lub
w jakim celu? zapamiętaj mnie
 
Warszawa
Katmandu  
Stupa BoudinathKathmandu, Nepalfoto: Krzysztof Stępieńźródło: transazja.pl
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
 
Zapraszamy na wyprawę samochodową do Omanu!
Booking.com

Najnowsze artykuły

Flames of... Baku

Top of the top - Iran!

Oman - to zdecydowanie więcej niż jedyne państwo na literę "O".

Nepal - My first time

e-Tourist Visa do Indii - wyjaśniamy szczegóły

Stambuł z zupełnie innej perspektywy

Cud w indyjskiej Agrze na miarę drugiego Taj Mahal

Do Mongolii bez wizy

Muktinath (Jomsom) Trekking - profil wysokości i statystyka

Bezpłatne wycieczki po Dosze dla pasażerów Qatar Airways

Do Indonezji bez wizy

Wiza do Indii wydawana już na lotnisku?

Poznaj Azję Centralną oglądając animowane filmy

Co wiesz o Azji Centralnej?

Bilet na indyjski pociąg tylko na 60 dni przed odjazdem?

Turkish Airlines poleci do Kathmandu!

Park Geun-hye: South Korea lawmakers vote to impeach leader

Japan tests innovative magnetic tether for slowing space junk

China: Xi calls for stricter ideological control of universities

Hong Kong leader CY Leung not to seek re-election

AgustaWestland: India ex-air force boss arrested for bribery

Mallya 'assets' published in hack

Australia's richest woman Gina Rinehart to buy Kidman estate

Solomon Islands tsunami warning lifted after powerful 7.8 quake

Sydney doctor murdered wife with insulin shot

Japan tracks dementia patients with QR codes attached to fingernails

Aleppo battle: UN says hundreds of men missing

Syria war: IS edge closer to Palmyra again

UAE investigators probe Ohio student killed by police

Turkey drops case against Israeli officers in Gaza flotilla killings

Egypt violence: Six police officers killed by militants in Cairo

Boris Johnson's Saudi 'proxy wars' comment 'not UK's view'

Inside Yemen: Saudi air strikes and Britain's role

Aleppo: Families flee city through hole in the wall

Inside Saudi Arabia: On front line of war with Yemen

Hospitals struggling to cope with Mosul casualties

Miasta Azji

 Pekin

warto zobaczyć: 27
transport z Pekin: 4
dobre rady: 61

wybierz
[opinieCount] => 0

 Xi'an

warto zobaczyć: 10
transport z Xi'an: 2
dobre rady: 19

wybierz
[opinieCount] => 0

 Hua Shan

warto zobaczyć: 8
transport z Hua Shan: 3
dobre rady: 18

wybierz
[opinieCount] => 0

 Katmandu

warto zobaczyć: 14
transport z Katmandu: 3
dobre rady: 21

wybierz
[opinieCount] => 0

 Pokhara

warto zobaczyć: 9
transport z Pokhara: 1
dobre rady: 9

wybierz
[opinieCount] => 0

 Jerozolima

warto zobaczyć: 9
transport z Jerozolima: 3
dobre rady: 12

wybierz
[opinieCount] => 0

 Szanghaj

warto zobaczyć: 18
transport z Szanghaj: 1
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

 Stambuł

warto zobaczyć: 38
transport z Stambuł: 2
dobre rady: 40

wybierz
[opinieCount] => 0

 Tajpej

warto zobaczyć: 22
transport z Tajpej: 11
dobre rady: 39

wybierz
[opinieCount] => 0

 New Delhi

warto zobaczyć: 23
transport z New Delhi: 2
dobre rady: 37

wybierz
[opinieCount] => 0

Powiadomienia

Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu
     1 USD  1 EUR  1 PLN
ChinyCNY6,897,341,64
IndieINR68,0672,5616,16
IzraelILS3,824,070,91
MalezjaMYR4,454,741,06
RosjaRUB63,8968,1115,17
Sri LankaLKR151,70161,7336,03
SyriaSYP214,85229,0651,02
TajlandiaTHB35,7738,148,50
TurcjaTRY3,533,770,84
  wymagana wiza ambasada
w Polsce
Afganistan TAK TAK
Arabia Saudyjska TAK TAK
Armenia - TAK
Azerbejdżan TAK TAK
Bahrajn TAK -
Bangladesz TAK -
Bhutan TAK -
Brunei - -
Chiny TAK TAK
Filipiny - TAK
Gruzja - TAK
Hong Kong - -
Indie TAK TAK
Indonezja - TAK
Irak TAK TAK
Iran TAK TAK
Izrael - TAK
Japonia - TAK
Jemen TAK TAK
Jordania TAK -
Kambodża TAK -
Katar TAK TAK
Kazachstan TAK TAK
Kirgistan - -
Korea Północna TAK TAK
Korea Południowa - TAK
Kuwejt - TAK
Laos TAK -
Liban TAK TAK
Makau - -
Malediwy TAK -
Malezja - TAK
Mongolia - TAK
Nepal TAK -
Oman TAK -
Pakistan TAK TAK
Palestyna - -
Rosja TAK TAK
Singapur - -
Sri Lanka TAK TAK
Syria TAK TAK
Tadżykistan TAK -
Tajlandia - TAK
Tajwan - -
Timor Wschodni TAK -
Turcja TAK TAK
Turkmenistan TAK -
Uzbekistan TAK TAK
Wietnam TAK TAK
Zjednoczone Emiraty Arabskie - TAK

Zestawienie informacji na temat wymaganych zaświadczeń zdrowotnych, zalecanych szczepień ochronnych i zagrożeń chorobowych przy podróży do krajów Azji.


Dołącz do nas!


 
 
  •  Nepal
     kursy walut
     NPR
     PLN
     USD
     EUR
  •  Nepal
     wiza i ambasada
    Nepal
    ambasada w Polscenie
    wymagana wizatak
    Wizę można dostać na lotnisku w Kathmandu oraz w niektórych punktach granicznych. 15 - dniowa: 25 USD, 30 - dniowa: 40 USD

"Listy z Azji..." - dziennik podróży do Nepalu i Indii

niedziela, 17 paź 2004

13.01.2003 Kathmandu

Namaste!!!

Pozdrowienia z dachu świata....

Dzisiaj mija czwarty dzień od czasu kiedy przybyliśmy do Azji. Wylądowaliśmy w Delhi w czwartek parę minut przed północą. Od tego czasu znaleźliśmy się w innym świecie. Próbowaliśmy znaleźć rzeczy, sytuacje, które są podobne do tych, jakie znamy z Polski. Trudno jest tu coś takiego odnaleźć. Azja jest niesamowita. Z jednej strony straszna, ale z drugiej cudowna. Tak czy inaczej jest zupełnie inna niż to, co znamy z naszej codzienności. Dużo by opowiadać co się działo przez ostatnie 4 dni. Byliśmy w ciągłej podroży. Każda godzina przynosiła ogrom przygód, niebezpieczeństw i nowych doznań.

Delhi nas zaszokowało. Uciekaliśmy stamtąd tak szybko jak to się dało. Panuje tam trudna do opisania bieda. Wszędzie turysta jest napastowany przez naganiaczy. Zrobiliśmy tam jedną z głupszych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Przeszliśmy pieszo uliczkami Old Delhi kilkadziesiąt minut po świcie. Tego, co się tam działo nie sposób opisać. W poszukiwaniu odpowiedniego dworca i autobusu ganialiśmy ponad 5 godzin. W końcu udało się. Znaleźliśmy dworzec i autobus. Wyjechaliśmy z Delhi. Dwa autobusy i dziesięć godzin później, po zmroku znaleźliśmy się we wsi Banbassa na granicy nepalskiej. Podróż minęła w miarę spokojnie, ale to jak wyglądają autobusy i wsie też nie da się opisać. Byliśmy ogromną atrakcją turystyczną, ponieważ szlak ten nie jest uczęszczany przez turystów. Następnego ranka przekroczyliśmy granice Nepalu a potem cały dzień jechaliśmy przez południowy Nepal. Kraj z za okna wygląda wspaniale. Inaczej niż Indie. Piękna roślinność, zupełnie inni ludzie, bardziej bezinteresowni. Po drodze autobus się zepsuł i wylądowaliśmy na dachu innego (w środku nie było już miejsca) i przejechaliśmy do następnego check pointu przy temperaturze w granicach zera stopni. Coś niesamowitego. Musieliśmy zatrzymać się we wsi pośrodku pustkowia. Następnego dnia  bezpośrednim autobusem dotarliśmy do Kathmandu. Podróż zajęła nam 14 godzin. 14 godzin bez jedzenia, picia i siusiania. Teraz jesteśmy w Kathmandu. Miasto jest cudowne, czyste, nowoczesne. Znaleźliśmy pięknie położony hotelik z ogrodem, tarasem, ciepłą woda. Zamówiliśmy na wieczór grzejnik.... Generalnie jest zimno. W hotelach temperatura  nie jest wyższa niż 10 - 14 stopni. Dopiero dzisiaj w Kathmandu jest cieplutko. Co ważne jedząc wszystko co nam wpadnie w ręce nie mamy jak dotąd problemów z żołądkami. Podsumowując wszystko jest OK. Jesteśmy zadowoleni i wcale niezmęczeni. Kathmandu jest urocze i cudowne. Trzymamy się naszego budżetu dziennego wynoszącego 8$ / dzień / osoba.

W mieście zabawimy około tygodnia. Później jedziemy w Himalaje.
Będziemy się jeszcze odzywać.
Pozdrawiamy wszystkich gorąco

Agnieszka i Krzysiek
Kathmandu, Nepal; poniedziałek 13.01.2003

15.01.2003 Kathmandu

Witajcie...

Kolejne doniesienia z południowej Azji. Jesteśmy nadal w Kathmandu. Co ważniejsze jesteśmy cali i zdrowi. Jak dotąd nie mamy problemów żołądkowych co może wydawać się dziwne. Kathmandu jest niesamowite. To jest połączenie prawdziwej stolicy państwa z gwarem i wrzawą Azji. Jest zupełnie inne niż wioski i miasta, które mijaliśmy w drodze do KTM (Katmandu). Jest czyste - działa tu instytucja oczyszczania miasta i jak się nam wydaje bezpieczne. Ludzie tu są zupełnie inni. Nie jesteśmy zaczepiani przez wszystkich tak jak to było w Delhi. Wystarczy powiedzieć raz "NIE" i zazwyczaj wystarcza. Mija trzecia doba odkąd przyjechaliśmy do miasta. Noce są bardzo zimne (temperatura w pokoju nie przekracza 10 stopni) natomiast dni są upalne (powyżej 20 st.) Miasto łączy w sobie żyjące muzeum i ogromną ilość sklepików z najróżniejszymi rzeczami. Towary są zazwyczaj piękne i wcale  nie tandetne. Sklepy na Thamelu (dzielnica turystyczna) oferują wyposażenie turystyczne, jakiego w Polsce nie znajdziecie. Można tu zakupić pełny sprzęt potrzebny do zdobywania ośmiotysięczników i to po cenach wprost porażających. Dla przykładu zakupiliśmy kurtkę puchową North Face ze wszystkimi bajerami za 160 PLN, polar 200 - dwustronny North Face za 35 PLN, reszta jest w podobnych cenach. Codziennie powtarzamy sobie że następnym razem przyjeżdżamy tu tylko i wyłącznie na zakupy. Wczoraj byliśmy na Durbar Square – głównej, architektonicznej  atrakcji doliny. Zwiedzaliśmy go z przewodnikiem, który wyjaśnił nam tysiące rzeczy związanych z ich religią i architekturą. Są to niesamowite rzeczy i bardzo trudne do pojęcia. Dzisiaj byliśmy w Świątyni Małp na wzgórzu otaczającym KTM. Jest to jedno z najważniejszych miejsc dla buddystów. Nazwa świątyni wzięła się z faktu zamieszkiwania wzgórza przez setki małp biegających po wszystkim. To było fascynujące oglądać buddyjska świątynie w towarzystwie dziesiątek małp, psów, gołębi..... Jutro wybieramy się na uniwersytet w KTM oraz do sąsiedniego miasta - Patanu. Ostatnie dni są w prawdzie uboższe w przygody i znacznie łatwiejsze, ale nadal każda godzina pokazuje coś nowego - dla nas białasów. A przy okazji - o tej potrze roku jest bardzo mało turystów - może to i lepiej…

Na razie to tyle. W KTM zostaniemy jeszcze ze 4 dni. Później wyruszamy w góry.

Agnieszka i Krzysiek
Kathmandu, Nepal; środa 15.01.2003

16.01.2003 Kathmandu

Namaste

Cieszymy się, że nasze doniesienia sprawiają Wam przyjemność, a jako że godzina w sieci kosztuje nas 1 PLN i kawiarenki są co 20 m to dopóki będziemy w KTM będziemy pisać.

Dzisiaj doświadczyliśmy pierwszego niepowodzenia. Jednym z punktów programu była wizyta na uniwersytecie w KTM w celu zebrania materiałów do naszych prac magisterskich. Niestety okazało się że teraz jest tu zimowa przerwa trwającą do końca miesiąca i wszystko pozamykane jest na wielkie kłódki. Udało nam się dotrzeć wprawdzie do biblioteki, lecz nie znaleźliśmy nikogo, kto mówiłby po angielsku. Cóż, trudno...

Teraz kilka kolejnych słów o KTM. Kiedyś przeczytałem w jakimś przewodniku, że Kathmandu może być jak prostytutka - będzie takie jak chcesz. I to jest chyba prawda... W zależności od tego, co chce się robić miasto może przybierać odmienne formy. Na przykład przed paroma minutami byliśmy na kolacji na Thamelu (dzielnica turystyczna), jedząc włoską pizze i słuchając Chopina... Aż trudno w to uwierzyć. A wystarczy przejść jedynie kilka kroków by smakować narodowa kuchnie Nepalu, przy tutejszej muzyce. Na Thamelu, co krok spotyka się sklepy turystyczne, z pamiątkami, restauracje, hotele, a wystarczy tylko przejść kilka przecznic by znaleźć się w sercu normalnej, tradycyjnej, hałaśliwej Azji. Na Thamelu, średnio co 100 m można kupić haszysz lub marihuane (nie wiemy jak to się pisze) Hasłem wywoławczym jest "You smoking man?". Ludzie tu są różni... Czasami zdarzają się tak niesamowite przypadki, że trudno w to uwierzyć. Na przykład w autobusie do KTM spotkaliśmy człowieka, który na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym spośród innych. Był bardzo biednie ubrany, zarośnięty, w klapkach-motylkach, z szalikiem naciągniętym na głowę. Gdy dowiedział się że jesteśmy z Polski pochwalił się że jest kolekcjonerem monet i z kieszeni wyciągnął sfatygowany banknot 1000 zl (z Kopernikiem). Koniecznie chciał się dowiedzieć, kim jest facet na banknocie.... Wyobraźcie sobie... środek Azji, zatłoczony autobus i Nepalczyk z polskimi pieniędzmi.

Jadąc tyle godzin w autobusach nawiązuje się różne znajomości. W tym samym autobusie długo rozmawialiśmy z Prodipem, wykształconym Nepalczykiem z Kathmandu. Powiedział mi coś, nad czym do tej pory mocno się zastanawiam. Powiedział: "You are very lucky people that you come to KTM from Mahandrenagar alive!!!" Miał na myśli maoistów i ichnie zamachy. Bardzo dużo o tym słyszymy. O rebeliantach jest tu bardzo głośno, prasa rozpisuje się o liczbie zabitych maoistów, na drogach są posterunki.... W drodze do KTM, średnio co kilkadziesiąt kilometrów ustawiane są posterunki kontrolne. Autobus zatrzymuje się, wysiadają wszyscy poza kobietami i turystami, przechodzą przez posterunek pieszo, a autobus sprawdzany jest przez wojsko. Ale w gruncie rzeczy kontrole są tak pobieżne że można by przewieźć praktycznie wszystko. Jednak będąc już w KTM i pytając turystów jak i miejscowych o niebezpieczeństwa wszyscy mówią zgodnie że nie ma czym się przejmować. Pewnie to prawda. Wspominałem o ciekawych ludziach. Wczoraj idąc na Swayambunath towarzyszyły nam w drodze dwa małe gnojki. Jeden z nich - 14 latek - płynnie mówiący po angielsku (ale równocześnie ubrany w szmaty) chwali się że zna wszystkie stolice świata. Sprawdziliśmy jego wiedze i nigdzie się nie pomylił. Znal wszystko, o co zapytaliśmy. Co ciekawe, wszyscy od przewodników, przez ryksiaży po policjantów i żołnierzy rozpoznają w nas Polaków. Nie wiemy jak to robią, ale zawsze trafiają bezbłędnie. Na przykład wczoraj byliśmy na poczcie i na pytanie dotyczące możliwości dzwonienia do kraju usłyszeliśmy:

Agnieszka: Gdzie jest miejsce skąd możną zadzwonić za granice na przykład do mojego kraju?
Policjant: do Polski?

Swoją droga dzwonienie jest bardzo drogie. 1 minuta rozmowy z Polska to aż 2.2 USD. Dobrze ze jest internet.

To tyle na dzisiaj. Jutro opowiemy Wam o pysznych ziemniakach....
Pozdrawiamy gorąco

Agnieszka i Krzysiek
Kathmandu, Nepal; czwartek 16.01.2003

17.01.2003 Kathmandu

Witajcie....

U nas jest 20:00, jesteśmy po kolacji, na dworze od dawna jest ciemno. W Polsce pewnie jesteście jeszcze w pracy. Różnica czasu pomiędzy Nepalem a Europa wynosi 4 godziny i 45 minut.

Dzisiaj był wyjątkowo upalny dzień. Mniej więcej tak wyobrażaliśmy sobie pogodę przed przyjazdem do Azji... Mieliśmy dzisiaj opowiedzieć o ziemniakach. Cóż.... jako że jesteśmy Polakami, wiec z ziemniakami mamy kontakt od dziecka. Jemy je często i na różne sposoby. Tutaj w KTM znaleźliśmy cudowna restaurację (o niej później), w której serwują tak przepyszne ziemniaki, że trudno opisać ich smak. Są chyba delikatnie podgotowywane, później smażone lub pieczone, podawane z zielona papryką, cebulką i pomidorem. Nie umiemy rozgryźć jak oni je robią, ale wierzcie nam - są wyjątkowe....
A teraz kilka słów dla tych, którzy martwią się czy czasem nie głodujemy. Otóż nie, nie głodujemy.... Jak już wspomniałem znaleźliśmy cudowną restaurację - Garden Restaurant. Jest to swoista enklawa pośrodku Thamelu. Odizolowana murem i budynkami toteż wchodząc tam ma się wrażenie że cały gwar pozostał gdzieś daleko. Wyobraźcie sobie... siedzicie przy stoliku w ogrodzie, w twarz świeci Wam słońce, na wyciągnięcie ręki rośnie bananowiec ze zwisającymi bananami, obok drzewo z wielkimi owocami grapefruta, gwiazda betlejemska rozrośnięta do rozmiarów dębu. Nad tym wszystkim powiewają buddyjskie flagi modlitewne. Przychodzimy tam codziennie na śniadanie. W tym cudownym klimacie zjadamy: jaja sadzone, gorące tosty, wspomniane ziemniaczki, dżem, delikatny wołowy stek i popijamy gorącą kawa (to wszystko oczywiście na raz i co ciekawe za 1.8 USD).

Kilka słów odnośnie dzisiejszego dnia. Był wyjątkowy, ponieważ udaliśmy się do dwóch najświętszych miejsc w dolinie. Do Pashupatinath - miejsce najświętsze dla hindusów oraz do Boudinath - miejsca najświętszego dla buddystów. Miejsca są niepowtarzalne...
Pashupatinath leży nad święta rzeka Bagmati jest miejscem gdzie dokonywane są kremacje zmarłych oraz rytualne kąpiele w rzece. Opisując to miejsce najłatwiej chyba powiedzieć że jest to gwarne miejsce przepełnione religią i swoistym zapachem kadzideł i dymu z kremacyjnych stosów. Usiedliśmy sobie po drugiej stronie rzeki i z odległości kilkunastu metrów obserwowaliśmy rytuały związane z tutejszym pogrzebem. Jest to dosyć dziwne przeżycie dla nas, Europejczyków. Ciało zawinięte w białe płótno jest układane na stosie, stos jest podpalany i praktycznie tyle. Trochę inaczej sytuacja ma się przy kremacjach ludzi bogatych. Tam odbywa się to przy pełnym ceremoniale i w innej części Ghatów. Boudinath natomiast to enklawa Tybetańczyków i buddystów. Jest to małe miasteczko skupione wokół największej w Nepalu stupy. Ludzie wyglądają tam
jak żywcem wyjęci z filmu "7 lat w Tybecie" Te same ubiory, rysy twarzy, modlitwy, pokłony. Przyjechaliśmy tam późnym popołudniem. Było pięknie, ale dopiero po zachodzi słońca miejsce to okazało cała swoją magię. Otóż na każdym tarasie stupy, w każdym zakamarku i na każdym rogu układane są tysiące malutkich miseczek wypełnionych oliwą. Nie jest ich kilkaset, lecz kilka tysięcy. Jedna obok drugiej, często w dwóch, trzech

rzędach. Po zachodzie słońca wszystkie te miseczki są podpalane przez wiernych rozświetlając białą stupę ciepłą barwą ognia. Wygląda to niesamowicie. Temu widowisku towarzyszą głośno odprawiane mantry przez buddyjskich mnichów, gwar dzieci i bicie w dzwonki.

Dzisiaj podjęliśmy decyzję że w poniedziałek rano opuszczamy KTM i jedziemy w Himalaje. Ale o tych planach napiszemy później.

Wiele osób pyta nas o zdjęcia. Robimy ich tyle ile się da, nie oszczędzamy. W każdej chwili można dokupić nowe klisze. Jeszcze raz bardzo dziękujemy za listy od Was. Jest nam bardzo milo, kiedy odbieramy pocztę. Więc nie przestawajcie pisać.

To chyba tyle, dzieje się tu tak dużo, że można by pisać w nieskończoność....
Do następnego.....

Agnieszka i Krzysiek
Kathmandu, Nepal; piątek 17.01.2003

18.01.2003 Kathmandu

Namaste...

To już kolejny raz, kiedy łączymy się z Wami za pośrednictwem internetu by podzielić się wrażeniami.

Dzisiaj kilka zdań na temat przemieszczania się po Nepalu. Otóż nie ma tu linii kolejowych wiec odpada problem nauki podróżowania po szynach. Podstawowym środkiem transportu są autobusy. Są one..... jak nie z tej ziemi. Normalnie powinny od dawna przebywać na wysypiskach. Powinny, ale nie w tym kraju. Są poobijane, brudne, często bez szyb, świateł i wielu innych rzeczy, ale stale jeżdżą i wożą tysiące pasażerów. Załogę każdego z autobusów (czy to dalekobieżnych, czy miejskich) stanowią dwie osoby: kierowca - którego zadaniem jest nie dopuszczanie do zatrzymywania się na zbyt długo oraz tzw. "bus controler" który jest w całym tym interesie najważniejszy. Ludzie ci musza mieć specyficzne predyspozycje, dobry glos i nieprawdopodobna pamięć. Praca takiej osoby polega na ciągłym wiszeniu w otwartych drzwiach i wykrzykiwaniu kierunku, w którym zmierza autobus, decydowaniu, kto pojedzie a kto nie, przemieszczaniu pasażerów w obrębię siedzeń, inkasowaniu należności, nadzorowaniu czy czasem ktoś nie jedzie dalej niż powinien oraz często na "robieniu" za kierunkowskazy. Swoja droga to ciekawa rzeczą są kierunkowskazy. Na dalekich trasach nie służą do oznaczania zamiaru skrętu, lecz do zasygnalizowania jadącemu naprzeciwko, z której strony masz mnie wyminąć. To jest niesamowite, bo generalnie ruch tutaj jest lewostronny, ale wymijanie dozwolone jest po każdej stronie (wcześniej zasygnalizowane migaczem).

Pewnie zastanawiacie się jakim sposobem w środku zimy wylądowaliśmy na dachu autobusu w drodze do KTM. To akurat proste (jak na Nepal). Otóż jechaliśmy od granicy indyjskiej autobusem. Mieliśmy dojechać do Nepalganj około 150 km dalej. Trasa prowadziła przez Teraj - plaski obszar porozrywany szerokimi rzekami. Nad rzekami są mosty i jest OK, ale jeden most był zamknięty. Tu nie robi się objazdów i cały ruch przejeżdża przez rzekę. Ot tak, autobusy wjeżdżają do wody i wyjeżdżają na drugim brzegu. Niestety poprzedni autobus źle zjechał do koryta rzeki i przewrócił się na bok. My na szczęście jechaliśmy dalej. Przejechaliśmy rzekę i zaczęliśmy wyjeżdżać na gore i wtedy cos się popsuło, silnik zgasł i zaczęliśmy bezwładnie toczyć się w dół. Hamulce nie zadziałały. Widziałem wtedy jak rezolutnie zareagował bus controler który to obaczywszy że jego bus zaczyna się staczać podniósł z ziemi duży kamień i zaczął biec przy autobusie z zamiarem rzucenia go pod tylne koło. Niestety nie zdążył. My toczyliśmy się dalej do momentu aż autobus samoczynnie nie zatrzymał się. Okazało się że pękło coś w kole i dalej nie pojedziemy. Cóż, byliśmy pośrodku zielonego pustkowia. Myślicie że ktoś z podróżnych się zmartwił? Nie, jedynie spokojnie weszli na dach, pozabierali swoje torby i czekali... Czekali na następny bus. No i następny bus przyjechał po parunastu minutach. Problem w tym że przyjechał tak samo zapakowany jak nasz. Nie było w nim wolnego żadnego siedzącego, stojącego ani nawet wiszącego miejsca. Ale przecież to nie problem. Ludzie chcą jechać wiec pojadą. Bez emocji i krzyków "zawartość" dwóch autobusów zaczęła się upakowywać w busie. Wyobraźcie sobie... dwa całkowicie zapełnione podróżnymi i towarami autobusy zapakowane w jeden. Tego nie daje się wyrazić słowami. Tak wiec wszyscy się ładują, za godzinę będzie ciemno, a my stoimy nad jakąś rzeką pośrodku niczego. Autobus się załadował i można odjeżdżać. Wszyscy się upakowali poza dwoma głupimi białasami, którzy nadal tkwią przy plecakach. W końcu wysiadł bus controler i powiedział, że my też mamy jechać tym busem. Nic sobie nie robił kontroler z moich sugestii że nie mamy się jak zmieścić. Kazał wrzucić plecaki na dach i zejść do środka. Wiec wrzuciłem plecaki na dach, ale że autobus zaczynał już ruszać więc uznałem że chyba powinniśmy zostać na dachu. Zapytałem jedynie czy możemy i usłyszałem to co zwykle w takich sytuacjach "Yes, no problem"....

Więc podróżowanie nie jest trudne jeżeli tylko przygotowanym się jest na tysiące niespodzianek. W KTM natomiast największym problem jest znalezienie odpowiedniego miejsca skąd dany bus odjeżdża. Nie ma tu autobusów miejskich, odpowiednio oznakowanych. Tu wszystko może być autobusem miejskim: bus, autobus, nyska... Kierowcy i bus kontrolerzy zazwyczaj nie mówią po angielsku więc jedynym sposobem złapania autobusu jest krzykniecie miejsca gdzie się chce jechać i obserwowanie reakcji faceta.

Co do temperatury, to wcale nie jest tak ciepło. W ciągu dnia, owszem temperatura dochodzi do 20 stopni, ale noce są chłodne. W pokoju mamy przez cały czas 10 stopni i ani drgnie. Braliśmy sobie przez cztery noce grzejnik (oczywiście za dodatkową opłatą) ale temperatura wzrastała tylko o 6 stopni i to w okolicach grzejnika. Trochę dalej od niego, lub w łazience para leci z ust. Ale jest fajnie. chociaż generalnie obydwoje jesteśmy zmarzluchy.

Wracaliśmy dzisiaj autobusem publicznym z Bhaktapuru do KTM. Obok nas i naprzeciw siedziały Nepalki z małymi dziećmi. To też jest niesamowite. W Polsce malutkie dzieci, takie do roku (bo potem to już same łażą gdzie chcą i trudniej je upilnować) są czyste, pachnące, ładnie ubrane. Oczywiście nie mowię o dzieciach z rodzin patologicznych. Tutaj wygląda to zupełnie inaczej. Dzieciaki są śliczne, mają wielkie brązowe oczy i ciemne włoski ale poza tym to aż żołądek się ściska. Już nawet nie chodzi o to w co są ubrane czy zawinięte, ale o poziom higieny. Z nosa leci - to zliże, upaprze się czymś,  - nie szkodzi, mama najwyżej wytrze swoją równie brudną ręką. Poza tym, zauważyliśmy, że małe dzieci mają umalowane na czarno oczy. Musimy się zapytać kogoś czy to jest związane z jakimś ichniejszym obrzędem, czy też po prostu taka moda.

OK, to tyle na dzisiaj. Jutro ostatnia relacja przed wyjściem w góry
Do następnego…

Agnieszka i Krzysiek
Kathmandu, Nepal; sobota 18.01.2003

19.01.2003 Kathmandu

Namaste....

To ostatnia nasza relacja z KTM przed wyjściem w góry. Jutro o godzinie 6 rano wyruszamy w Himalaje. Ciekawi jesteśmy, czego mamy się po nich spodziewać. Mamy duże nadzieje, ale równocześnie całkiem dużo obaw związanych z niebezpieczeństwami.

Pierwszą dużą niewiadomą jest przejazd autobusem z KTM do Jiri. Jiri jest ostatnią miejscowością, dokąd można dojechać pojazdem kołowym, dalej są już tylko góry. Jiri leży na wysokości 1860 m (KTM na 1200). W związku z tym autobus musi pokonać kilka pasm górskich by dotrzeć do celu. Jiri oddalone jest od KTM zaledwie o 180km, lecz podroż trwa zazwyczaj 10 - 11 godzin. W drodze do KTM pokonywaliśmy kilka przełęczy w paśmie Śiwalik i to co tam przeżywaliśmy będzie teraz potrojone albo jeszcze bardziej wyniesione do potęgi. Myślę tu o sposobie jazdy kierowców. Nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Tego praktycznie nie da się opisać. Jazda z prędkością powyżej 80km/h po wąziutkiej drogowej serpentynie, rozklekotanym autobusem z celowymi przyspieszeniami na zakrętach. Tego najbardziej nie mogę zrozumieć, bo jak można przyśpieszać na ciasnym zakręcie położonym nad przepaścią nie mając pojęcia czy czasem coś nie jedzie za zakrętem... W drodze do KTM najlepszym sposobem było przespanie jazdy na górskich przełęczach. Może i teraz się uda.

Drugi problem to nasza kondycja fizyczna. Wszystko, co napiszę poniżej jest naszymi pobożnymi życzeniami, które zweryfikuje rzeczywistość najbliższych tygodni. 
Celem naszej wyprawy są trzy szczyty w regionie Khumbu Himal. Są to Kala Patar (5545m), Gokyo Ri (5430m) oraz Chukrung Ri (5510). Są to miejsca w najwyższym paśmie Himalajów. Kala Patar jest oddalone zaledwie o 6 km od podnóża Everestu. Z każdego z tych szczytów rozpościera się widok na pobliskie Mt Everest, Mt Makalu, Lothse, Cho Oyu (to są ośmiotysięczniki), Nuptse, Pomori (siedmiotysięczniki) a także kilkanaście lodowców w tym słynny IceFall spływający spod Everestu oraz całe morze innych ośnieżonych szczytów. Dotarcie tam i powrót powinien nam zająć około 25 dni. Oznacza to 25 ciągłego marszu w górę przy spadającej temperaturze. Pierwsze 10 dni powinno być w miarę łatwe i ciepłe z temperaturą w granicach 0 st. Po dziesięciu dniach powinniśmy dotrzeć do stolicy regiony Khumbu - Namche Bazar (3500m). Tu jednak problemem stanie się ciągła obecność śniegu i temperaturą spadającą do -25 st. (w nocy jeszcze niżej). Mieszkać będziemy w kolejno mijanych wioskach. Problem w tym że żaden z hotelików (poza kilkoma) nie ma wody, prądu, ogrzewania.... W związku z tym wiemy że łatwo nie będzie. Wydaje się nam że jesteśmy dobrze wyposażeni w sprzęt. Każde z nas ma: polar 100, polar 200, kurtkę puchową i kurtkę goretexową na wierzch. Do tego grube rękawice polarowe, zakładane na nie rękawice wierzchnie, wełniane czapki i spodnie piankowe. To musi wystarczyć. Planujemy wrócić małą awionetką z lądowiska w Lukli (2800m) do KTM za około 25 dni.  Wiec przez 25 dni trzymajcie za nas kciuki i myślcie o nas CIEPLUTKO.

Jako że dzisiaj jest mój ostatni dzień przy komputerze na prawie miesiąc więc posiedzę przy nim nieco dłużej.

Zacząłem Wam kiedyś pisać o Nepalczykach. Rzeczą, o której należy wspomnieć opisując ten naród jest fakt częstego i publicznego "czyszczenia sobie górnych dróg oddechowych". Jest to dość przykry widok  dla kogoś, kto przybywa tu po raz pierwszy. Jest to czynność powtarzana, co kilka chwil i przez wszystkich. Polega to na bardzo głębokim i głośnym "wydobyciu z głębi siebie tego co nie potrzebne" i wypluciu przed siebie. Oczywiście nie obowiązuje tu również pojecie chustki do nosa. Generalnie można się do tego przyzwyczaić z czasem, ale bardziej wrażliwe osoby mogą mieć problem. Gdy czynność tą wykonuje mężczyzna to jeszcze "pół biedy", ale gdy czynności tej dopuszcza się umundurowana policjantka lub matka prowadząca sznureczek dzieci wydaje się to być nie na miejscu (w naszym pochrzanionym sposobie myślenia). Generalnie rzecz ujmując cala tutejsza "tubylczość" załatwia sprawę na ulicy, lub ewentualnie tam gdzie stoi.

Zastanawiamy się nad kolejną sprawą. Jeszcze nie pytaliśmy się o to nikogo, bo nie mamy odwagi. Wielu mężczyzn chodzi tutaj, trzymając się za ręce, przytulając się, lub po prostu robiąc gesty, które pokazują jakąś wzajemna sympatie do siebie. Najpierw nas to zdziwiło, a teraz już tylko zastanawia. Trochę to zakrawa na homoseksualizm, ale coś tego za dużo, więc możliwe, że to jest tutaj po prostu zwykle okazywanie sobie sympatii. U nas też kobiety często chodzą pod rękę, za rękę, nawet się przytulają i to jest normalne, mężczyźni nie okazują sobie w ten sposób uczuć, jako chyba oznakę słabości.
Musimy się zapytać o to, ale nie wiemy kogo, żeby nie urazić niepotrzebnie jakieś osoby. Poza tym czasami mam wrażenie, że Europejczycy, mają więcej testosteronu. Naprawdę, niektórzy młodzi chłopcy lub mężczyźni wyglądają tutaj jak laleczki i tak się zachowują, może to takie moje prywatne odczucie, ale tak właśnie to widzę,  jeszcze tym bardziej, jak taki delikwent zawinie sobie chusteczkę na głowie albo szaliczek.....

Łażenie po KTM jest proste. Wydaje mi się, że jedynym zagrożeniem dla turysty jest możliwość wpadnięcia pod samochód, motor, ryksze... Nie obowiązują tu zasady ruchu drogowego. Jechać może każdy, kto ma na czym. Pieszy jest tak samo uprzywilejowany jak każdy inny użytkownik drogi. Przez jezdnię można przechodzić absolutnie w każdym miejscu. Nawet na pasach i przy sygnalizacji nie obowiązują zasady. Po prostu chcąc przejść przez jezdnię należy na nią wejść i lawirując pomiędzy samochodami, rykszami, motorami, wózkami, busami, autobusami, innymi pieszymi przejść na druga stronę. Nie istnieje tu pojęcie zatrzymania się przed pieszym (nawet na pasach). I co ciekawe, łatwo do tego przywyknąć. A już najciekawsze jest to że każdy pojazd zatrzyma się przed zwierzęciem na drodze (nie koniecznie krowa).

W sumie bardzo się cieszymy, że opuszczamy KTM. Miasto jest bardzo gościnne i nastawione na turystów, ale już nas zaczęli trochę irytować niektórzy sprzedawcy czy naganiacze i dużo nie brakuje żebyśmy się stali niegrzeczni. No bo ile można. A i zapach spalin, który towarzyszy cały czas. Większość silników samochodów to diesle i po prostu śmierdzi jak nie wiem co.

To tyle. Odezwiemy się za jakieś 25 dni (może wcześniej)
Bardzo gorąco Was pozdrawiamy.

Aga i Krzysiek
Kathmandu, Nepal; niedziela 19.01.2003

04.02.2003 Namche Bazar

Pozdrowienia z dachu świata.

Jesteśmy w Namche Bazar (3440 m n.p.m.)  Dotarliśmy tu z sześciodniowym opóźnieniem.
Warunki panujące na szlaku mocno przerosły nasze wyobrażenia i możliwości. Ogromne podejścia i jeszcze większe zejścia. Jesteśmy mocno zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi, że dotarliśmy do Namche. Nie wiemy czy pójdziemy dalej, brakuje nam siły. Dzisiaj po raz pierwszy nocujemy powyżej linii śniegu. Parę dni temu jedyny raz widzieliśmy Everest. Co gorsza nie myliśmy się od 16 dni i chodzimy cały czas w tych samych ciuchach. Mieliśmy nieco problemów ze zdrowiem, przeziębienia i dolegliwości żołądka, ale teraz wszystko wydaje się być OK. Do Kathmandu planujemy wrócić w przeciągu najbliższych 10 dni wtedy napiszemy coś więcej.

Agnieszka i Krzysiek

wtorek, 4 lutego 2003 Namche Bazar, Nepal

10.02.2003 Kathmandu

Namaste!!!

Dzisiaj, około godziny dziesiątej rano lokalnego czasu, malutkim samolocikiem powróciliśmy do Kathmandu. Od naszego wyjazdu w góry minęło dokładnie 21 dni. Były to dla nas niezwykle trudne i męczące dni. Każdy dzień można określić jako nieustanne zmaganie się z górami, ale przede wszystkim nieustanne zmaganie się z samym sobą. Wydaje mi się, że nigdy nie doznałem takiego wysiłku fizycznego jak teraz. Jednak efektem tych zmagań jest ogromna satysfakcja z osiągniętego celu. Wprawdzie nie udało się nam zrealizować wszystkich naszych celów, nie mniej jednak jesteśmy w 90% usatysfakcjonowani.

Co osiągnęliśmy? Naszym zdaniem bardzo dużo.

- Weszliśmy na wysokość 4280m do osady Periche zaczynając wspinaczkę na wysokości 1860m.

- Przemaszerowaliśmy około 180 km w bardzo trudnym górzystym terenie.

Przeszliśmy w sumie około 8000m w pionie

- Udało się nam pokonać zimno, problemy zdrowotne oraz ogromne wymęczenie organizmów.

- 4 dni maszerowaliśmy w cieniu 'Matki wszystkich gór - Sagarmathy - Everestu - mieliśmy ją na wyciągniecie ręki

- Zdobyłem doskonale materiały do pracy magisterskiej

Co nam się nie udało?

- Zabrakło czasu a zwłaszcza siły do zdobycia wysokości 5500m

- Zabrakło 1 dnia marszu by dostrzec do potężnych himalajskich lodowców

- Nie udało się dotrzeć do jezior doliny Gokyo.

Podsumowując - jesteśmy bardzo szczęśliwi, że cali i zdrowi powróciliśmy z gór, bo przy panujących tam warunkach rożnie mogło się to skończyć.

A teraz kilkanaście zdań opisujących treking w Himalajach, w regionie Khumbu. Rejon ten jest drugim, najpopularniejszym terenem trekingowym w Nepalu. Prowadzi w samo serce najwyższego pasma Himalajów, do stop najsłynniejszych szczytów świata. Jest jednak - poprzez swoją długość i uciążliwość wzniesień -  uważany za jeden z najtrudniejszych. Trasa zaczyna się w Jiri na wysokości 1860m. Aby tam dotrzeć musieliśmy przeżyć 12 godzinną, morderczą jazdę lokalnym autobusem. To był jeden z trudniejszych elementów trekingu. Lokalny autobus po brzegi wypełniony ludźmi, towarami i zwierzętami, jadący po górskich serpentynach, przy dźwiękach lokalnej muzyki. To właśnie ta muzyka sprawiła, że podroż stała się koszmarem. Posadzono nas tuż pod głośnikiem i przez całą podroż odtwarzano lokalne przeboje i to tak głośno by cały autobus słyszał. Wierzcie nam - tej muzyki nie da się słuchać!!! 
Trasa trekingu dzieli się na dwa etapy. Pierwszy z Jiri do lotniska w Lukli oraz drugi od lotniska do najwyższych punktów trasy. Pierwszy etap powinien zająć około 8 dni. Nam zajął 14. Nie mieliśmy siły by z 18 kg i 15 kg plecakami pokonywać kolejne wysokie przełęcze. Trasa pomyślana jest dla turystów z małymi plecaczkami, idącymi w środku gorącego sezonu wraz z dźwigającymi resztę bagaży tragarzami. My szliśmy sami, w zimie,
dźwigając cały ekwipunek. Trasa na tym odcinku jest trudna ponieważ polega na wchodzeniu na wysokie przełęcze, by zaraz zejść 1000, 1500 m niżej. Dokładniejszy opis wysokości podamy jutro. Z tego co pamiętam to wyglądało to mniej więcej tak:

dzień 1 - 1860 - 2500 - 1700m

dzień 2 - 1700 - 2700m

dzień 3 - 2700 - 1800m

dzień 4 - 1800 - 2500m

dzień 5 - 2500 - 3100m

dzień 6 - 3100 - 3505 - 2400m

dzień 7 - 2400 - 3000 - 2600m

dzień 8 - dzień przerwy

dzień 9 - 2600 - 2900 - 2600m

dzień 10 - 2600 - 1500 - 2100m

dzień 11 -  2100m - 2400 m

dzień 12 - dzień przerwy

dzień 13 - 2400 - 2900 - 2500m

dzień 14 - 2500 - 2800m

dzień 15 - 2800 - 3440m

dzień 16 - dzień przerwy

dzień 17 - 3440 - 3600 - 3200 - 3860m

dzień 18 - 3860 - 3700 - 4280 - 3860m

dzień 19 - 3860 - 3440m

dzień 20 - 3440 - 2880m

Jak sami widzicie marsz polegał wyłącznie na wchodzeniu i schodzeniu. Dziennie maszerowaliśmy około 6-8 godzin z jednym większym postojem na posiłek. Mieszkaliśmy w kolejno mijanych wsiach w tzw. lodgach lub hotelach. Są to domy wyspecjalizowane w przyjmowaniu turystów i miejscowych tragarzy. Można tam przespać noc i zjeść posiłek. Domy te - jak każde inne - nie są ogrzewane, najczęściej nie mają elektryczności, a woda pobierana jest ze strumieni i rzek. Taki stan rzeczy nie jest problemem w gorącym sezonie, lecz w zimie jest to ogromne utrudnienie. Pisaliśmy w Namche że nie myliśmy się od 16 dni. Prawdopodobnie tym zdaniem zszokowaliśmy parę osób. Niestety była to prawda. Trudno jest bowiem myć się, nawet zdejmować ubranie gdy na zewnątrz temperatura jest w granicach 0 st., a woda pobierana jest rurką z lodowatego strumienia. Staraliśmy się jedynie raz na jakiś czas umyć zęby. Codziennie zmienialiśmy skarpety by przynajmniej w nocy mieć suche stopy. Niestety problemem było ich pranie. O ile w strumieniu można je przepłukać, to przy wilgotności 90% nic nie chce schnąć. Nosiliśmy skarpety na plecakach by choć trochę podsuszyły się od słońca oraz kiedy to było możliwe dosuszaliśmy je przy piecu w kuchni czekając na posiłek. 8 dnia, we wsi Ringmo zdecydowałem się na gorący prysznic. Woda  była rzeczywiście mocno podgrzana, ale "kabina prysznicowa" znajdowała się przed domem i była to po prostu zbita z desek komórka. Na zewnątrz panowała temperatura około 3 stopni. Jedyne co mogę powiedzieć  to że było to ciekawe doświadczenie. Aga miała jeszcze zabawniej bo  "prysznic" wzięła w Namche, gdzie na zewnątrz leżał śnieg a "prysznicem" było wiadro gorącej wody i mała czarka do polewania się.

Mocno zaskoczyła nas pogoda. Spodziewaliśmy się mrozów na całej trasie i  do tego przygotowaliśmy ekwipunek. Okazało się, że przez pierwszych 14 dni - do Namche temperatura w dzień prawie zawsze przekraczała 25 st. w słońcu. Sprawiło to, że w dzień chodziliśmy w koszulkach, mocno opalając ręce i nosząc wszystkie ubrania w plecakach. Bardzo spowolniało to nasz marsz. Noce natomiast zawsze były zimne. Temperatura oscylowała w granicach +3 st. C w pokoju. Najniższą temperaturę w pokoju zanotowaliśmy w Tengboche na wysokości 3860 m gdzie nad ranem nasz termometr wskazywał -4 st. (w nocy mogło być znacznie zimniej). W Namche weszliśmy powyżej granicy śniegu i generalnie temperatura spadla. Czuć było we wdychanym powietrzu ostre himalajskie powietrze. Problemem okazało się również jedzenie. Pomijam problem jego przygotowywania w lokalnych kuchniach bo to temat na inny list. Problemem stała się jakość tego jedzenia.

Nepal jest bardzo biednym krajem i znajduje to odzwierciedlenie w wyżywieniu mieszkańców wsi. w prawdzie menu w hotelikach zawsze było obszerne nie mniej jednak zawsze identyczne. Jedynie wraz z wysokością zmieniały się ceny. Przez 21 dni jedliśmy tylko ryż, kluski i co jakiś czas pierożki. Przez pierwszy etap jedynym warzywem był jakiś lokalny rodzaj selera francuskiego bardziej przypominający trawę niż warzywo. Nigdzie nie było mięsa. Podstawowym naszym jedzeniem był na początku ryż podsmażany z "trawą" i przyprawami, później przeszliśmy na lokalne zupy z kluskami (przygotowywane z torebki) i czasami na tybetańską wersję polskich pierogów (z nadzieniem z trawy). Generalnie głodni nie chodziliśmy, ale jak się teraz okazało, to przy tak ogromnym wysiłku jedzenie to było zbyt ubogie. Dzisiaj biorąc GORĄCY prysznic w KTM okazało się że bardzo mocno schudliśmy. Spodnie z nas spadają, paski trzeba zapinać na następne oczka. Wydaje mi się, że jest to jedna z przyczyn braku sił w osiągnięciu granicy 5000 m. Na szczęście teraz przyszedł czas na wypoczynek i regenerację sił. Planujemy 2-3 dni zostać w KTM, by później pojechać do swoistego kurortu - Pokhary by około 5 dni nie robić nic tylko wypoczywać w cieniu masywu Annapurny. Już dzisiaj zaczęliśmy jeść normalnie. Rano udaliśmy się do naszej ulubionej restauracji na śniadanie (wcześniej opisywane), a niedawno pochłonęliśmy chatobrian (nie wiem jak to się pisze) podawany na płonącym talerzu polanym brandy. Teraz czas na wizytę w cukierni oraz zakup owocu papai na wieczorną przekąskę... Należy się nam, nie? W czasie pobytu w górach poznaliśmy prawdziwy Nepal, ludzi, których życie co bynajmniej nie jest łatwe. Bardzo chcielibyśmy obraz tych ludzi  Wam przybliżyć, bo jest tego warty. Spróbujemy robić to w kolejnych łączeniach. Działamy teraz na dwa komputery więc może będzie łatwiej.

Póki co na prawdę cieszymy się że cało i zdrowo wróciliśmy do stolicy. Poza tym dzisiaj mija dokładnie miesiąc, od kiedy przyjechaliśmy do Azji. Oznacza to również, że pozostało nam 30 dni pobytu. Czy to dużo?

Pozdrawiamy gorąco…

Agnieszka i Krzysiek

czwartek, 10 lutego 2003 Kathmandu, Nepal

PS.

W Namche nie pisaliśmy zbyt dużo, bo było to łączenie satelitarne za 4$ za 15 minut. Dla nas za drogo.....

10.02.2003 Kathmandu

Witam serdecznie!

Do tej pory otrzymywaliście od nas listy "zmiksowane" - moje i Krzysia razem, dzisiaj postanowiliśmy to zmienić. Krzyś zda Wam relację po swojemu, a ja napiszę jak to wszystko wyglądało z babskiego punktu widzenia. Mężczyźni nie muszą czytać, kobiety powinny. No, więc tak:

Dzień 1. Podróż z KTM do Jiri.

Koszmar!!!

Siedzieliśmy w zatłoczonym autobusie, na końcu. Po prawej stronie mieliśmy głośnik i całą drogę (12 godzin) słuchaliśmy narodowej muzyki nepalskiej. Głośność była nastawiona na osoby nie tyle niedosłyszące, co prawie głuche. W autobusie jechało parędziesiąt osób, parę ton towaru różnego kalibru: paliwo, mąka, naczynia, koza etc. Przed nami siedziało małżeństwo z dzieckiem, za nami siedziała młoda matka z dzieckiem. Głowy rozbolały nas bardzo szybko, zaraz potem żołądki. Dwa razy zmieniali nam koło, raz postój trwał ponad godzinę. Chwilami miałam wrażenie, że coś we mnie wybuchnie i albo zacznę krzyczeć, albo kogoś zamorduję, na szczęście nikomu nic nie zrobiłam, za to na drugi dzień podsumowałam całą podróż w wychodku.

Dzień 2.

Pierwszy dzień trekingu. Wyszliśmy rano z Jiri, w stronę Shiwalaya. Oczywiście już po paru metrach w górę, okazało się, że nie jestem w formie i lepiej żebym wróciła do KTM, ale się nie poddawałam. Plecak okazał się za ciężki, pas biodrowy za ciasny, ramiona za słabe. Poczułam się jak baba, malutka i słabiutka. A gdzie jeszcze do Namche? Cóż było robić. Pozbierałam się do kupy i wlazłam za Krzysiem na przełęcz. Tylko, że potem trzeba było z niej zejść. Zejście było dość spore i pod koniec już trzęsły mi się wszystkie mięśnie w nogach. Wiecie, po czym można odróżnić zmęczonego trekera od nie zmęczonego? Po tym, że ten zmęczony myli kijki teleskopowe z własnymi nogami. Mnie się to też kilka razy zdarzyło tego dnia. Krzysiek trzymał się dzielnie.

Dzień 3. Shiwalaya - Przełęcz Deorali.

Dzień całkiem przyjemny, bo wspinaliśmy się krótko. Tylko i wyłącznie pod górę. Po 15-tej byliśmy już na noclegu. Tego dnia pierwszy raz widzieliśmy "białasów". Schodzili z góry.

Dzień 4. Przełęcz Deorali - miała być Kenja, ale nie była.

Rano kryzys przechodził Krzyś, po południu kryzys przeszedł na mnie. Oczywiście znowu przy zejściu. Możliwe, że dlatego, że wzięłam Krzysia plecak? Właściwie cały dzień schodziliśmy z Deorali w dół. Bardzo, bardzo w dół. Znowu nie mogłam utrzymać kijków w rękach i nogi same mi zaczęły spadać z kamieni. Krzysiu widząc, w jakim jestem stanie postanowił, że zatrzymamy się w pierwszej napotkanej lodgy. I zatrzymaliśmy się, tylko, że byliśmy przekonani, że jesteśmy na początku Kenji, niestety okazało się, że do Kenji jeszcze parę kilometrów.

Dzień 5. Korem – Sete

Okazało się, że ta Kenja to tak naprawdę Korem, a mapę sobie możemy schować.....

Do Kenji dotarliśmy po 11-tej. Ja szłam na rezerwie. Rano nie zjedliśmy śniadania i niestety moje "zapasy" zaczęły się spalać z tego, co organizm sobie "wyszukał". Wiem, że po drodze chyba pierwszy raz byłam tak naprawdę wkurzona na sytuację w jakiej się znalazłam i dotarło do mnie z ogromną siłą, że nie nadaję się na takie "wycieczki". Na szczęście po śniadaniu w Kenji siły mi jakoś wróciły i nawet dość dobrze podchodziło mi się do Sete, za to Krzyś znowu trochę wysiadł. Do Sete dotarliśmy prawie o zmroku.

Dzień 6. Sete - Goyem.

Dzień dość krótki, ale również dość męczący. Pod górę i pod górę. Wysiadłam, aż Krzysio kupił mi Coca - Colę, żeby mi trochę poprawić humor. Mieliśmy iść dalej na przełęcz, ale nie miałam już siły i po prostu zatrzymaliśmy się w Goyem. Mamy stamtąd niezapomniane przeżycia dotyczące przygotowywania obiadu. Ale o tym później.

Dzień 7. Goyem - Jumbesi.

Rano trochę poprztykaliśmy się z Krzysiem o jakąś głupotę, ale na szczęście dla mnie tyle mi się wytworzyło adrenaliny, że na przełęcz doleciałam, zanim się obejrzałam. Gorzej było oczywiście z zejściem. Poza tym zepsułam sobie okulary słoneczne i do tego jeszcze zgubiłam do nich kawałek oprawki. Oczywiście cały czas byłam obrażona na Krzyśka. Po południu mina mi trochę zrzedła, bo Jumbesi jak nie było, tak nie było, a ja szłam, plecak zaczął ważyć 25 kilo i zrobiło się późno. Do Jumbesi dotarliśmy tuż przed zmrokiem. Pogodzeni.

Dzień 8. Jumbesi - Ringmo.

Po pierwsze: wyszliśmy za późno. Nie chciało nam się ani wstać, ani wyjść, ani iść. Wlekliśmy się pod górę, w słońcu, potem strasznie długim trawersem. Tego dnia pierwszy raz widzieliśmy Mt. Everest!!!

Oczywiście, tylko chwilę, zaraz potem schował się w chmurach. Niestety, chyba zaczęło mnie wtedy "rozkładać" przeziębienie, bo nagle zupełnie straciłam siły. Jak zobaczyłam wioskę, w której mieliśmy nocować, chciałam się rozpłakać, ale było już późno i musieliśmy dojść do niej przed zmrokiem, toteż schowałam chusteczki i powędrowałam za Krzysiem. Pamiętam, że byłam w takim stanie, że zastanawiałam się, co ja do cholery robię w tych pieprz.... górach z tym "głąbem" kilka metrów przede mną?! Oczywiście zaraz Krzysia za tego "głąba" w myślach przeprosiłam i już więcej tak nie myślałam, niemniej jednak do Ringmo znowu doszłam na rezerwie, właściwie, to nawet nie wiem, jak tam doszłam. Po kolacji dostałam gorączki i strasznych dreszczy. Postanowiliśmy zostać w Ringmo cały następny dzień.

Dzień 9. Ringmo - Ringmo.

Cały dzień przeleżałam w śpiworze, a Krzysiek "karmił" mnie polopiryną i co mu tam się jeszcze nawinęło pod rękę. Temperatura mi spadła, mięśnie odpoczęły.

dzień 10. Ringmo - Nuntala

Mieliśmy dotrzeć do Jumbingu, ale była taka mgła, że stwierdziliśmy, że nie ma sensu lecieć taki kawał drogi, tym bardziej, że raz już zabłądziliśmy, tracąc godzinę. Dotarliśmy do Nuntali i zatrzymaliśmy się w pierwszej lodgy, w której gospodyni zgodziła się nas nakarmić. Z tego obiadu też mamy dużo wspomnień.....

Dzień 11 Nuntala - Karhikola.

Chyba najłatwiejszy dzień dla mnie. Szło mi się świetnie, Krzysiowi trochę gorzej. Najpierw z górki, potem dość długo pod górę. Ale doszliśmy planowo do Kharikoli. Niestety, przy obiadokolacji znowu skoczyła mi temperatura, zaczęły się dreszcze. Od nowa. Co było robić?

Postanowiliśmy zostać jeszcze jeden dzień w tym samym miejscu.

Dzień 12 Kharikola - Bupsa.

Jednak nie było nam dane zostać w Kharikoli. Rano okazało się, że połowa wioski wybiera się do następnej wioski na wesele i że nasza gospodyni jest siostrą pana młodego i oczywiście też do Bupsy idzie. Spakowaliśmy się po śniadaniu i wyszliśmy. Powiedzieli nam, że do Bupsy jest około 1 godz. 20 minut. Wiecie ile szliśmy? 3 godziny!!!!!

Nie miałam siły. Kompletnie. Wysoka temperatura i chyba kryzys. Krzysio nawet przymocował mój plecak do swojego, bo ja ledwo się ruszałam. W Bupsie zaraz znowu weszłam do śpiwora i cała kuracja antygrypowa zaczęła się od nowa.

Dzień 13. Bupsa - Bupsa.

W nocy znowu miałam wysoką temperaturę, toteż rano postanowiłam, że nie idę dalej i zostaliśmy. Przy okazji mieliśmy możliwość zobaczenia jak wyglądają poprawiny u Sherpów. O tym później.

Dzień 14. Bupsa - Surke

Rano wleźliśmy ponad 500 m na przełęcz. Potem bardzo długim i upierdliwym trawersem do wioski Punyan, a na koniec dnia makabryczne zejście do wioski Surke. Jakkolwiek początek dnia był dość przyjemny, tak środek nie bardzo. Trawers okazał się oblodzony i dość niebezpieczny. Krzysiek skacze po takich miejscach jak kozica górska. Ja mam lęk przestrzeni i wysokości w jednym, dlatego parę razy zapierałam się kijkami i jak wściekła oślica odmawiałam przejście, dopóki nie zostałam za rękę sprowadzona na bezpieczny kamień lub mniej oblodzone miejsce. Zejście do wioski Surke (dziękuję wszystkim hinduskim bogom, że nie musiałam wchodzić z Surke na górę) okazało się strasznie długie i trudne. Wioskę widzieliśmy od dwóch godzin, ale niestety nie mogliśmy do niej zejść. Za każdym załomem, pokazywał się nowy załom i po nim jeszcze jeden. Wysiadły nam plecy i nogi. Właściwie wszystko nam wysiadło, ja jeszcze do tego wlazłam w jaczy placek i miałam do umycia nie tylko zęby, ale jeszcze podeszwę buta, co w zimnej wodzie nie jest takie łatwe.

dzien 15. Surke - Bengar

Dzień długi, bo wyszliśmy wcześnie, ale dość przyjemny. Najpierw wejście, potem prosto. Nie ma się co rozpisywać.

Dzien 16. Bengar - Namche Bazaar

Początek trochę pod górę, do Monjo. W Monjo wykupiliśmy bilety wstępu do Parku Sagharmata i poszliśmy dalej. Podejście pod Namche miało ponad 500 m. Niestety ja zdechłam w połowie. Kazałam się zakopać kijkami teleskopowymi, Krzyś nie wyraził zgody. Co było robić. Wwlokłam się tam, prawie nieprzytomna, wkurzona na swoją kondycję, plecak, lód, ludzi, yaki i kijki teleskopowe. Na miejscu jeszcze musiałam poszukać nam milej lodgy, co w Namche nie jest łatwe, bo wioska jest położona jak trybuny dużego boiska sportowego i wszędzie jest pod górę, po bardzo niewygodnych schodach. Ale udało mi się i zamieszkaliśmy w bardzo milej lodgy z dobrą restauracją i z klimatyzacją w pokoju - temperatura utrzymywała się stale 0 stopni. W sumie to nieważne, w pokoju nie siedzieliśmy, a śpiwory mamy ciepłe. Najgorzej było rano z nich wyjść.

Ok, to na dzisiaj tyle, bo czas nam się kończy. Jutro opiszę Wam resztę dni (prawie już skończyłam), napiszę o ludziach, kuchni, zwierzętach i pogodzie. Pozdrawiam wszystkich, trzymajcie się ciepło.

Tutaj jest na zewnątrz około 17 stopni. W pokoju znowu mamy 10, ale co to dla nas!!!

Agnieszka

11.02.2003 Kathmandu

Witajcie ponownie!

Z całą pewnością wróciliśmy do KTM... Znowu jest gwarno, tłoczno, co chwila trzeba mówić "NIE" i uważać na pędzące samochody i motocykle. Na Thamelu spotkać można teraz zdecydowanie więcej turystów. Dzisiaj nawet widzieliśmy dwójkę Polaków... Dni tutaj są już znacznie cieplejsze niż przed wyjazdem w góry. Po powrocie do hotelu otrzymaliśmy najlepszy możliwy pokój (w cenie poprzedniego). Jest bardzo duży, z ogromnym łóżkiem, stolikiem, lampką, łazienką z niezależnym piecem do cieplej wody oraz.... telewizorem z kablówką!!! Wypoczywamy i wracają nam sił...

Dzisiaj miałem napisać coś o ludziach żyjących w górach. Dużo by można o nich pisać. W przeważającej większości są to słynni Szerpowie. Ich życie z pewnością nie należy do łatwych i różni się w każdym aspekcie od naszego. Jest po prostu zupełnie inne. Pomimo dużych deniwelacji oraz trudnych warunków klimatycznych rejon ten jest całkiem gęsto zaludniony. Osady są zazwyczaj małe i bardzo porozrzucane po zboczach. Domy sytuowane są najczęściej wzdłuż drogi lub szlaku. Są one budowane z cegieł i drewna, przy czym cegły są "wyrabiane" poprzez ręczne ociosanie bloków skalnych. Ociosywanie polega na tym że robotnik przy pomocy młotka i dłuta wycina coś na kształt cegły z leżącego przy drodze miękkiego kamienia. Jednak budowane w ten sposób domy zachowują idealnie pionowe ściany. W to trudno uwierzyć dopóki się tego nie zobaczy. Dachy w nowobudowanych budynkach pokrywane są blachą, co chroni skutecznie przed monsunowymi deszczami, ale w lecie przy słońcu niepotrzebnie nagrzewa pomieszczenia.

Ogromnym problemem wiosek jest brak elektryczności. Mało która wioska jest zelektryfikowana. W ostatnich latach, przy międzynarodowej pomocy powstają małe elektrownie wodne wytwarzające prąd dla kilkudziesięciu osad. Taka sytuacja powoduje że mieszkańcy wstają o wschodzie słońca, natomiast o zachodzie życie zamiera.

Domy budowane z nierównych "cegieł", najczęściej nietynkowane powodują że w zimie temperatura w pomieszczeniach mało różni się od tej panującej na zewnątrz. Podstawowym pomieszczeniem jest kuchnia. Jest to centrum życia domowników jak i często miejsce spotkań towarzyskich (zwłaszcza w zimie). Toalety, jak i prysznice dla turystów prawie zawsze lokalizowane są na zewnątrz. Toaleta to nic innego jak sklecona z desek komórka z otworem w podłodze. Tylko nieliczne toalety w hotelach dla trekerów budowane są w środku budynku i wyglądają bardziej znajomo.

Kolejna ciekawa rzecz to woda. Generalnie istnieje coś takiego jak rurociągi doprowadzające wodę do poszczególnych domów. Jednak rurociąg jest niczym innym jak gumową rurka wepchniętą do strumienia powyżej wioski, z licznymi syczącymi rozgałęzieniami powiązanymi folią, doprowadzającymi wodę do budynków, lub przed budynki. W lecie, przy względnie wysokiej temperaturze wody nie stanowi to wielkiego problemu, ale w zimie, gdy woda ma zaledwie kilka stopni umycie się w niej jest praktycznie niemożliwe.

Kolejna rzecz - moim zdaniem najbardziej trudna do pojęcia - jest zaopatrzenie poszczególnych wiosek. Ostatnia osada, do której można dojechać pojazdem jest Jiri na wysokości 1860m. Nigdzie dalej pojazd kołowy nie dojedzie. Kolejnym miejscem zaopatrzenia jest lotnisko w Lukli na wysokości 2860m oddalone od Jiri o około 6-8 dni marszu. Pomiędzy tymi miejscami żyje parę tysięcy ludzi w wioskach porozrzucanych po górskich zboczach. Wioski te muszą być jakoś zaopatrywane... Transport odbywa się tylko i wyłącznie za sprawą tragarzy, którzy to dzień w dzień, nieustannie przez cały rok przemierzają trasę z Jiri do Lukli, Namche i innych okolicznych osad, nosząc na plecach całe zaopatrzenie. Noszą wszystko od paliwa do generatorów prądu, blachę na dachy, gwoździe, wiadra, miednice, mydła, ubrania, jedzenie, przyprawy, koce, materace, na piwie i coca-coli w butelkach dla trekerów skończywszy. Niosą absolutnie wszystko - wszystko na co zostanie złożone zamówienie. Jak sądzicie ile kilogramów może nieść jeden człowiek? Otóż najczęściej jeden tragarz niesie około 40 kg, ale widzieliśmy takich co nieśli i 60 czy 70 kg. W to jest naprawdę trudno uwierzyć. Bo wyobraźcie sobie małego Nepalczyka około 160 - 170 cm wzrostu, bardzo wątłej budowy ciała, ubranego w jakąś porwaną i brudną koszulę lub polar, w porozrywanych tenisówkach lub często w klapkach - motylkach maszerującego w górę i w dół, z 60 kg obciążeniem po oblodzonej lub zabłoconej górskiej ścieżce. Ładunek niosą w wiklinowych koszach, układając towary jeden na drugim tworząc wysoką kolumnę. Wszystko to powiązane jest sznurkiem i w ten sposób dociera do adresata. Ten wielokilogramowy ładunek "mocowany" jest do tragarza przy pomocy dwóch sznurków oplecionych szmatą lub ręcznikiem zakładanych na ramiona oraz trzecim - najważniejszym - zakładanym na czoło. Ludzie ci pomimo ogromnego wysiłku i ciężkiej pracy są zawsze mili, otwarci, pozdrawiają turystów na szlaku, wdają się w rozmowy, najczęściej nie znając języka angielskiego. Prawdziwi ludzie gór.....

Dużo bym mógł jeszcze o nich pisać, bo jest to wszak temat mojej pracy magisterskiej. Jeżeli macie jakieś pytania to śmiało piszcie. Postaram się na nie odpowiedzieć.

Pozdrawiam gorąco

Agnieszka i Krzysiek

Kathmandu, Nepal; piątek 11 lutego 2003

11.02.2003 Kathmandu

Witam ponownie!

Cieszę się, że paru osobom podobała się moja relacja. Mam nadzieję dzisiaj skończyć to, co wczoraj zaczęłam. Z tego, co wczoraj się dowiedziałam od Krzyśka, to pisaliśmy chyba o tym samym, ale ani ja nie czytałam jego listu ani on mojego, więc pewnie dzisiaj też będziemy się powtarzać. Ale do rzeczy:

Dzień 17. Namche Bazar

Praktycznie cały dzień spędziliśmy w okolicy naszej lodgy, chociaż po śniadaniu Krzyś wydarł mnie na "malutki spacerek", żeby zobaczyć Mt. Everest z miejsca gdzie wybudowali hotel dla bogatych turystów, tzw. Everest View Hotel. Właściciel lodgy wskazał nam drogę, powiedział żeby "iść do skały (dość wysoko), a potem już tylko troszkę (...)" Jak ja doszłam do tej skały nie wiedziałam jak się nazywam a okazało się, że jeszcze mam wyleźć ponad 200 m wyżej. Powlekłam nogami jakieś 30 m za Krzysiem. Hotel Everest oczywiście zobaczyliśmy, ale Everestu samego niestety. Wszystko już było w chmurach, spóźniliśmy się jakąś godzinę. Postaliśmy około pół godziny na najwyższym miejscu i z oczekiwaniem wpatrywaliśmy się w chmury. Strasznie wiało, ale nasze kurtki sprawdziły się świetnie. Cóż było robić? Na szczęście schodziło się lepiej. Dużo lepiej. Tego dnia akurat wypadały moje urodziny i dostałam w prezencie: prysznic (o tym później) oraz snikersa... Naprawdę wspaniałe prezenty!!!

Dzień 18. Namche Bazar – Tengboche

Wyszliśmy rano z lodgy i przeszliśmy właściwie parędziesiąt metrów, kiedy za pierwszym załomem naszym oczom ukazały się w całej swojej krasie: Mt. Everest, Lhotse i piękny Ama Dablam. No stanęliśmy na miejscu jak dwa kołki i z otwartymi oczami gapiliśmy się na połyskujące w słońcu góry, które wydawać by się mogło są w zasięgu ręki. To ja po to lazłam dzień wcześniej taki szmat drogi pod górę, żeby teraz po 5 minutowym spacerku zobaczyć to wszystko, po co praktycznie pojechałam w Himalaje?!!! No tak widocznie miało być. Po dłuższej chwili i kilku zdjęciach poszliśmy dalej trawersem i właściwie przez cały czas widzieliśmy te piękne szczyty. Po dość długim marszu małe zejście w dół do rzeki (Dudh Kosi) a potem 600 m pod górę do klasztoru buddystów w Tengboche. Podejście nas zmęczyło znowu dość mocno i nawet rozleniwiło, właściwie nie chciało nam się wchodzić pod górę, ale około 15:30 dotarliśmy na szczyt i pozostało jedynie wybrać miejsce do spania: jeden pokój z widokiem na wychodki, drugi z widokiem na Mt. Everest. Nie mieliśmy problemów z wyborem. Po ulokowaniu plecaków w pokoju poszliśmy do monasteru, żeby podpatrzeć trochę mnichów podczas obrzędów. Usiedliśmy na specjalnie przygotowanych do tego celu dywanikach, bez butów i przez chwilę obserwowaliśmy jak mnisi odpoczywają po modlitwach, piją prawdopodobnie herbatę i śpiewają. Wszystko to odbywało się w dość niskiej temperaturze, około 3 stopni, więc nie dało się długo usiedzieć, ale nie wiem czy kiedyś uda mi się jeszcze zobaczyć takie miejsce. Niestety dla mnie to wszystko to było już trochę ponad moje siły i nie wyraziłam zgody na pójście dalej. Krzyś zdecydował iść jeszcze troszkę wyżej, koniecznie chciał wejść na 4000 m n.p.m. Mnie wystarczyło 3864.

dzień 19. Tengboche - Agnieszka, Tengboche - Periche – Krzysiek

Krzyś "poleciał" dalej, ja zostałam. Potem okazało się, że udało mu się dotrzeć nie tylko do Pengboche, jak planował, ale także do Periche. Był na wysokości 4280 m n.p.m. Ponieważ nie chciał żebym sama została na noc w Tengboche, zrobił coś, co właściwie nawet przewodnikom wydawało się niemożliwe - pójść z Tengboche do Periche i wrócić jednego dnia!! Wiedział, że będę się martwic jak nie wróci na noc. Ja za to spędziłam czas w błogim nieróbstwie, a właściciel hoteliku umilił mi czas dostarczając mały grzejniczek a potem rozpalając w piecu. Było strasznie zimno.

dzień 20. Tangboche - Namche Bazar

Rano wyszliśmy z Tengboche i zaczęliśmy schodzić w dół. Nawet dobrze się schodziło, choć ja dwa razy wycięłam na lodzie, za drugim razem udało mi się nawet yaka wystraszyć. Ot, taka sobie ofiara los(d)u. Szybko wróciliśmy do Namche i do naszej lodgy, nawet dostaliśmy pokój z widokiem na Namche i po słonecznej stronie, tak, że było ciepło: 11 stopni. Wieczór spędziliśmy przy piecu w jadalni w towarzystwie trzech Australijczyków.

dzień 21 Namche Bazar – Lukla

Czyli powrót prawie do domu. W Lukli mieści się lotnisko, z którego następnego dnia wylecieliśmy do Kathmandu. Tę trasę można podzielić spokojnie na dwa dni, ale my chcieliśmy być już jak najszybciej w domu, toteż z wiatrem we włosach i potem na czole gnaliśmy najpierw w dół, potem prosto a potem znowu w górę, do Lukli. Trochę nas to przerosło i pod wieczór całkiem opadliśmy z sił, ale motywację mieliśmy naprawdę wielką. I udało się - o 16:30 - planowo weszliśmy do Lukli.

To tyle, jeśli chodzi o treking. Ponieważ dzisiaj znowu zabrakło mi czasu jutro opowiem to, co sobie jeszcze zaplanowałam, a teraz już życzę wszystkim miłego dnia w pracy i pozdrawiam wszystkich.

Dziękujemy za wszystkie maile, sprawiają nam dużo radości i wszystkie czytamy dokładnie.

Agnieszka

Kathmandu, Nepal; poniedziałek 11.02.2003

12.02.2003 Kathmandu


Namaste!

Dzisiaj, z mojej strony będzie krótki list. Powodem tego jest to, że po raz pierwszy od przyjazdu do Azji nabawiłem się poważnych problemów żołądkowych. Nie wiem, co mi zaszkodziło, ale głównym podejrzanym są orzeszki ziemne. Pokręciło mnie dość mocno i przez większość dnia leżałem w hotelu zwinięty jak naleśnik. Teraz odważyłem się nieco przejść po raz ostatni po Thamelu i zobaczyć, co w świecie się dzieje.

To są nasze ostatnie godziny w stolicy Himalajskiego Królestwa Nepalu. W kieszeni trzymam dwa bilety na jutro, na 7:30, na autobus do Pokhary. Swoją drogą to ciekawe jak będę się czuł... Podróż ma potrwać miedzy 5 a 8 godzin (ciekawa rozbieżność, ale to jest tu normalne). Dzisiaj musimy jeszcze zapakować plecaki a będzie to ciekawe zajęcie, zważywszy na fakt, że nakupowaliśmy w KTM dużo książek i innych drobiazgów i będzie trzeba się solidnie nagłówkować, by to wszystko upakować.

Nie wszyscy wiedzą, jakie mamy plany na spędzenie kolejnych 30 dni w Azji. Już wyjaśniam.
Jutro udajemy się do Pokhary - swoistego kurortu położonego 260 km na zachód od KTM, nad jeziorem Phewa Thal, u stóp masywu Annapurny. Zabawimy tam 4-5 dni nie robiąc nic poza leniuchowaniem i podziwianiem ośmiotysięczników odbijających się w wodach jeziora. Z Pokhary udamy się na południe do Parku Narodowego Chitwan. Jest to największy park w Nepalu położony tuż na granicy z Indiami. Południe Nepalu to teren prawie zupełnie płaski, porośnięty tropikalnymi lasami, będącymi siedliskiem nosorożców, słoni, tygrysów bengalskich, małp, krokodyli i wielu innych zwierzaków. Spędzimy tam 2-3 dni. Z Chitwanu pojedziemy do Lumbini - miejsca narodzin Buddy. To będzie ostatnie miejsce odwiedzone w Nepalu. Z Lumbini wrócimy ponownie do Indii. Na pierwszy ogień zwiedzimy najświętsze miasto hinduizmu - leżące nad Gangesem - Varanasi. Później koleją udamy się do Agry - miasta architektonicznego symbolu Indii- Taj Mahalu, by na koniec - około 7 marca dotrzeć ponownie do Delhi. Jeżeli znajdziemy dodatkowe kilka dni chcielibyśmy dotrzeć jeszcze do Jaipuru - różowego miasta - stolicy Radżastanu.

Z mojej strony to tyle

Pozdrawiam gorąco...

Kathmandu, Nepal; 12 lutego 2003

12.02.2003 Kahmandu


Po pierwsze na samym początku dziękuję za wszystkie maile, a przyszło ich sporo. Krzysiek pewnie Wam już wszystko opisał, ale nieważne, macie jeszcze raz:

1. Pogoda.

Generalnie tam gdzie spodziewaliśmy się 0 stopni było 25 i czasami w słońcu pewnie więcej, tak, że po porannym chłodzie smażyliśmy się niemiłosiernie, ściągając po trochę części garderoby. Najzimniej było w Tengboche, w pokoju nad ranem -4 stopnie, ale śpiwory jak już pisałam wytrzymały.

Przepraszam za literówki, ale dostała mi się klawiatura, od której odpadają klawisze i nie wszystkie litery się wybijają....

Około tygodnia od naszego wyjścia z Jiri, ochłodziło się i słońce schowało się w chmurach, ale to trwało jakieś 3 dni. Potem sytuacja się poprawiła. Właściwie marzliśmy trochę nad ranem i pod wieczór.

2. Ludzie.

Niesamowici. Raczej życzliwi, bardzo weseli mimo panującej ogólnie biedy. Poza tym poruszają się po górach jak my po ulicach miast. I to nie w takich butach jak my, chodzą w zwykłych klapkach, schodzą często biegiem, nawet niosąc na grzbiecie wielki bagaż. A porterzy potrafią nieść dużo więcej niż sami ważą.

Mieliśmy okazję widzieć jak mniej więcej wygląda wesele u Sherpów, a właściwie poprawiny. Podobnie, śpiewali, tańczyli, jedli i pili, potem też chorowali, zupełnie jak u nas, z taką różnicą, że u nas jednak lepiej się je, tam ta dieta jest bardzo uboga, poza tym nasza muzyka jest bardziej zróżnicowana a tam właściwie takie mruczenie i wszystko na jedną melodie przez cały czas. Nudnawo było.

3. Dzieci.

No, przede wszystkim strasznie zaniedbane. Brudne okropnie. Naprawdę, czasami widok dziecka odbierał nam apetyt na jedzenie. Ja wiem, że to jest okropne, co teraz piszę, ale nie lubię patrzeć jak komuś zawartość noska wpada do miseczki z zupą nawet jak nie jem. Niedożywione i zmarznięte. Obserwowałam dziewczynkę, kiedy w Nuntali czekaliśmy na ryż z warzywami (czytaj z trawą). Miała może 6 lat, ale była malutka, trzymała na plecach około 10 miesięcznego braciszka, przymocowanego brudną chustą. I tak przez cały dzień w ten sposób go bawiła. I jedno i drugie było strasznie brudne, leciało im z nosków. Poza tym w porze obiadu, jak mama rozdzielała zupę miedzy osobami zgromadzonymi w kuchni, dziewczynka nie dostała nic. Dostała, owszem, ale dużo później i tylko troszeczkę na misce i zjadła tak łapczywie, że serce się krajało. Potem znalazła na podłodze kostkę, którą jakiś sąsiad albo wujek wypluł przy mnie na podłogę i wyssała (cały czas z bratem na plecach) ją do końca. W tym czasie jej braciszek na plecach dostał do zabawy nepalską zupę instant, z makaronem. U nas też są te zupy: chińskie, tajskie i jeszcze jakieś inne. Oczywiście rozerwał sobie torebkę i dobrał się z wielkim smakiem do surowego makaronu. Myślałam, że matka zareaguje, ale myliłam się. Jak dziecko już podziamgało trochę tego makaronu, siostra zabrała mu torebkę z zupą, ale wręczyła w łapkę mniejszą torebkę ze środka zupy, z jakąś skoncentrowana przyprawą. I z tym sobie dzieciak szybko poradził. Po kilku grymasach na twarzy, kiedy torebka znowu się rozdarła, zaczął wylizywać z torebki przyprawę a potem siostrzyczka sama sypała mu ją na rączkę. To, co z niej spadło na ławeczkę zbierała i zlizywała z brudnej rączki. I tak jestem pewna było w większości domów, które mijaliśmy. Tylko w kilku bogatszych dzieci były czyste. Poza tym na porządku dziennym jest tutaj iskanie głowy. Ludzie się chyba od zwierząt nauczyli. Matki czyszczą dzieciom głowy, że tylko strzela, wiadomo co.... Widziałam jak córka czyściła ojcu włosy. Też dziwny widok.

4. Zwierzęta

No, przede wszystkim yaki, których nie umieliśmy z początku odróżnić od krów, ale teraz już widzimy różnicę. Są mniejsze, mają inną zupełnie sierść i są bardzo łagodne, a samice yaków nawet inaczej się nazywają. Poza tym to bardzo sympatyczne zwierzęta i bardzo uprzejme... Zawsze schodzą z drogi turyście, nawet jak nie bardzo jest jak się usunąć.

Miałam okazję spróbować sera yaczego i YAK YAK YAK YAK YAK YAK YAK!!!!!!!!!!!!!!!, paskudztwo. Dostałam to razem z ryżem i ziemniakami i prawie zwróciłam, zanim zjadłam. Nigdy więcej YAK!!

Psy

Przesłodkie i bardzo do siebie podobne, z dużą sierścią i ładnym pyskiem, nie robią nic, tylko wylegują się, takie psie zwłoki w zimowym słońcu, nie zwracając nawet uwagi na przechodzących turystów. Nawet czubek ucha się nie poruszy.

Koty.

Właściwie to w Nepalu jest jeden kot. Żartuję, ale tak to wygląda, bo wszystkie są takie jakby białego kota z góry spryskać srebrzanką w aerozolu, pozbawioną połysku. Wyglądają identycznie. Przez cały czas widziałam tylko jednego kota innego, czarnego, ale to musiała być jakaś skaza genetyczna, bo nawet coś miał z ogonem.

Ok, czas mi się kończy a poza tym już nie mogę tej klawiatury, mam odciski na palcach a porobiłam i tak dużo błędów. Jutro jedziemy do Pokhary, ale jak będzie okazja to na pewno się z Wami skontaktujemy,
 

Pozdrawiam Agnieszka

Kathmandu, Nepal; 12 lutego 2003

14.02.2003 Pokhara

Namaste!

Witamy z Pokhary. Internet jest tutaj nieprawdopodobnie wolny i co gorsza sześć razy droższy niż w KTM. Dlatego też dzisiaj będzie jeden wspólny list. Tak więc dotarliśmy do Pokhary. Podróż minęła nadzwyczaj sprawnie i spokojnie (no może za wyjątkiem pani wymiotującej w czasie jazdy przez otwarte okno). Jechaliśmy 6 godzin.

Pokhara jest zupełnie innym miastem niż KTM. Mniej zatłoczona, przytulniejsza, spokojniejsza. Przypomina raczej śródziemnomorski kurort. Nad samym jeziorem znajdują się dwie dzielnice turystyczne: Lakeside oraz położona przy tamie - Damside. My zamieszkaliśmy w bardziej popularnej - Lakeside. Są tu dziesiątki hoteli przeróżnej klasy i różne też są ceny za noc. Wybraliśmy jeden ze średniego przedziału cenowego, położony w samym centrum Lakesidu, w cichej uliczce. Zabudowa jest tu zupełnie inna niż w KTM. Dominują tu 2-3 piętrowe domeczki o często fikuśnych kształtach, obowiązkowo z licznymi tarasami i dużymi oknami. Wszystko położone jest wśród ogrodów i licznej zieleni. Dominują tu zwłaszcza bananowce z wiszącymi małymi bananikami oraz fikusy. Wszystko to zaczyna powoli kwitnąć upiększając Lakeside różnymi kolorami. Życie turystów skupia się tu praktycznie wzdłuż jednej ulicy. Po obu jej stronach usytuowane są dziesiątki restauracji, sklepów z ekwipunkiem trekingowym, upominkami, agencjami turystycznymi, kafejkami internetowymi, wypożyczalniami motocykli i rowerów i niewiadomo z czym jeszcze. Zewsząd słychać wyłącznie zachodnią muzykę oraz świergot ptaków, natomiast środkiem głównej ulicy dumnie przechadzają się krowy. Nie czujemy się tu jak w Azji... Z górnego tarasu naszego hotelu rozpościera się cudowny widok na całe Lakeside, jezioro Phewa Tal i okoliczne wzgórza. Podobno zobaczyć można również całą panoramę ośnieżonego masywu Annapurny - tego nie możemy potwierdzić bo akurat nad miastem zalegają sporawe chmurki.

A tak na marginesie już nie zwijam się jak naleśnik, po oryginalnych przeżyciach ostatniej nocy w KTM dochodzę do siebie. Nabieram ponownie sił.

Ciąg dalszy relacji Agnieszki z trekingu nadany zostanie w późniejszym terminie...

Doszły do nas słuchy że zanudzimy się przebywając w Pokharze 4-5 dni. Otóż planujemy po pierwsze wypocząć, a po drugie już jutro wypożyczamy rowery i zaczynamy zwiedzanie okolicznych wzgórz widokowych (miejmy nadzieję że pogoda się poprawi).

Pozdrawiamy wszystkich gorąco. Dziękujemy za maile i wszelkie wiadomości.

Agnieszka i Krzysiek

Pokhara, Nepal, Walentynki 2003

15.02.2003 Pokhara

Namaste! 

Kolejny dzień w Pokharze. Dzisiaj rano okazało się, że okna naszego pokoju wychodzą prosto na ośnieżony masyw Annapurny, a dokładnie na "Rybi ogon - Machapuchare". Piękny widok, lecz cały czas zasnuty mgłą. Czekamy lepszej pogody. Dzisiaj wypożyczyliśmy na cały dzień 2 rowery. Jazda po Lakeside jest niczym jazda po parku, łatwa i przyjemna. Nie ma tu dużego ruchu, nie ma riksz, można, co najwyżej wjechać w krowę lub przechodnia - turystę. Inaczej sprawa się ma, gdy opuści się Lakeside i wjedzie do normalnej części miasta. Tam obowiązuje "prawo dżungli". Każdy na drodze ma takie same prawa. Oczywiście ostatecznie wygrywa ten, kto ma większy zderzak... Dotarliśmy do miejskiego dworca autobusowego. Tak jak pisze przewodnik "Lonely Planet" - miejsce zakurzone, ogarnięte chaosem. Sprawia wrażenie całkowitego braku organizacji, a jednak wszystko funkcjonuje raczej bez większych problemów. Następnie udaliśmy się trasą prowadzącą wzdłuż brzegu jeziora Phewa Tal. Dojechaliśmy do miejsca skąd rozpościerał się widok na całe Lakeside. Ułożyliśmy się na trawce i leżeliśmy tak kilka godzin. Później okazało się, że jest to popularne miejsce palenia trawki przez miejscowych. Nawet jeden miejscowy chłopak podszedł do nas mówiąc: "Hi mister, this is Nepalis highest quality marihuana. Do you want to try?". Więc miło spędziliśmy czas... bez palenia oczywiście, obserwując jedynie pływające po jeziorze łódki i kaczki. Wczoraj zapomnieliśmy dopisać jednej ciekawej rzeczy odnoście zwiedzania Nepalu. Jak wiecie z Pokhary planujemy się udać do Chitwan NP. Generalnie w Nepalu istnieją dwa sposoby zwiedzania i poruszania się: jeden na tzw. "pałę", a drugi na "pakiet". Pierwszy oznacza jazdę lokalnymi autobusami z mapą w ręku i nadzieją, że coś z tego będzie - sposób wybierany jak dotąd przez nas oraz drugi polegający na wykupywaniu w licznych agencjach turystycznych gotowych pakietów z hasłem "no problem". Oczywiście na takim pakiecie kilkadziesiąt osób musi zarobić wiec jest to droższy sposób podróżowania, ale znacznie łatwiejszy. Dotarłszy do Pokhary chcieliśmy potwierdzić jedynie cenę biletu wstępu do parku. Jak się okazuje cena tegoż rządowego biletu (cena stała wynosząca chyba 500 RS) zmienia się w zależności od agencji od 750 do 2500 rupii. Poza tym każda agencja witała nas słowami: "We have got better offer for you", po czym wymieniała, jakie to atrakcje nas czekają w 55$ pakiecie. Fajnie się tego słuchało, ale nadal nie wiedzieliśmy jaka jest cena biletu wstępu. W akcie desperacji udaliśmy się do najbliższego telefonu by zadzwonić do informacji turystycznej w Pokharze. Po wybraniu numeru odezwał się mężczyzna. Zapytałem go czy mówi po angielsku i jak każdy w tym kraju odpowiedział "YES". Gdy zadałem proste pytanie o cenę biletu usłyszałem jękniecie w słuchawce i przecedzone przez zęby "sorry I don't speak English myster". No wtedy trafiła mnie cho..... Informacja turystyczna w której nie mówi się po angielsku. Przewodnik Lonely Planet pisze, że w tym mieście to akurat normalne. Tak wiec do tej pory nie wiemy ile kosztuje bilet wstępu. Dalej zamierzamy wykorzystać jazdę "na pałę" do Chitwanu i na miejscu podjęcie decyzji na co nas stać.

Jeszcze przed chwilą strasznie chciało się nam pić. W Pokharze, co jakiś czas spotyka się przepięknie przystrojone owocami budki oferujące świeży sok. Skusiliśmy się na ofertę jednej z takich budek. Dostaliśmy po pół litra świeżo wyrżniętego soku z papai oraz drugi z ananasa. Coś wspaniałego....

 Teraz jesteśmy pełni i nie chce się nam pić. A i do tego spotkaliśmy Australijczyków poznanych w Tengboche w górach... A i jeszcze jedno. Wczoraj wieczorem w naszym pokoju było 18 st., a rano 14. Prawdziwy upał...

To tyle na dzisiaj.

Serdeczne pozdrowienia

Agnieszka i Krzysiek

Pokhara, Nepal; 15 lutego 2003

18.02.2003 Pokhara

Namaste!

Witamy po raz ostatni z Pokhary. Przez ostatnie dwa dni, zgodnie z planem wypoczywaliśmy czekając na poprawę pogody. Odpoczynek się udał, ale na poprawę pogody nie doczekaliśmy się. Niestety, widoczność z każdym dniem pogarszała się, a dzisiaj zaczęło padać. Tak więc, masyw Annapurny widzieliśmy jedynie przez kilka godzin i to przez mgłę.

Miło spędziliśmy wczorajszy dzień. Otóż wynajęliśmy sobie łódkę na jeziorze - taką bardzo prostą, z jednym pagajem - jakich pełno tu w okolicy. Mieliśmy ją do dyspozycji przez cały dzień. Popłynęliśmy nią do przystani skąd prowadzi najkrótsza droga do Stupy Światowego Pokoju. Jest to jeden z najnowszych obiektów w mieście. Położona na wysokim wzgórzu górującym 350 m powyżej miasta buddyjska stupa godna jest odwiedzenia. Poza tym przy normalnej pogodzie rozpościera się z niej fascynujący widok na całe jezioro, miasto oraz prawie 180 stopniową panoramę wysokich Himalajów. Warto w ten sposób spędzić dzień w Pokharze - miły i relaksujący.

Jutro rano opuszczamy miasto i udajemy się do Chitwanu. Jak wiecie zastanawialiśmy się nad wyborem sposobu zwiedzania Chitwanu - "na pałę czy na pakiet?". Długo kalkulowaliśmy, pytaliśmy, jęczeliśmy, że za drogo i w końcu daliśmy się namówić na "pakiet". Zrobiliśmy to po raz pierwszy w czasie naszej podróży, więc nie do końca jesteśmy spokojni, że wszystko będzie "easy and no problem". Zobaczymy. Generalnie mamy zapewnione wszystko przez trzy dni, czyli transport, noclegi, jedzenie, zwiedzanie parku oraz przejazd z parku do Lumbini. Jak będzie w rzeczywistości - zobaczymy. Zwiedzanie Parku Chitwan jest bardzo drogie, jednak może dostarczyć ciekawych przeżyć. Co można tam robić?. Przede wszystkim zwiedzać park z grzbietu słonia. Poza tym organizowane są w asyście przewodnika piesze spacery po dżungli, spływy łodzią po rzece oraz zwiedzanie parku w samochodzie terenowym. Do tego jeszcze dochodzi możliwość zapoznania się z kulturą mieszkających tam plemion Thauru. Co z tego uda nam się zobaczyć – okaże się już jutro.

Mamy w pokoju ducha. Od trzech nocy, po godzinie 3 coś zaczyna szeleścić w pokoju. Nie mamy pojęcia co to jest, ale na pewno nie wiatr. Łazi po stoliku, obok łóżek, szeleści i generalnie nas irytuje. Dobierał się dzisiaj do herbatników. Trudno go namierzyć, bo skubaniec jest bardzo szybki i zwinny. Nawet naszykowana pod ręką latarka i szybkie jej użycie nie pozwala zobaczyć co to za drań. Tak więc, może dzisiaj uda się nam polowanie.

Nasze dalsze plany.

Jak już wiecie, jutro wyjeżdżamy do Chitwanu. Zabawimy tam co najmniej 3 dni, ale może zostaniemy dzień dłużej. Z Chitwanu pojedziemy do graniczącego z Indiami miasta Sonouli skąd "wyskoczymy" na jeden dzień do Lumbini - miasta narodzin Buddy. Następnie przekroczymy granicę i pojedziemy do Waranasi. Powinniśmy tam dotrzeć 22,23 lub 24 lutego. Stamtąd też prawdopodobnie dopiero się odezwiemy. Tak więc, do usłyszenia za kilka dni

Agnieszka i Krzysiek

Pokhara, Nepal; 18 lutego 2003

PS

Darku, dziękujemy Ci za informacje odnośnie Chitwanu. Postanowiliśmy się jednak skusić na pakiet. Będzie to równocześnie informacja dla Ciebie jak Twoja propozycja ma się do oferty agencji.

23.02.2003 Varanasi

Witajcie

Wróciliśmy do Indii, jesteśmy w Benares (Waranasi). Dotarliśmy tu przed 7 rano nocnym pociągiem. Widzieliśmy już Ghaty, ale o nich i o samym mieście za chwilę.

Jak wiecie 19 lutego opuściliśmy gościnną Pokharę by jadąc "na pakiet" obejrzeć Chitwan. Po raz pierwszy skorzystaliśmy z oferty agencji turystycznej i jak się okazało nie zawiedliśmy się. Park Chitwan jest miejscem godnym odwiedzenia. Wywarł na nas duże wrażenie, szczególnie z uwagi na fakt, że przez większość czasu oglądaliśmy wysokie białe góry, to widok płaskich, zielonych terenów był milą odskocznią. Przed wyborem pakietu długo kalkulowaliśmy czy czasem jadąc tam na własną rękę nie będzie taniej. W tej chwili uważamy, że trudno byłoby się nam zmieścić w 40$ na osobę. Co dostaliśmy w pakiecie?

Otóż sprawnie i szybko, turystycznym autobusem dotarliśmy z Pokhary do Tandi Bazar. Pogoda była paskudna - od rana lało jak z cebra. W Tandi Bazar odebrał nas samochód terenowy, który dowiózł nas do samego hotelu. Hotel jak hotel.... Osobne domki z łóżkami z moskitierami i łazienką, duży przyjemny ogród. Na samym początku przedstawiono nam naszego osobistego przewodnika, który trzymając nas "na krótkiej smyczy" towarzyszył nam przez pełne 3 dni.

Wieś Souraha, w której się zatrzymaliśmy położona jest tuż nad rzeką Rapti będącą granicą Parku Narodowego. Każdorazowe jej przekroczenie oznacza wejście do parku i konieczność uiszczenia opłaty w wysokości 500 Rs (a nie jak nam mówiono w Pokharze między 750 a 2500Rs).

(...) Przepraszam za nieskładne zdania, ale jestem po nieprzespanej nocy w pociągu, jestem mocno zniesmaczony widokiem Varanasi - panuje tu nieprawdopodobny upał oraz unosi się przeogromny smród, który co jakiś czas powoduje u mnie mdłości KOSZMAR!!! (...)

O szczegółach parku napiszę w późniejszym czasie, bo dzisiaj... hm, to nie jest dobry dzień na pisanie.

To, czego nauczyliśmy się w czasie tej podróży to to, że nic nie da się tu zaplanować. Dwa dni czytaliśmy i planowaliśmy podróż do Varanasi. Plan zakładał przejazd do Sonouli - ostatniej osady w Nepalu, przeczekanie tam nocy, telefoniczne zarezerwowanie sobie hotelu w Varanasi i przejazd autobusem następnego dnia. Taki był plan... Skończyło się na nocnym przejeździe jeepem z granicy do Gorakphuru w Indiach (2.5h), przeczekanie na stacji kolejowej 3 godzin i przejazd po raz pierwszy indyjskim pociągiem do Varanasi - oczywiście bez zarezerwowanego wcześniej hotelu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i bez problemów. W Gorakphurze spotkaliśmy dwóch Polaków wracających do Delhi - pierwsi Polacy od 45 dni. Później przez przypadek odnaleźliśmy nasz pociąg i miejsca w "kuszetce" by po 7 godzinach jazdy dotrzeć do Varanasi. Znaleźliśmy nawet uczciwego rikszarza, który bardzo profesjonalnie pomógł nam znaleźć dobry i tani hotel niedaleko rzeki za z góry ustaloną opłatę. Od rana oglądaliśmy Ghaty - generalnie SYF!!! Jutro chyba stąd wyjeżdżamy - jak nam się uda zarezerwować bilety.

Postaramy się jeszcze odezwać.

Agnieszka i Krzysiek

Varanasi, India; 23 lutego 2003

24.02.2003 Varanasi

Namaste!

Varanasi... hmm, najświętsze miasto Hinduizmu... Nie wiem jak mam opisać wrażenia z tego miasta. Wydaje mi się, że trudno pojąć jak to wygląda osobie, która nigdy tu nie dotarła. Miasto jest niesamowite, w każdym tego słowa znaczeniu. Dużo czytałem na temat Varanasi, oglądałem zdjęcia, byłem przygotowany na wiele, ale to, co zobaczyliśmy przerosło nas, a zwłaszcza mnie.

Zatrzymaliśmy się w jednym z hotelików w najstarszej części miasta, nieopodal Ghatów (schodów prowadzących do Gangesu). To, co się dzieje w uliczkach starego miasta jest chyba najpaskudniejszą rzeczą, jaką widziałem w życiu. Wyobraźcie sobie plątaninę niezwykle ciasnych uliczek, dziesiątki krzyżujących się śmierdzących korytarzy z niezwykle wysoką zabudową prawie całkowicie przesłaniającą słońce. Ale nie brak słońca jest problemem tylko niemożliwy do zniesienia fetor unoszący się w powietrzu. Uliczki te nie mają normalnej nawierzchni, lecz zwykłą ziemię, kamienie i jeszcze bardziej cuchnące kałuże. Leży na nich absolutnie wszystko... Przede wszystkim odchody - krowie, psie, kozie i ludzkie, tony fermentujących śmieci wyrzucanych wprost z okien domów, zwłoki zwierząt i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy. Przy temperaturach, które teraz - w zimie - przekraczają 30 stopni wszystko to po prostu unosi się w powietrzu. O ile Agnieszka znosi to dzielnie, ja nie jestem w stanie przejść 100 m bez "odruchu wymiotnego". Co chwilę muszę przystawać zakrywając twarz szalikiem. Co najgorsze, w tym labiryncie smrodu ludzie normalnie żyją, jedzą, mieszkają, robią interesy, sprzedają żywność, wodę - dla mnie koszmar. Ale to nie koniec. Za kilkoma przecznicami zaczynają się Święte Ghaty i jeszcze świętsza rzeka - Ganges.

Trudno pojąć jak to funkcjonuje. Coś, co jest uważane za świętość jest traktowane jak publiczny szalet, pralnia, myjnia, miejsce kremacji i cel pielgrzymowania w jednym. Trzeba by tu chyba spędzić naprawdę dużo czasu zgłębiając tajniki religii, wiary i filozofii hinduskiej by zrozumieć, dlaczego tak to wszystko wygląda.

Jak już pisałem Ghaty to kamienne schody prowadzące do Gangesu, ciągnące się przez całą szerokość miasta. Poszczególne Ghaty mają odrębne nazwy, wygląd i często są własnością poszczególnych Maharadżów, grup religijnych czy etnicznych. Dwa spośród nich są najważniejsze - to Ghaty kremacyjne służące do kremacji zmarłych. "Przerabia" się tu około 200 ciał w ciągu całej doby - także i w nocy. Jednak Ghaty służą również do bardziej prozaicznych czynności dnia codziennego: rytualnych kąpieli, codziennego mycia się, robienia prania, biznesu i innych. A wszystko to w zanieczyszczonej do granic możliwości rzece. Przy jednym z Ghatów stężenie bakterii kałowych przekroczyło 250 000 (tysięcy) razy normy. To jest istna zupa, ale jak może być inaczej, gdy wszystko do niej spływa. Ale pośród tego całego gnoju, smrodu i ogólnego obrzydzenia jest malutka cząstka, która może się podobać. Chodząc po Ghatach, a nawet tych wstrętnych uliczkach czuje się jak miasto i ludzie żyją religią. To, że ciągną tu często z odległych rejonów kraju by zanurzyć się w wodach Rzeki, lub przybywają tu by mieszkając często latami czekać na śmierć (i spopielenie na Świętych Ghatach) ma w sobie coś, co uważam za godne zobaczenia - raz i krótko - ale będąc w Indii bezwzględnie trzeba tu przyjechać, by zobaczyć "żywą religię" oraz docenić, co oznacza życie na czystych ulicach...

Chcieliśmy wyjechać stąd następnego dnia po przybyciu, ale nie udało się nam dostać biletów. Tak więc dopiero jutro, nocnym pociągiem wyjeżdżamy do Agry. Planujemy jeszcze dotrzeć na pustynie w Radżastanie zmieniając nieco nasze plany. Ale o tym później. Korzystając dzisiaj z przymusowego dnia postoju (i mając dosyć widoku Ghatów) pojechaliśmy rikszą do oddalonego o 14 km od Varanasi - Sarnath - miasta gdzie Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Zdumiewające, że zaledwie 14 km dalej Indie wyglądają zupełnie inaczej - normalniej, spokojnie, czyściej. Ale to już inna historia.....

Pozdrawiamy serdecznie

Agnieszka i Krzysiek
Varanasi, India; 24.02.2003

25.02.2003 Varanasi

Namaste!

Kolejnych kilka zdań odnośnie Benaresu. Mark Twain podczas pobytu na tutejszym uniwersytecie powiedział: "Benares jest starszy niż historia (...)" To może być prawda, bo miasto jest ściśle związane z początkami Hinduizmu, ale miasto to również jest bardziej śmierdzące niż historia...

Jednak jak już pisałem wczoraj, miasto to należy zobaczyć by poznać prawdziwe Indie. Tu należy się również kilka słów sprostowania z mojej strony. Ulice starego miasta pokryte są jednak płytkami chodnikowymi, lecz często po prostu ich nie widać spod sterty śmieci. Druga rzecz to to, że nie całe Varanasi jest takie jak uliczki starego miasta. Odkryliśmy to wczoraj podczas podróży do Sarnath. Moje poprzednie opisy dotyczą wiec jedynie starego miasta oraz Ghatów. Pozostała część miasta to zupełnie inna sprawa. Jest to ogromnie zaludnione (ponad 2 mln.) i pełne zgiełku miasto. W żaden sposób nie przypomina ulic znanych z Europy, ale na szczęście, przynajmniej pośród głównych ulic nie przypomina również tutejszego starego miasta. Mieliśmy wczoraj okazję trochę je popodglądać jadąc ryksza. Na podróż tą zdecydowaliśmy się trochę przez przypadek. Chcieliśmy dotrzeć do Sarnath autobusem lub pociągiem, ale w hotelu pomogli nam w załatwieniu rykszy za z góry ustaloną cenę i w ten sposób równocześnie otrzymaliśmy przejażdżkę rykszą po mieście. A wierzcie nam, to również jest rzecz warta przeżycia. Sarnath oddalony jest około 14 km od starego miasta i podróż tam zajęła nam 1,5 godziny w jedna stronę. Wyobraźcie sobie teraz pracę rykszaża, który to w sumie przez 28 km musiał pedałować przy 30 st. gorąca z około 115 km obciążenia na kanapie. Trudną ma facet pracę... Tak czy inaczej jadąc przez Varanasi dobrze mu się przyglądaliśmy. Miasto jest niezwykle kolorowe a to głównie za sprawą różnokolorowych ubrań kobiet i wystaw sklepowych. Poza tym w godzinach szczytu jest niezwykle zakorkowane, ale bynajmniej nie samochodami. Wyobraźcie sobie korek, w którym tkwią głównie rowery, ryksze rowerowe, i motoryksze. Wszystko to trąbi, dzwoni i niecierpliwi się. Coś niesamowitego...

Wczoraj, w celu zobaczenia Ghatów z innej perspektywy postanowiliśmy zobaczyć je z pokładu łódki, a żeby było jeszcze bardziej tajemniczo zrobiliśmy to o wschodzie słońca. Ghaty wtedy rzeczywiście wyglądają nieco inaczej, bardziej tajemniczo i religijnie. To właśnie wtedy wierni najtłumniej przybywają nad rzekę by dokonać rytualnych ablucji lub tylko po to by umyć się przed kolejnym upalnym dniem. Ciekawe doświadczenie...

Mam jeszcze kilka minut, więc dopiszę kilka słów odnośnie Chitwanu.

Pisaliśmy, że miejsce naprawdę warte odwiedzenia. W ciągu zaledwie jednego dnia odbyliśmy 3 godzinną przejażdżkę na słoniu, spływ łodzią (wydłubaną w pniu drzewa) po rzece, 3 godzinny spacer pieszo po lesie i terenach nad rzeką. Ogromna różnica w porównaniu z górami. Z grzbietu słonia widzieliśmy 4 zupełnie dzikie nosorożce (w tym jedną samicę z młodym) z odległości kilku metrów, 4 wspaniałe jelenie z ogromnymi porożami, 2 gatunki krokodyli (w tym dwa z pokładu dłubanki, która płynęliśmy rzeką), mnóstwo wolnożyjących pawi, ptaków i małp... Wszystko to w asyście prywatnego przewodnika i jego pomocnika. Można było się poczuć jak na safari. Jak wygląda świat z grzbietu słonia? Przede wszystkim świat jest bardzo trzęsący, każdy krok tego ogromnego zwierzęcia jest odczuwalny w pośladkach, poza tym teren jest dosyć pagórkowaty, więc czasami podróż przypomina rollercoster. Ale co jest najważniejsze to to, że zupełnie dzikie zwierzęta w parku nie boją się słoni (nawet z turystami na grzbiecie), więc nie uciekają i pozwalają podejść bardzo blisko, często nawet nie zwracając na nie uwagi.

Do tego wszystkiego dochodzi atmosfera zachodów słońca nad rzeką w cieniu bananowców i pokrytych trawą szałasów... Piękne miejsce na relaks przed powrotem do zgiełku Indii

Dzisiaj o 18:45 opuszczamy Benares. To będzie jeden z najdłuższych odcinków naszej podróży. Przejazd powinien nam zająć ponad 13 godzin i jutro powinniśmy dotrzeć do miasta Taj Mahalu - Agry.

Mamy już bilety z zarezerwowanymi miejscami na kuszetkę, więc nie powinno być problemów.

Życzcie nam powodzenia....

Pozdrawiamy

Agnieszka i Krzysiek

Varanasi, India; 25.02.2003

26.02.2003 Agra

Namaste!

Tym razem jesteśmy w Agrze. Podróż z Varanasi przebiegła bez problemów i przed 7 rano dotarliśmy do Agry. Nie mieliśmy większych problemów z rikszarzami przy stacji oraz dotarciem do hotelu. Hotel jak hotel..., ale za to z dachu mamy cudowny widok na Taj Mahal. No właśnie... Taj Mahal... architektoniczny symbol Indii, grobowiec dla ukochanej żony wielkiego władcy z XVII wieku. Taj jest wielki, cudowny i wspaniały. Robi znacznie większe wrażenie na żywo niż na zdjęciach. Jest monumentalny, ale zarazem bardzo delikatny, zbudowany z białego marmuru, z perfekcyjną dokładnością i dbałością o szczegóły. Jest to na prawdę jeden z cudów świata... Taj jest cudowny..., ale - jak trafnie ujęła to Agnieszka - szkoda, że leży w Indiach. To smutne, ale muszę się z tym zgodzić. Indie często nazywane są krajem kontrastów. Przebywając tu zdanie to nabrało zupełnie innego wymiaru. Bo Indie to cudowne miejsca, krajobrazy i zabytki, ale położone pośród smrodu i bydła. I nie myślę tu o bydle rogatym, lecz o chodzącym na dwóch nogach - Hindusach. Nie znajduję innych słów by ich określić. Są oni głupi, uparci, całkowicie bezmyślni i brudni zupełnie tak jak tutejsze bydło. Szkoda, bo kraj mógłby wyglądać zupełnie inaczej. Uważam się za osobę bardzo tolerancyjną. Spędziliśmy 45 dni w Nepalu nie mając prawie żadnych problemów z ludźmi. Wszystko było miłe, sympatyczne, przyjacielskie, czasem nawet bezinteresowne. Natomiast w Indii - to aż trudno opisać. Gdy ogląda się zachowanie Hindusów to włos staje na głowie.

Są głośni, natrętni do granic wytrzymałości, bezmyślni, podstępni i całkowicie nie dbają o to jak wygląda ich najbliższa okolica. Wyrzucają na ziemie wszystko - odpadki, torebki, wszystko i to często dokładnie na przeciwko wejścia do swojego domu lub w miejscu gdzie po prostu stoją.

Dzisiaj mieliśmy do czynienia z książkowym przykładem rikszarza. Otóż przed zwiedzaniem Agry chcieliśmy załatwić sobie najpierw bilety na jutrzejszą podróż do Jaipuru. W tym celu musieliśmy udać się na drugi koniec miasta. Było to za daleko na spacer wiec skazani byliśmy na rikszę. Wybraliśmy z tłumu krzyczących jednego i dokładnie powiedzieliśmy gdzie chcemy jechać oraz ustaliliśmy cenę. Nie była to nasza pierwsza jazda rikszą, więc wiedzieliśmy jak się trzeba zachować. Rikszarz zgodził się na cenę, powiedział, że dokładnie wie gdzie jechać. My wielokrotnie dodaliśmy, że ma jechać prosto na dworzec autobusowy. Rikszarz kiwnął, że zrozumiał i pojechaliśmy. Nie ujechaliśmy 10 minut, gdy oznajmił nam, że jesteśmy na miejscu miejsce. Rozglądamy się i co widzimy? Agencję turystyczną. Zaczęła się mała kłótnia i kategoryczna odmowa opuszczenia rikszy. Dopiero po słowach "No bus station, no money" pojechaliśmy dalej. Chwilę później znowu spróbował. Tym razem mieliśmy jechać do sklepów jego rodziny. Znowu "No bus station, no money" i dopiero do niego dotarło. Co chwila turysta jest napastowany przez każdego: wymiana pieniędzy, kupno duperela, pocztówki, haszyszu, marihuany, dzisiaj doszło również opium, hotel no i co najgorsze – riksza. Każdy zawiezie Cię wszędzie i to za pół darmo... Koszmar. Zaczynamy robić się nerwowi i agresywni.

Każdemu odpowiadamy z absolutnym brakiem szacunku. Często nawet po "polsku"... Bezczelność tych ludzi jest przeogromna. Spotyka się ją w każdym miejscu. Poszliśmy dzisiaj do meczetu. Jak w każdym meczecie należy przed wejściem zdjąć obuwie. A tam stoi taki typ i układa buty jeden obok drugiego. Zostawiliśmy tam obuwie. Wracaliśmy z jakąś wycieczką. Oni wszyscy pozabierali buty i wychodzą a do nas przyczepił się ten typ i woła bakszysz - 10 Rs. Po krótkiej kłótni zrezygnował. Ale są i jeszcze gorsze przykłady. Wstęp do Taj Mahalu jest astronomicznie drogi - 750 Rs. Aby wejść trzeba najpierw przejść przez szereg kontroli i bramek. Oczywiście okazało się, że nie mogę do środka wejść ze statywem fotograficznym, muszę go zostawić w przechowalni. OK. I wyobraźcie sobie, że pomimo zapłacenia ogromnej opłaty wejściowej i co więcej stania przy tabliczce "charge free" jeden z siedzących tam typów kazał mi zapłacić opłatę za przechowanie. Znowu się skończyło wymiana zdań. Wstrętne typy...

Zabytki Agry są piękne, ale stanowczo za drogie. Nie stać nas na kolejny dzień tutaj. Jutro o 11 wyjeżdżamy autobusem do Jaipuru - stolicy Radżastanu.

Generalnie to bardzo kończą się nam pieniądze i nie wiemy, co jeszcze uda nam się zobaczyć... Zaczynamy improwizować. W Jaipurze spędzimy 1-2 dni skąd chcielibyśmy pojechać bardzo daleko na zachód, tuż pod granice z Pakistanem do pustynnego miasta Jaisalmer. Zobaczymy czy uda nam się to zrealizować. Do powrotu do Polski zostało nam 12 dni.

Pozdrawiamy gorąco

Agnieszka i Krzysiek

Agra, India; 26.02.2003

27.02.2003 Jaipur

Namaste!

Tym razem jesteśmy w Jaipurze. W Indii nigdy nie wiesz co Cię może spotkać.

Jeszcze rano byliśmy w Agrze. Wszystko było zasyfione. Autobus turystyczny szybko okazał się lokalnym, załadowanym do granic możliwości, a wyjazd z miasta zajął ponad godzinę. Zatrzymywaliśmy się wszędzie gdzie się tylko dało. 260 km i 6 godzin jazdy później przybyliśmy do Jaipuru. Szok!!!

Cywilizacja taka jak w Europie... Duże, wielopasmowe ulice, latarnie, chodniki, sklepy z wystawami, szkło, piękne budynki, sygnalizacja świetlna... Coś niesamowitego. Przed chwilą przechodziliśmy po raz pierwszy od wyjazdu z Polski po pasach na drodze oraz byliśmy w McDonaldzie – pierwszym, jaki widzieliśmy w Azji, jedliśmy długo upragnione lody (w końcu Tłusty Czwartek...) Ceny do tego również są europejskie, niestety.

Co więcej, zmienił się drastycznie krajobraz. Tereny otaczające miasto to półpustynia. Zupełnie co innego niż w Nepalu. Mało tego. Dzisiaj na ulicach pojawiły się wielbłądy...

Jutro udajemy się na całodzienne zwiedzanie miasta. Zobaczymy, czym nas jeszcze India zaskoczy...

Agnieszka i Krzysiek

Jaipur, India; 27.02.2003

01.03.2003 Jaipur

Namaste!

To są nasze ostatnie godziny w stolicy Radżastanu - Jaipurze. W końcu znaleźliśmy tu to, czego oczekiwaliśmy po Indiach: piękno, normalność (względną), orient. Jest to dokładnie to po co przyjechaliśmy. Nie wiem jak to możliwe, bo jeszcze 260k m wcześniej byliśmy źli na Indie i mieliśmy ich po prostu dosyć. Teraz jest inaczej... Jaipur to połączenie bajkowego miasta z tętniącą życiem metropolią. Znajdują się tu urzekające pałace - wyrzeźbione z ogromną precyzją w marmurach i piaskowcach, obronne forty górujące na okolicznych wzgórzach, stare miasto gdzie jedynym dozwolonym kolorem malowania elewacji jest kolor różowy oraz przecudowny koloryt kobiecych strojów, a wszystko to pośród półpustynnego krajobrazu otaczającego miasto.

Ale co chyba najważniejsze mieszkający tu ludzie są inni i uważają się za innych - lepszych od pozostałych Hindusów. A już na pewno od tych mieszkających w Agrze czy w Varanasi. Są bardziej otwarci, uśmiechnięci, mniej upierdliwi (poza rikszarzami) oraz uczciwsi. Na przykład trafiliśmy na kierowcę tuk-tuk'a (autorikszy), który "dorwał" nas, gdy wysiadaliśmy z autobusu z Agry. Pomógł (bez dodatkowych opłat i bakszyszu) znaleźć hotel, a co więcej zaproponował następnego dnia całodzienne obwożenie po mieście.

Dogadaliśmy się co do ceny (dla nas bardzo korzystnej) i rzeczywiście następnego dnia mieliśmy swoją własną rikszę. Kierowca woził nas od 9:40 do 17:00 po calutkim mieście oraz do fortu Amber oddalonego o 11 km. Było to niezwykle wygodne i miłe. Mało tego, pomógł, załatwić bilety na dzisiejszy autobus do Jaisalmeru oraz zawiózł do fabryki materiałów z cenami znacznie niższymi od sklepowych. No i właśnie, o ile wczoraj mieliśmy problem finansowy to dzisiaj mamy małą tragedię. Ceny są tam po prostu zniewalające. Na przykład za 5,5 metra jedwabnego materiału, ozdobionego haftami trzeba zapłacić 82 zł. Do tego cudowne szale, okrycia pościeli, ubrania i wszystko to w granicach 15 - 100 zł. Coś wspaniałego... Niestety - musimy oszczędzać.

Dzisiaj w nocy opuszczamy Jaipur i udajemy się do Jaisalmeru - miejscowości leżącej w samym środku Wielkiej Pustyni Thar, nad samą granicą pakistańską. Podróż zajmie nam jakieś 13 godzin. Bardzo chcemy zobaczyć to miejsce. Ponoć jest to miasto całkowicie przeniknięte piaskiem i historią. W samym centrum znajduje się fort obronny, a dookoła nic tylko pustynia. Nie wiemy jak będzie z temperaturą. Już w Jaipurze czujemy się jak w piecu. Temperatura w słońcu zbliża się do 40 st. Trudno to wytrzymać, a przecież udajemy się na pustynię...

Fajnie, że Magda właśnie wróciła z Indii - będziemy mogli spokojnie pogadać po naszym powrocie, tym bardziej, że zaczęliśmy luźno planować następną podróż. Będą to znowu Indie, ale tym razem cały Radżastan, zachodnie wybrzeże z Goa, południe kraju a także Sri Lanka i Malediwy.

Nie wiemy kiedy się ponownie odezwiemy. Do Polski wracamy 10 marca więc już bardzo niedługo...

Serdecznie pozdrawiamy

Agnieszka i Krzysiek

Jaipur, India; 01.03.2003

02.03.2003 Jaisalmer

Witamy tym razem z samego serca Pustyni Thar.

Miejsce to jest absolutnie wyjątkowe. Osada położona pośrodku piaszczystego pustkowia. Zabudowania bardziej przypominają osady arabskie niż hinduskie.

Wszystko budowane jest z piaskowca i wszystko ma kolor piasku. Nad miastem góruje okazały fort. Wewnątrz, w cały czas zamieszkałych budynkach, toczy się normalne życie. Miasteczko żywcem wyjęte z baśni tysiąca i jednej nocy.

Nigdy nie wiadomo, czym Indie mogą zaskoczyć. Wczoraj w nocy opuściliśmy Jaipur. Mieliśmy wykupione bilety na autobus turystyczny, jednak byliśmy przygotowani na zwykłą blaszankę na kółkach - jak to bywało do tej pory. Podjeżdżamy na dworzec i co widzimy? Wspaniały, luksusowy autokar, jakich w Europie próżno szukać. Lotnicze siedzenia oraz klasa sleeper powyżej zwykłych siedzeń - taka kuszetka na kółkach. Ruszyliśmy nawet o czasie, ale radość trwała tylko kilka godzin. Autokar miał być do samego Jaisalmeru - ale jak się okazało - dojechaliśmy tylko do Jodhpuru - miasta położonego w połowie drogi. Tam oznajmiono nam, że autokar dalej nie jedzie i mamy się przesiąść. Środek nocy, zmiana autokarów, kolejne nieporozumienia. Skończyło się na kolejnej pyskówce i stwierdzeniu kolejny raz: "zakłamane bambusy". Tak czy inaczej musieliśmy zmienić autokar. Okazało się, że na taki sam i nawet nie musieliśmy nic dopłacać (poza opłatą za bagaż...). O 11 przybyliśmy do Jaisalmeru. Miasto poza wspaniałym fortem i pustynnym położeniem słynie przede wszystkim z organizowanych tu pustynnych safari na wielbłądach. Jutro rano wyruszamy na jedno z nich. Nie będzie nas przez 3 dni, podczas których dosiadając wielbłądów dojedziemy w głąb pustyni, na przypominające Saharę wydmy. Dwie noce spędzimy pod gwiazdami w towarzystwie poganiaczy wielbłądów oraz innych turystów. Zapowiada się kolejna fajna przygoda. W Nepalu jeździliśmy na słoniach teraz przyszedł czas na wielbłądy... Z Jaisalmeru pojedziemy bezpośrednim pociągiem do Delhi. Dotrzemy tam 7 lub 8 marca. Odezwiemy się po safari.

Agnieszka i Krzysiek

Jaisalmer, India; 02.03.2003

06.03.2003 Jaisalmer

Jesteśmy z powrotem w Jaisalmerze. Trzy pełne dni spędziliśmy na Pustyni Thar na grzbietach wielbłądów. Karawana liczyła 6 osób: 3 Francuzów, Niemiec, my oraz 3 poganiaczy. Każdy z nas miał swojego wielbłąda. Jesteśmy cali i zdrowi (jedynie ja popaliłem sobie nogi od słońca). Widzieliśmy prawdziwą pustynię, różne jej odmiany, byliśmy na kilkunastometrowych wydmach, spaliśmy 2 noce pod gołym niebem, przeżyliśmy średnią burzę piaskową, byliśmy w oazach, jedliśmy prawdziwe indyjskie jedzenie przygotowywane przez poganiaczy wielbłądów, myliśmy naczynia piaskiem i bardzo oryginalnie spędzaliśmy czas. Wielbłądy to bardzo mądre i miłe zwierzęta. O szczegółach opowiemy następnym razem. Jutro wracamy autobusem do Delhi. Jako że mamy bardzo mało pieniędzy, odezwiemy się dopiero z Delhi lub już z Polski.

Agnieszka i Krzysiek

Jaisalmer, India; 06.03.2003

07.03.2003 Jaisalmer

Witajcie!

Ostatnie nasze godziny w Jaisalmerze. Wczoraj skończyły się nam pieniądze...

Mamy zapas na koncie w banku, ale najbliższy bankomat jest dopiero w Delhi. Starczyło nam na szczęście na bilety do Delhi oraz na zapłacenie hotelu. Niestety nie starczyło na jedzenie w restauracji. Tak, więc cały wczorajszy dzień oraz dzisiejszy żywimy się jak możemy... Na szczęście owoce są tu bardzo tanie wiec podstawowym posiłkiem było kilka kilogramów bananów. Do tego zakupiliśmy jakąś badziewną zupę w proszku - wiedziałem, że noszenie butli z gazem pozostałym z Himalajów na coś się w końcu przyda... Banany zagryzamy jakimś miejscowym pieczywem oraz owocami mango i takimi, których nazwy nie znamy. Woda została nam jeszcze z safari, więc z tym też nie ma problemu. Nasz autobus, który miał wyjechać o 17 zmienił godzinę odjazdu - teraz wyjeżdżamy o 15. W tym kraju to normalne, ale ciekawe co jeszcze się zmieni. W Delhi powinniśmy być wcześnie rano 8 marca. Mamy już potwierdzone bilety powrotne wiec wracamy 10 marca. Na Okęciu powinniśmy być około 12:00 10 marca - rejs numer KLM 1363 z Amsterdamu. Więc jakby ktoś był przypadkiem w okolicy, a jeszcze lepiej gdyby dysponował samochodem z dużym bagażnikiem... - zapraszamy.

Postaramy się jeszcze odezwać z Delhi...

Agnieszka i Krzysiek

Jaisalmer, India; 07.03.2003

08.03.2003 Delhi

Witamy z Delhi!

Jak wiecie, wczoraj jeszcze byliśmy w Jaisalmerze. Mieliśmy problem z pieniędzmi - a raczej ich brakiem, ale byliśmy spokojni, ponieważ mieliśmy w ręku bilety na autobus do Delhi. Niestety, jak to w Indii bywa - wszystko się popieprzyło. Początkowo mieliśmy wyjechać z Jaisalmeru o 17 i dojechać do Jaipuru, by tam przesiąść się na autobus do Delhi. Później zmieniło się i mieliśmy wyjechać o 15 i tylko do Jodhpuru, by tam z kolei przesiąść się na autobus do Delhi. Zmiana została wytłumaczona: "this is better for you mister, no problem". Ale problemy zaczęły się już przy próbie wejścia do autobusu. Bus controler oznajmił nam, że ten autobus rzeczywiście jedzie do Jodhpuru, ale przyjeżdża tam godzinę po odjeździe jedynego autobusu do Delhi i co za tym idzie bilet do Delhi możemy sobie wsadzić...do kosza. Sytuacja była raczej kiepska, bo do odjazdu autobusu zostało 15 minut, bagaże leżały już w bagażniku a my nie mieliśmy pieniędzy. Niewiele myśląc wskoczyłem do rykszy zostawiając Agę z bagażami w autobusie i kazałem się wieźć do hotelu.

W hotelu skończyło się na wymianie zdań i kilku telefonach, efektem czego, było jedynie napisanie nowego biletu - teraz już tylko do Jodhpuru - oraz zwrot 500 rupii (zwrócili tyle ile powinni). Oczywiście na koniec dodali, że w Jodhpurze będziemy mieli autobus do Delhi godzinę po przyjeździe, jednak wszyscy - łącznie ze mną - wiedzieli że to nieprawda. Zakłamane bambusy - pomyślałem i wróciłem rykszą do autobusu. Teraz mieliśmy 500 rupii i brak pomysłów co zrobimy dalej - do tego jeszcze musiałem zapłacić za rykszę...

Pięć godzin później, przed 21 dotarliśmy do Jodhpuru. Miasto raczej slamsowate, brudne, zakurzone, tu i ówdzie oświetlone. Zasadą w Indiach jest to, że autobusy turystyczne nie dojeżdżają na dworce autobusowe. Odjeżdżają sprzed hoteli, a kończą jazdę w bliżej nie znanych peryferiach miast. Tak też było i tym razem. Dojechaliśmy na jakiś zakurzony parking 3 km od centrum Jodhpuru. Nie mieliśmy pojęcia co robić. O 23 odjeżdża pociąg do Delhi, ale kasy biletowe zamknęli o 20, a do pociągu bez biletu wsiąść nie można. Najbliższy autobus do Delhi za 23 godziny, a na hotel nas nie stać. Wzięliśmy ryksze na stację z zamiarem przewegetowania w poczekalni wyższych kast - miejsca nieco lepszego niż inne, bo hinduscy biedacy tam nie mają wstępu. W drodze rozmawialiśmy z rikszarzem o możliwościach dotarcia do Delhi. Facet znał rozkłady na pamięć, ale nic to nie pomogło. Aż w pewnej chwili olśniło kierowcę, że o 22 odjeżdża autobus do Jaipuru (jadąc do Delhi trzeba przejechać przez Jaipur). Więc zobaczyliśmy światełko w tunelu. Kupiliśmy bilety bez prowizji agencyjnej i rzeczywiście o 22 jechaliśmy już do Jaipuru. Minęło kolejne 7 godzin jazdy i po 5 rano dojechaliśmy na parking.

Tym razem parking wyglądał naprawdę obleśnie. Znowu nie mieliśmy pomysłu co robić, bo nawet nie wiedzieliśmy, w której części miasta się znaleźliśmy.

Obskoczyło nas od razu kilkunastu naganiaczy oferujących ryksze, hotele i przejazdy. Nie było co robić - powiedzieliśmy że chcemy jechać do Delhi. Od razu znalazł się przedstawiciel agencji, który na kolanie wypisał nam bilet.

Początkowo bilet miał kosztować 170 rupii od osoby, ale po wymianie zdań staniał do 150. Jak się później okazało prawdziwa cena wynosiła 120.

Piep......, zakłamane bambusy. Autobus miał odjechać o 6:30, odjechał przed 8.

Byliśmy wściekli, całość kosztowała nas mnóstwo nerwów, dodatkowe 100 rupii więcej niż powinno. Jedno jest pewne: Hindusi to bydło, wspólnie uznaliśmy, że powinno się ich kastrować zaraz po urodzeniu, obcinać skur.... jaja by się nie mnożyli bo jest ich za dużo i każdy zamiast zabrać się do pracy żeruje na turystach. To istny koszmar. Indie mają piękne zabytki i wspaniałe miejsca, ale wszystko to otaczają chmary oszustów i naciągaczy.

W końcu, po 22 godzinach od wyjazdu z Jaisalmeru dotarliśmy do Delhi. 22 godziny siedzenia na tyłkach z dwoma godzinnymi przerwami. Nie jedliśmy normalnego posiłku od czasu powrotu z safari, żywiliśmy się jedynie bananami i pieczywem tostowym, popijając wodą.

Na szczęście teraz jesteśmy w Delhi. Dzięki cudowi techniki, jakim jest bankomat znowu mamy pieniądze, jedliśmy normalny posiłek, powłóczyliśmy się po mieście, a na wieczorny deser mamy dużą sztukę ananasa oraz kokosa.

Wieczór zapowiada się miło...

Indie ponownie nas zaskoczyły. Pierwsze wrażenie w Delhi było koszmarne. Teraz po 2 miesiącach Delhi - oglądane w środku dnia - jest piękne i zupełnie inne niż się spodziewaliśmy. To jest normalna cywilizacja zupełnie jak w Europie. Zwiedzaliśmy New Delhi. Miejscami przypomina obrazki z Paryża czy Waszyngtonu. Wspaniale centra handlowe niczym nie różnią się od europejskich, szklane biurowce, szerokie, czyste ulice, chodniki, zieleń, kwiaty, fontanny, ludzie biwakujący pod drzewami. Takich Indii jeszcze nie widzieliśmy. Jutro planujemy obejrzeć Old Delhi - zabytki z minionych wieków. Zobaczymy jak one się zaprezentują.

Jutro jest nasz ostatni dzień w Azji. Wylatujemy stąd o 01:50 w nocy.

Jutro też ostatnie relacje z Azji...

Agnieszka i Krzysiek

Delhi, India; 08.03.2003

09.03.2003 Delhi

Witajcie po raz ostatni z Indii...

Za niespełna dwie godziny odjeżdżamy na lotnisko. Szkoda nam stąd odjeżdżać. Niestety wakacje się kończą.

Dzisiaj kilka słów o Delhi...

Wyrażenie "Indie, kraj kontrastów" nabiera z każdym dniem innego znaczenia i chyba nigdzie bardziej niż tu nie jest ono aktualne. Delhi to stolica kraju, ogromna metropolia, ale w rzeczywistości to kompozycja dwóch niezależnie żyjących miast: starego i nowego. Miasta te są zupełnymi przeciwnościami a dzieli je jedynie kilka ulic oraz, aż kilkaset lat...

Old Delhi miejsce gdzie człowiek po prostu cofa się w czasie. Małe, ciasne, zakurzone uliczki, często bez nawierzchni, bez poboczy gdzie prawie przez całą dobę toczy się życie dziesiątków tysięcy ludzi. Widać tu ogromne przeludnienie oraz wszechogarniającą biedę. Ludzie poubierani są w byle co, mieszkają w starych, zniszczonych, walących się kamienicach (które – swoją droga - dawno temu musiały świadczyć o potędze i bogactwie mieszkańców), a nad wszystkim wiszą niezliczone kilometry pozwijanych drutów elektrycznych.

Całość uzupełniają krowy, psy oraz ludzie załatwiający wszelkie potrzeby w miejscu gdzie stoją, na oczach tysięcy innych mieszkańców. Miejsce naprawdę potrafi dać do myślenia. A trzeba pamiętać ze pierwszy kontakt z tym miejscem mieliśmy 2 miesiące temu. Była to pierwsza rzecz, jaką zobaczyliśmy w Indiach. Co gorsza dopiero świtało, wszędzie unosiła się mgła potęgowana jeszcze przez dym z palonych ognisk, ludzie leżeli na ziemi, część już się budziła i załatwiała na ulicy, część z nich już nigdy nie miała się obudzić, a jeszcze inni - odziani w koce - snuli się bez celu. To był istny szok. Do tego stopnia ze te same miejsca oglądane 2 miesiące później wyglądają inaczej. Mało tego, musieliśmy być tak przestraszeni, że gdy wysiedliśmy z autobusu z lotniska staliśmy plecami do głównej ulicy Pahar Ganju – miejsca, w którym teraz mieszkamy i które uznajemy za bezpieczną enklawę. Wtedy tego miejsca po prostu nie zauważyliśmy. Old Delhi oglądaliśmy dzisiaj z rowerowej rykszy, to najlepsze rozwiązanie, bo można się wolno przemieszczać nie będąc narażonym na zaczepki. Na ulicach panował trudny do opisania ścisk. Każda ulica to kolejny bazar, na którym sprzedaje się wszystko. Gdzie nie spojrzeć tam tysiące ludzi. Wszyscy mówią, krzyczą, kupują, przemieszczają się, jedzą, modlą...

A wystarczy przekroczyć jedną ulicę by znaleźć się kilkaset lat później... w New Delhi. Miejsce to po raz pierwszy od przybycia do Azji nie różni się prawie niczym od miejsc znanych nam z Europy. Jest niezwykle czysto, przestronnie i zielono. Setki wiecznie zielonych drzew otaczają każdą z ulic, szerokie chodniki i dwu-, trzypasmowe ulice potęgują wrażenie przestrzeni.

Miejsce, w którym można by zamieszkać. Nie widać tu żebraków, lecz ludzi w garniturach jadących do pracy, jedzących lunch w restauracji, McDonaldzie, Pizza Hut... A do tego wszystkiego szklane wieżowce i kolorowe witryny ekskluzywnych sklepów sprawiają, że Europejczyk po prostu czuje się tu dobrze.

Tak wiec, póki co, Delhi zapamiętamy jako miasto kontrastów, ale również jako miasto najbardziej podobne do tego co znamy z Europy. Zapamiętamy je tak do następnego razu. A następny raz będzie na pewno...

Czeka nas teraz 10 godzin lotu: 7,5 do Amsterdamu i 2 do Warszawy. Trasa będzie wiodła przez Pakistan, Turkmenistan, Afganistan, Morze Kaspijskie, Krym, Ukrainę, Polskę, Niemcy, Holandię... Wszystko to na wysokości 10 000 metrów przy szybkości 950 km/h.

Do usłyszenia z Polski...

Krzysiek

Delhi, India 09.03.2003

PS

To ostatnia relacja z Azji. Jutro o tej porze będziemy już w domu... w innym świecie, na innym kontynencie, wśród innych ludzi. Dużo się nauczyliśmy w czasie tego wyjazdu. Nauczyliśmy się o niezależnym podróżowaniu, o Nepalu, Indiach, ludziach, ale również bardzo dużo o sobie... Po powrocie do Polski przyślę jeszcze jeden list będący podsumowaniem wyprawy...

słowa kluczowe: termin: styczeń - marzec 2003
trasa: Delhi, Mahendrenagar, Kathmandu, treking w rejonie Mt. Everest, Pokhara, PN Chitwan, Varansasi, Agra, Jaipur, Jaisalmer, Delhi

Latasz samolotami? Chcesz dowiedzieć się ile godzin spędziłeś łącznie w powietrzu? Jaki pokonałeś dystans i ile razy okrążyłeś równik? Do jakich krajów latałeś i jakimi samolotami...? Zobacz nową funkcjonalność transAzja.pl: Mapa Podróży
Narzędzie pozwala na zapisanie w jednym miejscu zrealizowanych podróży lotniczych, naniesienie ich tras na mapie oraz budowanie statystyk. Wypróbuj już teraz!






  • Opublikuj na:
Informuj mnie o nowych, ciekawych artykułach zapisz mnie!
Przeczytałeś tekst? Oceń go dla innych!
 0 / 5 (0)użyteczność tego tekstu, czyli czy był pomocny
 0 / 5 (0)styl napisania, czyli czy fajnie się czytało
Łączna liczba odsłon: 13505 od 17.10.2004

Komentarze

Dodaj swój komentarz - bo każdy ma przecież coś do powiedzenia...

Nie jesteś zalogowany. Aby uprościć dodawanie komentarzy oraz aby zdobywać punkty - zaloguj się

Imię i nazwisko *
E-mail *
Treść komentarza *
Przepisz kod z obrazka *
Newsletter Informujcie mnie o nowych, ciekawych
materiałach publikowanych w portalu



transAzja.pl to serwis internetowy promujący indywidualne podróże po Azji. Przez wirtualny przewodnik po miastach opisuje transport, zwiedzanie, noclegi, jedzenie w wielu lokalizacjach w Azji. Dzięki temu zwiedzanie Chin, Indii, Nepalu, Tajlandii stało się prostsze. Poza tym, transAzja.pl prezentuje dane klimatyczne sponad 3000 miast, opisuje zalecane szczepienia ochronne i tropikalne zagrożenia chorobowe, prezentuje też informacje konsularne oraz kursy walut krajów Azji. Pośród usług dostępnych w serwisie są pośrednictwo wizowe oraz tanie bilety lotnicze. Dodatkowo dzięki rozbudowanemu kalendarium znaleźć można wszystkie święta religijnie i święta państwowe w krajach Azji. Serwis oferuje także możliwość pisania travelBloga oraz publikację zdjęć z podróży.

© 2004 - 2016 transAzja.pl, wszelkie prawa zastrzeżone

Nasi partnerzy