autor: Krzysztof Byrski
Czas trwania naszej wyprawy: 9 sierpnia - 9 września 2001 Uczestniczyły 2 osoby: Aśka, Olo i ja.
Katowice - Praga - Paryż - Delhi - Kathmandu
Jeszcze nie wróciłem z zeszłorocznych wakacji a już wiedziałem dokładnie gdzie w tym samym czasie, ale za rok spędzę kolejne. Ekipę na wyjazd nie było specjalnie trudno znaleźć - większość moich znajomych ma dużo wspólnego z górami, ale tradycyjnie im bliżej było wyjazdu tym mniej było chętnych, także koniec końcem została nas trójka.
W kwietniu kupiliśmy w Ostrawie bilety Praga - Paryż - Delhi - Paryż - Praga na łączony bilet czeskich linii lotniczych CSA i indyjskich Air India, po w sumie dość atrakcyjnej cenie 600 USD, która obejmowała również wszelkie opłaty lotniskowe. Kolejnym etapem było załatwienie gratisowej (!!!) wizy indyjskiej. Dopiero mając bilet w ręce i wizę w paszporcie, wiedziałem, że coraz bliższy jestem spełnienia mojego marzenia, jakim jest zobaczenie Mt. Everestu. Tymczasem miesiąc przed naszym wyjazdem, w Nepalu doszło do tragedii, w której zginęła cała rodzina królewska. W Kathmandu wybuchły zamieszki, sytuacja stała się niepewna, polski MSZ odradzał wyjazdu. W takiej oto atmosferze 9 sierpnia 2001 wyruszyliśmy z Katowic na podbój Himalajów.
Ponieważ był to piątek, wystartowaliśmy z Olem po pracy i późnym wieczorem dojechaliśmy do moich przyjaciół ze studiów w Jeleniej Górze. Tam zostawiłem Piotrowi auto na miesięczne przechowanie. Rano przekroczyliśmy granice w Jakuszycach i z Harrachova pojechaliśmy liniowym autobusem do Pragi (120 KC). Wieczorem spotkaliśmy się z Aśką, która wraz ze znajomymi dobiła do nas z Warszawy. Oczywiście zaliczyliśmy skromną imprezkę, skromną, ponieważ wcześnie rano musieliśmy stawić się na lotnisku.
W niedzielę na 2 godz. przed odlotem zjawiliśmy się na lotnisku. Odprawa poszła sprawnie, także o czasie wystartowaliśmy i po niecałej 1,5 godz. znaleźliśmy się w Paryżu. Tam zmieniliśmy terminale i prawie 5 godz. koczowaliśmy na lotnisku czekając na swój samolot do Delhi. Przy wejściu do naszego Beinga 747 powitała nas słowami „namaste” stewardesa w sari, także na dzień dobry zrobiło się już bardzo klimatycznie. Samolot w środku wyglądał delikatnie mówiąc na lekko wyeksploatowany, toteż przeszył mnie lekki dreszcz niepokoju czy aby wybraliśmy właściwe linie lotnicze. Pocieszył mnie Olo, że to nic w porównaniu z Syberia Airlines, którymi leciał w maju, do Tomska. Mój stres całkowicie minął po pysznym posiłku i sporej ilości piwa. Tak się też składało, że samolot był wypełniony pasażerami w 50%, także stewardesy pozwoliły zająć po kilka wolnych miejsc i położyć się na noc na kilku fotelach, więc praktycznie do samego Delhi wygodnie spałem.
O godzinie 6:00 rano czasu miejscowego (+3,5 godz. w stosunku do Polski) wylądowaliśmy po 8 godzinach lotu na lotnisku Indira Gandhi w Delhi. Zaraz po wyjściu z klimatyzowanego samolotu, buchnęła w nas fala bardzo gorącego i wilgotnego powietrza, jednak po chwili znów znaleźliśmy się w klimatyzowanym budynku lotniska, gdzie czekała nas odprawa, którą bez żadnych przygód przeszliśmy dość szybko i sprawnie. Po odebraniu bagażu, wymieniliśmy wspólnie 150 USD na rupie indyjskie (1 USD = 46 RI - nie wyrzucajcie wydruku potwierdzającego dokonanie operacji wymiany walut - będzie wam potrzebny!!!) i wzięliśmy taksówkę (180 RI) z lotniska, dostępną w systemie pre paid, czyli z góry opłaconą w biurze na lotnisku, do centrum miasta a dokładnie na Main Bazaar (bezpośrednie sąsiedztwo dworca kolejowego New Delhi), gdzie mieści się mnóstwo tanich hoteli. Tam specjalnie nie wybrzydzając ulokowaliśmy się w Royal Guest House (100 RI za łóżko) w trzyosobowym pokoju z łazienką, albo raczej czymś, co przypominało łazienkę.
Po kąpieli, poszukaliśmy jakiegoś lokalu, w którym można było w miarę higieniczny sposób zjeść posiłek. Na Main Bazaar jest kilka takich miejsc, łatwo je poznać, bo siedzą w nich biali i skośnoocy. Ceny dań wahają się od 30 do 60 RI i są całkiem niezłe, aczkolwiek chowają się w porównaniu z tym, co jedliśmy w Kathmandu. Po bardzo wczesnym obiedzie kierujemy się na pobliski dworzec kolejowy New Delhi w celu zakupienia biletów na pociąg do oddalonego 100 km od granicy nepalskiej - Gorakpur.
Po drodze setki naganiaczy próbują wręcz siłą odciągnąć nas od budynku dworca i skierować do jednej z licznych agencji turystycznych (z gwarancjami rządu indyjskiego!!!), które znajdują się naprzeciw dworca. Oczywiście agencje te to zwykła lipa, by nie rzec jawne złodziejstwo. W końcu jednak udaje nam się dotrzeć na pierwsze piętro dworcowego budynku, gdzie mieści się biuro obsługujące turystów. Tam grzecznie ustawiamy się w kolejce, wcześniej sprawdzając połączenia kolejowe i wypisując odpowiedni formularz, wymagany przy rezerwacji biletów. Totalna biurokracja - trzeba oprócz tego dokąd się jedzie, podać jeszcze min. adres, wiek a nawet płeć pasażera (!!!). W końcu nasza kolej, urzędnik sprawdza nasze bazgroły, coś tam jeszcze dopisuje, po czym każe nam pokazać paszporty i rachunek jaki dostaliśmy przy wymianie pieniędzy. Na szczęście mam go wraz z dokumentami i reszta idzie już gładko, płacimy w sumie 825 RI i mokrzy z potu, z ulgą wracamy do hotelu.
Tego i następnego dnia trochę kręcimy się po Delhi, zwiedzając miasto, muzeum narodowe, meczet. Wszędzie towarzyszy nam straszny brud, sterty śmieci, spaliny z dwusuwowych silników, oraz mieszanka przeróżne zapachów, głównie tych, które raczej nie uchodzą za przyjemne. Do tego tłumy ludzi, masa żebraków, potworny upał i od czasu do czasu deszcz, który bynajmniej nie przynosi ulgi. No i jeszcze jedno: hałas, który po prostu Hindusi uwielbiają, klaksony, wrzask i krzyk. Jak to dobrze, że już niedługo wyjeżdżamy z tego miasta. Wieczorem pakujemy się i ugięci pod ciężarem plecaków idziemy na dworzec. Na dworcu wprost kosmiczne tłumy ludzi, z trudem znajdujemy wolne miejsce by postawić nasze plecaki na ziemi. Wreszcie podstawiają nasz pociąg. Na każdym z wagonów przyklejona jest lista pasażerów (!!!), upewniwszy się, że jesteśmy na niej, wsiadamy do sypialnego wagonu drugiej klasy. W środku jest straszny brudno, w dodatku śmierdzi okrutnie z toalety na cały wagon, przy tym jest potwornie gorąco i duszno. Wkrótce okazuje się, że rezerwacja jest fikcją, tłuszcza wali do środka i zajmuje wszystkie wolne miejsca, także pociąg w minutę jest kompletnie zapełniony.
Tekst ten został umieszczony w portalu za zgodą jego autora i stanowi jego własność. Wszelkie formy dalszego przetwarzania tekstu bez zgody autora są zabronione

|
|
|