autor: Piotr Bułacz
Pomysł na taką wycieczkę przyszedł mi do głowy na początku roku. Zastanowiło mnie dlaczego nikt, albo prawie nikt nie jeździ na Zakaukazie. W sieci relacji bardzo mało, trudno znaleźć współtowarzyszy. Po długich poszukiwaniach i zmianach terminu z wiosennego na letni udało się w końcu wyprawę rozpocząć. Tym razem tylko we dwójkę - ja i poznana przez internet Ania. Miałem zamiar trochę pochodzić po wysokich górach i w związku z tym synusia nie zabrałem. Żałowałem potem wielokrotnie. Z Anią spotkaliśmy się w Terespolu - widzieliśmy się po raz drugi w życiu, ale o dziwo przez następne trzy tygodnie dogadywaliśmy się nieźle. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Pociągiem do Brześcia i dalej do Moskwy. Tu czekały już na nas Asia i Ewa z napisem "Piotrek Bułacz". Też do tej pory się nie znaliśmy, a mimo tego powitały nas bardzo serdecznie - nawet odtańczyły powitalny taniec. Dobrze, że miałem dzięki Magdzie - siostrze Asi - możliwość skontaktowania się z życzliwymi dziewczynami, które nie dość, że nas przenocowały to jeszcze uraczyły pysznym spaghetti. Jak się okazało spotkanie tak wspaniałych ludzi już na początku wyprawy dobrze rokowało i przez trzy tygodnie spotykaliśmy tylko takich. Próbowaliśmy jeszcze znaleźć fotografa, bo inteligentnie zapomniałem zabrać fotografii do wiz. Mieliśmy jedynie wizę do Armenii załatwioną w ambasadzie w Warszawie za 50 USD. Pozostałe postanowiliśmy załatwiać po drodze. Mieliśmy jeszcze bilety z Moskwy do Baku, które Ania kupiła w Polsce za 100 USD na głowę. I tyle mieliśmy. No może jeszcze trochę gotówki i dobre humory. Fotografa nie znaleźliśmy, ale za to zrobiliśmy sobie uroczy, nocny spacer przez Plac Czerwony i do mieszkania dziewczyn wzdłuż rzeki Moskwy. W Moskwie od kilku dni lało, ale akurat na czas naszego spaceru deszcz zrobił sobie przerwę.
Następnego dnia, obudziwszy niestety "przy okazji" nasze dobrodziejki o 7 rano, pojechaliśmy taksówką na lotnisko Szeremietiewo 1. Odprawa przebiegła bez problemu i dość szybko zapakowaliśmy się do samolotu wypełnionego Azerami. Samolot szybko wzniósł się ponad deszczowe chmury, które po pewnym czasie rozwiały się. Mogliśmy oglądać rozległe tereny południowej Rosji z ośnieżonymi szczytami Kaukazu na horyzoncie, a później także Morze Kaspijskie. Zataczając koło nad Baku obejrzeliśmy liczne platformy wiertnicze na morzu.
Na lotnisku małe zaskoczenie - zamiast marnego autobusu, do których już zdążyłem się przyzwyczaić, nowoczesne rękawy do samolotu i całkiem przyjemna odprawa. Nie było problemów z wizami. Wprawdzie nie miałem zdjęć, ale wystarczyło ksero z paszportu ze zdjęciem, a tych zrobiłem kilka. Wizę dostaliśmy od ręki , oczywiście po wypełnieniu formularza i zapłaceniu 40 USD. Zdziwiło mnie nieco, że najpierw musieliśmy iść do odprawy paszportowej, potem po wizę i znów po stempel. Na szczęście długo to nie trwało.
Pieniądze można wymienić na lotnisku bez problemu. Wzięliśmy zatem kilkadziesiąt tysięcy manatów ( 1 USD = 4850 manatów ) i pojechaliśmy marszrutką nr 118 za 1000 manatów w kierunku centrum. Busik dowiózł nas do metra. Kupiliśmy żetony za 250 manatów (czyli kilkanaście groszy), zjechaliśmy pod ziemię i pojechaliśmy na stację 28 maja. Po krótkim zastanowieniu się doszliśmy do wniosku, że pojedziemy od razu na północ kraju i dalej metrem udaliśmy się na stację 20 stycznia, skąd odjeżdża większość dalekobieżnych autobusów. Nie czekaliśmy ani chwili, ponieważ byliśmy ostatnimi pasażerami marszrutki odjeżdżającej do Qusar. Zapłaciliśmy 10000 man. i ruszyliśmy na północ. Początkowo krajobrazy nieciekawe - zardzewiałe słupy, rury, płoty a wokół pustynia. Jedynie widoki na morze po lewej stronie mogły się podobać. Gdy odbiliśmy w stronę lądu, zaczęło się robić zielono. Do ośnieżonych szczytów jednak nie dojechaliśmy.
Wysiedliśmy już późnym popołudniem w Quba. Dworzec autobusowy jest oddalony nieco od centrum i w towarzystwie Ramina, który niestety po rosyjsku rozumiał niewiele, przespacerowaliśmy się do hotelu. Chociaż nie wiem czy określenie "hotel" w pełni oddaje charakter miejsca do którego doszliśmy. Nad drzwiami napis " SAH DAG". Na parterze okien za dużo nie było, ale my na szczęście pokój dostaliśmy na piętrze i nawet z umywalką, a co ważniejsze z wodą. Cóż był to jedyny hotel w miasteczku. Najważniejsze , że było gdzie spać za 31000 man. Czasami nie można być wybrednym.
Tekst ten został umieszczony w portalu za zgodą jego autora i stanowi jego własność. Wszelkie formy dalszego przetwarzania tekstu bez zgody autora są zabronione

|
|
|