autor: Małgorzata Maniecka
pełny kosztorys wyprawy: ceny transportu, wstępów, noclegów, orientacyjne ceny produktów
Dzień 1 Warszawa – Kijów
Podróż zaczyna się w deszczu. Pada całą noc. Pociągiem sypialnym jadę aż do Kijowa. Postanawiam, że pierwszy odcinek drogi pokonam wygodnie- tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, co będzie dalej. Na granicy polsko- ukraińskiej muszę wypełnić jakąś deklarację i opłacić ubezpieczenie w wysokości 20 zł. Niestety nie udaje mi się tego obejść. Większość drogi przesypiam. Za oknem mokro.
Dzień 2 Kijów – Charków
Rano przestawiam zegarek o godzinę do przodu. Konduktor w pociągu jest bardzo sympatyczny, częstuje mnie herbatą i nawet na zawołanie otwiera toalety. Przeglądam notatki i rozmawiam z pozostałymi pasażerami. Za oknem rozciągają się zielone krajobrazy- Ukraina. Niestety cała skąpana w strugach deszczu. Dopiero około 13-ej wychodzi słońce i świat robi się weselszy.
Na dworcu w Kijowie jest chyba z 50 kas i przy każdej długaśna kolejki. O podejściu nawet nie ma mowy. Ktoś radzi mi, żebym przeszła do kas międzynarodowych. Próbuję nawet dostać się do wcześniejszego pociągu bez biletu, ale niestety nie udaje mi się. Wracam więc na swoje miejsce i z pokorą czekam na swoją kolej. Swoje muszę odstać zanim dostaję bilet Zasięgnięcie informacji w okienku kosztuje 2-3 Hr (cena jednej informacji). Dworzec jest bardzo duży, a jego górna cześć przypomina mi lotnisko. Widać, że organizacja jest super. Wrzucam plecak do szafki w przechowalni (4 Hr) i udaję się metrem do centrum. To tylko 3 stacje. Otacza mnie mnóstwo ludzi. Zauważam tendencje podobną do naszej polskiej- dużo młodych chodzi z piwem w ręku. Jest gorąco- 26oC. Po 3 godzinach wracam na dworzec i odwiedzam kafejkę internetową (1h-4 Hr). Spędzam w niej tylko pół godziny, zapłacić muszę jednak za pełną godzinę. Wymieniam forsę w dworcowym kantorze. W pociągu płacę dodatkowo za pościel – 8 Hr. Przydzielono mi łóżko na samej górze- duszno tam jak cholera, a jeszcze do tego brak drabinki do wchodzenia. Towarzystwo w przedziale wyjątkowo mało rozmowne. Nie pozostaje mi nic innego jak wgramolić się na górę i czytać do aż zaśnięcia.
Dzień 3 Charkow- Biłgorad-Woroneż
Wczesnym rankiem przyjeżdżam do Charkowa. Dworzec jest imponujący, duży. Udaję się na poszukiwania kasy międzynarodowej, ale już widzę że będzie to problem, bo każdy udziela odmiennych informacji na temat jego położenia. Jednym słowem jestem odsyłana od Iwana do Pogana. W końcu jednak udaje mi się dowiedzieć, że jest pociąg do Tupolewa który odjeżdża dopiero o 14-ej. Zauważam natryski i za 5 Hr funduję sobie kąpiel. Od razu mi lepiej - niestety przy tych temperaturach miłe uczucie czystości trwa co najwyżej 10 minut - dopóki się człowiek cały potem nie zaleje.
Po wyjściu spod prysznica, spotykam bagażowego i okazuje się, że za 3 minuty jest pociąg elektryczny do Biłgoradu (Rosja). W biegu kupuję bilet i lecę na peron. Tłum niesamowity.
Przez okno zajmuję sobie miejsce w pociągu, ale muszę się jeszcze do niego dostać. Pozornie wydaje się to proste, ale z plecakiem już takie nie jest. Boje się urwać szelki. W końcu wsiadam, a podróżować będę w towarzystwie szalenie miłej rodziny, która to zresztą zajęła mi miejsce. Nie mam gdzie położyć plecaka, robię więc małe przetasowanie na półce. Nikt mi w tym nie pomaga, ale wszyscy obserwują, czy dam sobie radę.
Ludzie wokoło są bardzo sympatyczni. Rozmawiają ze mną i doradzają jak mam jechać dalej. W tą i z powrotem przechodzą kobiety roznoszące orzeszki, piwo, oranżadę itd. Ktoś włącza muzykę i atmosfera w pociągu robi się wesoła. Moje klimaty. Za oknem widoki jak u nas sprzed 50 lat. Na granicy ukraińsko-rosyjskiej (Kozacza Łopań i Naumatka) 40-minutowy postój. Kontrole graniczne odbywają się szybko i sprawnie i na szczęście nikt nie interesuje się moim bagażem. Wypełniam deklarację celną- nie wpisuję ilości przewożonej gotówki. Muszę też upomnieć się o stempel w paszporcie. Większość z podróżnych to ludzie jadący na handel. Przewożą głównie papier toaletowy, herbatę, cukierki i serwetki. Pociąg ma opóźnienie i około 11.30 czasu miejscowego dojeżdżamy do Biłgoradu. Przestawiam zegarek o godzinę do przodu. Na dworcu dowiaduję się, że pociąg do Woroneża jest o 18.30 (310 Rb), ale w poniedziałek. Muszę pojechać na dworzec autobusowy (autobus nr 1 i 4). Jadę marszrutką, bo akurat nie ma żadnego autobusu. Z powodu mojego bagażu kierowca każe mi płacić za dwa miejsca. Międzyczasie strasznie zgłodniałam, idę więc do dworcowej restauracji i jem „żarkoje” (30 Rb) – rodzaj gulaszu z kartoflami, z mięsem w śladowych ilościach i sałatkę ze świeżej kapusty (12 Rb).
Autobus wyjeżdża o 14.30 – jest stary i niewygodny. Nie mam miejsca na rozprostowanie nóg, a przede mną 270 km. Kierowca każe mi jeszcze dopłacić 16 Rb za bagaż. W Woroneżu nie mam już niestety autobusu do Saratowa. Odjechał o 19.20 i nikt nie potrafi mi udzielić odpowiedzi czy coś jeszcze będzie jechało w tym kierunku. Zresztą dworzec jest prawie pusty. Jadę marszrutką na dworzec kolejowy mając nadzieję, że tam coś będzie. Po drodze mijamy pomnik Lenin. Prawie wszystkie autobusy miejskie w Woroneżu pochodzą z Niemiec- najprawdopodobniej są to poniemieckie wraki, które tam nie spełniają już żadnych norm technicznych a tu ich nie potrzebują spełniać. Dworzec jest ogromny i bardzo ładny. Mam szczęście- udało mi się złapać pociąg do Saratowa, z przesiadką w Miczurinie.
Brakuje mi rubli więc wymieniam pieniądze w barze. Kurs jest dużo niższy, ale nie mam innego wyjścia. Pani w kasie używa liczydła! (przeżytek- jak się okazuję, nie wszędzie). Pociąg jest pełen i roi się w nim od „prowadnic” (konduktorek). Na szczęście znajduje się dla mnie miejsce siedzące. Przepełnienie, światło słabe i w dodatku zabrakło wrzątku (do wyboru jest wrzątek albo wentylacja- wszyscy wybierają wentylację z wiadomych względów, bez wrzątku można się obejść). Pozwoliłam sobie na krótką drzemkę i jak tak dalej pójdzie to przegapię przesiadkę. Dojeżdżamy, wysiadam na stacji w Miczurinie - jest duża - na zewnątrz pomnik Miczurina a wewnątrz Lenina. Koło dworca szwendają się bezdomne psy. Udaję się do poczekalni. Część jej jest płatna (10 Rb) - zdzierstwo - a tylko małym płotkiem oddzielona od reszty sali. Jest tu telewizor, oglądać mogą jednak wszyscy - czy zapłacili czy nie. Toaleta wcale nie jest dużo tańsza (6 RB).
Tekst ten został umieszczony w portalu za zgodą jego autora i stanowi jego własność. Wszelkie formy dalszego przetwarzania tekstu bez zgody autora są zabronione

|