wzdłuż której oprócz spacerowiczów spotkałyśmy kilku wędkarzy - byłyśmy świadkami jak jeden z nich po kilkuminutowej walce z żyłką wyciągnął w końcu ogromny brudny worek. Dziwiłam się zresztą, że liczył na coś innego w tej co tu dużo mówić- brudnej wodzie. Po cyplu Magda wróciła do guest house’u, ja natomiast poszłam w druga stronę chcąc dotrzeć do bardziej bezludnych miejsc. Po około czterdziestominutowym spacerze udało mi się znaleźć niezbyt czystą ale pustą plażę wzdłuż której leżało mnóstwo muszelek. Przeszłam się wzdłuż zbierając co ciekawsze, mijając kilku Tajów wnoszących setki pni bambusa na łódź. 

W drodze powrotnej zauważałam coraz więcej mieszkańców kucających tuż nad brzegiem morza i grzebiących w dnie, odkrytym częściowo przez odpływ, za pomocą patyków. Przyglądałam się chwilę zastanawiając się co robią i widocznie musiałam zwrócić uwagę zbierających bo jeden chłopak zawołał mnie i pokazał raczej niż wytłumaczył, że zbierają malutkie muszle z małżami, po czym wręczył mi patyk do ręki i gestem dał znać abym również zaczęła wygrzebywać je z piasku. W ciągu około 10 minut znalazłam może 5 czy 6 małż, które dorzuciłam do jego koszyka. Próbowałam z nim jeszcze porozmawiać ale ze względu na to iż po angielsku mówił tak dobrze jak ja po tajsku było to trudniejsze niż samo szukanie malutkich małż więc skierowałam się do wyjścia z plaży. 

Wracając tym razem jedną z głównych ulic (nie chciałam wpaść znowu na sforę dzikich psów, którym udało mi się uciec idąc w tamtą stronę) przeszłam koło seminarium duchowego znajdującego się tuż obok pierwszego chyba kościoła katolickiego, który zauważyłam w Tajlandii. Same budynki seminarium zbudowane były w kształcie dwóch dużych statków pasażerskich, a obok nich biegało kilkudziesięciu uczniów w mundurkach. Ogrodzenie było zamknięte więc nie mogłam zobaczyć czy księża byli Tajami czy byli wśród nich biali misjonarze.

W niedzielę rano miałyśmy rozjechać się w różnych kierunkach Magda chciała przenieść się do nadmorskiego kurortu Ban Saen, ja planowałam jechać do Kanchanaburi oraz pobliskiego parku narodowego Erewan. Przy śniadaniu plany nagle zmieniły się - doszłyśmy do wniosku, że pozostałe po pobycie we wspomnianych miejscach 3 dni mogą nie wystarczyć nam na zobaczenie wszystkiego co interesowało nas w Bangkoku i okolicach, pojechałyśmy więc jednak prosto do stolicy. Nie dojeżdżając do centrum wysiadłyśmy ma obrzeżach i zostawiwszy bagaże na dworcu autobusowym wróciłyśmy kawałek, tym razem już komunikacją miejską i songathew’ em, do Muang Borang, tzw. Starożytnego Miasta, które było czymś w rodzaju parku historycznego gdzie na terenie około 9 ha rozproszone były repliki wszystkich znaczących budowli Tajlandii, z których część w rzeczywistości już nie staniała. Ponieważ park był bardzo duży (część ludzi zwiedzała go nawet samochodami, co było lekką przesadą) wypożyczyłyśmy rowery i w ciągu około 3 godzin zjechałyśmy jego większą część, oglądając m.in. repliki Khmerskiej świątyni w Phimai, z której oryginału zrezygnowałyśmy będąc w Khorat, oraz dziesiątki innych - w sumie w parku znajduje się bowiem ponad 100 budowli.

CZĘŚĆ 10

BANGKOK

Do Bangkoku dotarłyśmy około 18-stej, dojazd do centrum zajął nam kolejną godzinę i po 19-stej znalazłyśmy się w końcu na sławnej Khao San Road, słynącej z tanich guest house’ ów, tam też wynajęłyśmy pokój na jedną noc nie wiedząc jeszcze ile noclegów z pozostałego tygodnia podróży spędzimy w mieście. Wieczorem zaczął padać deszcz, więc przeszłyśmy się tylko wzdłuż ulicy pełnej stoisk z pamiątkami, ubraniami, przewoźnymi stoiskami z jedzeniem oraz zachodnich barów i pubów. Były też puby ruchome , czyli minivany pomalowane na styl kolorowych lat siedemdziesiątych, przy których stało kilka stołków barowych, były mini pracownie tatuażu a na rozłożonych na ziemi kocach siedzieli chętni w kolejce do zrobienia sobie dreadów. Na Khao San można podobno kupić wszystko: od wizy do Kambodży po fałszywą legitymację ISIC czy International Press. Było to dziwaczne skupisko podróżników z całego świata, dziwnych fryzur, ubiorów i zachowań a to wszystko mieszało się z orientalnym smakiem Azji. Z jednej strony atrakcja sama w sobie, z drugiej uciążliwy tłok i hałas do późnych godzin nocnych. Khao San miała jednak dwie zalety: po pierwsze najniższe w mieście ceny noclegów a po drugie dobrą lokalizację w pobliżu kilku atrakcji turystycznych.

W poniedziałek zaopatrzone w mapę wybrałyśmy się na piechotkę do Little India i Chinatown i niestety bardzo się zawiodłyśmy- wporównaniu z podobnymi dzielnicami w Kuala Lumpur te w Bangkoku nie miały w sobie tegospecyficznego charakteru, które wnoszą mieszkające tam mniejszości narodowe. W dzielnicy indyjskiej Hindusów było jak na lekarstwo, brakowało świątyń, zapachów i kolorów, które urzekały w Kuala Lumpur. Dzielnica chińska sprawiała nieco lepsze wrażenie: główna ulica pełna była napisów w tym języku, gdzieniegdzie w bocznych uliczkach można było dojrzeć stare, typowo chińskie, kolorowe kamieniczki, ale na tym kończyły się te pozytywne elementy. Dzielnicę tą warto może odwiedzić ze względu na znajdującą się tu świątynię ze Złotym Buddą - pięciotonowym posągiem z czystego złota - atrakcją, której jednakże nie zobaczyłam z bliska, a to z tego powodu iż właśnie obok świątyni poczułam efekty zatrucia, jak się domyślałam daniem, które zjadłam w restauracji indyjskiej w Little India. Co było irytujące to to, iż po pięciu tygodniach korzystania z nieestetycznie i niezbyt higienicznie wyglądających ulicznych barów dopiero posiłek w normalnej restauracji zaowocował dolegliwościami żołądkowymi. Tak też zamiast oglądać Złotego Buddę zapoznawałam się z pobliską toaletą. 

Gdy poczułam się lepiej ruszyłyśmy dalej w kierunku domu Jima Thompsona - to barwna postać, która wsławiła się w historii Tajlandii tym, iż spopularyzowała na świecie tajski jedwab. Zainteresowany kulturą tego kraju zamieszkał tam sprowadzając do swojego tradycyjnego drewnianego domu masę antyków, przez co stał się on przykładem typowego tajskiego domostwa- oczywiście bogatego domostwa. Do muzeum tego jednak nie dotarłyśmy. Chodzenie na piechotę po głównych ulicach Bangkoku jest męczące ze względu na duże odległości, nie byłoby to jednak aż takim problemem gdyby nie dodatkowy problem spalin, które w tym mieście praktycznie uniemożliwiają normalne oddychanie, zwłaszcza komuś kto dopiero zetknął się z tym miejscem. W Bangkoku zarejestrowanych jest podobno 60 lub 70 procent wszystkich samochodów Tajlandii, smog jest tu tak uciążliwy, że policjanci z drogówki oraz motocykliści poruszają się ze specjalnymi maskami na twarzy, nie dziwne więc, że pokilku godzinach marszu w tym smogu, dymie i hałasie jedyne o czym marzyłyśmy to łyk świeżego powietrza i trochę spokoju. Udało nam się dotrzeć do jednego z nielicznych (w ilości chyba trzech) parków w mieście gdzie odrobinę tego właśnie znalazłyśmy. 

Tego samego szukali tu również mieszkańcy Bangkoku, park bowiem pełen był Tajów uprawiających jogging, ćwiczących na trawnikach, czy siedzących nad stawami. Widok tych biegających i ćwiczących Tajów wydawał się zresztą rzucał się w oczy i nasuwał smutny wniosek że już niedługo ta fala przejmowania zachodniego sposobu życia obejmie cały kraj. Różnice te były widoczne nawet na pierwszy rzut oka - wystarczyło spojrzeć na grupkę nastolatek organizujących obok naszej ławki jakąś dziwną grę i zobaczyć chociażby efekty zmiany nawyków żywnościowych. Dopiero w Bangkoku widziałam dzieci z nadwagą, które tym właśnie przypłaciły jedzenie hamburgerów zamiast ryżu. 

Gdy opuszczałyśmy park po szóstej ten zapełniał się coraz bardziej, wydawało się że już niedługo zabranie miejsca dla tych wszystkich spragnionych przestrzeni i powietrza po całym dniu spędzonym w tym wielkomiejskim dusznym molochu.

Następnego ranka, czyli we wtorek, pogoda zachęciła nas zwiedzenia kompleksu budowli w którym znajdował się m.in. Pałac Królewski oraz kompleks świątyń Wat Po. Drogę z Khao San pokonałyśmy spacerem w dwadzieścia kilka minut i pomimo wczesnej pory ( było przed dziewiątą ) zbliżając się na miejsce mijałyśmy coraz większą kolejkę autokarów z turystami, dla których był to centralny punkt zwiedzania w Bangkoku. Główne wejście był niedostępne tego dnia, zgodnie ze wskazówkami strażników obeszłyśmy część murów aby dotrzeć do innej bramy i tam ku naszej wielkiej radości dowiedziałyśmy się, że z okazji wizyty w kraju sułtana Brunei wejście do pałacu jest za darmo! Nie dość więc, że trafiłyśmy na słoneczną pogodę, dzięki której wrażenie jakie wywołują te kapiące złotem budowle potęguje się, to jeszcze zaoszczędziłyśmy przy tym 200 BHT. Dopiero wtedy też skojarzyłyśmy, że ulice oświetlone jak centrum Nowego Jorku w czasie świąt Bożego Narodzenia, wzdłuż których szłyśmy poprzedniego wieczoru służyły właśnie uświetnieniu wizyty sułtana. 

Tajlandia Tajlandia fot. Aleksandra Borzecka
Wracając jednak do pałacu...przekroczenie murów wysokiego ogrodzenia było jak wejście do innego, bajkowego świata. Cały kompleks był złocisto imponujący, wszystko lśniło od drogich kruszców, egzotyczną dla nas architekturę uzupełniały piękne wykończenia i kolorowe detale. Przy bogactwie kształtów, kolorów i złota nagromadzonych na tym jednym placu bledną wszystkie inne zabytki -nic co zobaczy się po Pałacu Królewskim nie robi wrażenia, nawet najpiękniejsze świątynie, które przykuwały moją uwagę na północy Tajlandii przeszłyby bez zauważenia gdybyśmy zaczęły podróż od tego miejsca. Tak więc i pobliska świątynia Wat Po wydawała się przygaszona, nie miałam już nawet ochoty obchodzić całego kompleksu, w którym znajdowały się mniejsze świątynie, stawy oraz dziesiątki stup. Przyznam jednak, że posąg Leżącego Buddy znajdujący się tam to wizerunek Buddy, który zapadł mi w pamięć najbardziej ze wszystkich. Ogromna, trzydziesto-metrowej długości postać z głową wysokości około 3 metrów podpartą na ramieniu, i stopami równie długimi, była wciśnięta jak olbrzym w za małe mury Watu.

Uwaga na marginesie - przechodząc koło murów pałacu, tej i innych świątyń, napotykałyśmy co chwilę nadgorliwie pomocnych Tajów. Wszyscy zakładali, że musimy iść właśnie do pałacu i bez pytania wołali nas uświadamiając nam rzekome zboczenie z drogi, wskazując ręką dokąd mamy się udać. Nawet gdy świadomie szłyśmy w innym kierunku oni nieustępliwie wysyłali nas do pałacu co pomimo ich dobrych zamiarów stawało się irytujące. Po skończeniu zwiedzania spotkałyśmy jeszcze jednego Taja, którego pomoc błędnie uznana (z przyzwyczajenia już) za bezinteresowną taką się jednak nie okazała, bo po wskazaniu na naszej mapie ciekawych miejsc, które zaoferował się nam ujawnić, podał również propozycję, że zawiezie nas tam tuk-tukiem za jedyne X bahtów... Cena była rzeczywiście rewelacyjna, i to wydało się nam podejrzane. Czytałam wcześniej o naciągaczach, którzy tanimi taksówkami czy tuk-tukami wożą turystów po mieście aby dostarczyć ich w końcu do sklepu gdzie dostają prowizję za dostarczenie klientów. Podziękowałyśmy więc grzecznie, również z tego powodu, iż musiałyśmy wracać do guest house’ u aby przed końcem doby hotelowej zmienić pokój na trzyosobowy. Tego dnia bowiem po trzytygodniowej przerwie miała dołączyć się do nas Kinga. 

Przeniosłyśmy bagaże do trójki, ironicznie pokoju mniejszego niż nasza dwójka, w której jedynymi sprzętami okazały się trzy leżące bezpośrednio na podłodze materace. Po wstawieniu plecaków poruszanie się po pokoju było co najmniej trudne... Kingi nie było o umówionej porze, poszłyśmy więc do Wat Intravat, która słynie z kolei z posągu stojącego Buddy, również trzydziestometrowego - był faktycznie wysoki, ale na tym kończył się jego urok. Brakowało mu harmonijnych proporcji bo przy swoim wzroście wydawał się po prostu za szczupły, ponadto miał niezbyt ciekawe rysy twarzy. Atrakcją mogłoby być wejście do wnętrza posągu, co teoretycznie jest możliwe na wysokości ramienia, z którego podobno rozciąga się ciekawy widok, niestety miałyśmy tego pecha, że bramy prowadzące do schodów przy konstrukcji podpierającej posąg były zamknięte na kłódki. Poszłyśmy więc dalej do niedalekiej dzielnicy Dusit gdzie w ogrodowym parku znajdowały się stare rezydencje królewskie, pałac Vinanmek, muzeum pojazdów królewskich oraz kilka innych historycznych budowli, ale po porannym zwiedzaniu Pałacu to wszystko wydawało się bez wyrazu. Było za to spokojnie, zielono, no i udało nam się trafić na pokaz tradycyjnych tańców. 

Według wcześniejszego planu została nam jeszcze do zobaczenia jedna świątynia znajdująca się w tych okolicach. Była to Wat Benjambophit gdzie zebrane zostały różne wizerunki Buddy opisane nazwami typu Budda kojący waśnie rodzinne, Budda uspokajający ocean ...sama świątynia warta była zobaczenia, ale powód, dla którego tu przyszłyśmy był inny - słynie ona z czynnego życia religijnego i spodziewałyśmy się większej ilości mnichów i wiernych, obrzędów, modłów, zapachów kadzideł...może nie trafiłyśmy na odpowiednią porę. Kompletnie wykończone upałem i całodziennym chodzeniem wróciłyśmy autobusem na Khao San, a po zmroku poszłyśmy raz jeszcze w okolice Pałacu aby uciec od tłumów naszej ulicy i zjeść spokojnie posiłek na nocnym targu przy jednej z uliczek prowadzących do przystani rzecznej. Tam życie toczy się innym rytmem niż na turystycznej Khao San - nie rozbrzmiewa amerykańska czy europejska muzyka, nie ma kolorowych neonów, są za to tradycyjne stoiska z prawdziwym azjatyckim jedzeniem, pyszne szejki za kilkukrotnie niższą cenę i zamiast post-hipisowskiej młodzieży z całego świata kilku chłopaków grało w piłkę biegając na boso po deptaku. 

Droga do pałacu prowadziła obok tzw. Sanam Luang, ogromnego 12-hektarowego placu otoczonego alejką drzew, będącego miejscem uroczystości państwowych ale na co dzień miejscem wieczornych spotkań mieszkańców Bangkoku. Plac pełen był ludzi grających w piłkę, jedzących kolację, czy siedzących i odpoczywających na ziemi. Naokoło niego wzdłuż chodników mija się sprzedawców amuletów, podobno są wśród nich również astrolodzy i chiromanci. Gdy w drodze powrotnej minęłyśmy plac, wśród ruchu drogowego na jednej z głównych ulic Bangkoku natrafiłyśmy na widok najbardziej niesamowity w ciągu całego chyba dnia - był to słoń poruszający się między samochodami jak jeden ze środków transportu, przystosowany do ruchu ulicznego jak pojazd mechaniczny w postaci świateł tylnich na ogonie. Biedne zwierzę posłusznie wykonywało polecenia kierowcy siedzącego mu na głowie, ale widać było również jak zestresowany czuje się w tym otoczeniu. Przypomniało mi się, że podobną sytuację widziałyśmy również w Khorat, tam jednak ruch jest o wiele mniejszy i nie było to tak abstrakcyjny widok jak w nowoczesnej wielomilionowej stolicy. Po powrocie do pokoju spotkałyśmy w końcu Kingę i wieczór minął na relacjonowaniu zdarzeń z poprzednich kilku tygodni, podczas których podróżowałyśmy osobno. 

W środę, z wielkim trudem wprawdzie, ale udało nam się wstać o 5.30 aby jak najwcześniej wyruszyć do Damnoen Saduak, miejscowości położonej 110 km na południowy zachód od Bangkoku, znanej z jednego z największych pływających targów. Było mi zresztą wszystko jedno, w którą stronę wyjadę, nie chciałam tylko spędzać kolejnego dnia w dusznej i głośnej stolicy. Dotarłyśmy na miejsce około 9 rano, wytargowałyśmy cenę po 100 BHT (z proponowanej 300 BHT) za wynajęcie łódki z wioślarką, którą przez następne pół godziny krążyłyśmy w labiryncie fos i kanałów (tzw. klongów) mijając stare domy na palach, drewniane mostki i sady bananowe. Z czasem przybywało coraz więcej ludzi i niestety nie można było uniknąć rosnącego tłumu turystów, dla których wiele z domów przy brzegach przekształcono w sklepiki pamiątkowe, gdzie można było dokonać zakupów nie wysiadając nawet z łódki. Resztki tego prawdziwego tradycyjnego pływającego targu daje się jednak jeszcze zauważyć, łodzie pełne kolorowych towarów, głównie warzyw i owoców, nadal pływają wśród tych z turystami a Tajki w szerokich słomianych kapeluszach handlują między sobą lub też oferują swoje produkty przyjezdnym. 

Około jedenastej zabrałyśmy się z Damnoen Saduak i nadkładając nieco drogi w podróży powrotnej do Bangkoku pojechałyśmy autobusem do Nakhom Pathom, według niektórych źródeł najstarszego ośrodka miejskiego Tajlandii. Najbardziej charakterystyczna dla tego miasta budowla to prawdopodobnie najwyższa na świecie, 120-tometrowa stupa, która znajduje się w kompleksie świątynnym będącym siedzibą patriarchy tajskich buddystów. Dla mnie większa atrakcją niż sama stupa była ilość mnichów krzątających się po całym kompleksie - wszyscy oni znikali w przejściach w murze naokoło stupy. Podążając za nimi weszłyśmy również do środka i znalazłyśmy się na wewnętrznym placu otoczonym łukowatymi krużgankami, a w nich, jak w ocienionych klasach na świeżym powietrzu, siedzieli studiujący mnisi. Nietypowo wyglądały ich pomarańczowe szaty na tle rozstawianych tablic i szkolnych ławek, jeszcze bardziej nietypowo brzmiało czytanie w tzw. języku pali i modły, które odmawiali podczas przerw stojąc z twarzą skierowaną ku stupie. 

Wyszedłszy stamtąd zaglądnęłyśmy jeszcze do groty, w której według napisu miał znajdować się posąg 1000-letniego Buddy (a może mylę nazwę...) Na jej dnie, po przejściu kilkunastometrowym korytarzem faktycznie znalazłyśmy siedzącego Buddę, chociaż sam posąg wyglądał jakby schodziły z niego warstwy zwykłego pozłotka. Przy wyjściu wrzuciłyśmy jakiś datek na edukację mnichów za co jeden z nich zawiązał nam na przegubie sznurki szczęścia, podobne do tych które zawiązano nam wcześniej w Laosie.

Po wyjątkowo dobrym ryżu z kurczakiem na niedalekim targu (właściciel był najwyraźniej mile zaskoczony tym że jedzą u niego turyści) wróciłyśmy do Bangkoku. Przy dworcu złapałyśmy autobus miejski, który jechał w kierunku Khao San i już z daleka brzmiał jak jeżdżąca dyskoteka. Na początku i końcu pojazdu wstawiono ogromne głośniki, przez które kierowca słuchał muzyki tak głośnej, że decybele przekraczały cały hałas klaksonów w ruchu ulicznym. Żadnemu z pasażerów wydawało się to jednak w ogóle nie przeszkadzać. Zresztą autobusy w Tajlandii zasługują na osobną historięe,podobnie jak i te w Malezji czy Laosie. Oprócz kierowcy w każdym z autobusów jeździ dodatkowy pracownik, którego zadaniem jest podchodzenie do nowych pasażerów i sprzedawanie im biletów, a dodatkowo również nawoływanie pasażerów z zewnątrz (w przypadku autobusów długodystansowych) oraz mówienie pasażerom gdzie mają wysiąść tudzież informowanie kierowcy (czyt. krzyczenie do kierowcy) czy już wszyscy wsiedli i wysiedli i czy można ruszyć dalej. W niektórych dalekobieżnych autobusach dodatkowych pracowników bywa dwóch, a rekordowa ilość to trzech kasjerów na trzygodzinnej trasie. To też jakaś forma walki z bezrobociem, które faktycznie w Tajlandii jest niskie...

Jeśli chodzi o autobusy miejskie to prawie normą był również brak szybkościomierza, wskakiwanie do zwalniającego tylko a nie zatrzymującego się na przystankach autobusu czy zatrzymywanie go dzwonkiem, bo do przystanku jest przecież za daleko. Najbezczelniejszy przypadek trafił się nam przy wyjeździe z Bangkoku kiedy to obładowane plecakami w drodze na lotnisko próbowałyśmy wejść do zwalniającego tylko przy przystanku autobusu, którego kierowca nie zważał w ogóle na fakt iż z 20-stokilogramowym bagażem jest to bardzo trudne.

Wracając do środy...tego wieczora padłyśmy jak zabite na łóżka (tzn. materace) i zasnęłyśmy już chyba o dziesiątej. Na następny dzień żadna z nas nie miała chyba konkretnych planów, wiedziałam tylko, że nie miałam już ochoty oglądać kolejnych świątyń i pałaców a tym bardziej poruszać się po piekielnie zadymionych i zatłoczonych ulicach. Rozeszłyśmy się więc w różne strony, a ja pierwsze kroki skierowałam ku Chao Phraya, czyli rzece płynącej przez Bangkok. Przez około godzinę kluczyłam po wąskich, często jednometrowej szerokości uliczkach, gdzie zza rogu tylko od czasu do czasu pojawiał się skuter lub motor, aż w końcu doszłam do przystani z której autobusem rzecznym popłynęłam do Nonthaburi, według przewodnika pierwszej prowincjonalnej mieścinie poza północnymi granicami Bangkoku, ale będącej w zasadzie jego przedmieściami. Podczas czterdziestominutowego rejsu widoki zmieniały się stopniowo w miarę jak odpływaliśmy od centrum miasta. Nowoczesne brudne budynki ustępowały miejsca starym domom na palach, gdzieniegdzie kolorowym świątyniom, a nawet meczetom, oraz coraz większej ilości zieleni. 

Wysiadłszy na ostatnim przystanki linii, czyli właśnie Nonthaburi, skręciłam w lewo od przystani licząc tylko i wyłącznie na intuicję bowiem w przewodniku nie było na temat tego miejsca żadnych wiadomości. Przez około 20 minut droga prowadziła wzdłuż ogrodzenia ogromnego więzienia, za nim minęłam pilnie strzeżony urząd o tajemniczej nazwie Departament Poprawek (pod ta nazwą widniał również napis Ministerstwo Spraw Wewnętrznych), a dalej skręciłam w małą uliczkę biegnącą wzdłuż klongu w stronę jakiejś świątyni, której złote wieże widać było z oddali. Widoki wzdłuż kanałów były wystarczającym powodem by tu przyjechać - jak w tajlandzkiej wersji Wenecji tuż nad klongami zbudowane były domy na palach, osadzone wśród kwiatów i drzew, a tuż za nimi wydawało się, że dżungla wdziera się do miasta (były to w rzeczywistości sady palm kokosowych i bananowców). 

Okolica ta pomimo ożywiających kolorów natury była biedną dzielnicą wnioskując ze stanu domów i drewnianych mostków, tak więc mieszkańcy oglądali się ze zdziwieniem za pojawiającą się być może pierwszy raz w tych okolicach turystką. Ten spacer był świetnym odpoczynkiem psychicznym od zgiełku centrum i co ważniejsze pozwolił mi spojrzeć na Bangkok bardziej przychylnym okiem: takie dzielnice (podobne znalazłam następnego dnia po drugiej stronie rzeki) miały w sobie atmosferę starego Bangkoku kiedy to życie skupione było wokół klongów i wolne było od wszechobecnej niemal w centrum architektury zachodu. Brak konkretnych atrakcji turystycznych sprawiał, że nie były one zatłoczone, rzadko który turysta wybierał się w tamte okolice, zwłaszcza, że wśród labiryntu uliczek i kanałów łatwo można było zabłądzić, ale taki właśnie Bangkok z drewnianymi domami ponad wodą zarośniętą zielenią, rozwalającymi się często budynkami tworzącymi między sobą plątaninę dróżek, zanieczyszczonymi fosami i drewnianymi kładkamiy budziły większy sentyment niż piękne, bogato zdobione świątynie i pałace. 

Wróciwszy późnym popołudniem odpoczęłam najpierw trochę w małym skwerku przy przystani, który o tej porze pełen był wracających ze szkoły uczniów a także ludzi odpoczywających po pracy. Stamtąd poszłam do guest house’ u trafiając po drodze na targ gdzie zrobiłam trochę zakupów, a wieczorem wszystkie trzy usiadłyśmy w jednym z pubów na Khao San. 

Ostatni pełny dzień pobytu przeznaczyłyśmy na zakupy, chociaż gdy po godzinie chodzenia zgubiłyśmy się na jednym z targów postanowiłam na jakiś czas zająć się czymś innym. Znajdowałam się w okolicy samego centrum Bangkoku, nowoczesnej dzielnicy, w której królowały wielkie domy towarowe, eleganckie sklepy, biura i banki. W takim właśnie otoczeniu, na skrzyżowaniu jednych z najbardziej uczęszczanych ulic stolicy, wśród wieżowców i zgiełku ulicznego znajduje się tak zwane sanktuarium Erawana, które można by nazwać kapliczką, lub mini świątynią postawioną tam w celu przekupienia duchów, które po przepędzeniu z drzewa ściętego z miejsca budowy nowego hotelu sprawiały podobno wiele problemów przy jego konstrukcji. Z czasem ten domek dla duchów stał się popularnym miejscem modłów, wielu mieszkańców Bangkoku przychodzi tu w drodze do lub z pracy aby udekorować go kwiatami, zapalić świeczkę lub kadzidełko, obmyć się świętą wodą , a czasami zapłacić tancerzom, których taniec ma wspomóc modlitwę do duchów przodków. Ta wersja domku dla duchów jest zresztą tylko większą wersją tych, które są stałym elementem przy każdej budowli- czy jest to sklep czy budynek mieszkalny. Domki takie wyglądają jak miniaturowe świątynie (czasami przypominają bardzo ozdobne karmniki) stojące na metrowym czasami wyższym palu, i jak wskazuje sama nazwa są miejscem zamieszkania duchów. Sanktuarium to jest przykładem na to jak codzienne życie Tajów łączy się z religią, nawet w zabieganym centrum handlowym dużego miasta. 

Po kilkunastu minutach, które spędziłam na ławeczce obserwując wymienione wcześniej rytuały , z mapą w jednej ręce a butelką wody w drugiej poszłam w kierunku domu wspomnianego wcześniej Jima Thompsona, który znajdował się po drodze na Khao San. Nie miałam wprawdzie zamiaru wchodzić do środka ale Magda poleciła mi sklepik w jego pobliżudzie kupiła śmiesznie tanie rysunki ze scenami z mitologii hinduskiej i buddyjskiej a ja chciałam zrobić to samo. Tam spotkałam pewną Dunkę, która usłyszawszy, że wracam właśnie na Khao San przyłączyła się do mnie chcąc zobaczyć tę ulicę jak atrakcję turystyczną i razem, oczywiście na piechotę, poszłyśmy dalej. 

Rozmawiając z nią po drodze dowiedziałam się, że Bangkok jest dla niej tylko krótkim przystankiem w podróży do Sajgonu gdzie miała rozpocząć pracę placówce dyplomatycznej. Po około godzinie dotarłyśmy na miejsce, pokazałam jej Khao San i rozeszłyśmy się w swoje strony. Ponieważ ani Magdy ani Kingi nie było w pokoju poszłam odpocząć na tym samym skwerku przy przystani co poprzedniego dnia, a potem przeprawiłam się autobusem rzecznym na drugą stronę Chao Phraya aby zajść do Muzeum Barek Królewskich, ale był to raczej tylko pretekst do przejścia się między domami przy kanałach tamtej dzielnicy. Do muzeum prowadziła kręta droga, na której łatwo było zgubić się pomimo częstych strzałek naprowadzających. Przestałam się dziwić dlaczego droga do znanego muzeum prowadzi wśród przypominających slumsy osiedli gdy okazało się, że weszłam do niego tylnim wejściem, dzięki czemu zresztą uniknęłam opłaty za bilet.

Wieczorem, który był naszym ostatnim w Bangkoku (jako że następnego dnia wylatywałyśmy do domu), poszłyśmy na statni azjatycki posiłek na nocny m targu, a następnie zabrałyśmy się do bardzo trudnej pracy jakim było pakowanie plecaków, w których musiały zmieścić się wszystkie dodatkowe bagaże w postaci zakupów i pamiątek zebranych podczas ostatnich sześciu tygodni. Udało się, chociaż droga na lotnisko z dwudziestokilogramowym plecakiem (w porównaniu do dziesięciokilogramowego na początku podróży) nie była łatwa. Aby zwiększyć balast po drodze na lotnisko pojechałyśmy jeszcze na bardzo znany sobotnio-niedzielny market o nazwie Chatuchak - to ogromny targ z ponad sześcioma tysiącami stoisk z najrozmaitszymi towarami: od ubrań, przez antyki, artykuły gospodarstwa domowego, po rośliny i zwierzęta. Trzy czy cztery godziny, które przeznaczyłyśmy na obejście targu starczyły na zobaczenie zaledwie jego cząstki (na targu najłatwiej odnaleźć się przy pomocy specjalnej mapy). 

Ostatnich zakupów udało nam się dokonać w ostatnich minutach i jeszcze bardziej objuczone wsiadłyśmy do autobusu, którym ja powiedziała nam pracowniczka TAT-u (czyli głównej organizacji turystycznej Tajlandii) miałyśmy dojechać bezpośrednio na lotnisko. Kasjerka autobusu zareagowała ze zrozumieniem na słowo airport dając do zrozumienia, że jesteśmy na dobrej drodze, sprzedała nam odpowiednie bilety a my usiadłyśmy czekając na odpowiedni przystanek. Czas jednak mijał i mijał a lotniska na horyzoncie jak brakowało tak brakowało aż....dojechałyśmy na pętlę autobusową a kierowca wyszedł zostawiwszy nas z kasjerką, która zdumiona spytała nas gdzie my w ogóle chcemy jechać. Nie muszę dodawać, że nie był to najweselszy moment w naszym życiu zważywszy, że do odlotu zostawało coraz mniej czasu. Tym razem korzystając z języka ciała raczej niż słów, to jest pokazując ramionami kształt samolotu i wskazując na plecaki, udało nam się jak myślę przekazać to o co nam chodziło. 

Kasjerka kazała nam wyjść z autobusu i podążając za nią doszłyśmy do głównego budynku zajezdni, gdzie po próbie porozumienia się z innymi pracownikami zaczęłyśmy znowu mieć wątpliwości czy ktokolwiek domyśla się gdzie chcemy się dostać, aż w końcu kazano nam iść z powrotem do tego samego autobusu, gdzie ta sama kasjerka doznawszy olśnienia rozłożyła ramiona jak skrzydła samolotu i z radością oznajmiła, że będziemy na lotnisku za pół godziny. I tak się też stało ku naszej wielkiej uldze. 

Doświadczając jeszcze skutków innego nieporozumienia, tym razem spowodowanego przez złe polecenia pracownika punktu informacyjnego (kazał nam udać się, zupełnie niepotrzebnie jak się okazało, do Biura Imigracyjnego) oddałyśmy bagaże i wsiadłyśmy do samolotu lecącego do Singapuru. Ten półtoragodzinny lot był dzięki jakości usług linii singapurskich najprzyjemniejszym etapem podróży- pomimo krótkiej trasy podano duży gorący posiłek, stewardessy w tradycyjnych azjatyckich strojach były wyjątkowo naturalne w swej zawodowej uprzejmości, a dla zabicia czasu można było nie tylko słuchać muzyki z różnych stacji, ale wybrać jedną z kilkunastu nowości filmowych i oglądać je na osobistych ekranach czy pograć w grę komputerową. Na lotnisku w Singapurze zdążyłam tylko odebrać zwrot podatku za kupiony tam 6 tygodni wcześniej aparat i szybko przesiadłyśmy się na dwunastogodzinny lot do Frankfurtu, a stamtąd do Katowic. Pozostało jeszcze tylko wybrać złotówki z bankomatu...i wówczas okazało się, że zgubiłam kartę pozostając bez grosza przy duszy. Dzięki Magdzie, która pożyczyła mi pieniądze na bilet kolejowy, po sześciu godzinach w pociągu dotarłam w końcu do domu.

słowa kluczowe: termin: lipiec - sierpień 2002
trasa: Singapur-Melaka-Kuala Lumpur-Taman Negara-Kota Bharu-Perentiany-Sungai Kolok-Surat Thani-Samui i archipelag Ang Thong-Bangkok-Ajuttia-Chiang Mai-Chiang Rai-Xuay Xay-Luang

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 5 / 5 (2)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 5 / 5 (2)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 17271 od 20.06.2005

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy