autor: Piotr Bułacz
Erewań Podobne baraki jak po stronie gruzińskiej powitały nas na ziemi ormiańskiej. Jedynie urzędnicy byli nieco inni. Po pierwsze bardzo zasmucił ich fakt posiadania przez nas wiz, które dostaliśmy jeszcze w Warszawie za 50 USD. Strracili możliwość zarobienia. Pozostałych pasażerów odprawiono beż oglądania paszportów, ale z nami było więcej ceregieli. Załatwiało nas dwóch mundurowych. Starszy za bystry nie był, a spoczął na nim obowiązek wstukania naszych danych do komputera. Nie znał chyba za bardzo łacińskich liter i całe szczęście, że pomagał mu nasz kierowca. Trochę to trwało i gdy myśleliśmy, że wszystko załatwione przyszedł młodszy. Znaczącym głosem oznajmił, że teraz on będzie stemplował paszporty. Bardzo się ucieszyliśmy, ale oczekiwanej przez niego reakcji z naszej strony nie było. Wyszedł do sąsiedniego baraku i po chwili podszedł do nas kierowca i oznajmił, że bez 10 USD to stempli nie będzie i będą dzwonić do stolicy czy w ogóle nas wpuścić. Na szczęście nigdzie nam się nie spieszyło i wzięliśmy ich na przeczekanie. Minęło 15 minut i zrezygnowany pogranicznik wbił pieczątki. To była jedyna próba wymuszenia na nas pieniędzy w czasie całego wyjazdu.
Zaraz po przekroczeniu granicy droga znacznie poprawiła się i dość szybko jechaliśmy do Erewania. Po drodze jeszcze mały posiłek w knajpce przydrożnej. Podobnie jak w Akhalkalaki dominującą walutą był rubel. Według szefowej knajpki można u niej płacić każdą walutą. Ciekawe jak zareagowałaby na polskie złotówki. Szaszłyki zawinięte w cieniutki lawasz smakowały wyśmienicie za 20 rosyjskich rubli.
Minęliśmy Aragat po lewej i Ararat po prawej stronie i dojechaliśmy do dworca autobusowego u wylotu z miasta. Wymieniliśmy pieniądze, a miła kobietka podzwoniła jeszcze po hotelach. Niestety najtańszy kosztował 20 USD za dwójkę. Poszliśmy na postój taksówek i pierwszy napotkany taksiarz stwierdził, że za 1000 dram (1USD = 580 dram) zawiezie nas do mieszkania za 2000dram od głowy. Zawiózł nas na drugą stronę ulicy. Ale nie narzekaliśmy. W piętrowym domku na parterze mieszkała rodzinka, a na piętrze mieli sporo pokoików do wynajęcia. Wprawdzie jeszcze w trakcie budowy, ale my dostaliśmy jeden z bardziej wykończonych. Łazienka była obok, czysta pościel na łóżkach więc nie było co wybrzydzać. I tak mieliśmy tu tylko spać i od czasu do czasu umyć się.
Wykąpani w zimnej wodzie pojechaliśmy marszrutką 68 do centrum, gdzie pierwsze kroki skierowaliśmy do agencji sprzedającej bilety lotnicze. Po odrobinie problemów ze znalezieniem połączenia w interesującym nas terminie w końcu dziewczyna za biurkiem znalazła połączenie do Odessy za 143 USD. Mieliśmy bilety w kieszeni i tydzień na zwiedzanie Armenii.
Zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść i oczywiście zagadnęliśmy jednego z przechodniów. Levon (zdrobniale Ljowa) najpierw zaczął nam tłumaczyć, a potem stwierdził, że zaprowadzi nas do knajpki swoich znajomych. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze piękną cerkiew Zoravar z XVII wieku ukrytą między blokami. Architektura sakralna różni się znacznie od gruzińskiej - we wnętrzach dominują tu zwykle surowe mury z nielicznymi obrazami.
Doszliśmy do uliczki pełnej małych rodzinnych knajpek i udało się nam namówić Ljowę na wspólny posiłek. Wyszło trochę dziwnie zjedliśmy sporo, wypiliśmy troszkę, a Zaproszony przez nas Ljowa zapłacił za całość. Ot gościnność ormiańska. Mieliśmy okazję skosztować typowego dla Armenii napoju orzeźwiającego. Tan jest trochę podobny do serwatki, podobno specjalnie przygotowywany, doskonale gasi pragnienie.
Zaprzyjaźniliśmy się dość szybko i nasz przyjaciel postanowił pokazać nam miasto. Erewań jest miastem bardzo nowoczesnym i w związku z tym mało tu budowli zabytkowych. Pełno natomiast knajpek, parków i pomników. Mieliśmy trochę pecha, ponieważ akurat teraz miasto jest bardzo intensywnie remontowane. Rozebrane są ulice, place - ogólnie jeden wielki plac budowy.
Spotkaliśmy później rodzinę Ljowy - żonę lekarkę i dwie nastoletnie córy. Dalej zwiedzaliśmy już wspólnie. Kolejnym kościółkiem stojącym na blokowym podwórku był Katoghike z XII wieku - bodajże najstarszy w mieście. Aż dziwne, że nie został przeniesiony. Malutki kościółek dziwnie wygląda wśród wysokich bloków.
W ramach rewanżu zaprosiliśmy całą rodzinkę na lody. Spacerując dalej po parkach Erewania doszliśmy do nowej, ogromnej katedry Grzegorza Iluminatora, założyciela kościoła ormiańskiego. Armenia jako pierwsze państwo świata przyjęła w 301 roku chrześcijaństwo jako religię obowiązującą.
Oglądaliśmy pomniki, słuchaliśmy o wielkich Ormianach i czas mijał bardzo szybko. Historia okazała się być hobby naszego przewodnika. Nawet z historii Polski znał sporo faktów. Słońce zaczęło chować się za horyzontem, a Ljowa zabrał nas jeszcze na Tsitsenakabert. Mogliśmy spojrzeć z góry na miasto i dwie święte góry Ormian - Aragat i leżący aktualnie na terytorium Turcji Ararat. Swego czasu Turcy protestowali przeciwko umieszczeniu tej góry w herbie Armenii. Odpowiedź Ormian była prosta - dlaczego Turcy mają w herbie księżyc. Wzgórze poświęcone jest masakrze Ormian z 1915 roku i każdego roku 24 czerwca przybywają tu tłumy z całego świata by oddać hołd swoim ziomkom pomordowanym przez Turków. Oficjalni goście sadzą na wzgórzu choinki - znaleźliśmy nawet polskie akcenty. W 2001 roku swoje choinki posadzili tu Jan Paweł II i Aleksander Kwaśniewski.
Gdy myśleliśmy, że dzień dobiegł końca Ljowa najpierw zaprowadził nas na skałki z widokiem na piękny wąwóz, w którym o tej porze rozbrzmiewała muzyka i błyskały świata w licznych lokalach pełnych bawiących się Ormian. Podobno domów publicznych jest tam również sporo. My jednak pojechaliśmy do centrum, gdzie nasz przyjaciel zaprosił nas jeszcze na kolację do wspaniałej tradycyjnej, ormiańskiej restauracji. Stół się uginał. Mnóstwo wyśmienitych przystawek, pyszne sałatki, dania główne, znakomite wino Vernaszen, a do tego śpiew i taniec na żywo kapeli w strojach ludowych. Szkoda, że pojemność żołądka jest w moim przypadku dość ograniczona.
Tekst ten został umieszczony w portalu za zgodą jego autora i stanowi jego własność. Wszelkie formy dalszego przetwarzania tekstu bez zgody autora są zabronione

|